Najfajniejsze albumy 2021 roku

Przychodzą takie momenty w życiu każdego z nas, że trzeba przyznać się do porażki. Jest maj, a moja lista najlepszych albumów 2021 roku wciąż jest rozgrzebana i nie mam czasu, żeby pisanie tego grzmociastego tekstu skończyć. Ale nie smućcie się! Niniejszym ujawniam, jakie to zeszłoroczne albumy uważam za fajne. Także jeśli kogolwiek to interesuje, Wasza ciekawość zostanie zaspokojona. Uzasadnienia nie ma i nie będzie.

Albumy w kolejności chronologicznej. Kliknięcie w tytuł przeniesie Was do linku do odsłuchu płyty.

Hurrockaine “Amantes Amentes

King Gizzard & The Lizard Wizard “L.W.

Monster Magnet “A Better Dystopia

King Gizzard & The Lizard Wizard “Butterfly 3000
Muchy “Szaroróżowe

Wij “Dziwidło

The War On Drugs “I Don’t Live Here Anymore
Weedpecker “IV: The Stream of Forgotten Thoughts

Miłego słuchania!

[No, to obejrzałem w końcu]: “Bo we mnie jest seks”

“Bo we mnie jest seks” to tacy “Poszukiwacze zaginionej Arki” muzycznych filmów biograficznych. W obu produkcjach główna postać w zasadzie nie ma wpływu na fabułę. Ale i tak ogląda się to z przyjemnością.

Wcielającą się w rolę Kaliny Jędrusik Marię Dębską zachwycają się wszyscy i słusznie. Nie dodam tutaj chyba nic oryginalnego. Mogę tylko powiedzieć, że oprócz brawurowej gry, Dębska zaimponowała mi – jak mawiają Anglosasi – fizyczną transformacją, jaką przeszła na potrzeby tej roli.

Na wyróżnienie zasługuje soundtrack – autorstwa Luki, znanego między innymi z muzyki do serialu “Pitbull” – który tworzy świetny pomost między brzmieniami przełomu lat 50. i 60. a współczesnością.

Ale najbardziej odświeżającą w tym filmie rzeczą jest złamanie formuły muzycznego bio picu. Oglądając filmowe życiorysy muzyków ma się wrażenie, że ciągle oglądamy tę samą historię, a kolejne zwroty akcji można przewidzieć z dokładnością co do minuty. A “Bo we mnie jest seks” traktuje ten ograny fabularny schemat z podobna dezynwolturą, z którą Kalina Jędrusik podchodziła do obowiązujących konwenansów.

[No, to obejrzałem w końcu]: “Stewardesa”

HBO be like:

1. Zrób mini serial na podstawie powieści.

2. Serial okaże się być świetny.

3. Zrób drugi sezon tego serialu, który już przestaje być mini.

4. Zrób go, chociaż już nie masz materiału źródłowego w postaci książki, bo powieść, którą zaadaptowałeś była zamkniętą historią i nie ma żadnego sequela.

5. Na wszelki wypadek wprowadź do obsady drugiego sezonu kogoś mega znanego, normalnie legendę.

6. Drugi sezon serialu zbierze słabsze recenzje, ale przecież nie musisz kręcić trzeciego.

7. ????

8. PROFIT

[No, to obejrzałem w końcu]: “The Book of Boba Fett”

Oglądanie nowej produkcji Disney+ można podzielić na pięć etapów.

Etap pierwszy. Oglądam serial o noszącym zbroję i hełm łowcy nagród, tajemniczym antybohaterze, w którym – choć sam pewnie nie chce tego przyznać – drzemie dobro. I zastanawiam się, czym to się różni od serialu o noszącym zbroję i hełm łowcy nagród, który dopiero co oglądałem.

Oczywiście, że Boba Fett różni się od tytułowego bohatera serialu “The Mandalorian”. Ale jak na wielość historii i postaci w świecie Star Wars, decyzja o zrobieniu dwóch seriali pod rząd o dwóch postaciach, które tak łatwo ze sobą pomylić, wydawała się dziwna. Tak, wiem, żaden szanujący się starwarsowy nerd ich nie pomyli. Ale już masowa publiczność może być mocno skonfundowana. A to przecież do niej Disney adresuje swoje produkcje, nie?

Etap drugi. Zastanawiam się, czy ten Boba Fett to na pewno ta sama postać, którą znamy z kinowych Star Warsów. Tamten typ był strasznym dupkiem. Sprzedał Luke’a i Leię Vaderowi i zamroził Hana Solo. A teraz zachowuje się , jak ludzki pan, dużo lepszy od Jabby, dla którego przecież pracował i u którego bywał na imprezach, słuchając sobie muzyki i patrząc, jak Rancor pożera niewolnice-tancerki. Coś tu się nie klei, nawet jak dla mnie, a ja nie jestem wymagającym widzem.

Etap trzeci. Właśnie kiedy to wszystko powoli zaczyna mieć sens, właśnie kiedy zaczynam widzieć, czym właściwie “The Book of Boba Fett” się różni od “The Mandalorian”, serial w ostatniej chwili gwałtownie zjeżdża z tej prostej, szerokiej autostrady i zmienia się w… “The Mandalorian”.

Etap czwarty. “The Mandalorian” zmienia się w “Imperium Kontratakuje”. Wszystko fajnie, ale jak chcę oglądać “Imperium Kontratakuje, to oglądam “Imperium Kontratakuje”.

Etap piąty. Finał. Serial znowu jest o Boba Fecie. Wątki się rozwiązują i nawet kontrowersyjne decyzje z poprzednich etapów okazują się mieć sens. A ja przyłapuję się na tym, że ta podróż do Odległej Galaktyki była całkiem fajną przygodą.

Lubię kiedy “Gwiezdne Wojny” stają się trochę wycieczką krajoznawczo-etnograficzną. Kiedy możemy poznawać niesamowite miejsca i nowe światy. “The Book of Boba Fett” na pierwszy rzut oka zdaje się być tylko recyklingiem motywów znanych i lubianych. Ostatecznie Fett to postać, która zadebiutowała jako drugoplanowy henchmen, a potem zaczęto dorabiać mu całą dramatyczną historię tylko dlatego, że jego figurki się dobrze sprzedawały.

A jednak mamy tutaj momenty, kiedy możemy świat “Star Warsów” na spokojnie pozwiedzać i na przykład przyjrzeć się społeczności Ludzi Pustyni. Dziwna to rasa, która zawsze pozostawała na marginesie w filmowych odsłonach sagi. A tutaj możemy ją poznać bliżej. Ale też nie za blisko. I to jest zajebiste. A czy Tuskenowie przypadkiem nie za bardzo przypominają Fremenów? No, cóż zdaje się, że “Gwiezdne wojny” są oskarżane o zrzynkę z Diuny mniej więcej od 1977 roku. Teraz przynajmniej zrzucili zasłonę i przestali się z tym kryć.

Kiedy twórcy serialu grają na nostalgii, to też bynajmniej się z tym nie kryją. Wręcz przeciwnie, odkręcają ten potencjometr na maksa. Finałowy odcinek wygląda, jakby grupka dziesięciolatków po prostu się bawiła swoimi figurkami ze świata Star Wars. Grupka dziesięciolatków, którzy mają nie tylko bogatych rodziców, ale też sporo talentu i doświadczenia. A kto byłby lepszy do przewodzenia tej bandzie, jeśli nie Robert Rodriguez, który wyreżyserował rozwałkę w finałowym odcinku ? Mojego wewnętrznego dziesięciolatka to cieszy.

No i wreszcie, nie zapominajmy o muzyce. Ten numer absolutnie rządzi. Chociaż troszkę smuteczek, że nie wykorzystano żadnej kompozycji zespołu Bantha Rider.

The Batman

Każdy z nas ma swój własny ideał Batmana. Ja przez pierwsze pół godziny seansu “The Batman” byłem mocno rozdarty, czy wersja stworzona przez Matta Reevesa jest zgodna z moim ideałem.

Niektóre artystyczne wybory zdawały mi się nietrafione. Miałem na przykład wrażenie, że Batman był jakiś taki zbyt… horyzontalny. W jednej ze scen, zanim spierze złoczyńców na kwaśne jabłko, dostojnie zmierza ku nim po peronie metra, stawiając ciężkie i głośne kroki. Nie powinien raczej prać złoczyńców uprzednio skoczywszy z jakiegoś wieżowca? W końcu Gotham to miasto strzeliste i wertykalne, nie?

Ale moją największą obawą była sama fabuła i to co Matt Reeves (oraz współautor scenariusza Peter Craig) chcą za przez ten film powiedzieć. Przywołująca skojarzenia z “Siedem” Davida Finchera, ponura treść tego obrazu zdawała się zbyt pesymistyczna, nawet jak na postać noszącą przydomek Mroczny Rycerz. Jasne, świat Batmana nie jest specjalnie przyjemnym miejscem, ale to jeszcze nie oznacza, że historie osadzone w jego uniwersum powinny nam serwować nihilizm w stylu “Jokera” z Joaquinem Phoenixem.

Jednak wraz z rozwojem fabuły, byłem coraz bardziej na tak. Z każdą kolejną sekwencją twórcy filmu coraz bardziej ujawniali swoją wizję, a moja konsternacja przeradzała się w podziw dla tego, jak błyskotliwie została poprowadzona ta opowieść. Reeves uchyla rąbka tajemnicy stopniowo, w tempie niemal idealnie skrojonym pod to, by trzymać widza w napięciu. I to w podwójnym sensie: z jednej strony cały czas zastanawiałem się, co wydarzy się dalej; z drugiej zaś – choć coraz bardziej przekonywałem się do tego filmu – niemal do końca nie byłem pewny czy po wyjściu z kina będę zadowolony.

Do doskonałego rytmu tego obrazu, dodajcie świetne zdjęcia Greiga Frasera; muzykę (kto powiedział, że Kurt Cobain nie może skomponować motywu do Batmana trzy dekady po swojej śmierci?) czy doskonałe aktorstwo Jeffrey’a Wrighta, Paula Dano czy Johna Turturro. No, a Robert Pattinson… W roli Bruce’a Wayne’a brytyjski aktor jest tym samym emo chłopcem, którego wszyscy kojarzą ze “Zmierzchu”. Co bardzo dobrze działa w kontraście ze scenami, w których Pattinson wciela się w Batmana i jest tej roli absolutnym, niekwestionowanym badassem. Chylę czoła!

Ale “The Batman” to nie tylko piekielnie dobrze zrealizowana produkcja. To przede wszystkim film, który dobrze rozumie postać tytułową. Bo mimo całego tego mrocznego anturażu, z którym go kojarzymy, jest to bohater idealistyczny, reprezentujący dobro, sprawiedliwość i nadzieję. I taką właśnie postacią jest sportretowany przez Roberta Pattinsona Batman. Mogę śmiało powiedzieć, że jest to Batman zgodny z moim ideałem. Zatwierdzam.

No, dobra. Jeszcze jedna rzecz, którą zostawiłem sobie na koniec: Gotham. Gotham jest w tym filmie perfekcyjne. Jak dotąd moim ideałem była wizja Tima Burtona. Ale podczas, gdy Gotham Burtona było gotyckie w sposób trochę operetkowy, Reeves traktuje tę gotyckość śmiertelnie poważnie. I odkręca potencjometr klimatu na maksa. Jego Gotham ani na chwilę nie przestaje być posępne, zimne, deszczowe i nocne. I cały czas pozostaje przerażająco piękne.

[Przyznać się, kto oglądał?]: “SeaQuest”

Kolejna perełka z najlepszej dekady w historii, czyli z latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Akcja serialu rozpoczyna się około roku 2018, kiedy to ludzkość, wyczerpawszy niemal wszystkie zasoby naturalne Ziemi, musiała się przenieść na dna oceanów. Głównym bohaterem była załoga głębinowego statku podwodnego seaQuest DSV 4600, którego misją było prowadzenie badań naukowych i obrona podwodnych kolonii przed wrogo nastawionymi społecznościami, które nie przystąpiły do Organizacji Oceanów Zjednoczonej Ziemi. Większość scen rozgrywała się na pokładzie statku. Czyli krótko mówiąc taki Star Trek pod wodą. Twórcy chyba tego zresztą specjalnie nie ukrywali. Nawet tytuł już to zdradzał. Sea. Quest. Star. Trek. Sea Trek. Star Quest.

Żeby wzmocnić obecność motywów akwatycznych, w rolę kapitana statku wcielił się znany z filmu “Szczęki” Roy Scheider, a jednym z bohaterów był inteligentny delfin imieniem Darwin, który dzięki ultranowoczesnej technologii mógł się porozumiewać z ludźmi. Właściwie to chyba twórcy serialu po prostu opierali się na tym, że delfiny są niemal tak inteligentne jak ludzie, tylko nie potrafimy się z nimi porozumiewać. Czyli nie tyle był to delfin inteligentny, bo to się rozumie samo przez się, tylko był to delfin gadający.

Podobnie jak Enterprise w “Star Trek: The Next Generation”, SeaQuest miał też nastoletniego geniusza na pokładzie. I podobnie, jak w przypadku swojego kosmicznego odpowiednika, załoga głębinowego statku podwodnego dość często wcielała się w rolę mediatora pomiędzy zwaśnionymi stronami różnych konfliktów. Mam mgliste wspomnienie jednego z odcinków, w którym główni bohaterowie postanowili wziąć obronę jakiś statek, który był prześladowany przez inny okręt. Na koniec – chyba po bitwie, która zakończyła się zniszczeniem statku prześladowców – okazało się, że załoga SeaQuest została zmanipulowana. Domniemani prześladowani okazali się być prześladowcami, a prześladowcy prześladowanymi. Odcinek zakończył się gorzką przemową kapitana SeaQuest, która brzmiała mniej więcej tak: “Popełniliśmy błąd, daliśmy się oszukać, ci źli byli tak naprawdę dobrzy, a ci dobrzy byli tak naprawdę źli”.

Reakcja ośmioletniego Rogala wyglądała mniej więcej tak: “Coooooo?!?!?! Whoaaaa! Ale jak to!?!?!?! To oni pomogli tym złym przez pomyłkę?!?!?” Mindfuck.

[No, to obejrzałem w końcu]: “Wiedźmin” sezon drugi

Henry Cavill to utalentowany aktor. Ale aktorów, którzy są w stanie się wcielić w każdą rolę jest niewielu. I mam wrażenie, że Geralt z Rivii to nie jest postać dla Cavilla. On jest po prostu zbyt sympatyczny. I ten wnoszący staruszkom po schodach zakupy uroczy młodzieniec, co chwilę przebija spod złodupczej zbroi i białowłosej peruki. Cavill na pewno wkłada w tę rolę 150 procent swoich możliwości, ale mimo to ja go nie kupuję jako gburowatego antybohatera. Michałowi Żebrowskiemu ta środkowoeuropejska oschłość i słowiański chłód przychodziły zdecydowanie naturalniej. Wystarczy przełączyć Netfliksa na polski dubbing, gdzie pod Geralta podkłada głos właśnie Żebrowski i od razu brzmi to jakoś spójniej. Niestety tak poza tym, to z dubbingiem się tego oglądać nie da.

Poza tym, to przyznaję się bez bicia, że nie do końca ogarniam, co się w tym serialu dzieje. Pal sześć, że scenarzyści totalnie polegli jeśli chodzi o przedstawienie sieci intryg oplatających Kontynent odbiorcy, który nie zna literackiego pierwowzoru. Gorzej, że nawet w przypadku głównych bohaterów, których znamy już z pierwszego sezonu, wciąż nie do końca jest jasne jakimi motywami się kierują i dlaczego właściwie mielibyśmy im kibicować (lub ewentualnie ich nienawidzić). Scenarzyści zapewne opowiadają w wywiadach, że mamy do czynienia z wielowymiarowymi postaciami. Tylko, że to się też da pokazać w sposób jasny i zrozumiały. No, nic, może problem jest jednak we mnie. Na pewno w kolejnym sezonie to już wszystko się wyjaśni.

[No, to obejrzałem w końcu]: “Harry Potter – 20. rocznica: Powrót do Hogwartu”

Muszę przyznać, że Hogwart to szkoła, która zapewnia swoim absolwentom całkiem niezłą przyszłość. Nasuwają mi się porównania z analogiczną i równie bezwstydnie żerującą na nostalgii produkcją HBO, a mianowicie z programem “Przyjaciele: Spotkanie po latach“.

Widać spory kontrast pomiędzy obsadą “Przyjaciół” a obsadą “Harry’ego Pottera”. Jasne, wiem, że odtwórcy ról Rachel, Rossa, Moniki, Chandlera, Phoebe i Joey’a są po prostu dwie dekady starsi. Że te wszystkie botoksy i wybielanie zębów może jeszcze czekają Daniela Radcliffe’a, Emmę Watson i Ruperta Grinta.

Ale z drugiej strony, ta trójka (i jeszcze sporo osób towarzyszących im na drugim planie), to byli dziecięcy aktorzy, przez 10 lat swojego życia zaangażowani w jedną franczyzę. Ryzyko, że wpadną w alkoholizm, anoreksję, bulimię, narkotyki czy depresję było w ich przypadku ultra wysokie. I choć niektórzy z nich byli blisko upadku na samo dno, młodzi aktorzy wyszli z tego obronną ręką. A przynajmniej tak to wygląda.

Odtwórcy głównych ról w “Przyjaciołach”, jeśli nawet nie zmagali się z depresją czy uzależnieniami, to zmagali się z zaszufladkowaniem. Gros tych dwudziestu lat, które minęły od ostatniego klapsa na planie serialu, amerykańscy aktorzy spędzili na tym, żeby o “Przyjaciołach” zapomnieć, a ściślej, żeby publiczność o nich zapomniała. Żeby dostrzegła, że nie są tylko postaciami z ukochanego serialu, ale także wszechstronnymi aktorami.

Wydaje się, że dopiero niedawno Jennifer Aniston czy Matthew Perry pogodzili się z tym, że chyba zawsze już będą Rachel czy Chandlerem. I że to jest ok. Emma Watson czy Daniel Radcliffe nigdy chyba nie padli ofiarą podobnego zaszufladkowania i mieli szansę rozwijać się w swoim zawodzie, próbować nowych rzeczy. Choć przecież ludzie nie zapomnieli, że są Harrym i Hermioną.

Może po prostu mieli więcej szczęścia? Może mieli szansę urodzić się w nieco lepszych czasach? Może to po prostu to trzeźwe podejście do życia, które odróżnia Wielką Brytanię od oderwanego od rzeczywistości Hollywood? A może Hogwart to po prostu dobra szkoła, która przede wszystkim dba o to, żeby uczniowie byli spełnieni i szczęśliwi?

[Przyznać się, kto oglądał?]: “Dinotopia”

Dla tych, którzy nie kojarzą, “Dinotopia” to mini serial z lat dwutysięcznych o tajemniczej wyspie, gdzie ludzie żyją w całkowitej harmonii z gadającymi, inteligentnymi dinozaurami. Wyglądał trochę, jakby akcja “Jurrasic Parku” rozgrywała się w pałacu królowej Amidali z “Gwiezdnych Wojen”. W produkcji wystąpili m.in. David Thewlis (profesor Lupin z serii o Harrym Potterze), Wentworth Miller (który kilka lat później został gwiazdą serialu “Prison Break”) czy Jim Carter (pan Carson z “Downton Abbey”).

Fragment plakatu promującego serial “Dinotopia”

Szczerze mówiąc niewiele pamiętam z “Dinotopii”, ale muszę powiedzieć, że niezależnie od tego, jaką to właściwie miało fabułę, te gadające dinozaury spacerujące po antycznym, śródziemnomorskim mieście na ukrytej przed światem wyspie to jest wizja absolutnie odjechana!

Dodatkowo w toku internetowo-wikipedycznej wyprawy w głąb mojego dzieciństwa odkryłem, że serial był adaptacją serii ilustrowanych książek autorstwa malarza Jamesa Gurney’a. Klimat jego obrazów przywodzi na myśl takich artystów, jak Henryk Siemiradzki czy John William Godward. Tylko, że z dinozaurami. I to jest jeszcze bardziej odjechane! A przy tym naprawdę piękne.

James Gurney, Ilustracja z okładki książki “Dinotopia”

Dzieła Gurney’a można znaleźć na jego stronie. Artysta jest także aktywny na Instagramie.

Jedna z ilustracji z książki “Dinotopia” Jamesa Gurney’a

Najfajniejsze albumy z lat 2011-2020 (część 1)

Pewnie się zastanawiacie: dlaczego robię ranking najfajniejszych płyt 2011-2020, a nie ranking najfajniejszych płyt 2010-2019, jak wszyscy? Otóż chciałem zrobić ranking najfajniejszych płyt drugiej dekady XXI wieku. A ta skończyła się wraz z końcem 2020 roku, a nie tak, jak większość osób (błędnie) zakłada, z końcem 2019 roku. Zawsze, gdy widzę, że te podsumowania dekady 2010-2019, to włącza się mój wewnętrzny historyk (i periodyzacyjny faszysta) i mówię sobie, jeśli druga dekada XXI wieku zaczyna się w 2010 roku, to znaczy, że druga dekada I wieku naszej ery zaczynałaby się w 10 roku naszej ery. A to by oznaczało, że pierwsza dekada I wieku zaczynałaby się w roku 0. Tylko, że nie ma czegoś takiego, jak rok 0. Jest tylko 1 rok naszej ery i 1 rok przed naszą erą. Dlatego wszyscy zawsze mówią, że XX wiek nie zaczął się w 1900 roku, tylko w 1901 roku!

Drugie pytanie, jakie wam się nasuwa to: dlaczego ranking pojawia się dopiero w 2022 roku, a nie w 2021? Odpowiedź jest oczywiście bardzo prozaiczna. Nie wyrobiłem się. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że w 2021 roku robiłem swoją własną płytę i to było dość czasochłonne. Niemniej nie poddaję się i może nawet do końca 2022 roku opublikuję całość. Na razie łapcie pierwszą część. Jak zwykle, kolejność albumów jest chronologiczna. Enjoy!

Destroyer – Kaputt

Jeśli patrząc na nazwę zespołu i tytuł płyty, spodziewacie się niemieckiego thrash metalu, niestety muszę Was rozczarować. Ta płyta to indie pop w najczystszej postaci. Delikatna sekcja rytmiczna, kobiece chórki, syntezatory i saksofon, ładne melodie i raczej proste rytmy. To jest to, co usłyszycie na tej płycie. Ale oczywiście, jeśli indie popowy zespół nazywa się Destroyer, to jednak możecie się spodziewać, że to nie do końca jest muzyka, którą można usłyszeć w sklepie z dżinsami w Factory.

Bo “Kaputt” to melancholijna podróż w dziwaczny, pełen onirycznych miraży świat lidera grupy, kanadyjskiego songwritera Dana Bejara. Na co możecie się natknąć w czasie tej wycieczki najlepiej obrazuje chyba teledysk do tytułowego utworu oraz jego tekst:

Wasting your days

Chasing some girls, alright

Chasing cocaine through the back rooms

Of the world all night

A podróży tej towarzyszyć będą Wam przepiękne melodie i aranżacje, w których wszystko się zgadza. No i nie zapominajmy o absolutnie bezbłędnym saksofonie w wykonaniu Josepha Shabasona. Przy czym uroda tej płyty ani na chwilę nie ociera się o banał.

Elvis Deluxe – Favourite State of Mind

Elvis Deluxe poznałem jeszcze kiedy byłem piękny, dwudziestoletni. To był, jak to się wówczas mówiło, dobry stołner. Kiedy masz dwadzieścia lat, to wszystko, co ma obniżone stroje i dużo przesteru, jest dobrym stołnerem. Nie muszę chyba mówić, że nie wszystkimi zespołami, którymi wtedy się jarałem, jaram się do dzisiaj. Ale z Elvis Deluxe tak nie jest. Zwłaszcza z tą płytą. Ten album nie tylko dobrze znosi próbę czasu – wracając do niego, odkrywam, że można go lubić jeszcze bardziej, na nowe sposoby.

“Favourite State of Mind” to jedna z tych płyt nagranych oldschoolowymi technikami. Takie Led Zeppelin na sterydach. Mamy tutaj prawdziwe organy Hammonda, bębny nagrywane w windzie towarowej i tak dalej. I to wszystko pięknie tutaj gra. Z dobrodziejstwem inwentarza, bo tego pogłosu z windy już się potem nie da usunąć w post-produkcji, więc jeśli w miksie wchodzi w drogę gitarom, trzeba to po prostu zaakceptować. Urok nagrań z lat siedemdziesiątych polega między innymi na tym, że nie wszystko jest doskonałe. Ta płyta ma brzmienie, które nie każdemu musi się spodobać, ale to jest brzmienie autentyczne. Słychać, że Elvis to zespół, który ma wystarczająco dużo doświadczenia, by nagrywać w ten sposób, przy czym nie ma tutaj żadnego dziaderstwa.

A wracając do odkrywania tego albumu wciąż na nowo. Kiedyś najbardziej na tej płycie podobały mi się takie złodupcze bangery, jak “Let Yourself Free“, “Out All Night” czy “The Apocalypse Blues“. Dzisiaj zdecydowanie bardziej zachwycam się bardziej lirycznymi numerami, takimi jak “Fade Away” czy “A Place To Stay”. Dla tych, którzy nie mieli nigdy szansy usłyszeć tego albumu: “bardziej liryczne” to znaczy, że gitary nadal są ultra przesterowane, wokal nadal jest skandowany, a bas pulsuje tak, jak byście byli na Arrakis i właśnie gdzieś niedaleko pod piachem pełzał piaskal. Tylko po prostu jest bardziej melodyjnie i bardziej refleksyjnie. Zresztą, moim ukochanym numerem, zarówno dziś, jak i wtedy, gdy ta płyta została wydana, jest utwór “Fire (Loveboy)”. Z jednej strony brzmi on, jak piosenka miłosna, ale z drugiej strony jest to urywająca ryj petarda.

Black Country Communion – 2

W teorii Black Country Communion ma wszystkie elementy, żeby być totalną katastrofą. Nie dość, że jest supergrupą, co samo w sobie jest ryzykowne, to jeszcze jest supergrupą złożoną z wirtuozów. Mając w składzie byłego basistę Deep Purple Glenna Hughesa, syna perkusisty Led Zeppelin Jasona Bonhama, urodzone ćwierć wieku za późno cudowne dziecko bluesa Joe’ego Bonamassę i – najlepsze sobie zostawiłem na koniec – klawiszowca Dream Theater (ugh!) Dereka Sheriniana, trudno nie brzmieć, jak grupa pretensjonalnych, przebrzmiałych wąsaczy. Do tego dodajmy walkę o pozycję samca alfa w dziedzinie bezpłodnych popisów instrumentalnych i mamy to.

A jednak tej supergrupie udało się zrobić dobrą muzykę. I to drugi raz! Wszak “2” to już druga płyta w wykonaniu tego zespołu, po równie dobrym debiucie z 2010 roku. Black Country Communion gra z takimi jajami, że słuchając tego zapomina się, że rok 1972 był już 50 lat temu, a hard rock już rzadko bywa nowatorskim gatunkiem. Bo owszem, Black Country Communion nie wymyśla rocka na nowo, ale też nie trąci naftaliną. Owszem są popisy i solówki, ale są one zwinnie wplecione w dobre piosenki.

I paradoksalnie słuchając tego albumu, mam wrażenie, że ta energia, świeżość i przebojowość to przede wszystkim zasługa Glenna Hughesa i jego umiejętności zręcznego łączenia starego z nowym. Hughes, który pełni w Black Country Communion zarówno obowiązki basisty, jak i wokalisty, jako jedyny posiada legitymację emeryta i jako jedyny nie był już dzieckiem w epoce, do której odwołuje się twórczość supergrupy. A jednak to on – pokolenie starszy od pozostałych członków zespołu – zdaje się być elektrownią zasilającą tę machinę. No i – umówmy się – wygląda sto razy bardziej cool, niż pozostali.

Bon Iver – Bon Iver


Bon Iver podbił serca miłośników jesieniarskich soundtracków swoją debiutancką płytą “For Emma, Forever Ago” z 2008 roku, gdzie przy akompaniamencie indie folkowej gitary zespół zaprezentował niepodrabialny falset wokalisty. Ta płyta była ciepłym kocykiem, w który wielu fanów chciało by się owinąć w zimny, deszczowy dzień. Pokusa, żeby przykryć swoich słuchaczy jeszcze drugą warstwą takiego samego kocyka była na pewno silna. Niemniej amerykański grupa pod przewodnictwem Justina Vernona postanowiła zaryzykować i wyjść ze strefy komfortu.

Na drugiej płycie zespołu, zatytułowanej po prostu “Bon Iver”, sekcja rytmiczna – prawie nieobecna na debiucie – odgrywa ważną rolę, a jej partie często są rozbudowane. Aranżacje są dużo bardziej epickie, usłyszymy też takie instrumenty, jak saksofon czy syntezator. A na przykład w zamykającym album utworze “Beth/Rest” oprócz lap steelowej gitary, mamy jeszcze elektroniczne bębny, ejtisowe pianino i przesterowaną gitarę grającą na odkręconym na maksa delay’u. No, nie jest to instrumentarium, którego spodziewasz się po swoim lokalnym indie folkowym singerze-songwriterze.

A jednak biorąc to wszystko pod uwagę, nie można powiedzieć, że jest to płyta zupełnie inna, niż jej poprzednik. Wszystko, co stanowiło urok “For Emma, Forever Ago” wciąż tu jest. Muzyka ta wciąż brzmi ciepło, miękko i cicho, a falset Vernona wciąż czule głaszcze słuchacza po głowie. “Bon Iver” to tak zręczny przykład łączenia zupełnie nowych elementów z kontynuacją starych tradycji, że powinni o tym pisać w podręcznikach łączenia zupełnie nowych elementów z kontynuacją starych tradycji.

Mastodon – The Hunter

Należę do tych mięczaków, którzy wolą późnego Mastodona od wczesnego. Zainteresowałem się Mastodonem jeszcze w erze ich pierwszych trzech płyt, kiedy to łoili metal wystarczająco ambitny i innowacyjny, by zainteresowali się nim recenzenci z Pitchforka czy Porcys, a jednocześnie wystarczająco bezkompromisowy, by nie zostać oskarżonym o zdradę przez pryszczatych licealistów. Podobał mi się ten wczesny Mastodon, bo zaspokajał potrzebę przeżyć granicznych dla mojego ucha i do dzisiaj pozostaję zdania, że te pierwsze trzy albumy zespołu z Atlanty to są bardzo dobre albumy.

Przełomem dla Mastodona była płyta “Crack the Skye” z 2009 roku. To na niej po raz pierwszy na dużą skalę growlujące wokale ustąpiły melodyjnym harmoniom śpiewanym przez cały zespół. W ogóle zrobiło się dużo bardziej melodyjnie, a dodatkowo panowie postanowili jeszcze, że będzie to prog rockowy koncept album. W jakiś sposób amerykański kwartet zdołał wymyślić siebie na nowo jednocześnie w pełni pozostając sobą, odnieść przy tym sukces zarówno jeśli chodzi o słupki sprzedaży, recenzje, jak również – i to jest jednak pewien fenomen – jeśli chodzi o fanów.

Wierzcie mi, że zmierzam do sedna! Otóż o ile “Crack the Skye” było eksperymentem, który się powiódł i pozwolił na obranie nowego kierunku w historii zespołu, to dopiero jego następca – wydany w 2011 roku “The Hunter” – można uznać za prawdziwy początek nowego etapu w karierze grupy z Georgii.

Na “The Hunter” skrystalizował się nowy mastodonowy styl i do dzisiaj – mimo wydania kolejnych trzech albumów – pozostaje szczytowym osiągnięciem zespołu. “The Hunter” to jedna z tych płyt, na których idealnie wyważone są proporcje. Pomiędzy riffami a melodiami, pomiędzy wrzaskiem a śpiewem, pomiędzy wpierdolem a łagodnością, pomiędzy nowoczesnością a nawiązaniami do klasyki.

Orange Goblin – A Eulogy for the Damned

Orange Goblin to zespół, który przybył na ziemię z innego wymiaru, znajdującego się gdzieś pomiędzy rockiem a metalem. Ja wiem, że wiele zespołów operuje w szarej strefie między tymi dwoma gatunkami i że właściwie trudno rozdzielić te dwa nurty. A jednak nikt tak bezszwowo nie łączy ze sobą najlepszych aspektów tych gatunków, jak Pomarańczowy Chochlik.

“A Eulogy for the Damned” jest po prostu kolejnym świetnym efektem zastosowania tej magicznej formuły. Riffy są ciężkie jak beton, ale muzyka ma mnóstwo groove’u. Głos Bena Warda jest warczący, ale zarazem piekielnie melodyjny. Co wyróżnia ten album to bezbłędne piosenko-pisarstwo i doskonała produkcja.

Właściwie w żadnym z dziesięciu numerów znajdujących się na “A Eulogy For The Damned” nie ma jakiegoś niepotrzebnego fragmentu, żadnej dłużyzny. Wpadające w ucho riffy i refreny sprawiają, że można w kontekście tego albumu użyć słowa “przebojowy”, które chyba nie jest ulubionym słowem fanów metalu, ale mi ono totalnie nie przeszkadza. Podobnie jak to, że wiele riffów i solówek na tej płycie brzmi mocno bluesowo i pentatonicznie. Brytyjczycy mówią językiem klasycznego rocka z ogromną swobodą i naturalnością, nie popadając przy tym w pub rockowy banał – być może za sprawą tego, że brzmienie “A Eulogy For The Damned” to ściana przesterowanych gitar i ryku Bena Warda, przez którą przebijają się tylko strzały uderzeń w werbel.

Być może wielu fanów brudnego, garażowego brzmienia Orange Goblin było rozczarowanych nowym, nieco bardziej wyrafinowanym soundem, zaprezentowanym przez londyńczyków na tym krążku. I faktycznie, za bardzo wycyzelowana, wyczyszczona produkcja mogła totalnie wyprać brzmienie zespołu z jakiegokolwiek koloru. Tylko że w przypadku “A Eulogy For The Damned” jest to zrobione tak w punkt, że działa na korzyść. Szczególnie zamykający płytę utwór tytułowy to jest produkcyjny majstersztyk. Wszystko tam się pięknie zgadza. Zresztą tak, jak na całym albumie.

Tenacious D – Rize of the Fenix

Zawsze podziwiałem utalentowanych muzyków, którzy swoje wirtuozerskie umiejętności składają na ołtarzu robienia sobie jaj. Bo wiecie, jeśli latami szlifujecie w pocie czoła swój warsztat, a potem robicie piosenki o penisach i odbytach, to nikt nie będzie was traktował poważnie. A jednak większość ludzi, jeśli przez całe życie ćwiczy po kilka godzin dziennie grę na instrumencie (albo śpiew), to jednak potem chce zebrać za to prestiż i szacunek adekwatne do zainwestowanego w to wszystko wysiłku i wyrzeczeń.

Tenacious D to chyba najbardziej emblematyczny przykład zespołu, który świadomie rezygnuje z tego całego blichtru, by uprawiać wybitną błazenadę. A “Rize of the Fenix” to jeden z ich najlepszych albumów, jeśli nie najlepszy. Jack Black i Kyle Gass chyba nigdy z taką precyzją nie żonglowali muzycznymi i popkulturowymi toposami. Niemal wszystkie są trafione, a ich warstwa słowna jest splątana z muzyczną w sposób, który sprawia, że całość bawi jeszcze bardziej.

Ale co może najważniejsze “Rize of the Fenix” to pierwszy w karierze Tenacious D moment, kiedy na policzku klauna pojawia się też łza. To pierwszy album, który można nazwać osobistym. Całe to powstawanie feniksa z popiołów to podnoszenie się po box office’owej porażce nakręconego przez duet filmu “Pick of Destiny” z 2006 roku, po której zespół zawiesił działalność. W międzyczasie Jack Black stał się gwiazdą blockbusterów, a Kyle Gass… no, cóż… tym drugim gościem z Tenacious D, do czego nawiązuje piosenka “The Ballad Of Hollywood Jack And The Rage Kage”. Z kolei “Roadie” to hołd złożony wszystkim ekipom obsługującym koncerty, a zawsze pozostającym w cieniu muzyków występujących na scenie. W tej piosence jest pełno klisz i narracją o tym, że bez pomocy technicznych całe to ubóstwianie gwiazd rocka nie byłoby możliwe. I kiedy Jack Black śpiewa “And when the crowd roars, brings a tear drop to the roadie’s eyes”, to oczywiście śmieję się, ale też kręci mi się w oku łezka.

Slash – Apocalyptic Love

Slash jest uosobieniem rock and rolla. Kropka. Nieuczesane kręcone włosy, ciemne okulary, papieros w ustach. Możecie go lubić czy nie, ale Saul Hudson jest symbolem tego stylu życia i tego stanu umysłu. Jednak na przestrzeni swojej ponad trzydziestoletniej kariery osobowość Slasha najczęściej była jednym z elementów większej układanki. Czy to w Guns N’Roses, które jest w dużej mierze wynikiem syntezy luzackiej osobowości gitarzysty i bombastyczno-pompatycznego charakteru Axla Rose’a, czy to w featuringach z Lennym Kravitzem czy Michaelem Jacksonem, Slash dokonywał fuzji swojego pierwiastka z czymś często bardzo odległym. Nawet wydany w 2010 roku debiutancki solowy album gitarzysty, był w istocie albumem z gościnnym udziałem innych artystów, gdzie obok takich wokalistów, jak Ozzy Osbourne czy Lemmy z Motörhead, pojawiali się tacy artyści, jak Fergie czy Adam Levine. Ba, nawet w songwritingu późniejszych albumów solowych Slasha słychać coraz większą dominację wokalisty – Mylesa Kennedy’ego. I oczywiście to ścieranie się czy też ucieranie się różnych osobowości, przeważnie wychodziło wszystkim na dobre. Ale ja osobiście bardzo lubię sobie od czasu do czasu posłuchać Slasha w czystej postaci.

A “Apocalyptic Love” właśnie to zapewnia. Już okładka płyty zapowiada, że jest to album na którym znajdziecie wszystko to, czego oczekujecie od Slasha. Jest Gibson Les Paul, cylinder, półnagie laski, czachy i węże. I podobnie jest w warstwie muzycznej. “Apocalyptic Love” to złodupczy, oldschoolowy rock and roll. Grany przez tego wyluzowanego gościa, który zdaje się grać te wszystkie zajebiste rzeczy bez większego wysiłku, a nie przez maszynę do produkcji riffów i solówek. “Apocalyptic Love” to – obok płyt Slash’s Snakepit i Velvet Revolver – odsłona Slasha, którą lubię najbardziej. To prawdziwy, autentyczny, żywy rock and roll.

Nick Cave and the Bad Seeds – Push the Sky Away

Niesamowite w “Push the Sky Away” jest to, że to piętnasty album grupy, wydany po trzydziestu latach działalności. Ktoś może powiedzieć, że przez tyle lat i albumów Mikołaj Jaskinia i jego Złe Nasiona mieli mnóstwo czasu, by ćwiczyć swoje umiejętności liryczno-muzyczne. I jest to prawda. Zatem co w tym niesamowitego, zapytacie? Otóż Australijczykom nie tylko udało się doprowadzić swoją formułę do doskonałości. Jednocześnie udało im się przez trzy dekady kilkakrotnie wymyślić siebie na nowo. Tu wbrew pozorom nie ma żadnej sprzeczności. Oni się całkowicie redefiniowali, jednocześnie w coraz większym stopniu będąc sobą. I śmiem twierdzić, że każda z tych nowych odsłon Nicka Cave’a była lepsza, niż poprzednia. A “Push the Sky Away” w sposób perfekcyjny otworzyło kolejny rozdział w historii zespołu.

Pomysły songwritersko-brzmieniowo-aranżacyjne kwintetu złożonego ze zbliżających się do sześćdziesiątki panów swoją innowacyjnością biją na łeb wielu dużo młodszych muzyków. To na “Push the Sky Away” zespół pod przewodnictwem kreatywnego duetu, w którego skład wchodzi sam Cave i grający na skrzypcach szaleniec Warren Ellis, chyba pierwszy raz w historii grupy stworzył sound, który jest całkowicie niepodrabialny.

No i jest to płyta, na której naprawdę wszystko się zgadza. Nie ma słabszych numerów, żadnej waty, żadnych zapychaczy. Są doskonałe melodie i świetne teksty, które szarpią odpowiednie struny w duszy słuchacza. I to jest chyba najbardziej imponujące, bo tak to już jest ze starzejącymi gwiazdami rocka, że może rzemiosło jest coraz lepsze, ale za to gdzieś ginie ta iskra. Ostatecznie muzycy zwykle z wiekiem przestają ćpać, zakładają rodziny, na ich kontach pojawiają się kolejne zera, a w garażach kolejne egzemplarze samochodów ekskluzywnych włoskich marek. Ciężko być tym samym udręczonym artystą, którym się było w wieku lat dwudziestu siedmiu. A jednak smutek Cave’a wciąż jest autentyczny.

Sorry Boys – Vulcano

“Vulcano” to album przełomowy. Być może niewiele osób ma dzisiaj tego świadomość, ale to była płyta, na której warszawski zespół niemal całkowicie zdefiniował się na nowo. To była śmiała zmiana w stosunku do debiutanckiej płyty “Hard Working Classes”. Na “Vulcano”, drugim w swoim dorobku wydawnictwie, Sorry Boys zaczęli odchodzić nie tylko od muzyki gitarowej i od śpiewania po angielsku.

Przede wszystkim na “Vulcano” Sorry Boys zaczęli działać na zupełnie inną, dużo większą skalę. O ile “Hard Working Classes” (album zresztą okropnie niedoceniany) był płytą mocno low key, tak na “Vulcano” zespół nie bał się epickości i patosu. Ostatecznie mamy do czynienia z wulkanem, nie? “The Sun” czy “Phoenix” to już są numery, które spokojnie można zagrać na stadionie.

Płyta jest też dużo śmielsza, jeśli chodzi o teksty. To na “Vulcano” wokalistka i autorka tekstów Bela Komoszyńska po raz pierwszy tak naprawdę wprowadza nas do swojego unikalnego, uduchowionego świata. Jak w otwierającym płytę “Evolution (St Teresa)”, w którym śpiewa:

True love can stop that bloody evolution
If anyone feels like fighting
Do join the White Flag Crusade

Nie wiem, jak wy, ale ja uważam, że to niesamowicie mocny i odważny tekst. A co więcej, nie znam nikogo innego, kto by tak pisał.

Hanimal – Poetry About The Point

Zespół Hanimal poznałem w ten sposób, że przyjaciółka powtarzała: “Jest taki genialny zespół! Trzeba iść na ich koncert, zanim staną się sławni i bilety na nich nie będą już kosztować 10 złotych”. Poszedłszy na ich koncert, przekonałem się, że rzeczywiście, Hanimal wkrótce wespnie się na sam szczyt. Wszystkie zewnętrzne sygnały również na to wskazywały: koncert w Trójce, występy na Offie i Openerze. Hanimal był ulubieńcem dziennikarzy muzycznych i agencji bookingowych zajmujących się alternatywą. I słusznie.

Bo ich muzyka była wyjątkowa. I trudna do sklasyfikowania. Znajdziecie tam folk czy też poezję śpiewaną, elementu shoegaze’u i ambientu. Plus coś, co można usłyszeć na festiwalu piosenki aktorskiej. Ale siła Hanimala polega nie tylko na umiejętnym mieszaniu gatunków. To wrażliwość wszystkich członków tego kolektywu, począwszy od założycielki, wokalistki i autorki tekstów Hani Malarowskiej; przez ambientowo-space-rockowe smaczki gitarzysty Mateusza Szemraja; grającą na takich instrumentach, jak skrzypce czy dzwonki Asię Komorowską; niekonwencjonalny styl grającego na perkusjonaliach Wojtka Lubertowicza czy spajającego to wszystko w jedną całość basu Denisa Dubielli. Ta wrażliwość sprawia, że każda nuta na tej płycie jest zagrana w punkt, tworzy niesamowity, niepowtarzalny klimat i szarpie odpowiednie struny w duszy słuchacza. A wszystko to gdzieniegdzie doprawione pięknymi wstawkami na saksofonie w wykonaniu Jacka Mielcarka. A kto mnie zna, ten wie, że na noodlowanie na saksofonie jestem zawsze łasy.

Nie tak znowu długo po wydaniu “Poetry About The Point” zespół Hanimal zaczął jakby ginąć we mgle. Przestał koncertować i nagrywać nową muzykę. Szczerze mówiąc, to nie wiem, co się stało. Ale sądzę, że po prostu wszyscy rozeszli się w swoich kierunkach, ku różnym zajawkom, muzycznym i życiowym. Ale nie ma sensu się smucić. Zostawili tę genialną płytę. Wystarczy.