[Rogal odkrywa internety]: Architekt Michael Wyetzner analizuje domy z seriali telewizyjnych

Rozpoczynam nowy cykl zatytułowany “Rogal odkrywa internety”, bo znowu odkryłem na jutubie coś tak fajnego, że pomyślałem “wow, muszę się tym podzielić z ludźmi”, by po chwili zorientować się, że ta nowinka ma już trzy lata… Niemniej, być może część z Was, podobnie jak ja, tego nie zna, więc mimo wszystko się dzielę.

Tym razem jest to nowojorski architekt Michael Wyetzner rozbierający na części pierwsze architekturę i design domów z popularnych amerykańskich seriali. Wyetzner nie tylko rekonstruuje rozkład domów na podstawie scen z seriali, nie tylko identyfikuje style i wskazuje elementy charakterystyczne dla epoki, w której dzieje się akcja, ale też pokazuje, jak twórcy mówią architekturą i projektowaniem wnętrz, jak ważną rolę odgrywają one dla fabuły i świata przedstawionego. Parę razy moją reakcją na przedstawione przez Wyetznera ciekawostki był totalny wybuch mózgu. I chyba nie jestem sam, bo pod każdym z jego filmików aż roi się komentarzy typu “zróbcie z tego cykl”.

Więc jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na temat domu Foremanów z “Różowych lat 70” albo rezydencji Pritchettów z “Modern Family”, to klikajcie czym prędzej w link.

Kondzix Kęska

Nie, nie obejrzałem jeszcze do końca “Stranger Things”. Czekam, aż będę miał czas rozdziawić paszczę tak szeroko, by móc ugryźć tego burgera, jakim jest 2,5-godzinny odcinek finałowy.

Ale mogę Wam dzisiaj dać jeden powód, dla którego warto się cieszyć, że ten sezon serialu w ogóle powstał. Bo inspiruje on artystów do robienia takich pięknych artworków, jak ten plakat autostwa Konrada Kęski:

Każda praca Konrada sprawia, że szczena opada mi conajmniej dwa piętra w dół. Jeśli lubicie komiksy, retro sci-fi, pixel arty i tego typu klimaty, to wbijajcie na jego instagram i oczywiście nie zapomnijcie o zmiażdżeniu przycisku “Obserwuj”! A gdybyście potrzebowali, żeby ktoś zrobił Wam okładkę płyty, plakat albo kozacki dizajn nadruku na t-shirt, to piszcie na: kondzix.keska@gmail.com

Polecam

Michał Rogalski

[No, to obejrzałem w końcu]: Downton Abbey: Nowa epoka

I przez cały czas miałem poczucie, że to co oglądam jest, jak na Downton Abbey, trochę za wesołkowate. Podobne odczucia zresztą miałem wobec poprzedniej kinowej odsłony serialu. Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem, że “Downton Abbey” jest ciepłym kocykiem* nostalgii za czasami, kiedy arystokracja wzamian za wierność dawała służbie poczucie bezpieczeństwa, a ludzie mieszkali w neo-gotyckich zamkach i pili herbatę z porcelanowych filiżanek. Ten serial nigdy nie miał być “Rodziną Soprano” czy innym “The Wire”, tylko ukojeniem dla zagubionych w XXI wieku dusz. Zdaję sobie z tego sprawę.

A jednak w serialu były wątki, w których stawka tego serialu była wyższa, niż tylko “kto zostanie pokojowcem jaśniepana”. I wcale nie traktuję tych intryg z lekceważniem, bo scenarzyści, reżyserzy i aktorzy zaangażowani w produkcję “Downton Abbey” stworzyli tak przekonujących bohaterów, że chyba każdy z zapartym tchem kibicował uczestnikom tej gry. Ale ten serial był czymś więcej, niż nie tylko sagą o arystokratycznym rodzie i plotkującej o jaśniepaństwie służbie. Były tam wątki społeczne, polityczne, obyczajowe. Momenty dramatyczne. Twórcy nie unikali mrocznych aspektów życia w Anglii początku XX wieku. I nie pokazywali tych mrocznych aspektów w sposób karykaturalny albo powierzchowny. Wyważenie pomiędzy wątkami, które były bardzo na serio a uroczą opowieścią o szlachcie, która (w większości) rzeczywiście jest szlachetna i służbie, która (w większości) jest dobroduszna. Właśnie ten balans stanowił o sukcesie tego serialu.

Jeśli ten serial porównać do nagrania ze złotej ery jazzu, z ryczącymi trąbkami, rozstrojonym pianinem i trzaskami ze starej płyty winylowej, tak kinoweym wersjom “Downton Abbey” bliżej do smooth jazzu z windy. Niby to samo, a jednak bez tego ciężaru, bez tego brudu. Ogląda się to trochę jak parodię. Owszem śmieszną i krzepiącą serce, ale jednak pozostawiającą wrażenie, że to mogło być trochę mniej naiwne i sielankowe. Żeby było mniej pocztówką, a bardziej fabułą…

…a może rodzina Crawley’ów i ich służba przeszła już zbyt wiele, może wystarczy im już tych cierpień? Może powinni już na zawsze trwać w tym idyllicznym końcu historii, w tym niekończącym się happy endzie, gdzie konflikt nigdy nie jest gorętszy, niż frak staromodnego angielskiego lokaja, pocącego się na francuskiej Riwierze? Może to dobrze, że mamy możliwość zawinięcia się w ten ciepły koc i spędzenia reszty wieczoru z earl grey’em i książką? Że możemy z dumą spojrzeć, jak nasi bohaterowie stawili czoła wyzwaniom i jak przy tym dojrzeli?

*Albo chłodzącym wiatraczkiem, jeśli czytacie to w czasie kolejnej w tym roku fali upałów.

[No, to obejrzałem w końcu]: Halftime

Na samym początku przyznam się bez bicia (tym z Was, którzy jeszcze tego nie wiedzą): Jennifer Lopez zajmuje wyjątkowe miejsce w moim serduszku mniej więcej od czasów, gdy głośniki na szkolnych dyskotekach regularnie pulsowały bitami do “Waiting For Tonight” i “Let’s Get Loud”. Także jeśli chodzi o ocenę J.Lo jestem najprawdopodobniej tak nieobiektywny, jak to tylko jest możliwe.

Netfliksowy dokument “Halftime” opowiada o występie Jennifer Lopez i Shakiry w czasie przerwy w Super Bowl – finałowym meczu ligi futbolu amerykańskiego. Występ podczas meczu, którego transmisję ogląda tak średnio 100 milionów widzów, jest jednym z najbardziej prestiżowych wydarzeń przemysłu muzycznego. Bywa też wydarzeniem politycznym. Przekazem występu J.Lo było upodmiotowienie wszystkich Amerykanów pochodzenia latynoskiego. A w szczególności sprzeciw wobec polityki “zera tolerancji” administracji Donalda Trumpa, w wyniku której rozdzielano rodziny imigrantów nielegalnie przekraczających granicę między Meksykiem a USA.

Kadry z wielomiesięcznych przygotowań do widowiskowego występu przeplatane są czymś w rodzaju biografii J.Lo, ogniskującej się wokół kolejnych szklanych sufitów, przez które musiała się przebijać pochodząca z nowojorskiego Bronxu córka puertorykańskich imigrantów.

Wielu pewnie wyśmieje ten dokument jako głos multimilionerki-celebrytki skarżącej się na dyskryminację rasową objawiającą się tym, że znowu nie wygrała Złotego Globu. Nie będę się wdawał w dyskusję na temat tego, czy faktycznie J.Lo faktycznie jest pomijana przez rozmaite gremia starszych białych mężczyzn, którzy wolą docenić swoje jasnowłose, anglosaskie koleżanki czy faktycznie nie jest aż tak utalentowana, by konkurować z Laurą Dern. Bo jak już mówiłem, nie jestem obiektywny.

Jedno, co mogę powiedzieć ze sporym przekonaniem to fakt, że Jennifer Lopez do swojej pozycji faktycznie doszła swym własnym przemysłem i tytaniczną pracą, właściwie od zera. I właśnie w tym kontekście ten dokument jest dla mnie ciekawy. Bo pokazuje gwiazdę z innej perspektywy, niż zwykle. Zwykle widzimy tą ciężko pracującą, profesjonalną J.Lo. Zawsze wyglądającą perfekcyjnie i dającą bezbłędne występy. Tymczasem w “Halftime” widzimy ją także, gdy jest zmęczona czy przeziębiona; gdy bez makijażu miesza w nadzienie do indyka na Święto Dziękczynienia. Oglądając “Halftime” uświadomiłem sobie, że nigdy poza aktorskimi kreacjami, nie widziałem Jennifer Lopez w głębokiej frustracji i rzucającej bluzgami. Wszystkie kryzysy zawsze zdawała się znosić z tą piękną, pomnikową godnością. A tu proszę, okazuje się, że i ona jest człowiekiem.

[No, to obejrzałem w końcu]: Pierwszą część czwartego sezonu Stranger Things

W telegraficznym skrócie można by ją podsumować tak: ciągnące się przez sześć odcinków dłużyzny zwieńczone odcinkiem siódmym, który – dla odmiany – był bardzo ekscytujący i mocno trzymał w napięciu. Pytanie czy ten wciągający (pół)finał wynagradza śledzenie tych wszystkich niepotrzebnych postaci i wątków. Może musimy jednak poczekać na dwa ostatnie odcinki sezonu, w których wydarzy się coś, co sprawi, że wszystko nabierze sensu.

Jak zwykle mój osąd jest okraszony dużą liczbą znaków zapytania. Może to, że oglądałem ten serial nie całymi odcinkami, tylko kawałkami (kto ma czas, by usiąść i oglądać serial złożony z półtoragodzinnych odcinków?) wpłynęło negatywnie na mój odbiór? Może od prawie samego początku negatywnie się nastawiłem, bo te przydługie epizody odczytałem jako arogancję twórców, którzy myślą, że cokolwiek by nie zrobili, ludzie to łykną?

A może nie bawiłem się dobrze oglądając ten serial, bo nie byłem w nastroju na taki akurat klimat, no, ale oglądałem z tego poczucia obowiązku, który pcha każdego nowoczesnego konsumenta popkultury do oglądania tych wszystkich sequeli, a przecież trzeba obejrzeć już, dzisiaj, bo inaczej mi zaspoilerują. A może to kwestia ogromnych oczekiwań, które zbudowały wcześniejsze sezony (zwłaszcza dwa pierwsze), których po prostu nikt nie będzie w stanie spełnić, nawet genialni bracia Duffer?

I taki to już jest problem z ocenianiem popkultury, muzyki, w ogóle sztuki: coś, co nie podoba mi się dzisiaj, może spodobać mi się jutro. Albo spodobałoby mi się wczoraj. Coś, co mnie pozostawiło obojętnym, może poruszyć do głębi kogoś, kto ma inny charakter i inne doświadczenia, niż ja. No i skąd w ogóle ta ciągła potrzeba, żeby mieć na ten temat własne zdanie?

[No, to obejrzałem w końcu]: “Stewardesa” sezon drugi


[No, to obejrzałem w końcu]: “Stewardesa” sezon drugi

Byłem sceptyczny wobec drugiego sezonu “Stewardesy”, ponieważ pierwszy sezon był nie tyle pierwszym sezonem, co mini serialem, z założenia pomyślanym jako zamknięta całość. Rozpoczęcie prac nad kontynuacją odczytałem jako krok motywowany bardziej merkantylnymi, niż artystycznymi pobudkami oraz jako powtórzenie schematu, który HBO zastosowało już w przypadku conajmniej jednego mini serialu.

“Wielkie kłamstewka”, podobnie jak “Stewardesa”, również były adaptacją powieści. I też były zamkniętą historią, do której postanowiono dosztukować drugi sezon. By zaznaczyć prestiżową pozycję jaką zdobył serial, do obsady zaproszono starszą i szanowaną gwiazdę. W przypadku “Wielkich kłamstewek” była to Meryl Streep, a w drugim sezonie “Stewardesy” wystąpiła Sharon Stone.

Choć dobrze napisany i świetnie zagrany, to drugi sezon “Wielkich kłamstewek” był jednak rozczarowaniem. Poprzeczka była zawieszona wysoko i widz cały czas czuł, że kontynuacja została zrobiona na siłę.
Jedno na pewno trzeba producentom “Stewardesy” oddać – nie żałują grosza na kręcenie on location w najdalszych zakątkach świata

Ale ku mojemu zaskoczeniu, drugi sezon “Stewardesy” rozczarowujący nie jest. To trzymająca w napięciu, pełna zwrotów akcji szpiegowsko-detektywistyczna przejażdżka kolejką górską, która w pewnym momencie… Zmienia się w śmiertelnie poważny dramat o walce z uzależnieniem i poharatanych relacjach rodzinnych… By potem wrócić do bycia ekscytującą przygodą… Ale najważniejsze, że twórcom udało się utrzymać świeżość tego serialu. Może odegrało tutaj pewną rolę przeniesienie głównej bohaterki w nowe środowisko (przenosi się z Nowego Jorku do Los Angeles i z pijackiego ciągu w trzeźwość).

Sharon Stone miała bardzo ograniczony czas ekranowy. I dobrze, bo nie zdominowała pozostałej części obsady, której zasługą było to, że pierwszy sezon oglądało się tak dobrze. Także… HBO! Tym razem wam się udało.

Arcade Fire – WE

Jakoś nigdy nie potrafiłem naprawdę wkręcić się w Arcade Fire. Owszem, mają to coś, takie je-ne-sais-quoi. Taką iskrę wskrzeszoną przez tarcie epickich, orkiestrowych aranży z punkową, dziecięcą naiwnością i energią. Ale już od debiutanckiego “Funeral”, coś zawsze wybijało mnie z tworzonej przez kanadyjski zespół atmosfery. Na przykład perkusista przechodził w double-time w takich totalnie randomowych momentach, zabijając zbudowany wcześniej patos. Albo wjeżdżał z czymś, co nazywam “polskim groovem”, czyli wzorcem stopa-hihat-werbel-hihat-stopa-hihat, który pozbawieni wyobraźni i muzykalności bębniarze wykorzystują za każdym razem, gdy nie mają pomysłu na utwór. Czyli bardzo często. Tak, jeśli się nad tym zastanowić, to wszystko zawsze psuł perkusista 😜

“WE” – nowa płyta Arcade Fire, która ukazała się 6 maja – została odebrana przez fanów jako powrót do złotego wieku grupy. “Czuję się, jakby znowu był 2004 rok” – piszą ludzie w komentarzach na YouTubie. 2004 to rok wydania “Funeral”, która znalazła się w pierwszej dziesiątce najlepszych płyt właściwie każdego podsumowania tamtej dekady.

I faktycznie, słuchając “WE” można poczuć nostalgię za latami świetności Arcade Fire. Nawet jeśli w latach świetności ich muzyka was – tak jak mnie – wkurzała. Bo “WE” to takie “Funeral”, ale bez tych elementów, które mnie zniechęcały. “WE” to strzał w dziesiątkę, zagranie dokładnie tych nut, które trzeba, by poruszyć moje serce. To wszystko za co zawsze chciałem Arcade Fire polubić, ale nie mogłem, bo perkusista.

[No, to obejrzałem w końcu]: Doktor Strange w multiwersum obłędu

Ostatnimi czasy moje odczucia wobec filmów Marvela można przedstawić za pomocą sinusoidy, bowiem jeśli jeden film mi się podoba bardzo, to kolejny niekoniecznie. I choć na tej sinusoidzie nowe przygody komiksowego czarnoksiężnika znajdują się raczej wśród tych mniej udanych produkcji, to jednak trzeba temu obrazowi przyznać, że przynajmniej jest jakiś.


Oglądając “Doktora Strange’a w multiwersum obłędu”, patrząc na jego język wizualny, charakterystyczną pracę kamery, widz wie, że ten film stworzył człowiek. Mający osobowość, swój własny styl, wizję i pomysły. Oby producenci Marvela częściej dawali reżyserom tyle swobody twórczej, ile dali jej Samowi Raimiemu. Bo niestety kolejne odcinki kinowego serialu o superbohaterach coraz częściej wyglądają generycznie.

A teraz część SPOILEROWA:

Serdecznie apeluję do filmowców o zaprzestanie znęcania się nad sir Patrickiem Stewartem. Wstydzilibyście się tak maltretować osobę w podeszłym wieku. Ja rozumiem, że każdy chce zabić Profesora X, ale to już jest trzeci raz! Może dla odmiany zabijcie tym razem Jamesa McAvoy’a? 🤨

Vangelis

W dniu, gdy ogłoszono, że zmarł Vangelis, przesłuchałem jego soundtrack do “Blade Runnera”, a później ścieżkę do “Blade Runnera 2049” Hansa Zimmera stworzoną we współpracy z Benjaminem Wallfischem. I o ile Hans Zimmer nie bez powodu jest najbardziej rozchwytywanym kompozytorem filmowym XXI wieku (ścieżka do “Ostatniego Samuraja” ❤️), to jednak jego soundtrack do “Łowcy Androidów” jest tylko soundtrackiem. Świetnie uzupełniającym film i budującym jego atmosferę, ale to wszystko.

Natomiast ścieżka Vangelisa jest nie tylko tłem do filmu, ale też wartością samą w sobie. Można jej słuchać, by przenieść się na chwilę do tego klimatycznego uniwersum. Można też słuchać jej jako po prostu dobrej muzyki, niekoniecznie spełniającej funkcję muzyki filmowej czy muzyki z gatunku “klimat sci-fi”.

Zresztą “Blade Runner” to nie jedyny taki przypadek. Kompozycje z “1492. Wyprawa do raju” czy “Rydwanów ognia” znają ludzie, którzy nigdy nie widzieli tych produkcji. Te utwory stały się nawet bardziej ikoniczne od samych filmów, na których potrzeby powstały.

No i sprawdźcie to czarno-białe zdjęcie z syntezatorami. Fotografia została zrobiona chyba w latach 80. XX w., ale Vangelis wygląda tutaj, jak jakiś alternatywny muzyk z lat 2010. Jak widać, gość wyprzedzał swoje czasy także pod względem stylówy.

Florence + The Machine – Dance Fever

Muszę przyznać, że trochę się obawiałem, że nowa płyta Florence + The Machine mi się nie spodoba. Także dlatego, że to już piąty krążek w karierze zespołu i spadek formy nie byłby niczym dziwnym, skoro wszystkie poprzednie płyty były świetne.

Jest jeszcze za wcześnie, by oceniać “Dance Fever”. Ale mogę już powiedzieć, że jest na to szansa. Natomiast po zaledwie kilku przesłuchaniach muszę pochwalić teksty. Moje ucho wyłapało sporo linijek, które nazwałbym… naprawdę zręcznymi. No, podobają mi się te teksty. Poniżej kilka próbek:

You said that rock and roll is dead

But is that just because it has not been resurrected in your image?

Like if Jesus came back, but in a beautiful dress

And all the evangelicals were like: “Oh, yes”

“Choreomania”

Sometimes you get the girl

Sometimes you get a song

“The Bomb”

I came for the pleasure, but I stayed

Yes, I stayed for the pain

Back In Town

A, no i nie zapominajmy o jednym fakcie, który wart jest odnotowania. Przemiana Florence Welch w żywy prerafaelicki obraz jest już kompletna.