Moje ulubione piosenki 2018 roku

W poprzednim tekście, podsumowującym 2018 rok w kontekście filmów, przedwcześnie pochwaliłem się, że tym razem uda mi się szybko i sprawnie zakończyć etap podsumowań. Po czym na kolejne zestawienie kazałem Wam czekać ponad miesiąc. Brawo ja. Niemniej w końcu udało mi się je napisać. Przed Wami moja subiektywna lista najlepszych piosenek 2018 roku (jak zwykle przypominam, że nie jest ona rankingiem od najgorszego do najlepszego – kolejność piosenek jest chronologiczna, decyduje data wydania/opublikowania).

Myles Kennedy Love Can Only Heal

myles kennedy - love can only heal.png
Jeśli sądziliście, że solowy debiut znanego przede wszystkim z metalowego Alter Bridge Mylesa Kennedy’ego, to będzie takie nudnawe, akustyczne plumkanie, to się grubo myliliście. Owszem, raczej nie znajdziecie na tej płycie mocno przesterowanych gitar i łomoczącej jak pociąg pancerny sekcji rytmicznej. Zatytułowany “Year of the Tiger” album jest o wiele lżejszy, delikatniejszy i bardziej melodyjny, niż twórczość macierzystej formacji Kennedy’ego. Ale w większości piosenek Amerykanin bynajmniej nie rezygnuje z charakterystycznego dla Alter Bridge patosu i epickości.

Jedną z takich piosenek jest “Love Can Only Heal“. Jest kilka naprawdę dobrych songwritersko numerów na tej płycie, ale żadna z nich nie chwyta za serce tak, jak ten. Utwór rozpoczyna się bardzo spokojnie, jednak od pierwszych nut wiadomo, że szykuje się coś potężniejszego. Później jakby łagodnieje, wywołując w słuchaczu wrażenie, że jednak mamy do czynienia z easylisteningowym akustycznym plumkaniem, a song zdaje się wygasać. I wtedy BUM! Wchodzi perkusja i rozpoczyna się epicki, monumentalny finał piosenki! Ciary!

Może to kwestia mojego starczego zrzędzenia na dzisiejsze, skarlałe czasy, ale mam wrażenie, że mało dzisiaj powstaje – przynajmniej w stylistyce okołorockowej – takich utworów, które nie popadając w tandetę, nie boją się też odrobiny wzniosłości i pompy. W każdym razie polecam Wam “Love Can Only Heal”. Spodoba Wam się. Nawet jeśli nie jesteście fanami specyficznego głosu Mylesa Kennedy’ego. Chociaż dajcie mu szansę. To naprawdę miły gość. Zasłużył na to.

Paul McCartney Come On To Me

paul mccartney - come on to me.png
Gdyby moje zestawienia choć starały się być w jakiś sposób miarodajne, to z pewnością album Paula McCartney’a zatytułowany “Egypt Station” znalazłby się w moim rankingu najlepszych płyt. To piekielnie dobrze zrobiony krążek. Zresztą czego spodziewać się po jednym z największych songwriterów wszech czasów, współtwórcy jednego z najpopularniejszych zespołów we wszechświecie, który ma za sobą sześćdziesiąt lat doświadczenia i do dyspozycji – jak się domyślam – niemal nieograniczony budżet i czas, a także może przebierać wśród najlepszych muzyków sesyjnych i producentów.

Ale moje zestawienia być miarodajne w ogóle nie próbują. Są – co będę do znudzenia powtarzał – całkowicie subiektywne. I w związku z tym muszę, z pewną dozą smutku, przyznać, że jakoś nie byłem w stanie płyty “Egypt Station” pokochać. Wiem, że jest piękna i dobra, ale jakoś nie mogłem w sobie wykrzesać uczucia do niej.

Niemniej muszę wyrożnić numer “Come On To Me“. Bo ten kawałek świetnie oddaje osobowość McCartneya. Tak, jak sir Paul łączy stare z nowym, elementy modne z elementami ponadczasowymi. Ma w sobie jednocześnie ten rock and rollowy luz i pazur, a zarazem jakąś taką wielką mądrość i klasę.

Halestorm Do Not Disturb

halestorm - do not disturb.png
Halestorm oscyluje, jak dla mnie, gdzieś pomiędzy całkiem badassowym nowoczesnym hard rockiem a muzyką w stylu Avril Lavigne. W jednej chwili grają z niesamowicie zadziornie, a w drugiej brzmią jakby ktoś przepuścił ich przez auto-tune i wzmacniacze firmy Line 6.

Do Not Disturb” plasuje się jednak po jedynie słusznej i prawilnej stronie tego spektrum. Ten kawałek ocieka rock and rollową energią. I to pomimo niezbyt szybkiego tempa, co należy chyba policzyć jako dodatkową zasługę. Wokalistka zespołu, Lzzy Hale, doskonale rozporządza swoim głosem, pokazując pazur dokładnie tam, gdzie trzeba, nie przeginając przy tym przesterowanym wrzaskiem. Co zdarza się niestety wielu wokalistkom, które odkrywszy, że potrafią śpiewać tym potężnym, zachrypniętym głosem, robią to przez cały czas, sądząc zapewne, że tak jest bardziej rockowo i niegrzecznie. Zwykle wychodzi na to, że jest co najwyżej płasko i irytująco.

W każdym razie “Do Not Disturb” to kawałek, który skłania do tego, by dać dyskografii Halestorm jeszcze jedną szansę. Kto wie? Może okaże się, że jako całość ten band jest znacznie lepszy, niż mi się jak dotąd wydawało?

Lana Del ReyVenice Bitch

lana del rey - venice bitch.png
Gdy osiem lat temu Elizabeth Grant wydała pierwszego singla pod pseudonimem Lana Del Rey, wielu traktowało ją jak pariasa. Zarzucano jej pozerstwo i parcie na szkło, wytykano ewidentne braki w warsztacie wokalnym. I mimo, że jej niesamowita kariera najprawdopodobniej nie byłaby możliwa bez wsparcia mocno dzianego ojca wokalistki, to jednak jej osiągnięcia wciąż imponują.

Po ośmiu latach Amerykanka wciąż wydaje bardzo dobre albumy. I już nikt na muzycznym Parnasie nie traktuje jej jak nuworyszki. Przeciwnie – to współpraca z Laną Del Rey jest dla producentów i artystów nobilitacją. Wreszcie – last not least – jest przez swoich fanów obdarzana wręcz religijną czcią. Jasne, w odróżnieniu od gloryfikacji gwiazd rocka lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, których fani chyba naprawdę uważali za istoty nadprzyrodzone, ubóstwianie Lany jest nieco wzięte w nawias, jak niemal wszystko w dzisiejszym świecie. Ale jednak nie można odmówić sukcesu komuś, kto wspiął się tak wysoko, że teraz może nagrać utwór, który trwa blisko dziesięć pieprzonych minut, wrzucić go na Spotify z jakimś randomowym zdjęciem z Instagrama jako okładką i od tak mieć piętnaście milionów w odsłuchań.

Bo tak właśnie było z “Venice Bitch“. Tak, jak i na poprzednich wydawnictwach Del Rey eksploruje tutaj amerykańskie mity i opiera się na nostalgii za wszystkim, co jest retro i wintydż. Ale robi to z klasą, pamiętając o różnicy między odwoływaniem się do nostalgii, a żerowaniem na niej. Łącząc – jak zwykle – staroświeckość z nowoczesnością, pokazuje też pewną zuchwałość i świadomość swego statusu z tymi dziesięcioma minutami utworu, choć przecież tak naprawdę nigdy się nie stosowała do zasad trzyminutowego radiowego popowego kawałka. Ale przede wszystkim te snujące się przez dziesięć minut muzyczne pejzaże ani przez sekundę nie nudzą. Przeciwnie – wciągają nas jak te pojawiające się co jakiś czas w necie galerie zdjęć zatytułowane “Niepublikowane dotąd zdjęcia takiego a takiego miejsca w latach pięćdziesiątych”.

KortezHej Wy

kortez - hej wy.png
Zakochałem się w utworze “Hej wy” od pierwszego usłyszenia. I jak to bywa w takich sytuacjach, pamiętam doskonale ten moment. Jechałem na próbę zespołu, kompletnie styrany po całym dniu w robocie. To był szaro-buro-deszczowy październikowy wieczór, czyli sceneria, która doskonale sprawdziła się w roli teledysku do tej melancholijnej piosenki.

Właściwie wszystko mi w tym numerze pasuje. Podmiot liryczny – trochę melancholik, trochę marzyciel, nie tylko pogodzony, ale i czerpiący dumę z faktu, że jest wyrzutkiem – to gość, z którym jakoś tak przyjemnie jest mi się identyfikować. Do tego prosty, pozbawiony zbędnych udziwnień aranż i charakterystyczny, ale niezmanierowany sposób śpiewania Korteza, który był dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo – z nieznanego mi powodu – postrzegałem go wcześniej jako artystę, którym jarają się pretensjonalni hipsterzy. Wszystko to składa się na perfekcyjny soundtrack do nurzania się w jesiennej chandrze.

Bo dobrze jest czasem ponurzać się w jesiennej chandrze. Ja przynajmniej lubię to robić od czasu do czasu.

Kurt VileSkinny Mini

kurt vile - skinny mini
Kurt Vile to postać paradoksalna. Sprawia wrażenie wyluzowanego gościa, zawsze rozkojarzonego, nigdzie się nie spieszącego lesera i bumelanta. Jednocześnie jest to facet, który od ponad dekady wydaje album niemal co rok, udzielając się także w innych projektach (zarówno w studio, jak i w trasie), a na swoim fenderze jazzmasterze wycina zagrywki, które nawet patrząc mało obeznanym okiem, wymagają niezłej techniki i godzin ćwiczeń. Jego kawałki wydają się na pierwszy rzut ucha rozmemłanym, nieco płaskim brzdąkaniem, ale jest to przynudzanie, którego odbiorca nie może przestać słuchać, a za każdym przesłuchaniem odkrywa jakiś nowy aspekt, jakąś nową warstwę muzyki Kurta Vile’a.

I tak jest w przypadku kawałka “Skinny Mini”. Nie dość, że ten numer trwa ponad dziesięć minut, to jeszcze opiera się na zapętlonej zagrywce, składającej się z dwóch (DWÓCH!) chwytów gitarowych. Nagrywając ten kawałek, Kurt i towarzyszący mu muzycy wyszli z siebie, żeby sprawić wrażenie, że zagranie tego przyszło im lekko. I odnieśli sukces. Bo tak naprawdę nie wiem, czy to, że filadelfijczyk przerywa pierwszą linijkę utworu w połowie i mówi “fuck“, jakby się pomylił, jest faktyczną pomyłką, którą producenci postanowili zostawić, czy też jednak od początku upozowanym i zamierzonym zagraniem. I tak naprawdę nie wiem, czy nagranie tego dziesięciominutowego kolosa zajęło kilka dni, czy też zostało załatwione jednym podejściem grającego na żywo zespołu.

Wiem tylko, że tego zapętlonego dwuchwytowego motywu mógłbym słuchać w nieskończoność. A przynajmniej bardzo, bardzo długo. Przecież nie muszę się nigdzie spieszyć. Zupełnie jak Kurt Vile.

(I tak. To jest jego prawdziwe nazwisko. Vile. To nie jest pseudonim artystyczny. On się tak nazywa naprawdę.)

Sam FenderThat Sound

sam fender - that sound.png
Słysząc ten kawałek pierwszych kilka razy – zanim sprawdziłem, kto właściwie jest jego autorem – żywiłem wielką obawę, że to utwór zespołu The 1975. Nie wiem, dlaczego – nie znam twórczości The 1975. Wiem o nich tylko tle, że to złodzieje nazw, którzy przebiegle nadali sobie nazwę łudząco przypominającą nazwę mojego bandu. No, cóż – historia ich rozliczy! W każdym razie, rozumiecie moje przerażenie, kiedy myślałem, że – o zgrozo – podoba mi się numer The 1975. Na szczęście okazało się, że to niejaki Sam Fender.

Kiedy już upewniłem się, że to nie The 1975, mogłem już bez skrępowania wkręcać się w ten niesamowicie chwytliwy kawałek. Serio, śpiewany przez Anglika refren snuje się po szklistych akordach gitary (wygląda na to, że nazwisko zobowiązuje) w sposób niemal hipnotyzujący. A Sam Fender, jakby tego świadom, powtarza te wszystkie przebojowe motywy dokładnie tyle razy, by nie się nie znudziły, ale zostały w głowie przez resztę dnia.

Deadland RitualDown in Flames

deadland ritual - go down in flames
Nie wiem dlaczego, ale gdy pierwszy raz usłyszałem Deadland Ritual, myślałem, że to jakiś młody, polski zespół. I pomyślałem sobie wtedy: ależ chłopaki dają czadu, kurde, dobre to jest!

Natomiast, gdy dowiedziałem się, że ten młody, polski zespół to tak naprawdę amerykańska supergrupa, w skład której wchodzą Geezer Butler z Black Sabbath i Matt Sorum z Guns N’Roses, The Cult czy Velvet Revolver, to myślałem sobie: eee, takich gigantów stać na więcej. Jeśli band jest złożony z takich tuzów, to jego muzyka powinna już naprawdę roztrzaskiwać dupę, jak granat przeciwpancerny i zrywać skórę z twarzy, niczym Ramsay Bolton.

I może to jest cały problem z supergrupami. Że jak słyszymy, że jacyś muzyczni superbohaterowie łączą siły, by sformować oddział rock and rollowych Avengersów, nasze oczekiwania są tak wysoko, że ciężko jest im sprostać, nawet jeśli wyzwanie podejmują prawdziwe legendy.

A gdybyśmy tak po prostu potraktowali tych gigantów tak samo, jak potraktowalibyśmy jakiś młody, próbujący się przebić zespół spod Skarżyska-Kamiennej? Zadałem sobie takie pytanie. I wiecie co? Znowu mi się to Deadland Ritual podoba.

White HighwayHere I Am

white highway - here i am.png
Na swoim debiutanckim długograju, zatytułowanym “Hittin’ the Road“, warszawscy eksperci od przebojowego, ejtisowego hard rocka i chwytliwych refrenów kontynuują robienie tego, co robią najlepiej. Czyli grają przebojowego ejtisowego hard rocka z chwytliwymi refrenami. Ale moją uwagę na tym albumie przykuł zamykający płytę numer zatytułowany “Here I Am“, który – no, cóż – nieco modyfikuje formułę stosowaną zazwyczaj przez White Highway.

Kiedy pierwszy raz słuchałem “Hittin’ the Road” i zobaczyłem na końcu plejlisty trwający dziesięć minut, pomyślałem sobie: ot, pewnie kolejny czterominutowy numer (nie żeby było coś złego w kolejnym czterominutowym numerze), potem pięć minut ciszy, a na koniec jakiś mały hidden track albo coś w tym stylu.

Tymczasem (spoiler alert!) White Highway serwują nam na koniec swojego albumu ambitny, monumentalny utwór z licznymi zmianami tempa i opartymi na pianinie czy syntezatorach interludami. Ogromnie mnie ten numer zaskoczył. I ucieszył, bo – będę się powtarzał, jak katarynka – uważam, że mało który zespół ma odwagę w dzisiejszych czasach zaryzykować stworzenie swojego własnego “November Rain“.

Bo jeśli jest w XXI wieku jakiś sens wydawania długogrającego albumu (bo przecież w epoce jutubów i spotifajów można by równie dobrze wypuszczać po jednym utworze), to właśnie taki, żeby był on jakąś opowieścią posiadającą początek, rozwinięcie i zakończenie. Najlepiej będące epickim zwieńczeniem, niczym zniszczenie Gwiazdy Śmierci czy bitwa o Helmowy Jar. Albo niczym “Here I Am” White Highway.

 

Moje ulubione filmy 2018 roku [bez spoilerów]

Jeżeli chodzi o filmy, to w przeciwieństwie do zeszłorocznego podsumowania roku jeszcze poprzedniejszego, tym razem udało mi się napisać tekst jeszcze w styczniu (a nie w kwietniu, jak w roku minionym). Stało się tak głównie dlatego, że najzwyczajniej w świecie porzuciłem nadzieję na to, że nadrobię zaległości i obejrzę filmy, które chciałem zobaczyć i miały potencjał, by znaleźć się na tej liście, a na które w 2018 roku nie udało mi się pójść do kina. Bo przecież ta lista tak czy siak jest tworzona bez ambicji, by być w jakikolwiek sposób miarodajną. Jest totalnie subiektywna i robiona bez spiny.

Także zasady są te same co zazwyczaj: kolejność filmów na liście jest chronologiczna i znalazły się na niej filmy, które swoją premierę miały w 2018 roku w Polsce. I tyle. Gotowi? Jedziemy!

Cudowny chłopak

cudowny chłopak.png
Cudowny chłopak” mnie zaskoczył. W tym sensie, że okazał się być czymś więcej, niż tylko ładną, rozgrzewającą serce, wyciskającą łzy i podnoszącą na duchu, słodką historią o chłopcu ze zdeformowaną twarzą pragnącym akceptacji rówieśników i familijnym filmem na długi zimowy wieczór (albo ciepłe letnie popołudnie). I żeby było jasne, “Cudowny chłopak” jest ładną, rozgrzewającą serce, wyciskającą łzy i podnoszącą na duchu, słodką historią o chłopcu ze zdeformowaną twarzą pragnącym akceptacji rówieśników.

Ale wbrew tytułowi (a właściwie polskiemu tytułowi, bo w oryginale film, podobnie jak książka na podstawie której powstał, nosi tytuł “Wonder”), twórcy wprowadzają do tego dramatu inne osoby. Dlatego też możemy tę w gruncie rzeczy dość prostą historię oglądać oczami matki tytułowego bohatera, jego siostry, jego najlepszego przyjaciela, a nawet poniekąd oczami szkolnego dręczyciela. I to właśnie czyni tę historię interesującą. I – nie zawaham się użyć tego określenia – skłaniającą do refleksji.

Czas mroku

czas mroku
Ten film mógłby oprzeć swą siłę wyłącznie na niewiarygodnej transformacji i wybornej grze Gary’ego Oldmana wcielającego się (czy raczej przemieniającego się) w Winstona Churchilla. Ale jest zdecydowanie czymś więcej. “Czas Mroku” to kolejny obraz po “DunkierceChristophera Nolana, który podejmuje pozornie nudny temat i opowiada go w sposób niesamowicie wciągający.

Produkcja opowiada o objęciu przez Churchilla urzędu premiera Wielkiej Brytanii w 1940 roku, kiedy Europa, państwo po państwie, pada łupem Hitlera. Filmowi – zgodnie ze swoim tytułem – udaje się oddać atmosferę czasów, kiedy zachodnie demokracje stanęły w obliczu całkiem realnej groźby znalezienia się pod podkutym butem Wehrmachtu. Ta atmosfera jest odczuwalna mimo tego, że przecież znamy szczęśliwe zakończenie tej historii. Główny bohater filmu to wciąż ten dobrotliwy Churchill, jakiego znamy z popkultury, czyli korpulentny facet z cygarem sypiący bon motami jak z rękawa. Ale widzimy też tę jego drugą twarz: człowieka zmagającego się z depresją i przerastającą zarówno jego, jak i wszystkich innych sytuacją. Akcja właściwie całego filmu toczy się w ciemnych pomieszczeniach i przytłaczających, klaustrofobicznych schronach, czym twórcy graja doskonale.

Ale nie jest to przecież obraz o poddawaniu się rozpaczy. W tym całym mroku pojawia się snop światła, w poczuciu nadciągającej zagłady jest także nutka nadziei, czasem może trochę naiwnej, jak ten wizerunek brytyjskiego premiera przedstawianego jako sympatycznego pijaczka w cylindrze. Bardzo jest potrzebna ta odrobina naiwności, gdy nadchodzi czas mroku, jakkolwiek rozumiany.

Anihilacja

anihilacja.png
Jeśli już oglądać horrory, to niech to będą horrory science fiction, a jeśli już już oglądać horrory science fiction, to niech to będą horrory science fiction w wykonaniu Alexa Garlanda. Przyznaję, że marketingowy haczyk “Anihilacji” połknąłem, kiedy tylko zobaczyłem pierwsze materiały promocyjne reklamujące film. Mam chyba po prostu słabość do opowieści o grupce naukowców wyruszających na wyprawę, której celem jest zbadanie jakiegoś tajemniczego i potencjalnie niebezpiecznego zjawiska. A gdy dowiedziałem się, że zarówno za maszyną do pisania, jak i za kamerą w tym projekcie zasiadł autor scenariusza do “Dredda” z 2012 roku, “Anihilacja” znalazła się na liście filmów, które absolutnie muszę obejrzeć.

Najnowsze dzieło Garlanda nie jest produkcją tak doskonałą, jak poprzedni obraz jego autorstwa, świetna “Ex Machina“. Nie udało się też “Anihilacji” uniknąć kilku typowych dla tego rodzaju produkcji wtop (by wspomnieć choćby fakt, że rządowa agencja, wysyłając grupę naukowczyń na nieznane terytorium, z którego nie powróciła jak dotąd żadna ekspedycja, wyposaża je w broń palną, ale nie daje im np. masek gazowych). Ale wciąż jest to cholernie dobry film.

“Anihilacja” jest dopracowana i oryginalna pod względem wizualnym, frapująca i fascynująca pod względem scenariuszowym. Jako horror jest na tyle przerażająca, że nie musi opierać swojej kampanii marketingowej na przekonywaniu, jaka to ona nie jest straszna, co czyniły w 2018 roku inne filmy. Zwłaszcza jedna scena zapada tutaj w pamięć – ilekroć powracam do niej myślami, mam ciary. I mam wrażenie, że ci z Was, którzy film widzieli, wiedzą doskonale, którą scenę mam na myśli.

Tym bardziej szkoda, że film przeszedł bez echa. W amerykańskich multipleksach film zarobił mniej, niż kosztował. W Europie film wylądował od razu na Netfliksie. Z tego co przeczytałem w internetach wynika, że grube ryby w wytwórni Paramount uznały, że film jest “zbyt intelektualny”, żeby go jakoś szczególnie entuzjastycznie promować. Najwyraźniej produkcja, w której wszyscy główni protagoniści to kobiety, spośród których jedna jest Afroamerykanką, a jedna Latynoską i przy okazji lesbijką, nie miał absolutnie żadnych szans, by wywołać wokół siebie jakikolwiek rozgłos w 2018 roku.

Podsumowując, zróbcie sobie i Aleksowi Garlandowi przysługę, wejdźcie na Netfliksa i obejrzyjcie “Anihilację”. Zwłaszcza, jeśli lubicie się bać. Albo jeśli lubicie inteligentne, a nawet intelektualne science fiction. Udowodnienie dupkom z wytwórni, że się mylili co do tego filmu, będzie oczywiście miłym bonusem.

Ja, Tonya

ja, tonya.png
Będę szczery. Margot Robbie ubrana w łyżwiarski trykot wystarczyłaby, by ten film wylądował na mojej liście. Ale na tym zalety tego obrazu się nie kończą. Opowiada on historię amerykańskiej łyżwiarki Tonyi Harding ze swadą i dowcipem, bawiąc się konwencją paradokumentu, co sprawia, że wciąga nawet widzów, których ten temat wcześniej w ogóle nie obchodził i nie interesował.

Na pochwały zasługują też kreacje aktorskie Sebastiana Stana, Allison Janney, Paula Waltera Hausera, no i oczywiście samej Robbie, która oprócz standardowej pracy, którą musi wykonać aktor, by wcielić się w znaną postać w filmie biograficznym, musiała też poddać się morderczej serii treningów łyżwiarstwa figurowego. A przy okazji sprawowała też funkcję producenta filmu. “Ja, Tonya” to film, który rozwiał ostatecznie wątpliwości co do tego, jak ambitną aktorką jest Robbie. Jasne, wyróżniała się na plus w “Legionie samobójców” i występowała już u Scorsese, ale to właśnie w tym obrazie pokazała w pełni, że nie zamierza zadowolić się byciem tylko i wyłącznie hollywódzką ślicznotką. Co potwierdza trailer do wchodzącego wkrótce do polskich kin filmu “Maria, królowa Szkotów“, w którym okazuje się, że – jeśli rola tego wymaga – australijska aktorka nie boi się nawet oszpecić.

Avengers: Infinity War

avengers infinity war
Na “Infinity War” poszedłem tylko po to, by być na bieżąco z Kinowym Uniwersum Marvela. Żebym potem wiedział o co chodzi, jak pójdę na solowy film Spider-Mana albo Ant-Mana. Spodziewałem się, że nowi “Avengersi” to będzie przeładowany scenami, postaciami i wątkami bezmyślny spektakl. Że każdy kadr będzie zbyt naładowany treściami, bym był w stanie sobie to przyswoić. Że akcja będzie się toczyła tak szybko, że nie będę nadążał.

No, bo też twórcy filmu stanęli przed zadaniem zmiksowania tych wszystkich franczyz i umieszczenia tych wszystkich superbohaterów w jednej drużynie tak, aby zabawki dobrze się sprzedawały. Zrobić to wszystko i w dodatku jeszcze nakręcić angażującą widza historię, to jest naprawdę ogromne wyzwanie. Nie oszukujmy się, hollywódzkie filmy superbohaterskie to przede wszystkim biznes. Nakręcić film, który zarobi miliard dolarów i jeszcze przy tym stworzyć dzieło sztuki, to jest – no, cóż – sztuka.

Sztuka, która się reżyserującym film braciom Russo i piszącym scenariusz Christopherowi Markusowi i Stephenowi McFeely’emu jak najbardziej udała. Nie tylko “Infinity War” nie okazał się być szmirowatym pawiem, ale na kilku poziomach udało mu się stać – a co tam, użyję tego słowa – obrazem wybitnym. Tempo wcale nie było za szybkie, a wręcz w tym nie tak znowu długim, jak na fantastyczno-naukowy blockbuster filmie jakimś cudem udało się upchnąć kilka bardziej refleksyjnych, spokojniejszych, pozwalających odetchnąć scen. Obecność każdej z postaci miała swoje fabularne uzasadnienie, a główny łotr miał ideologię nieco głębszą, niż hasło “jestem zły i pragnę zniszczyć świat, sasasa” (choć jeśli ktoś twierdzi – a spotkałem takie opinie w internetach – że ludobójcze pomysły Thanosa mają choć krztę sensu, to mam prośbę, żeby się mocno walnął w łeb).

Na koniec trzeba powiedzieć, że sprawującemu artystyczną pieczę nad Kinowym Uniwersum Marvela Kevinowi Feige udało się dokonać całkiem niezłego ukoronowania tego bezprecedensowego projektu. Trudno bowiem mówić o “Avengers: Inifnity War” jako o zjawisku występującym w próżni. Przez ostatnie dziesięć lat, dzięki wszystkim poprzednim produkcjom, udało się Marvelowi sprawić, że tak pokochaliśmy tych superbohaterów, że teraz naprawdę z nimi współodczuwamy i przejmujemy się ich losem, a wydarzenia filmu mają swój ciężar i dramaturgię. Porównania z “Imperium kontratakuje” są tutaj moim zdaniem jak najbardziej na miejscu. I pamiętajmy o jeszcze jednej rzeczy. Być może dzisiaj Kinowe Uniwersum Marvela jest hegemonem. Zbyt wielką, by upaść megafranczyzą. Ale nie zawsze tak było. Wytwórnia Marvela rozkręcała tę serię, nie posiadając praw do Spider-Mana, Wolverine’a czy Daredevila, opierając się w większości na niszowych postaciach, słabo znanych komukolwiek spoza komiksowego fandomu. Dziś już każdy wie, kto to jest Iron Man, Thor czy Doktor Strange i z tego punktu widzenia, Kevin Feige, wraz z towarzyszącymi mu reżyserami, scenarzystami i aktorami, dokonał rzeczy niemal niemożliwej.

I dlatego cieszy mnie sukces “Inifinity War”. Bo to naprawdę niezła nagroda za odstawienie takiego przekrętu!

Ocean’s 8

ocean's 8
Ocean’s 8” to najbardziej kobiecy film roku, a zarazem najbardziej męski film roku. Mężczyźni mogą popatrzeć, jak piękne i inteligentne kobiety dokonują przebiegłego i zuchwałego skoku. A kobiety mogą popatrzeć, jak piękne i inteligentne kobiety dokonują przebiegłego i zuchwałego skoku. Ten film był jakoś tam jednak – nie zawaham się użyć tego słowa – potrzebny. Niezależnie od narzekań na “poprawność polityczną”. I w przeciwieństwie do wspomnianej już “Anihilacji”, która również miała kobiecą i multietniczną obsadę, “Ocean’s 8” odniosło zasłużony sukces komercyjny.

Ale myślę, że za dwadzieścia, a może nawet za dziesięć lat dla nikogo nie będzie już ważne, jakiej płci czy pochodzenia są główne bohaterki. Widzowie będą pamiętać, że to jest po prostu dobra produkcja. Lekki, dowcipny film o grupie uroczych złodziejek. Mimo że zrobiony według sprawdzonej formuły poprzednich odsłon tej franczyzy, to wciąż pełen zaskakujących widza zwrotów akcji. A fakt, że szajka włamywaczek pod przewodem Sandry Bullock i Cate Blanchett udowadnia niektórym napinaczom, że zrobienie “kobiecej” wersji “męskiego” filmu nie oznacza wcale, że ten film nie będzie miał jaj, jest tylko wisienką na torcie.

Bohemian Rhapsody

bohemian rhapsody.png
Jasne – fabuła tego filmu jest cieniutka. Jasne – scenarzyści z dosyć dużą nonszalancją potraktowali fakty i chronologię wydarzeń. Jasne – nawet nie znając zbyt dobrze historii zespołu Queen, widz ma wrażenie, że pominięto niektóre kontrowersyjne kwestie. Jasne – postacie, choć są autentycznymi ludźmi z krwi i kości, sprawiają wrażenie nieco jednowymiarowych. Jasne – widać, że żyjący członkowie Queenu (w szczególności Brian May i Roger Taylor) dopilnowali, by przypadkiem nie zostać przedstawionymi w złym świetle.

Wszystkie powyższe zastrzeżenia są w jakiś tam sposób słuszne. “Bohemian Rhapsody” to troszkę przesłodzona bajka o tym, jak Freddie Mercury i Queen spotkali się i grali rock and rolla. Ale jednocześnie takiej właśnie bajki potrzebowaliśmy. Potrzebowaliśmy takiego trochę listu miłosnego do Farrokha Bulsary, jego ekipy i pięknej muzyki, którą stworzyli. Tym właśnie jest ten film – listem miłosnym do muzyki i gwiazd rocka. Jednym wielkim teledyskiem, przeplatanym scenami dramatycznymi, czyniącymi całe widowisko jeszcze bardziej wzruszającym i zabawnym. To jak w tej produkcji wspaniale jest pokazana jest muzyka, wynagradza wszystkie inne niedostatki tego filmu. Być może kiedyś powstanie nieocenzurowany, nakręcony bez nadmiernej czołobitności film o Freddiem Mercurym i Queenie. Na razie jednak ten piękny hołd jest więcej, niż wystarczający. Jest to hołd potrzebny i – przede wszystkim – zasłużony! Ja w każdym razie wyszedłem z kina naprawdę szczęśliwy, że zobaczyłem ten film.

Narodziny gwiazdy

narodziny gwiazdy.png
Bradley Cooper odwalił kawał dobrej roboty. Stając za kamerą i wcielając się w rolę gitarzysty i wokalisty Jacksona Maine’a, podjął ogromną ilość wyzwań i trzeba przyznać, że sprostał im wszystkim, pokazując niesamowity kunszt. Ale prawdziwym objawieniem tego filmu była dla mnie Lady Gaga.

Talent muzyczny piosenkarki wzbudzał mój szacunek od początku, czyli od czasów, w których dla wielu “Just Dance” i “Poker Face” były synonimem tandety i powszechnie powtarzano, że Lady Gaga ze swoim kontrowersyjnym wizerunkiem jest tylko sezonową sensacją i pomalowaną na jaskrawe kolory wydmuszką. Czas pokazał, że Amerykanka jest utalentowanym muzykiem, który – mimo wzlotów i upadków – potrafi inteligentnie sterować swoją karierą. Wkład Stefani Germanotty w to jak dobrym filmem są “Narodziny gwiazdy” nie zakończył się jednak tylko na udziale w skomponowaniu ścieżki dźwiękowej. Okazała się być także świetną aktorką. Cóż, być może to dlatego, że historia Ally Maine jest chwilami łudząco podobna do biografii piosenkarki, ale Lady Gaga zagrała tę rolę w sposób tak bezpretensjonalny, że byłem pod ogromnym wrażeniem.

“Narodziny gwiazdy” to nie jest obraz jakoś szczególnie podnoszący na duchu. Ale też nie do końca przygnębiający. Przez chmury melancholii przebija też światło. Jest muzyka i miłość, które mogą być lekiem kojącym ból istnienia mimo, że nie zawsze są lekiem wystarczająco silnym. Choć wychodząc z kina przeklinałem osobę, która wpadła na pomysł, by polska premiera “Narodzin gwiazdy” miała miejsce pod koniec listopada, to po jakimś czasie zacząłem na niego spoglądać znacznie bardziej przychylnym okiem. Jak być może zauważyliście, nie przepadam za przygnębiającymi filmami. Szczególnie ostatnimi czasy. Ale w przeciwieństwie do innych tegorocznych produkcji, w “Narodzinach gwiazdy” – nie chcąc zdradzać zbyt wiele, powiem tylko, że nie jest to feelgood movie – nie ma epatowania depresją i upajania się rozpaczą.

Także rekomenduję Wam ten film. A jeśli okaże się jednak zbyt smutny, sięgnijcie po coś, co na pewno podniesie Was na duchu, na przykład “Creed II“.

Creed II

creed ii
Bo niewiele jest opowieści tak podnoszących na duchu, rozświetlających mrok i rozgrzewających serce, jak saga zapoczątkowana Anno Domini 1976 przez film “Rocky“. Opowiadająca o tym, że nawet jeśli oficjalnie przegrywasz, to tak naprawdę wygrywasz. Bo najważniejsze jest, by udowodnić coś sobie, nie innym. Że niezależnie od tego, jak mocno obrywasz, zawsze jesteś w stanie się podnieść. Doprawdy, Rocky Balboa od ponad czterdziestu lat udowadnia, że choć nie jest wykształcony, ani nawet inteligentny, to ma do przekazania ogromną mądrość.

Creed II” to już ósmy film z uniwersum Rocky’ego i drugi skupiający się na historii syna Apollo Creeda, najpierw rywala, a potem przyjaciela Balboy. Adonisa Creeda przedstawił publiczności w 2015 roku Ryan Coogler wskrzeszając serię w naprawdę świetnym stylu i zapełniając świat stworzony przez Sylvestra Stallone’a kolejnymi postaciami, których nie sposób nie pokochać. A “Creed II’ jest filmem nawet lepszym, niż nagradzany poprzednik zatytułowany “Creed: Narodziny legendy“.

Być może przemawia za tym nostalgia, bo scenariusz drugiej części przygód granego przez Michaela B. Jordana boksera znowu napisał stary, dobry Stallone. Przyprowadzając przy okazji starych, dobrze nam już znanych bohaterów. Ale też po prostu dlatego, że ten film dostarcza nam to, co zdecydowało o sukcesie tej serii. Czyli opowieść o ludziach z krwi i kości, mierzących się w gruncie rzeczy z takimi samymi problemami, jak my. O bohaterach, których kochamy i nienawidzimy. Którym kibicujemy. Z którymi razem cierpimy i razem się cieszymy.

Bo boks jest tutaj zaledwie narzędziem dla bardziej uniwersalnego przesłania. “Creed II” podobnie jak pozostałe filmy tej sagi, to przede wszystkim historia miłosna, opowieść o rodzinie i – no, cóż – po prostu o życiu. Wyrzućcie boks i zastąpcie go jakąkolwiek dziedziną ludzkiej działalności, najlepiej jakąś sobie bliską, a zrozumiecie jak uniwersalna jest ta saga. Najtrafniej podsumowują to słowa wypowiedziane po seansie przez moją żonę: “To był naprawdę świetny film. Tylko to mordobicie…”

Spider-Man: Uniwersum

Spiderman 8.png
Im więcej filmów człowiek widział, im więcej płyt przesłuchał, im bardziej się człowiek – no, użyję tego słowa – starzeje, tym trudniej wywołać w nim ten dziecięcy zachwyt. To normalne, że pewne rzeczy powszednieją, że człowiek staje się trochę bardziej obojętny. Szczególnie dzisiaj, w epoce internetów, łatwo o przesyt, jeżeli chodzi o popkulturę. Nietrudno stać się zblazowanym malkontentem, nawet jeśli się tego nie chce. Widzę to po sobie, bo coraz częściej zdarza mi się mówić coś w stylu: “Fajne, dobrze się bawiłem, ale…”.

Spider-Man: Uniwersum” wywołał we mnie ten dziecięcy zachwyt, którego dawno nie czułem. Ten film jest absolutnie nowatorski i jednocześnie dopracowany w najmniejszym szczególe od strony wizualnej; animowanym postaciom głos nadaje świetna obsada, pośród której byli tacy aktorzy, jak Mahershala Ali, Lily Tomlin, Liev Schreiber czy Nicolas Cage; fabuła jest wciągająca, pełna interesujących, niejednowymiarowych postaci; narracja jest prowadzona ze swadą i w sposób dowcipny; animacja jest pięknym hołdem złożonym komiksowi; film niesie piękne przesłanie mówiące, że każdy może być superbohaterem, nieważne czy jesteś kobietą, Afroamerykaninem czy Azjatką i tak dalej, i tak dalej… Ten film ma niezliczone zalety, które przede mną już wiele osób z pewnością zachwalało. Ale dla mnie najważniejsze było to, że siedziałem w kinie z rozdziawioną japą, myśląc po prostu “O rety, ale to jest super!”. Byłem tym filmem całkowicie oczarowany, a zaklęcia nie był w stanie złamać ani siedzący za mną i na okrągło gadający dzieciak, ani siedząca przede mną racząca mnie wonią sosu do nachosów dziewczyna.

Przyłączam się zatem do zgodnego chóru zachwytów nad tym filmem. Nie bez powodu spotkał się z tak pozytywnym odbiorem ze strony krytyków i publiczności. Idźcie do kina na “Spider-Man: Uniwersum”, póki jeszcze go grają. Nawet jeśli o istnieniu takiej postaci, jak Człowiek Pająk dowiedzieliście się dopiero czytając ten tekst.

Moje ulubione płyty (i EP-ki) z 2018 roku

Nadszedł nowy rok, a wraz z nim… No, cóż – spojrzenie w przeszłość i moje całkowicie subiektywne, egoistyczne i stronnicze podsumowanie roku poprzedniego w popkulturze. Może nawet w przeciwieństwie do podsumowań roku 2017, uda mi się zamknąć tę serię tekstów przed kwietniem. Może! A może nie. W każdym razie na pierwszy rzut oka idą albumy, które wyszły w minionym 2018 roku i z jakiegoś powodu wzbudziły moją sympatię.

Ponieważ w tym roku nie wpadło mi w oko zbyt wiele EP-ek, uznałem, że nie będę dla nich tworzył oddzielnej listy, tylko dołączą one do grona albumów pełnometrażowych. Zresztą, w epoce internetów i streamingów granica pomiędzy płytą długogrającą a minialbumem się zaciera, więc ten podział jest chyba troszkę sztuczny. Oczywiście przypominam, że nie przyznaję żadnych punktów, ani nie układam albumów w kolejności od najmniej fajnego do najbardziej fajnego – kolejność jest chronologiczna. No, dobra – dosyć tych wstępów. I tak nikt ich nie czyta.

Weedpecker III

a0077539398_10
Warszawska ekipa zawsze wyróżniała się spośród naszych rodzimych miłośników stonerowego grania. Nie żebym jakoś dogłębnie znał polską scenę, ale wydaje mi się, że gdy inni po prostu łoili tłuste fuzzowe riffy, Weedpecker zawsze wplatał w to wszystko sporo elementów space rocka, shoegaze’u czy post-rocka. Na najnowszym, trzecim już krążku, Weedpecker prawie (prawie!) całkowicie zrezygnował z czołobitnych hołdów dla Black Sabbath czy Electric Wizard i totalnie odleciał w kierunku tripowych muzycznych pejzaży.

I nie żebym nie lubił porządnego, toczącego się jak ruski czołg sabbathowskiego riffowania. No, bo powiedzmy sobie szczerze: kto nie lubi sobie odpalić albumu z pięknymi, palącymi zioło wiedźmami na okładce i posłuchać sobie czterdziestu minut zagruzowanego bardziej, niż moje biurko w pracy gitarowego brzmienia? Nie oszukujmy się, to jest zawsze dobry pomysł. Nieważne, ile razy już wcześniej słyszeliśmy takie granie.

Ale niemal całkiem porzucając bucząco-trzeszczące, przestrojone oktawę w dół gitary i idąc w kierunku brzmienia, które mi osobiście bardziej kojarzy się ze wczesnym Tame Impala, Weedpecker wykonał godny podziwu, odważny manewr. Udowodniając przy okazji, że jak na prawdziwie stonerowy zespół przystało, mają wyjebane na to, co sobie ludzie pomyślą i że – no, cóż – nikomu nie muszą nic udowadniać. Wreszcie na koniec trzeba powiedzieć, że “III” to kawał po prostu dobrej muzyki. I tyle.

Mikołaj PiechockiNo More Aces i No More Aces Outtakes

51eqn67dlyl._ss500

Lista projektów, w których wziął udział Mikołaj Piechocki jest imponująca. Oprócz koncertowania, nagrywania i komponowania z The Plantators, który można chyba nazwać jego macierzystą formacją czy występu w roli gitarzysty prowadzącego na pewnym nieco bardziej rockowym albumie, Mikołaja można usłyszeć na dziesiątkach koncertów i co najmniej tuzinie EP-ek czy singli różnych artystów. Co łączy wszystkie te projekty to fakt, że w większości z nich Miko zdaje się woleć pozostawać w cieniu innych muzyków. Co może być zaskakujące w kontekście jego ogromnego talentu.

W każdym razie w 2018 roku Mikołaj Piechocki postanowił wyjść z mroku i opublikować coś pod własnym imieniem i nazwiskiem. Wydał więc w tym roku dwie EP-ki. Pierwsza nosi tytuł “No More Aces“, druga zaś “No More Aces Outtakes” i zawiera – niespodzianka! – odrzuty z sesji do “No More Aces”. Jeśli miałbym pokusić się o odpowiedź na pytanie, dlaczego Miko nie wydał po prostu jednej EP-ki, to wskazałbym tutaj jego niechęć do autopromocji. Zapewne to właśnie skromność kazała Miko wybrać z siedmiu utworów cztery najlepsze, a resztę odrzucić jako niewystarczająco dobre. Gdy już je opublikował, ludzie zażądali więcej. A Mikołaj uległ prośbom i wrzucił do netu pozostałe piosenki. Tak właśnie sobie to wyobrażam. A piszę o tym dlatego, że “Outtakes” moim zdaniem w niczym nie ustępuje “No More Aces” i dlatego też traktuję obie EP-ki jako jedną całość.

Ale do rzeczy! Choć EP-ka jest utrzymana w stylistyce songwriterskiego indie folku, to od pierwszej piosenki wiadomo, że Mikołaj nie zamierza poprzestać na garści ogranych schematów i tworzyć nijakiego pitu pitu rodem z reklamy jeansów. Choć “No More Aces” charakteryzuje folkowa prostota, to słychać tutaj też inspiracje spoza tego gatunku. Oraz wysokiej klasy gitarowe rzemiosło. Nie spodziewajcie się jednak taniego efekciarstwa czy pustych wirtuozerskich popisów. Mimo, że “No More Aces” jest przykładem naprawdę wszechstronnych umiejętności technicznych Mikołaja, te najbardziej imponujące partie są celowo gdzieś ukryte, schowane za innymi, można powiedzieć, że… pozostają w cieniu. Zupełnie jakby Miko chciał powiedzieć: “No, wiecie, tutaj zagram solo, takie tam, nic wielkiego”. W każdym razie każda zagrywka, każdy efekt, każdy kompozycyjny czy producencki zabieg jest tutaj podporządkowany piosence. To piosenka jest tutaj najważniejsza.

Generalnie, gdy słucham tych melancholijnych, choć niepozbawionych pazura utworów, ciągle powraca do mojej głowy myśl: “Ale to jest dobre”. Pod każdym względem – piosenkopisarstwa, wykonania i produkcji. A przy tym nie jest to tylko starannie odrobiona przez wzorowego ucznia praca domowa, bo jest na tych EP-kach sporo feelingu, wyczuwalnego w przywodzącym na myśl Briana Molko głosie Mikołaja i jego naprawdę świetnych partiach gitarowych (wspominałem już, że to świetny gitarzysta?). Podsumowując, jedyną przyczyną dla której EP-ki przeszły bez rozgłosu, jest moim zdaniem wspomniana niechęć Mikołaja do wychodzenia z cienia. Ja jednak wbrew intencjom twórcy mówię Wam: posłuchajcie “No More Aces”, a potem powiedzcie o tym innym ludziom. I niech oni opowiedzą o tym kolejnym osobom.

Andrew W.K.You’re Not Alone

andrew-wk-youre-not-alone-1519655402-640x640
Jako dziecko MTV2 pamiętam doskonale lata dwutysięczne, gdy codziennie spędzałem godziny gapiąc się w telewizor i oglądając teledyski Eminema, Queens of the Stone Age, Toola, Gorillaz czy Slipknota i System of a Down. Pamiętam też Andrew W.K., człowieka który nie wiedział czym jest pralka, ale za to wiedział, jak dobrze imprezować. Podobały mi się te jego prostackie aranżacje i jeszcze bardziej prostackie teksty piosenek. Identyfikowałem się z domorosłym producentem, w jakiego wciela się Andrew w klipie do “She is Beautiful“, choć mój sprzęt był jeszcze skromniejszy, bo posiadałem tylko gitarę i dyktafon. Niedługo potem amerykański artysta zniknął z mojego radaru i pozostawał poza moim zasięgiem przez jakieś półtorej dekady.

Ale niedawno natknąłem się na najnowszy album, z ciekawości kliknąłem “Odtwarzaj” i niemalże od pierwszej piosenki ogarnął mnie zachwyt. Bo Andrew W.K. ogromnie się rozwinął, a jednocześnie nie zmienił się ani o jotę. Do surowej ściany dźwięku, złożonej tylko z wokalu, gitary, basu, pianina i perkusji zaprezentowanej na debiutanckim “I Get Wet” dołączył ścieżki smyczków i syntezatorów, a jednocześnie nie stracił nic z tego swojego punkowego prostactwa. Poza tym – a może przede wszystkim – muszę powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Jest coś niesamowicie kojącego w tym, że mimo, że minęło siedemnaście lat, świat pędzi na złamanie karku, człowiek ledwo nadąża za dynamicznymi zmianami, to Andrew wciąż imprezuje. I nie zanosi się na to, żeby przestał.

Monster MagnetMindfucker 

r-11750467-1521744472-7743.jpeg
Monster Magnet powróciło w pięknym stylu. Na nowe studyjne wydawnictwo zawierające całkowicie oryginalny, świeży materiał, ekipa Dave’a Wyndorfa kazała słuchaczom czekać pięć lat. W ogóle jakieś ostatnie dziesięć lat to nie był chyba dla Monster Magnet najlepszy okres. Wprawdzie mimo przedawkowania leków i dramatycznego przybrania na wadze, Wyndorf wciąż pracował i koncertował, to jednak nagrane w tym czasie albumy “Mastermind” i “Last Patrol” nie zostały przyjęte z entuzjazmem. A przynajmniej – przyznam się bez bicia – nie zostały przyjęte z entuzjazmem przeze mnie. To naprawdę dobre albumy, ale ja jakoś nie byłem w stanie ich pokochać. Z kolei z krążka “4-Way Diablo“, który osobiście uważam za naprawdę dobry, nie był zadowolony sam zespół, nie grając żadnego z numerów z tego albumu na promującej go trasie (!).

Ale to już przeszłość. W 2018 roku Monster Magnet powrócił z płytą zatytułowaną “Mindfucker” i od pierwszych dźwięków, od garażowego hihata nabijającego rytm i sprzęgających gitar, słuchacz wie, że to jest całkowicie złodupczy, rock and rollowy powrót. Nie zrywając z psychodelicznymi brzmieniami Wyndorf i spółka serwują tutaj przebojowe refreny, wpadające w ucho riffy i chyba jedne z najszybszych kawałków w historii bandu. Ale nawet z wolniejszych numerów przebija niesamowita energia i żywotność przywołująca na myśl płyty “Powertrip” i “Monolithic Baby!“, na których zespół z New Jersey wykonuje coś, co mój przyjaciel kiedyś celnie określił mianem “imprezowego rocka”. Nie wiem, czy to ma cokolwiek wspólnego ze zrzuconymi ostatnio przez Wyndorfa zbędnymi kilogramami, ale na “Mindfucker” słychać, że lider Monster Magnet jest w doskonałej formie. Radości ze słuchania tego krążka nie jest mi w stanie zepsuć nawet nieudany mastering nagrania. Po prostu odpalam płytę w aucie, otwieram okna i wciskam gaz. Ryk silnika zagłusza niepożądane trzaski. Zostaje tylko czysty rock and roll.

SuziaNie dzieje się nic 

6a19db40f92d863fa588a2634af4c1549a267295
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy podczas słuchania tej EP-ki, była taka, że osobowość Suzi, która wyłania się z jej najnowszego wydawnictwa, wyraźnie kontrastuje z osobowością, jaką znam z jej koncertów, konferansjerki na Open Micu w Harendzie czy vlogów na jej kanale na YouTubie. Z jej występów czy materiałów publikowanych w mediach społecznościowych, Suzia sprawia wrażenie osoby zawsze uśmiechniętej, wesołej, dowcipnej i traktującej wszystko z przymrużeniem oka. Tymczasem na “Nie dzieję się nic” serwuje nam pięć numerów w zdecydowanie minorowych tonacjach. Dominującymi w warstwie tekstowej motywami są samotność, rozstania i przemijanie. Nagle Suzia pokazuje słuchaczom swą bardziej melancholijną stronę, odsłania swoją wrażliwość. Mam pewną satysfakcję, bo potwierdza się moja teoria, że każdy z nas, nieważne jak wesoły i ekstrawertyczny wydaje się osobom postronnym, skrywa taką nieco bardziej smutną twarz. Także – a może nawet zwłaszcza – ludzie, którzy na co dzień zajmują się bawieniem i rozweselaniem bliźnich. A tym – i to z całkiem niezłym skutkiem – zajmuje się przecież Suzia. W każdym razie muszę przyznać, że bardzo mi się ta jej melancholijna twarz podoba.

Bo przecież życie nigdy nie jest tylko pasmem radosnych wydarzeń. I wszyscy tak naprawdę cholernie potrzebujemy smutnych piosenek. Są nam równie niezbędne, co te wesołe, a może nawet bardziej. Zdaję sobie sprawę, że wszystko, co tu piszę, może być gigantyczną nadinterpretacją, ale wydaje mi się, że debiutancka EP-ka Suzi to forma terapii, próby pozostawienia przykrych doświadczeń za sobą. Bo taką oczyszczającą moc mają smutne piosenki. Chodzi mi o piosenki smutne, co oczywiście nie musi wcale znaczyć depresyjne. Bo utwory na “Nie dzieje się nic” są trochę gorzkie, ale jednak też trochę słodkie. Tak jak refren tytułowego utworu, który przełamuje molową tonację i podnosi nas na duchu, jakby między wierszami dając do zrozumienia, że złamane serca jednak się goją i nie należy porzucać nadziei. I takie – przekazane za pośrednictwem wokalu, folkowej gitary akustycznej, jazzujących aranży doprawionych nostalgicznymi partiami instrumentów smyczkowych – przesłanie z tej EP-ki chcę wynieść. I uważam, że powinno pójść dalej i trafić do znacznie szerszej publiczności. Bo ostatecznie każda z tych pięciu kompozycji to bardzo dobra, wpadająca w ucho piosenka i materiał na przebój.

ThunderpussyThunderpussy 

71nta+rexol._sl1200_
Thunderpussy może zdawać się być fikcyjnym zespołem wymyślonym przez Quentina Tarantino na potrzeby jednego z jego filmów. Zespół z Seattle to cztery kobiety, które jeżdżą na motorach, noszą skórzane kurtki i spodnie, umawiają się na randki z innymi kobietami, lubią od czasu do czasu wdać się w barową bójkę, no i grają rock and rolla. Thunderpussy istnieje jednak naprawdę i funkcjonuje w naszym, nieco bardziej nudnym, niż fantazje Tarantino, uniwersum. I choć cała ta wyżej opisana otoczka na pewno przyciąga, to trzeba przyznać, że sama w sobie czyni Grzmiące Kociaki zaledwie ciekawostką. Dobrym powodem, żeby kliknąć przycisk play na Jutubie czy Spotifaju. To czy kilknąwszy, dobrniesz do końca albumu czy nawet do końca piosenki, to już jest zupełnie inna sprawa.

Na szczęście oprócz wymyślenia chwytliwej nazwy i stworzenia spójnego wizerunku dziewczyny ze Seattle nagrały też naprawdę dobrą płytę. “Thunderpussy” to ponad pięćdziesiąt minut dość zróżnicowanego materiału, oscylującego jednak wokół amerykańskiego indie rocka ze względu na produkcję i sposób śpiewania wokalistki przypominającego stworzoną przez Jacka White’a i Alison Mosshart supergrupę The Dead Weather. Sporo na tej płycie fuzzów i wintydżowych pogłosów, które wraz ze zręcznym poruszaniem się pomiędzy imprezowymi hiciorami i refleksyjnymi balladami, sprawiają, że Thunderpussy to takie znacznie seksowniejsze Kings of Leon. Połączenie tych brzmień z (nie tak znowu) prowokacyjnym (bo powoli zbliżamy się do trzeciej dekady XXI wieku) emploi sprawia, że mamy do czynienia z bardziej gitarową, bardziej amerykańską, bardziej rock and rollową wersją Spice Girls.

Smaczkiem, o którym warto wspomnieć jest fakt, że w numerze “Velvet Noose” gościnnie występuje Mike McCready, który odkrył zespół i pomógł w jego promocji, a przez członkinie zespołu nazywany jest Piątym Kociakiem lub Honorowym Kociakiem. Gitarzysta Pearl Jam wprowadza więcej hard rockowego przesteru, choć trzeba też zaznaczyć, że Thunderpussy jak najbardziej jest w stanie spuścić solidne lanie także i bez pomocy wujka Mike’a.

GhostPrequelle

r-12077712-1539378408-2330.jpeg
W internetach można znaleźć dużo memów, które są wyrazem frustracji fanów metalu wywołanej rozdźwiękiem pomiędzy wizerunkiem Ghost a ich muzyką. W sensie, że stylówa członków zespołu czy okładki ich płyt zapowiadają jakiś złowieszczy, satanistyczny, palący kościoły i składający dziewice w ofierze heavy metal. Tymczasem muzycznie, Ghost zamiast napierdalającej niczym młockarnia sekcji rytmicznej, gitar podłączonych do wzmacniaczy z przesterem rozkręconym up to 11 i rozrywającego bębenki uszne growlu, serwuje nam jakieś melodyjne pioseneczki i kościelne chórki. Jasne, większość osób zdaje sobie sprawę, że Ghost to jednak parodia, a co najmniej grupa, która traktuje konwencję z dużym przymrużeniem oka.

Lubię Ghost nie tylko dlatego, że nie schodzą poniżej pewnego poziomu jeśli chodzi o songwriting, wykonawstwo i last not least produkcję. Przede wszystkim cenię ich za użytek, jaki nieustannie robią z faktu, że metal to gatunek z definicji trochę operetkowy. A im bardziej demoniczny, mroczny i obrazoburczy, tym mniej poważnie należy go traktować. Pochodzący z regionu, w którym niektórzy zdają się traktować heavy metal aż nazbyt poważnie, Ghost zdaje się to rozumieć więcej, niż doskonale. I paradoksalnie z powodu braku jakichkolwiek widocznych wysiłków, by być jak najbardziej trv, Szwedzi brzmią w jakimś sensie bardziej spooky, bardziej diabolicznie, niż ci wszyscy poprzebierani w cekiny napinacze. W moich wyobrażeniach Lucyfer prędzej przemawiałby spokojnym głosem Papy Emeritusa, niż chrapliwym wrzaskiem Nergala. Innymi słowy sądzę, że Diabeł nie spina pośladów tak mocno, jak jego wyznawcy.

W każdym razie to już czwarty album, na którym Ghost z powodzeniem eksploruje świat gotyckiej grozy czy okultystycznego satanizmu i nie zanosi się na to, żeby ta konwencja się wyczerpała. Bo – nie oszukujmy się – takie zespoły jak kwintet z Linköping, oparte na jakimś mocno zdefiniowanym pomyśle, mają tendencję do szybkiego wypalania się. Kończy się to przeważnie albo rozpadem, albo zjadaniem własnego ogona, albo zmianą formuły i tym samym rozczarowaniem fanów, którzy oczekiwali, że zespół pozostanie wierny temu, co przyniosło mu popularność. Tymczasem Szwedzi dorzucili do tych swoich chorałów i klawikordów ejtisowe syntezatory, i to – z jakiegoś powodu – nadal działa. Jak oni to robią? Nie wiem. Może podpisali pakt z Diabłem? A skoro już o Diable mowa…

LuciferLucifer II 

8bfc0a2803aeb67803b7a7d14274cf23b8b6a3ce
Istnieje z pewnością jakiś alternatywny wszechświat, w którym Black Sabbath nie powstało w Birmingham, ale w Berlinie, zaś Ozzy był szwedzką blondynką, która od śpiewania w Abbie wolała cmentarze i doom metal. Zespół ten nazywa się Lucifer i wysyła do nas z równoległego wymiaru już drugi album, zatytułowany “Lucifer II“.

Zanim dopadną mnie jacyś puryści żądni ukrzyżowania mnie za porównanie jakiegoś retro rockowego zespoliku z jakąś gotycką panną na wokalu do Black Sabbath, od razu uściślę, że to porównanie jest oczywiście hiperboliczne, aczkolwiek całkiem uzasadnione. Tłumaczę się, bo wiem, że dla wielu ludzi (w tym dla mnie) irytujące bywają te próby sprzedania nowych zespołów jako “godnych spadkobierców” jakichś klasyków i powstrzymam się tutaj od powoływania się na przykład takiego jednego zespołu z Michigan, co gra zupełnie, jak taki jeden inny zespół z Londynu.

Wracając jednak do meritum, to Lucifer wzoruje się bardzo mocno na klasycznym hard rocku lat siedemdziesiątych i specjalnie się z tym nie kryje. Powiedziałbym wręcz, że niesie słowa “retro” i “classic” na swoich sztandarach. Zresztą germańsko-nordycki region, z którego rekrutują się członkowie Lucyfera zasłynął w ostatnich latach z niemal masowej produkcji takich zespołów. Co dla mnie wyróżnia najnowszy album Lucifera na tle naprawdę świetnych bandów z tego nurtu to fakt, że oprócz cudownego, oldschoolowego, starannie dopracowanego brzmienia, którego można słuchać godzinami, dowodzona przez Johannę Sadonis ekipa ma jeszcze wpadające w ucho riffy i refreny. Co wcale nie jest w klasycznym hard rocku grzechem. A nawet jeśli jest, to nawet lepiej, przecież zespół się nazywa Lucyfer. Hehe.

Jasne. Szwedzko-niemiecki kwintet to tylko kolejni epigoni, którzy robią to samo, co Deep Purple czy Blue Öyster Cult czterdzieści lat temu, tylko nagrywają to na lepszym sprzęcie. Ale co z tego, skoro tak dobrze się tego słucha? Niby dlaczego miałbym się pozbawiać tej przyjemności?

The DarknessLive at Hammersmith 

b7e52105305971148c4212f109ffa1fed3a28402.jpg
Stworzyć dobrej jakości album koncertowy nie jest rzeczą łatwą. Ale nie jest rzeczą jakoś szczególnie trudną. Zwłaszcza jeśli korzysta się z możliwości robienia dogrywek w studio i poprawiania partii instrumentów czy wokali. Można w studio nagrać pół albumu koncertowego. Ba, można nawet cały. Robiono to już w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jak proste musi być to teraz, przy dzisiejszej technologii? Także zrobienie koncertówki, która brzmi poprawnie i kompetentnie, to nie problem. Natomiast zrobić album live, który oddawałby energię grającego na żywo zespołu i atmosferę panującą w sali koncertowej to już zadanie znacznie bardziej karkołomne.

Na szczęście zespołowi The Darkness oraz realizatorom koncertu i producentom płyty “Live at Hammersmith” udało się je wykonać w stu procentach. Kiedyś się już rozpisywałem o tym, jak to już rzadko się spotyka takie rock and rollowe zespoły, jak The Darkness. Z całym ich absurdem i kiczem. Ale także z ich dziką energią, w której szał perkusisty nie jest spętany sztywnymi ramami metronomu, a dźwięk rozkręconych na maksa wzmacniaczy Marshalla nie jest w żadnym wypadku okiełznany przez bramki szumów i redukcję hałasu. Żeby utrzymać dobre brzmienie albumu, a jednocześnie nie utracić gdzieś po drodze tej surowej energii, trzeba się – wbrew pozorom – wiele napocić. A i tak wszystkie wysiłki mogą spalić na panewce. Ale nie w wypadku The Darkness.

Orange GoblinThe Wolf Bites Back

e070637b01b8143a7380b1653eb2b31e48188821
Orange Goblin jest jak Twój ulubiony bar albo restauracja, do której wciąż powracasz i oni od wejścia wiedzą, co zamówisz. Na nowym krążku londyński zespół po raz kolejny robi to samo, co robił na ostatnich kilku albumach. Czyli młóci przestrojony kilka tonów w dół i przesterowany jak stare radio stoner metal. Brytyjczycy pozostają wierni swoim ideałom i nie eksplorują za bardzo nowych terytoriów. I bardzo dobrze, bo to jeden z tych zespołów, od których nie oczekuje się eksperymentów czy artystycznych wolt. Panowie grają tak samo, jak w latach dziewięćdziesiątych, tylko, że lepiej. Bo już co najmniej od czasów płyty “A Eulogy for the Damned” z 2012 roku albumy Pomarańczowego Goblina są coraz lepsze pod względem wykonawczym i produkcyjnym. Nie tracąc przy tym niczego z naiwności paru nastolatków katujących ciężkie riffy w jakiejś śmierdzącej zwietrzałym piwem piwnicy. Wystarczy rzut oka na tytuły utworów: “Sons of Salem”, “Renegade”, “Swords Of Fire”, “Suicide Division” – it doesn’t get any more metal than this.

Orange Goblin to dla mnie idealne połączenie typowej dla metalu bezkompromisowości z wysoką jakością serwowanego produktu finałowego. Grzmiące sabbathowskie riffy londyńczyków brzmią jak szczere złoto, komponując się z przepitym głosem wokalisty w sposób tak perfekcyjny, że aż nie mogę przestać tego słuchać. A biorąc pod uwagę, że – jak już kiedyś pisałem – Orange Goblin to taki hard rock na sterydach, przez co nie ma tendencji do popadania w często spotykaną w heavy metalu śmieszność, to jeśli chodzi o ciężkie brzmienia jest to zespół niemalże idealny. I z tą płytą nie jest inaczej. “The Wolf Bites Back” dostarczył mi dokładnie tego, czego od niego oczekiwałem. Teraz pozostaje mi tylko słuchać tego albumu i czekać na kolejny, na którym Bill Ward i jego ekipa zrobią dokładnie to samo, co na tym.

Florence + The MachineHigh As Hope

51af90e85930b4c65a986d3ed3f4c1d8af228526
High As Hope” utrzymuje niezmiennie dobrą passę Florence Welch i jej zespołu. Być może brytyjska grupa nie wydaje płyt jakoś super często, ale trzeba podkreślić, że nie wydaje ich też jakoś super rzadko, a przy tym każdy z nich jest tak cholernie dobry!

Na najnowszym krążku Florence + The Machine kontynuuje drogę obraną na albumie “How Big, How Blue, How Beautiful” z 2015 roku. Mam tu na myśli coraz bardziej postępujące ściąganie z piosenek charakterystycznego barokowego płaszczyka, który był przecież tym, na czym brytyjski zespół zbudował swoją markę. Warstwa liryczna w porównaniu z debiutanckim “Lungs” niemal pozbawiona jest metafor, a w warstwie muzycznej jest zdecydowanie mniej patosu.

“High As Hope” brzmi trochę, jak wpisy z bloga nastolatki (jeśli ktoś po trzydziestce wciąż jest w głębi serca nastolatką, to jest to Florence Welch), która swoje zwierzenia postanowiła przerobić na piosenki, posługując się zaledwie kilkoma akordami i prostą rytmiką. Tylko, że ta nastolatka jest piekielnie utalentowana i dysponuje wielomilionowym budżetem na wynajem studia i zatrudnienie najlepszych producentów. No i mimo konsekwentnego ograniczania patosu, wciąż będącą w stanie nagrać płytę tak epicką, by nawrócić na stworzoną przez siebie religię jeszcze większą liczbę fanatycznych wyznawców.

Rock and roll will never die. Czyli o płycie Penny Dreadful zespołu Spitfish

spitfish

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem zespół Spitfish, pomyślałem sobie: polski Ghost! Skojarzenie to wywołał zarówno fakt ukrywania przez członków bandu swoich twarzy przed publicznością (a przynajmniej przed internetami), jak i to, że zarówno cały wizerunek, jak i muzyka grupy są zbudowane wokół dość jasno zdefiniowanego konceptu. Ale czekajcie! Nie myślcie bynajmniej, że Spitfish to po prostu chamska zrzynka z innego będącego aktualnie na topie zespołu czy jakaś tam polska odpowiedź na “Szybkich i wściekłych”! Trójmiejskie trio udowadnia bowiem, że ma swój własny głos i pomysł na siebie.

Tam gdzie szwedzki Ghost inspiruje się gotykiem, barokiem i satanistycznym okultyzmem, ich brzmieniowo znacznie ostrzejszy (tak!) sąsiad z przeciwnego brzegu Bałtyku zdaje się bardziej czerpać z XIX-wiecznej powieści grozy i oldschoolowych czarno-białych horrorów. Wskazuje na to wizerunek grupy, konsekwentnie budowany przez okładkę płyty, grafiki publikowane w social mediach czy teksty piosenek. Jednak wbrew temu, czego można by się obawiać, pod względem muzycznym “Penny Dreadful” nie jest tylko owiniętą w ładne opakowanie nijaką papką. Gotując swoją debiutancką płytę, panowie ze Spitfish wrzucili do kotła ilość składników wystarczającą, by nie zanudzić słuchaczy powtarzaniem w kółko tych samych rozwiązań, a jednocześnie na tyle niewielką, by zachować wyrazisty styl, ochrzczony przez samych muzyków mianem rock noir. Znajdziemy więc na “Penny Dreadful” sporo punkowej prostoty spod znaku Ramones, hard rockowego kopa, ciężar i brud w stylu Monster Magnet, intro przywodzące na myśl mroczny synthwave czy wokal w stylu najntisowego grandżu. A po środku tego wszystkiego cover “Hey Hey, My My (Into The Black)Neila Younga ze słynnym wersem “rock and roll will never die”.

Umieszczenie bardzo swobodnej (może nawet zagranej nieco ironicznie, z przymrużeniem oka) interpretacji tego numeru to krok śmiały, ale i przy tym przebiegły. Słuchaczy, którzy sięgnęli po “Penny Dreadful”, nawet jeśli nie pokochali pozostałych sześciu kompozycji od pierwszego usłyszenia, cover Neila Younga zaintryguje i przekona do ponownego przesłuchania całego albumu. Kawałek ten jest też ukłonem wobec bardziej konserwatywnych słuchaczy, dla których rock skończył się w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Bo mimo wielu klasycznych inspiracji, Spitfish to muzyka nowoczesna, nie żerująca jedynie na nostalgii za minionym złotym wiekiem rock and rolla.

Moją sympatię wzbudzają także – na tyle, na ile byłem w stanie je zgłębić – kulisy powstania zespołu Spifish. Mamy tutaj do czynienia z projektem muzycznym, za którym stoi wizja i marzenie jednej osoby – wokalisty i basisty Dawida Zwolana. Skomponował on sporą część materiału, która znalazła się na “Penny Dreadful”. Następnie nagrał w swoim domowym studio kilka demówek, które mógł zaprezentować gitarzystom i perkusistom zainteresowanym dołączeniem do zespołu. Odnalazłszy odpowiednich ludzi, zaczął koncertować i przystąpił do rejestracji finalnego materiału. Lubię się z takimi marzycielami/wizjonerami identyfikować, bo przecież mój zespół i jego debiutancki album powstał w podobny sposób i w podobnych okolicznościach.

Przy tym wszystkim szkoda jedynie, że produkcja i brzmienie “Penny Dreadful” nie dorównuje jej poziomowi artystycznemu. Słuchając kawałków Spitfish, mam świadomość, że na żywo ci goście spuszczają publiczności prawdziwe lanie. Tylko mam wrażenie, że nagranie nie jest w stanie tej energii uchwycić i w całości przekazać słuchaczowi. W którymś miejscu na linii muzycy-nagranie-słuchacz część wpierdolu gdzieś bezpowrotnie ulatuje. Ja wiem, że ta energia tam jest, szczególnie perkusista gra naprawdę ciekawe rzeczy, ale płyta jest zrealizowana tak, że słuchając jej tego kopa po prostu czuję mniej, niż poczułbym go słuchając zespołu na żywo.

Niemniej, Spitfish warto sprawdzić. Warto dać “Penny Dreadful” więcej, niż jedną szansę. Ostatecznie przecież chłopaki mówią wprost, że rock and roll nie umrze. I ja – słuchając ich debiutu – wierzę im nie tylko na słowo.

19 ulubionych albumów wszech czasów, które wywarły wpływ i wciąż powracają na moją playlistę

Część z Was pewnie zauważyła łańcuszek szczęścia krążący od jakiegoś czasu po Facebooku: “10 ulubionych albumów wszech czasów, które wywarły wpływ i wciąż powracają na twoją playlistę, nawet jeśli tylko dla przypomnienia. Każdego kolejnego dnia opublikuj okładkę, bez wyjaśnień, następnie w każdym poście nominuj osobę, żeby zrobiła to samo”. No, więc zabrzmiało to na tyle interesująco, że postanowiłem też coś takiego zrobić, choć nie zostałem przez nikogo wywołany do tablicy, a i nikogo do tablicy wywoływać nie zamierzam. No i – jak widzicie – wybrałem więcej, niż dziesięć albumów, bo przecież znacie mnie i wiecie, że nie lubię się ograniczać. Nie obeszło się bez wyjaśnień, bo czy ja bym nie skorzystał z okazji, żeby sobie pogadać? No, ale przejdźmy do rzeczy!

Na pierwszy ogień idzie…

…Led Zeppelin – Led Zeppelin

led zeppelin

W pewnym sensie debiut Led Zeppelin to album niczym się nie wyróżniający spośród setek powstałych w latach sześćdziesiątych podobnych płyt. Nagrany na szybko, bez żadnego konceptu. Album na którym autorskie kawałki sąsiadują ze sporą ilością coverów.

A jednak jest to krążek, który od pierwszych sekund otwierającego go utworu “Good Times Bad Times“, zachwyca absolutnie genialną mieszanką czterech składników. Mam tu na myśli oczywiście członków zespołu. Wyjmij jeden ze składników, a cała misterna konstrukcja się posypie. Ktoś z Was może argumentować, że Jimmy Page albo John Bonham byli bardziej wybitni od pozostałych. Ja tam jednak uważam, że Led Zeppelin to był taki domek z idealnie dopasowanych kart.

Przy czym tym wspomnianym wyżej przypadkowym zbiorem piosenek Zeppelini zabezpieczyli się na następne siedem albumów przed zaszufladkowaniem. No, bo niby z wrzaskiem Planta, buczącą gitarą Page’a, głośno walącą naprzód i miażdżąca wszystko po drodze sekcją rytmiczną Jonesa i Bonhama “Led Zeppelin” jest kamieniem milowym w rozwoju heavy metalu, ale jednak takie numery, jak “Babe I’m Gonna Leave You” czy “Your Time Is Gonna Come” nie pełnią tutaj bynajmniej roli zapchajdziury czy czegoś, co dzisiaj znamy jako “ballada rockowa”, czyli utworu napisanego wyłącznie dlatego, że perkusista musi czasem odpocząć. To pełnoprawne numery. Jest więc na tej płycie zarówno hard rock, blues, folk, jak i psychodeliczne improwizacje czy nawet gospel. I to pozwoliło Zeppelinom już zawsze być ponad gatunkowymi szufladkami.

A zresztą, po co ja się produkuję? Można by jeszcze napisać ze sto stron wypocin na temat tego albumu, a i tak nie wyczerpać tematu. Ale tak jak już mówiłem, wielkości Led Zeppelin nie da się uzasadnić i obronić racjonalnymi argumentami. Bo Led Zeppelin są ponad to. A dla mnie ich debiut to akurat album szczególnie ważny. Bo to pierwsza płyta Zeppelinów, jakiej dane mi było słuchać i jedna z pierwszych płyt w ogóle. “Dazed and Confused” to jeden z pierwszych riffów, których nauczyłem się grać na gitarze. Ta muzyka przeniknęła do mojego DNA i już tam pozostanie.
MC5 – Kick Out the Jams

R-1310994-1465081238-2692.jpeg

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Londynie Led Zeppelin nagrywali ścieżki swoich buczących i przesterowanych gitar na swój debiutancki album, w odległym o cztery tysiące mil Detroit, amerykański zespół MC5 robił coś bardzo podobnego, a jednocześnie tak bardzo odmiennego.

Panowie z MC5 również postanowili odkręcić wzmacniacze na maksa i pojechać po bandzie. “Kick out the Jams” to kwintesencja rock and rolla, począwszy od faktu, że mimo, że to jest debiutancki album, to jest on zapisem występów na żywo, przez prowokujące, kontrkulturowe i buntownicze teksty, po absolutnie nieokiełznaną energię i brzmienie występu.

Przez czterdzieści minut trwania debiutanckiego albumu MC5 nie ma ani sekundy, w której zespół robiłby cokolwiek na pół gwizdka. Nadpobudliwy bębniarz walczy tu ze zdzierającym gardło wokalistą, który z kolei bije się z głośnymi, nieustannie sprzęgającymi się gitarami. Wszystko to w jakiś cudowny sposób łączy się w ścianę dźwięku, która jednak wcale nie jest irytującym i bezładnym hałasem. Raczej dźwiękową pocztówką z czasów, kiedy mieszkańcy Detroit uprawiali wolną miłość, co tydzień ścierali się z policją w ulicznych zamieszkach i nieustannie byli na haju.

Bo choć ogólnie nie wierzę, że narkotyki wpływają pozytywnie na czyjąkolwiek twórczość, to album “Kick out the Jams” jest tutaj wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nie trzeba się zbytnio wsłuchiwać, żeby wyłapać jak bardzo oczywiste jest, że muzycy MC5 byli w czasie tych koncertów totalnie napruci i że był to jeden z powodów nadludzkiej niemal energii i żywiołowości tej płyty.

Zespół kultowy w USA, u nas jest prawie nieznany. Polecam zapoznanie się z twórczością MC5, naprawdę warto. Natomiast gdyby kiedyś przyszło Wam do głowy odtwarzać rock and rollową magię dni, w których “Kick out the Jams” zostało nagrane, mam jedną prośbę: nie róbcie tego w domu.
Black Sabbath – Paranoid

R-4601969-1369627277-9555.jpeg

Czego tu nie lubić? Ciężkie, przesterowane gitary? Dobre. Absolutnie niepodrabialny głos Ozzy’ego Osbourne’a? Dobry. Jedne z najbardziej ikonicznych riffów w historii wszechświata? Dooobre!

Iron Man“, “Paranoid” i “War Pigs” wystarczyłyby, żeby uczynić ten album kultowym. Najpiękniejsze w tych numerach jest chyba to, że każde dziecko jest w stanie zagrać główny riff. Ale nie każde by go wymyśliło. Do tego potrzebowaliśmy Tony’ego Iommi’ego. W “War Pigs” nawet pauzy, w których tylko perkusista nabija rytm na hi-hacie brzmią kozacko. A może własnie ten numer jest świetny przez te pauzy?

O “Iron Manie” można by napisać całą książkę. Ja wspomnę tylko o tym, jak swego czasu wykorzystano ten numer w napisach końcowych do filmu “Iron Man“. Choć superbohater z komiksów Marvela nie ma nic wspólnego z piosenką Black Sabbath, twórcy filmu nie mogli przegapić okazji do wykorzystania tego utworu. I bardzo dobrze, że nie przegapili. Ostatnią kwestią padającą w filmie są wypowiedziane przez Roberta Downey’a Jr. słowa “I am Iron Man”. Sekundę po niej zaczynają się napisy i leci numer Sabbsów. Zamiast jednak puścić kawałek od początku (i powtórzyć tym samym słowa “I am Iron Man”, tym razem wypowiedziane przez Ozzy’ego), puścili jego końcówkę. Sytuacja, gdy nie wykorzystano najsłynniejszego riffu ze zwrotki, pozwoliła ludziom uświadomić sobie, że pozostałe riffy są niemal równie zajebiste. I przyczyniły się do jednego z najbardziej kozackich zakończeń w historii filmów superbohaterskich.

Ale i pozostałe numery – psychodeliczne “Planet Caravan“, oparte na granym na efekcie wah-wah riffem “Electric Funeral“, opowiadające o narkotykowym tripie “Fairies Wear Boots” czy “Hand of Doom“, w którym pierwsze skrzypce gra bas Geezera Butlera – to są naprawdę genialne rock and rollowe kawałki. Ale nawet nie to jest najbardziej zadziwiające. Mnie fascynuje, że oni ten album nagrali zaledwie pół roku po ukończeniu poprzedniej płyty. A już pół roku później nagrali kolejną. I wszystkie te krążki zawierają podobną ilość świetnej muzyki. Jak oni to robili w tak zabójczym tempie? Nie wiem. Ale jestem prawie pewien, że dzisiaj już nikt tak nie robi.

Pink Floyd – Wish You Were Here

R-463597-1477238020-6933.jpeg

Jest w życiu każdego człowieka taki okres, że podoba mu się wszystko, co wpadnie mu w ręce. Tak było chyba ze mną i płytą “Wish You Were Here“. Kiedy słuchałem jej za dzieciaka, wszystko wydawało na niej wydawało się być świetne. To że otwierający album utwór trwa trzynaście minut. To że w numerze “Welcome to the Machine” w ogóle nie ma perkusji, a bit nabija gitara basowa. To jak tekst piosenki “Have A Cigar” opowiada o ubranym w drogi garnitur i palącym cygara tłustym rekinie showbiznesu, która zaprasza członków zespołu do swojego gabinetu i zachęca do podpisania cyrografu chwaląc ich twórczość, po czym pyta “a tak właściwie, to który z was to Pink?”. No i wreszcie ten radiowy szum we wstępie do utworu tytułowego. Może to przez sentyment, ale do dziś wszystkie te rzeczy wydają mi się być rewelacyjne.

“Wish You Were Here” to oczywiście krytyka chciwego przemysłu muzycznego i melancholijny hołd złożony Sydowi Barrettowi, byłemu członkowi i współzałożycielowi Pink Floyd, który pod koniec lat sześćdziesiątych odleciał w świat narkotyków, z którego powrócił jako wrak człowieka. Ale dla mnie to także świadectwo pięknych czasów, kiedy zespoły progrockowe grały te swoje monumentalne, kilkunastominutowe utwory bez zadęcia. Kiedy członkowie takich zespołów, jak Pink Floyd byli gwiazdami rocka. Nawet jeśli kwestionowali cały koncept gwiazdy rocka, to i tak nimi byli. A nie pretensjonalnymi lamusami piszącymi utwory w metrum 15/8.
Guns N’ Roses – Appetite For Destruction

R-7441233-1441564282-6905.jpeg

Nie muszę chyba mówić, że jeśli miałbym wymienić jedną moją ulubioną postać z komiksu i jednego mojego ulubionego gitarzystę, to w obu wypadkach byłby to Slash. Nie muszę chyba też dodawać, że Axl Rose to jeden z najbardziej charakterystycznych wokalistów ever. Guns N’ Roses zdecydowanie wykraczają z szufladki hard rocka lat osiemdziesiątych. Wszak od pierwszej płyty w ich brzmieniu pełno było klasycznorockowego brudu, a kiedy jako jeszcze niezbyt otrzaskany w historii rock and rolla dzieciak po raz pierwszy zobaczyłem w telewizji teledysk do “Paradise City” myślałem, że to kapela z lat siedemdziesiątych. Można by długo jeszcze wymieniać powody, dla których Gunsi są jednymi z najźlejszych motherfuckerów w historii rock and rolla. Niemniej, choć nagrali kilka naprawdę dobrych płyt, na których znajduje się wiele genialnych numerów, żaden z późniejszych albumów nie był już tak równy, jak debiut.

Właściwie każdy kawałek na “Appetite for Destruction” jest inny, na każdy jest jakiś pomysł. Coś co sprawia, że zapamiętujesz utwór po pierwszym przesłuchaniu. Jakiś haczyk, na który się słuchacz daje się złapać. Ale paradoksalnie prawdziwym sekretem sukcesu tej płyty jest to, czego na niej nie ma. Wszak takie numery, jak “Don’t Cry” czy “November Rain“, które znalazły się na dyptyku “Use Your Illusion” ponad cztery lata później, istniały już w momencie, gdy zespół wchodził do studia, by nagrać debiutancki album. Ekipa z Los Angeles jednak nie uległa pokusie umieszczenia tych kawałków na swoim pierwszym krążku, nieważne jak dobre by były. Dzięki temu otrzymaliśmy surowy, bezkompromisowy rock and rollowy klimat z jakim kojarzone jest “Appetite for Destruction”. Klimat. Klimat Hollywood, klimat Sunset Boulevard. Klimat klubów Go Go, w których w oparach dymu czerwonych Marlboro pochłaniano galony Jacka Danielsa i tony kokainy.

I pośród tego pięciu gości, którzy podjęli postanowienie, że podbiją świat swoim pierwszym albumem. Spoiler alert. Udało im się. Dzięki tym odważnym decyzjom, które wtedy podjęli, później mogli sobie pozwolić na niemal wszystko. Na przykład na wydanie jednego dnia dwóch albumów z dziesięciominutowymi ambitnie zaaranżowanymi kompozycjami. Pełnych takich arcydzieł, jak chociażby “November Rain”. Warto było zaryzykować.
Queen – Innuendo

R-6811292-1427124502-6745.jpeg

Nikt chyba się głośno nie przyzna, że za dzieciaka nie jarał się solówką z tytułowego utworu z tej płyty. Come on! Najpierw grają takie flamenco! A potem! Grają to samo, tylko na gitarze elektrycznej! That is sooo metal!!!

Cóż, tylko Queen tak potrafił łączyć heavymetalowy wpierdol z campową muzyką taneczną, progresywny rock z przebojowością, glamowy blichtr z hardrockowym brudem. Nie jest “Innuendo” pierwszym albumem, na którym to z powodzeniem zrobili. Jest za to ostatnim albumem, na którym to zrobili. Bo w ogóle jest ostatnią płytą zespołu wydaną za życia Freddiego Mercury’ego, który zmarł zaledwie dziewięć miesięcy po jej premierze. I kiedy już raz człowiek sobie uświadomi, że Mercury był już poważnie chory podczas nagrań, trudno wyrzucić ten fakt z głowy, trudno nie interpretować tej płyty przez jego pryzmat.

Bo nawet biorąc pod uwagę, że zarówno muzyka, jak i teksty powstały w wyniku pracy całego zespołu, a nie tylko frontmana, to trudno nie odbierać “Innuendo” jako opowieści człowieka mierzącego się z własną śmiertelnością. A przy tym bynajmniej nie będącej przygnębiającym smutem. Ten album jest po brzegi wypełniony radością życia. Być może właśnie wynikającą ze świadomości jego kruchości. Tę miłość do życia wyraża na tym albumie wszystko, od sekcji rytmicznej przez ambitnie zaaranżowane niezliczone ścieżki chórkow i syntezatorów po przesterowaną gitarę. I wokal Freddiego, który nigdy chyba nie był tak mocny i energetyczny, jak na “Innuendo”, choć AIDS już wówczas pożerało muzyka do tego stopnia, że ledwo miał siłę, by ustać na nogach.

“Innuendo” to taka przejażdżka emocjonalnym rollercoasterem, słodko-gorzka niczym uśmiech Mercury’ego na koniec teledysku do “These Are The Days Of Our Lives“. Czasem wesoła, czasem smutna, ale zawsze poruszająca nawet najbardziej skamieniałe serca. Z genialnym finałem, który w perfekcyjny sposób podsumowuje postać Freddiego Mercury’ego. Nikt chyba się głośno nie przyzna, że nie ma na plecach ciar słuchając “Show Must Go On“.
Pearl Jam – Ten

R-367664-1408907054-7204.jpeg

Powiem to wprost i na samym początku: jeśli miałbym wybrać jeden najlepszy album wszech czasów albo przynajmniej najlepszy album jaki kiedykolwiek słyszałem, byłby to “Ten“. Bo nie ma na tym albumie ani jednego słabego utworu. Ani jednego.

I nieważne jak wspaniałym zespołem Pearl Jam pozostało po wydaniu tej płyty i pozostaje do dziś, łącząc absolutne oddanie fanom z artystycznym nonkonformizmem. Nigdy już grupa ze Seattle nie zbliżyła się do tego, czego dokonała na tym krążku. Być może ich wielkość tkwi także w fakcie, że wcale nie próbowali. Że zrozumieli, że taka sztuka udaje się tylko raz. Każdy kolejny album kwintetu to próba zrobienia czegoś zupełnie innego, niż to, co zrobili na “Ten”. Może obranie tej właśnie drogi pozwoliło Pearl Jam zachować tę klasę, która sprawia, że ich fani podążają za nimi z koncertu na koncert, z miasta do miasta, z kraju do kraju, a czasem i z kontynentu na kontynent.

Ten album to czysty żywioł. Słychać na nim, że zespół nagrywając go nie stawał w blokach startowych w żadnym wyścigu. Nie zamierzał wywoływać żadnej rewolucji. W gruncie rzeczy “Ten” jest bardzo prostym hard rockowym albumem, nagranym bez ambicji, by dołączyć do jakiegoś bardziej konkretnego nurtu czy stworzenia swojego własnego gatunku. Bez ambicji, by stać się kolejną gwiazdą czy kolejnym gigantem. Jedyną ambicją Pearl Jam było skanalizowanie energii wypływającej z każdego z członków zespołu, nieważne czy źródłem tej energii były doświadczenia pozytywne czy negatywne. I udało się. Ta płyta jest niczym oceaniczna fala, która Was porywa. To czy w niej utoniecie czy też pozwolicie się jej ponieść, to już wyłącznie Wasz wybór.
Monster Magnet – Spine of God

R-7721091-1478622828-6464.jpeg

Wahałem się, który album Monster Magnet umieścić w tym zestawieniu, bo naprawdę da się z ich dyskografii wybrać co najmniej kilka bardzo dobrych krążków, a każdy z nich jest zajebisty na zupełnie inny, sobie tylko właściwy sposób. Rozważałem nawet umieszczenie w tym zestawieniu więcej, niż jednej ich płyty. Bo przecież “Powertrip“, najbardziej znany album grupy z New Jersey, zawierający radiowy hicior “Space Lord“, to prawdziwe arcydzieło, łączące space rockową psychodelię, fuzzowe riffy z rock and rollową przebojowością. Ale ostatecznie zdecydowałem się na debiutancki album “Spine of God“. Dlaczego? Bo chyba najbardziej skupia w sobie wszystkie cechy, które czynią Monster Magnet zespołem tak mi bliskim.

Spine of God” brzmi jakby było nagrywane przez jakiegoś nastolatka w sypialni na poddaszu w domu rodziców. W pokoju, w którym półki uginają się od komiksów science fiction, na ścianach wiszą plakaty hard rockowych bandów z lat siedemdziesiątych, a w powietrzu unoszą się gęste opary marihuany. A po środku tego wszystkiego nastolatek, który nigdy tak naprawdę nie nauczył się grać na żadnym instrumencie, ale za to teraz dorwał się do dużej ilości krejzolsko brzmiących efektów gitarowych. I nie zamierza się bynajmniej ograniczać w ich używaniu.

Właśnie brak zahamowań i totalny luz to fundamenty tego albumu. Trwające pół minuty solo perkusyjne na otwarcie utworu? Czemu nie! Ośmiominutowy psychodeliczny jam? Czemu nie! Ten album brzmi, jak nagrany przez kogoś, kto olał w szkole lekcje songwritingu i muzycznego marketingu. Chyba po prostu Dave Wyndorf, lider zespołu, na żadnym etapie powstawania “Spine of God” (i całego swojego wcześniejszego życia) nie spotkał nikogo, kto by mu powiedział coś w stylu “nie przesadzaj z efektami, mniej znaczy więcej” albo “jesteś pewien, że teksty wszystkich piosenek powinny być o narkotykach?” czy “przydałby się tutaj jakiś szybki, wpadający w ucho utwór, który mógłby stać się singlem”. I bardzo dobrze, że nikt Wyndorfowi nie udzielił takich rad. Później zresztą Monster Magnet udowodnili, że mogą nagrać przebojowy hard rockowy album, który przyniesie im komercyjny sukces. Ale komercyjny sukces nigdy nie był ich celem. Dave Wyndorf zbyt ceni sobie swój własny pokręcony świat, by iść na jakiekolwiek kompromisy. I zawsze będzie robił to, co mu się żywnie podoba. Nawet jeśli będzie to oznaczało, że aby wieczorami grać te długawe psychodeliczne solówki, za dnia będzie musiał pracować na stacji benzynowej.
The Cranberries – No Need To Argue

R-369633-1437271439-6809.jpeg

Po pierwsze ten album zawiera “Zombie“. To jeden z pierwszych rockowych numerów, jakie w życiu usłyszałem. Jeden z pierwszych gitarowych riffów, których nauczyłem się grać i choć nie grałem go od lat, jestem pewien, że będę w stanie go Wam zagrać, nawet jeśli obudzicie mnie w środku nocy (ale mimo wszystko nie budźcie mnie, proszę). A pomalowana na złoto Dolores O’Riordan w nakręconym przez Samuela Bayera teledysku była moim pierwszym zauroczeniem.

Po drugie ten album – jak tandetnie by to nie zabrzmiało – przenosi mnie na zielone łąki Irlandii. Tajemnicze, baśniowe, mityczne, a zarazem splamione przemocą, cierpieniem i opresją. Ale przy tym na pewno zachowujące zachwycające piękno. Chyba słusznie najwięcej laurów za tę płytę zbierała, zbiera i zbierać będzie O’Riordan, ale muszę podkreślić, że pozostali muzycy The Cranberries i producenci płyty także odwalili tutaj kawał dobrej roboty. Zrobili naprawdę genialny użytek z tych wszystkich najntisowych efektów gitarowych. Każdy reverb, delay czy chorus jest tu użyty dokładnie tak, jak powinien, tworząc unikatowy klimat tej płyty. Idealnie zlewając się z magicznym głosem wokalistki, który bywa w niemal nieziemski sposób czysty, a z drugiej strony chwilami zachrypnięty i zawodzący. O’Riordan jest na tej płycie pełna paradoksów. Wydaje się być artystką świadomie budującą swój własny styl, a jednocześnie zachowującą bezpretensjonalność. Śpiewającą jakby zupełnie bez wysiłku, a jednocześnie wkładając w to mnóstwo emocjonalnej energii.

The Afghan Whigs – Black Love

R-522893-1272128376.jpeg

Zadziwia mnie, jak Greg Dulli, lider i główny songwriter zespołów The Afghan Whigs i The Twilight Singers, od ponad trzydziestu lat robi wciąż genialne płyty. To nie jest tak, że kiedyś na początku kariery zrobił jedną dobrą płytę, a późniejszych słucha się już bardziej z sympatii wywołanej przez nią. Jeśli mierzyć sukces ilością sprzedanych egzemplarzy albumów i pojemnością zapełnianych sal koncertowych, to osiągi Dulliego są naprawdę mizerne. Ale mimo, że nigdy tak naprawdę nie udało mu się wspiąć na rock and rollowy Parnas, to życzę tak długo utrzymującego się wysokiego poziomu wielu potężniejszym od niego tytanom. Kariera Dulliego to pod względem artystycznym kariera cholernie równa. Ale to nie znaczy, że nie ma w jego dyskografii albumów, które są mi szczególnie bliskie.

Jednym z nich jest niewątpliwie “Black Love“. Dlaczego? Właściwie to muszę otwarcie przyznać, że tak naprawdę nie wiem. Może to dlatego, że to płyta najbardziej z dzieł Dulliego kojarząca mi się z nawiedzającą Polskę ciemną zimą, bo w książeczce jest zdjęcie dziewczyny stojącej nocą na ośnieżonym dachu? A może to dlatego, że to jeden z najbardziej hard rockowych albumów Dulliego, gdzie przester w głosie wokalisty idealnie zlewa się z przesterem gitar i całą tą ścianą dźwięku zlepioną z perkusji, basu, organów hammonda, pianina i chórków? A może to sposób, w jaki Dulli wykrzykuje słowo “love” w epickim utworze “Bulletproof“. A może jest to coś zupełnie niewytłumaczalnego. Bo tak czasami, a nawet bardzo często, bywa w muzyce, że nie da się jej ująć w słowa. Ponieważ gdyby dało się muzykę ująć w słowa, to by się ją czytało, a nie słuchało jej.
Metallica – Reload

R-367442-1306610922.jpeg

Gimi fiu, gimi faj, gimi dabuczadizaj!

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale gdy ktoś dorastał w Polsce w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych oraz był fanem jakiejkolwiek odmiany gitarowej muzyki, ten przynajmniej przez chwilę swojego życia uważał Metallikę za muzyczny wzorzec z Sevres. W każdym razie dla mnie przez dłuższy czas toporna rifferka Jamesa Hetfielda i spółki była instrukcją songwritingu. W odróżnieniu jednak od wielu moich rówieśników moim ulubionym albumem Mety był najprawdopodobniej najgorzej przez wszystkich oceniany krążek “Reload“. I chociaż już dawno jako muzyk uwolniłem się z okowów metallikowego podejścia do gitarowego rzemiosła, to “Reload” wciąż jest dla mnie albumem pod wieloma względami wzorcowym. Muzyka zawarta na tym krążku to szczytowe osiągnięcie ciężkiego, badassowego hard rocka. I może dlatego nikt tej płyty nie lubi, bo jest za ciężka dla fanów rocka, a za lekka dla fanów metalu. To jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję. Bo tak naprawdę totalnie nie rozumiem, jak można coś złego powiedzieć o tej płycie.

Oczywiście wypada, żebym uczciwie przyznał, że dostałem ten album na kasecie pod choinkę mając jakieś dziewięć czy dziesięć lat. I że katowałem go przez całe święta jedząc czekoladę i grając w “Kapitana Pazura“. I do dzisiaj wracam do tej płyty co roku w okolicach grudnia i to jest dla mnie prawdziwa świąteczna muzyka, a nie jakieś dzwoneczki i “Last Christmas“. Więc to wszystko może sprawiać, że jestem trochę nieobiektywny. W każdym razie “Reload” to siedemdziesiąt sześć minut walącego w werbel Larsa Ulricha i depczącego efekt wah-wah Kirka Hammetta. I każda sekunda tego albumu to dla mnie prawdziwa muzyczna uczta.
Marilyn Manson – Mechanical Animals

R-2292117-1377183014-4352.jpeg

Odkryłem Marilyna Mansona w okresie, w którym triumfy święciła jego pełna brudnych riffów, mroczna, gotycka płyta “Holy Wood (In the Shadow of the Valley of Death)“. Kiedy już zajechałem do reszty taśmę mojej kasety z tym albumem (i uzbierałem kolejne 20 złotych), postanowiłem wyruszyć na dalszą eksplorację uniwersum najsłynniejszego wówczas prowokatora. Naturalnie sięgnąłem więc po poprzedni album, zatytułowany “Mechanical Animals“. I jakież wszystko było inne na tym krążku. Zamiast ciężkich riffów – syntezatory, zamiast industrialowego łomotu – elektroniczna perkusja, zamiast gotyckiego mroku – blade kolory kojarzące się raczej z futurystycznym science fiction. Więc szukając czegoś podobnego do “Holy Wood”, dostałem coś zupełnie innego, a i tak byłem zachwycony. I to było niesamowite uczucie. Nie znałem wówczas nikogo, kto w moim małym wszechświecie kilkunastoletniego fana rocka i metalu potrafił zrobić coś tak nieszablonowego, niebanalnego i pełnego zwyczajnej przekory.

Choć opowiadający o poczuciu pustki i wypraniu z uczuć, “Mechanical Animals” wciąż pozostaje chyba najbardziej emocjonalnym albumem Mansona. Oraz najbardziej lirycznym i melodyjnym. Co spotkało się z krytyką wielu jego fanów, którzy oczekiwali od niego po prostu odpowiedniej ilości heavymetalowego zła. Dla mnie zaś łagodniejsze czy – jakby powiedzieli rockiści – bardziej komercyjne brzmienie tej płyty nigdy nie było problemem. Bo Manson bynajmniej nie przestał być na tym albumie mniej prowokacyjny i bardziej grzeczny. Wręcz przeciwnie. Tym albumem zantagonizował ostatnią grupę, której dotychczas jeszcze nie udało mu się wkurzyć: swoich fanów. I między innymi dzięki temu ten album zdobył moje serce. Do dzisiaj do niego wracam i nie obchodzi mnie to, że to w gruncie rzeczy taki bardziej heavy metalowy remakeThe Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from MarsDavida Bowiego. Czasami remake bywa lepszy od oryginału.
Red Hot Chilli Peppers – Californication

R-1266804-1461290216-7010.jpeg

Red Hoci to jest taki zespół, z którego niektórzy po prostu wyrastają. Tak przynajmniej było w moim wypadku. Dzisiaj, kiedy w radio leci “Under the Bridge“, “Give it Away” czy “Dani California“, nie zmieniam stacji. Ale też sam, z własnej inicjatywy RHCP sobie nie odpalam. A przecież, kiedy byłem dzieciakiem Red Hot Chilli Peppers byli synonimem fajności. Teledyski, w których Flea grał te swoje wirtuozerskie partie basu mając na sobie jakiś ekscentryczny ubiór czy strojąc do kamery głupkowate miny. Koncerty podczas których członkowie bandu biegali i skakali po scenie nie uważając za stosowne, by w ogóle założyć ubranie. Wszystko to było uosobieniem żywiołowości i wolności, która wydawała się atrakcyjna każdemu dojrzewającemu gimnazjaliście. A teraz już po całym tym zachwycie i fascynacji (jak zaznaczyłem wyżej: przynajmniej w moim wypadku) pozostało zaledwie wspomnienie.

Niemniej “Californication” pozostaje albumem ponadczasowym. Być może po prostu dlatego, że zespół odważnie wykroczył na tym albumie poza swoją niszę bezkompromisowej mieszanki funka z rockiem alternatywnym. Mówiąc “wykroczył”, nie mam na myśli, że w jakikolwiek sposób porzucił swoją tożsamość. Po prostu dokonał ekspansji, inkorporując do swojej muzyki bardziej radiowe brzmienia. Tym samym Red Hoci dokonali sztuki bardzo trudnej, prawie niemożliwej: stali się atrakcyjni dla niemal każdej publiczności w każdej grupie wiekowej pod każdą szerokością geograficzną, jednocześnie pozostając wiernymi swoim ideałom. Jedyny zespół, który także z powodzeniem dokonał takiego manewru, jaki przychodzi mi do głowy, to Aerosmith, które na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych podbiło serca zarówno swoich dawnych fanów, jak i nowej publiczności takimi radiowymi hitami, jak “Dude (Looks Like a Lady)” czy “Janie’s Got a Gun“.

Ale co chyba najbardziej zachwyca i decyduje o ponadczasowości “Californication”, to jego prostota. Najbardziej przecież pamiętamy z niej takie kawałki, jak “Around the World“, “The Other Side“, “Scar Tissue” czy numer tytułowy. A są to kompozycje niemalże minimalistyczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę nieokiełznaną energię i szeroki wachlarz możliwości tworzących tę płytę muzyków.
Smashing Pumpkins – Machina/The Machines of God

R-378885-1523172435-1501.jpeg

Jak wiedzą niektórzy, mam w rękawie garść stwierdzeń, które czasem rzucam w towarzystwie ku powszechnemu zgorszeniu i zażenowaniu. Mówię na przykład, że nigdy nie przebrnąłem przez całość książkowego “Władcy Pierścieni” i od razu na twarzach rozmówców malują się z trudem skrywane konsternacja i oburzenie. Nie jest też tajemnicą, że twórczość Smashing Pumpkins dzieli się na wczesną (uważaną przez die hard fanów kwartetu z Chicago za klasyczną) i późną (uważaną za chujową). Więc część moich czytelników, nawet jeśli nie będzie zbulwersowana, to będzie szczerze zdziwiona tym, co zaraz powiem: “Machina/The Machines of God” (dla niewtejmniczonych album, który można uznać za początek twórczości “późnej”) podoba mi się o wiele bardziej, niż “Mellon Collie and the Infinite Sadness” (czyli chyba najwyżej oceniana płyta Rozjechanych Dyń).

“Machina/The Machines of God” to idealna mieszanka tych ciężkich, jak ołów riffów, gdzie wszystko przepuszczone jest przez fuzz i melodii, które instalują się w mózgu jak wirus i ciężko je usunąć. Serio, na tym albumie fuzz jest wszechobecny, jak deszcz w Wietnamie widzianym oczami Forresta Gumpa. Przez charakterystyczny przester przepuszczony jest dźwięk gitary, basu, perkusji, a czasem chyba nawet i wokalu. A jednocześnie w tym całym bucząco-brzęczącym bajzlu słuchacz nie ma problemu z uświadomieniem sobie, że lider zespołu, Billy Corgan to geniusz zapadających w pamięć melodii. Posunę się nawet do stwierdzenia, że gdyby nie jego charakterystyczny głos (którego barwa niektórym działa na nerwy) oraz częste i gęste starania, by ukryć te wpadające w ucho refreny pod grubą warstwą alternatywno-rockowego mułu, to znalazłby się w absolutnej czołówce światowego popu. Choć biorąc pod uwagę, że Corgan rozbija się po bulwarach Hollywood w automobilach typu Lamborghini, to w sumie trochę tak, jakby w niej był. I daj mu, Panie Boże, zdrowie!

Rivulets – Debridement

a4167995906_5

Granie rockowych riffów i solówek na gitarze elektrycznej jest naprawdę super. Ale tylko jeśli grasz z zespołem albo przynajmniej masz jakąś realną perspektywę, że zaczniesz z nim grać. Pierwszą gitarę elektryczną dostałem na zakończenie gimnazjum. Tłukłem na niej przez całe wakacje i dużą część pierwszej klasy liceum. Jarałem się strasznie. Niestety moje próby zakładania kolejnych zespołów ciągle spalały na panewce. Jeśli dobrze pamiętam, to gdzieś w drugiej klasie moja motywacja do grania na elektryku znacznie spadła, zwłaszcza, że moje wiosło strasznie się rozstrajało. Szybko więc przyłapałem się na tym, że gniję w moim pokoju z gitarą klasyczną, którą ukradłem kiedyś siostrze i nigdy nie oddałem, pisząc melancholijne, akustyczne piosenki. Taką muzykę przynajmniej można było grać samemu, nie odczuwając braku perkusisty czy basisty. Niestety wciąż nie było to do końca to. Nylonowe struny gitary klasycznej średnio się nadawały do takiego grania, przy każdym mocniejszym, bardziej emocjonalnym uderzeniu brzęcząc i przesterowując się. I tak sobie grałem i komponowałem myśląc, że może nie jest to totalne artystyczne spełnienie, ale lepsze to, niż nic.

I wtedy usłyszałem Rivulets. Pod tym hasłem ukrywa się amerykański muzyk Nathan Amundson. Czyli gość grający na gitarze i śpiewający w jakimś pustym pomieszczeniu, w którym dźwięk odbija się od ścian w całkowicie niekontrolowany sposób. Słychać szumy, pogłos, brzęczenie strun, ślizganie się palców po gryfie. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, czym jest gatunek zwany lo-fi, więc to było dla mnie objawienie. To tak można grać i być fajnym? Nie przejmując się brakiem odpowiedniego sprzętu czy profesjonalnego studia? Okazało się, że tak. “Debridement” było nagrywane w jakimś opuszczonym kościele, a pojawiająca się z rzadka szczątkowa sekcja rytmiczna brzmi, jakby ktoś walił w puste pudła. Dźwięki tła zostały uznane nie za przeszkodę, lecz za zaletę. Mój świat zatrząsł się w posadach, a umysł otworzył na nowe możliwości.

Ale na uroku amatorszczyzny fenomen tej płyty się nie kończy. “Debridement” to przede wszystkim zbiór melancholijnych, czasem niepokojących, czasem kojących, a zawsze pięknych melodii. Doskonały soundtrack do jesiennej mgły i szarówki. Więc przełom listopada i grudnia będzie dobrym momentem, by sprawdzić ten album.
The Twilight Singers – She Loves You

R-1086965-1191044898.jpeg

Ten album był moją bramą do muzycznego świata Grega Dulliego. Co ciekawe, jest to krążek zawierający wyłącznie covery. Oczywiście, gdy słuchałem go po raz pierwszy, jeszcze o tym nie wiedziałem, nie znając – oprócz “Summertime” – żadnego z oryginalnych wykonań tych utworów. I nawet nie domyślałem się, że są to utwory tak różnych artystów, jak Björk czy Mary J. Blige. “She Loves You” brzmi tak spójnie, że nieświadomy słuchacz ma wrażenie, że wszystkie numery napisała jedna osoba. I w pewnym sensie, tak właśnie było. Bo jedną z rzeczy, które Dulli opanował w stopniu mistrzowskim, jest branie cudzych utworów i przetwarzanie ich w ten sposób, że brzmią, jakby to on je skomponował.

Choć to porównanie może się niektórym wydać nieco przyziemne, jak na ładunek emocji, jakie niesie muzyka The Twilight Singers, to z braku lepszego pomysłu napiszę jednak, że “She Loves You” przypomina doskonale urządzone mieszkanie. Choć poszczególne meble są w różnych kolorach i odległych stylach, wszystko tu do siebie pasuje. Jak w perfekcyjnie doprawionej potrawie, nie przesolonej, ale też nie mdłej. Greg Dulli to taki muzyczny szef kuchni i myślę, że za to akurat porównanie by się nie obraził. Choć jest to kolejna metafora wynikająca z braku pomysłu na coś lepszego.

W każdym razie najdoskonalszym chyba przykładem tych wysmakowanych proporcji jest utwór “Black is the Color of My True Love’s Hair“. Perfekcyjna jest tutaj równowaga między czystością i brudem, między melodią a fałszem. Idealne jest tempo, w jakim w tej piosence rośnie napięcie. Przy czym nie czuć tutaj wyrachowania czy kalkulacji – to jest utwór, który trwając wywołuje ciarki, a gdy już wybrzmi ostatni dźwięk, pozostawia słuchacza oniemiałego.

Mam wrażenie, że im dłużej piszę o tym albumie, tym bardziej popadam w pretensjonalną śmieszność. Więc może po prostu posłuchajcie tego krążka, a ja już na jego temat zamilknę?
dEUS – Pocket Revolution

DEUSPocketRevolution

Macie tak czasami, że widząc okładkę płyty, podoba Wam się ona tak bardzo, że chcecie koniecznie posłuchać, jaka muzyka kryje się za tym obrazkiem, a gdy już ją przesłuchacie, to w związku w wysokimi oczekiwaniami zbudowanymi przez stronę wizualną, strona dźwiękowa okazuje się być rozczarowaniem? No, więc w przypadku albumu “Pocket Revolution” belgijskiej grupy dEUS o żadnym rozczarowaniu nie ma mowy. Muzyka na tym krążku jest dokładnie taka, jakiej się można spodziewać po tej dziwacznej, tajemniczej okładce.

Sercem muzyki zaprezentowanej na “Kieszonkowej rewolucji” jest dosyć prosty indie rock. Taki indie rock, który nie jest zrobiony przez gości z Londynu, Nowego Jorku czy Los Angeles, ale przez grupkę hipsterów z Antwerpii, czyli jest to indie rock o takim trochę kontynentalno-europejskim zabarwieniu. Przy czym muzycy dEUS obudowali te proste (a jednocześnie genialnie napisane) rock and rollowe numery tyloma warstwami gitarowych efektów i ścian dźwięków, smyków i syntezatorów, że stworzyli coś o absolutnie niepowtarzalnym klimacie. Jest tu i science fiction, i romantyczna miłość, i podróże kosmiczne, i dekadencki smutek.

Aranże na “Pocket Revolution” są tak niesamowite, że nawet siedmiominutowe numery nie nudzą, mimo że przez cały utwór muzycy grają w kółko te same cztery akordy. Ale z drugiej strony nie ma się co dziwić. W końcu ten album nagrał Bóg.
Katie Melua – Piece By Piece

R-533858-1142940130.jpeg

Co sprawia, że ten album jest dla mnie wyjątkowy? Oczywiście poza faktem, że – przynajmniej w moim wyobrażeniu – idealnie uchwycił grzeczną, ale nie nudną i uroczą, lecz nie przesłodzoną osobowość pochodzącej z Gruzji brytyjskiej wokalistki?

Płyta “Piece By Piece” jest jak skrojony na miarę popowy garnitur. Od chwytliwego songwritingu, poprzez zrobione z wyczuciem aranże, aż po coś tak głupiego, jak długość trwania całości. Nie żartuję. Ta płyta trwa 45 minut. Tyle ile większość z nas – bądźmy szczerzy – jest w stanie utrzymać koncentrację. I taki jest cały ten krążek, idealnie wyważony, nie za dużo, nie za mało. W sam raz. Przy czym – i tutaj zarówno artystce, jak i producentom płyty udało się dokonać prawdziwej sztuki – wyważenie i umiar nie oznaczają bynajmniej nijakości i mdłego nudziarstwa.

Przynajmniej część z Was widziała przynajmniej raz film “Rocky IV“, w którym Sylvester Stallone stacza bokserski pojedynek z reprezentującym Związek Radziecki Iwanem Drago. Film bez ogródek przedstawia starcie, jako walkę nie tylko dwóch sportowców, ale także dwóch metod treningu. Podczas gdy Rocky Balboa prezentuje organiczną prostotę i biega z kłodą drewna na plecach przez śnieżne zaspy, Iwan Drago trenuje w zamkniętych pomieszczeniach, na bieżniach, podłączony do urządzeń mierzących jego wydajność i jest nieustannie obserwowany przez jajogłowych naukowców, próbujących zoptymalizować siłę i kondycję sowieckiego pięściarza.

Poddając rzecz suchej analizie, można by stwierdzić, że płyta Katie Meluy jest – jak Iwan Drago – produktem laboratoryjnej, zimnej kalkulacji. Ale słuchając “Piece By Piece”, odbiorca wie, że ten album jest jednak bardziej jak Rocky Balboa. Bo ma osobowość, której nie można się oprzeć. I serce, którego często brak popowym muzakom, skomponowanym tak, by nie być niczym więcej, niż tylko muzyką tła.

Kings of Leon – Only By The Night

R-1471516-1488774335-7303.jpeg

Nienawidziłem Kings of Leon całym swoim jestestwem. Wkurzał mnie ich wizerunek pajaców z totalnie debilnymi fryzurami i ciągłe piłowanie japy przez wokalistę. Aż pewnego dnia zobaczyłem na już chyba zapomnianym dzisiaj portalu Last.fm, że można przedpremierowo za darmo przesłuchać nowego albumu grupy z Tennessee. I nie wiem, co mnie podkusiło, ale kliknąłem przycisk play.

I od pierwszej piosenki mój hejt zmienił się w zachwyt. Bardziej stonowany i melodyjny, a przede wszystkim o wiele bardziej melancholijny, niż poprzednie płyty, album “Only By The Night” mocniej trafił w mój gust i był chyba idealnie dostrojony do mojego ówczesnego stanu emocjonalnego. O sile tego krążka świadczy fakt, że skłonił mnie do sięgnięcia po wcześniejsze dokonania kapeli z Nashville i docenienie ich.

Kurczę, coś szczególnego musi być w tej płycie, skoro zmieniła ona Kings Of Leon z cenionego przez krytyków i garstkę wiernych fanów indie rockowego składu w stadionowego giganta. To niesamowite, że po prawie dziesięciu latach całkiem niezłego funkcjonowania w niszowej alternatywie, bracia Followill nagle przebili się do najbardziej mainstreamowego z mainstreamów i już w nim pozostali. Część z Was pewnie powie, że to dzięki zmianie bezkompromisowego brzmienia na bardziej radiowe. Ale ja sądzę, że jest w tym coś więcej.

***

No i to by było na tyle. Trochę zaszalałem z ilością płyt i muszę przyznać, że skompilowanie tej listy to faktycznie było całkiem ambitne wyzwanie. Napisanie – choćby zaledwie kilku akapitów – o każdym z tych albumów okazało się wymagać całkiem sporego wysiłku. A i tak mogłoby być tych albumów znacznie więcej, bo nie znalazł się tutaj żaden album Deep Purple (od którego zacząłem swoją przygodę z hard rockiem); nie ma też AC/DC, których dyptyk “Highway To Hell“/”Back In Black” jest jedną z najdoskonalszych dzieł w historii rock and rolla; nie znajdziecie też ani Rollins Band, ani Rage Against The Machine, którymi kiedyś okrutnie się jarałem i które pozostają integralną częścią mojej tożsamości; nie ma Radiohead, nie ma Lenny’ego Kravitza, nie ma Czesława Niemena, nie ma Motörhead czy Nicka Cave’a i wielu, wielu innych. Ale to nie dlatego, że ci artyści mieli na mnie mniejszy wpływ, niż ci, którzy znaleźli się na powyższej liście.

Wygląda na to, że podążałem po prostu za zasadą, że te albumy muszą być ważne jako albumy. Jako pewna skończona całość, grupa piosenek, utworów, które działają razem. Więc nie umieściłem tutaj płyt, na których znajduje się jeden czy dwa wybitne utwory albo jakiegoś przypadkowego krążka artysty, którego akurat cenię za całokształt twórczości dość równomiernie rozłożony na całą dyskografię.

Na pewno też o czymś – jak to zwykle bywa – zapomniałem. Także nie podchodźcie do tej listy zbyt poważnie, bo ostatecznie to tylko zabawa.

 

[FILMY, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁEM W KINIE I TERAZ ŻAŁUJĘ] Sing Street

sing street

Sing Street to film, w którym szara rzeczywistość przeplata się z kolorową fantazją. Akcja toczy się w pogrążonej w kryzysie ekonomicznym lat osiemdziesiątych Irlandii. Główny bohater, nastoletni Conor, zmaga się z szorstkimi realiami: rozpadem małżeństwa rodziców i zmianą szkoły. Z prowincjonalnej dziury, jaką jest zdaniem Conora jego rodzinny Dublin, można zobaczyć lepszy świat jedynie przez okno pod postacią telewizyjnego programu prezentującego nowości muzyczne z USA i odległej o zaledwie 100 kilometrów, a jednak jakby baśniowej Ziemi Obiecanej – Wielkiej Brytanii. Kiedy jednak Conor spotyka i od pierwszego wejrzenia zakochuje się w ślicznej Raphinie, ten szary świat nagle nabiera kolorów.

W chwili spotkania z nieznajomą, chłopak trzeźwo uświadamia sobie, że taki przeciętniak, jak on nie ma szans u takiej piękności, jak Raphina. Na poczekaniu więc wymyśla ściemę o tym, że ma zespół i właśnie szuka modelki, która mogłaby wystąpić w teledysku. Dziewczyna prosi, by przyniósł jej taśmę demo, a wtedy rozważy udział w projekcie. Jeśli więc Conor naprawdę chce zdobyć względy Raphiny, musi w tempie ekspresowym sprawić, by zmyślona kapela stała się prawdziwa. Z pomocą kilku szkolnych wyrzutków kompletuje skład, którego zostaje frontmanem. Jakimś cudem udaje im się skomponować utwór, nagrać demo i sprawić, że Raphina pojawia się na planie ich niskobudżetowego teledysku.

Prawdopodobieństwo tego scenariusza jest oczywiście równie niskie, jak wysoki był dług publiczny Irlandii w 1985 roku. To jednak nie zaprząta uwagi twórcy filmu Johna Carney’a i zapewniam, że nie będzie zaprzątało Waszej, jeśli zdecydujecie się obejrzeć tę produkcję. Fabuła nie jest tutaj aż taka ważna, jak muzyka. Ta bowiem odgrywa w filmach Carney’a (jak choćby w nagrodzonym Oscarem “Once” z 2006 roku) rolę absolutnie pierwszoplanową. “Sing Street” to hołd złożony muzyce. Film, który pokazuje, jak nadaje ona koloru szarej rzeczywistości. Że może okazać się sposobem na zdobycie serca ukochanej. Ucieczką od codziennych problemów.

Carney w perfekcyjny sposób zaciera granicę między rzeczywistością a wyobrażeniami nastoletniego chłopaka. W zasadzie nie wiemy, w którym momencie brzdąkanie kilku amatorów w piwnicy zmienia się w doskonale zaaranżowany, wykonany i wyprodukowany utwór. Nie wiemy, w którym momencie fabuła filmu zmienia się fabułę teledysku. “Sing Street” nie jest bynajmniej historią przesłodzoną. W beczce miodu fantazji nastolatka, wyobrażającego sobie, że jest Joe Strummerem czy Robertem Smithem pływa co najmniej kilka łyżek dziegciu: w domu jest świadkiem gorzkich kłótni swoich rodziców i pogłębiającej się frustracji przegranego na samym starcie starszego brata, w szkole jest gnębiony zarówno przez silniejszych kolegów, jak i dyrektora. Nie wierzę jednak, że ktokolwiek po obejrzeniu “Sing Street” poczuje przygnębienie. Ten obraz raczej rozgrzeje Wasze serca pokazując, że nawet jeśli muzyka nie jest w stanie naprawić przytłaczającej rzeczywistości, to z pewnością pozwala od niej uciec, choćby na chwilę. I udowadnia, że nieważne, jak postrzegają Cię inni, ale jak sam siebie postrzegasz, że jesteś takim, jakim sam się stworzysz.

A jeśli wizja reżysera, fabuła, zdjęcia, aktorzy nie przekonają Was do tego obrazu, to zrobi to właśnie ścieżka dźwiękowa. Promujący film singiel “Drive It Like You Stole It” spokojnie mógłby pójść w ślady “Falling Slowly” nagranego na potrzeby “Once” i zdobyć Oscara. Tymczasem nie został nawet nominowany. Podobno stało się tak dlatego, że twórcy i dystrybutorzy “Sing Street” nie zadbali o jego promocję, także wśród członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo i w Polsce dało się zobaczyć film jedynie w kinach studyjnych. Szkoda, bo “Sing Street” ma wszystko to, co sprawiło, że “Once” stało się produkcją kultową i również mogłoby osiągnąć ten status, zwłaszcza, że jest obrazem chyba bardziej optymistycznym i radosnym, niż piękne, ale melancholijne “Once”. W każdym razie ja nie dołożyłem wystarczających starań, by film zobaczyć w kinie. I teraz żałuję.

 

[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Peter and the Wolf – Lightness

lightness

A więc wygląda na to, że nadeszła jesień. Słowo chill zaczyna być używane w bardziej figuratywnym sensie. Jest szaro i zimno, ludzie chowają swoje smętne twarze przed wiatrem w swetrach, szalach i płaszczach. Słowem: Polska wreszcie znów wygląda jak Polska, a jej mieszkańcy stopniowo coraz bardziej nasiąkają deszczem i jesienną chandrą. Na szczęście jest na to lek bez recepty, który może Was z melancholii nie wyleczy, ale z pewnością też nie zaszkodzi. To płyta “Lightness” projektu Peter and the Wolf.

Celowo użyłem słowa projekt, a nie zespół, bo Peter and the Wolf to po prostu jeden z pseudonimów, pod którymi ukrywa się amerykański singer-songwriter Redding Hunter. Na bandcampie Huntera znajdziecie kilka wydanych przez niego pod różnymi ksywkami albumów, dość różnorodnych stylistycznie, choć przeważnie oscylujących wokół folkowego akustycznego lo-fi. Gdybym chciał, to bym wyguglał coś więcej na temat muzyka, ale szczerze mówiąc wolę nie wiedzieć o nim zbyt wiele i karmić się swoim wyobrażeniem o nim. A wyobrażam go sobie jako włóczykija przemierzającego Amerykę takim towarowym pociągiem ze starych komiksów. Faceta, który nie posiada nic poza swoją gitarą i piersiówką pełną rozgrzewającej szkockiej. Gościa oderwanego od wyścigu szczurów, komercji i wszechobecnego materializmu. Samotnika, który jednak w każdej odwiedzanej mieścinie ma jakichś przyjaciół, którzy chętnie poczęstują go obiadem i posłuchają jego piosenek, trochę tęsknych, trochę smutnych, ale często też nie do końca poważnych, puszczających oko do słuchacza. I tak sobie Redding Hunter wędruje przez świat, dostrzegając piękno tam, gdzie inni widzą brzydotę, kontemplując ogołocone z liści drzewa i opuszczone prowincjonalne domy.

A płyta “Lightness” to taki soundtrack do tej podróży. Pozwalający nam patrzeć na te zgniłe krajobrazy przez okno, samemu grzejąc kości przy kominku. Działający jak taki muzyczny termofor. Albo to takie urządzenie stawiane jesienią w knajpianych ogródkach, dające taki fajny płomień. Nagrane na szumiącą ze starości taśmę akustyczne brzdąkanie i ciepły, głęboki głos Huntera przykryją Was ciepłą kołdrą. Kontrastujące z przepalonym wokalem muzycznego wagabundy delikatne dziewczęce chórki narzucą na Was jeszcze dodatkowy koc. A melancholijny, ale i pełen nadziei tekst tytułowej piosenki ostatecznie utuli Was do zimowego snu.