Star Wars: The Last Jedi. Czyli Gwiezdne Wojny w epoce internetów [SPOILER na SPOILERZE]

Obejrzałem “Ostatniego Jedi” po raz drugi. Nadszedł czas, by napisać kolejny tekst o tym filmie. Na wstępie muszę Wam zdradzić, że będzie on mniej entuzjastyczny, niż poprzedni. A także uprzedzić, że tym razem będzie on zawierał spoilery. Dużo spoilerów. Spoiler na spoilerze, spoilerem pogania. Dodam też – tak dla pewności – że mogą też pojawić się spoilery z “Przebudzenia Mocy” i w ogóle ze wszystkiego, co wcześniej nakręcono w świecie “Gwiezdnych wojen”. No! Zostaliście ostrzeżeni. A teraz do rzeczy.

sw4

Niesamowite, jakie znaczenie dla odbioru dzieła mają okoliczności, w których się z nim stykasz. Nie jest bez znaczenia, czy słuchasz piosenki na głośniczkach od laptopa czy też na wysokiej klasy głośnikach, na słuchawkach w zatłoczonym tramwaju czy też w tłumie ludzi na koncercie. Nie jest bez znaczenia czy film oglądasz w kinie pożerając popcorn, czy w domu jedząc pomidorową po powrocie z pracy.

Na pewno mój odbiór “The Last Jedi”, gdy oglądałem go za drugim razem był inny. Z czego to wynikało? Pewnie z samego faktu, że oglądałem ten sam film po raz drugi. Jest wiele filmów, które są emocjonujące za każdym razem, nawet gdy znasz zakończenie. Ale czasem, gdy wiesz, co wydarzy się dalej, film zaczyna nudzić. “Ostatni Jedi” jest raczej wśród tych drugich filmów. Niestety, ale te zwroty akcji chyba nieco tracą impet, kiedy już wiesz, że nastąpią. Nie oczekiwałem, że to będzie coś na miarę “No, I am your father“. Ale plot twisty w “The Last Jedi” nie osiągają nawet pułapu śmierci Hana Solo. Niestety. Ponadto, gdy pierwszy raz oglądałem film, byłem chyba trochę na haju wywołanym tymi przejmującymi miesiącami wyczekiwania, unikania spoilerowego trailera i tak dalej. Emocje te zdecydowanie opadły po pierwszym seansie, na drugi wybrałem się – niestety – już na trzeźwo. I niestety tym razem podobało mi się znacznie mniej. Pewnie ktoś z Was zadaje sobie pytanie czy nie miały na mnie wpływu negatywne recenzje, w których naczytałem się kąśliwych uwag, które następnie gorliwie zinternalizowałem? Otóż z tego co widziałem po nagłówkach czy też treściach statusów znajomych na fejsbuku, jest o tym filmie zarówno mnóstwo opinii negatywnych, jak i pozytywnych. Z takich recenzji pełną gębą, przeczytałem w całości – a raczej obejrzałem – tylko dwie: Red Letter Media i Kevina Smitha. Także większość formułowanych poniżej przemyśleń, spostrzeżeń czy sądów powstała w mojej głowie. Oczywiście nie jestem na tyle wybitnym umysłem, żeby ciągle wpadać na pomysł, na który nikt jeszcze nie wpadł, więc nie zdziwcie się, że przeczytaliście bądź usłyszeliście już podobne konstatacje gdzie indziej.

W moim poprzednim tekście zastanawiałem się, czy jeśli intuicyjnie czułem, że jakaś scena czy wątek w filmie jest mało “starłorsowa”, nie pasuje, sprawia, że nie jesteśmy w stanie całkowicie zanurzyć się w znanym nam z poprzednich filmów świecie, to może świadczy to na niekorzyść “The Last Jedi”? Po drugim obejrzeniu coraz bardziej czuję, że jednak tak. Zdając sobie sprawę, że muszą się pojawiać nowe rzeczy, że nie można po prostu wiecznie recyklingować raz opowiedzianej historii, to muszę powiedzieć, że niektóre elementy były w “Ostatnim Jedi” nie na miejscu w stopniu chwilami niemal irytującym.

Ale zanim wymienię te elementy, wypadałoby zdefiniować czym tak naprawdę jest (dla mnie) “Star Wars”. Co stanowi istotę “Gwiezdnych Wojen”. Dla mnie to przede wszystkim baśń. Może i osadzona we wszechświecie, w którym ludzie opanowali umiejętność podróżowania z prędkością światła, ale jednak baśń. Z rycerzami, księżniczkami, walką dobra ze złem i magią, która “nas otacza, przenika nas i spaja galaktykę w jedną całość”. Dlatego postrzegam “Star Wars” jako opowieść fantasy, w której science-fiction jest jedynie kostiumem czy scenografią. Baśniowość świata “Gwiezdnych wojen” wiąże się z konsekwencjami takimi jak język i estetyka, przy pomocy których opowiada się tę historię.

sw1

Dlatego ze wszystkich niestarłorsowych scen wcale najbardziej nie wkurzyła mnie Leia lecącą niczym Superman. Ostatecznie, cóż, moc uratowała ją przed śmiercią, to w świecie odległej galaktyki jest możliwe, choć scena faktycznie niebezpiecznie wskazywała na to, że Rian Johnson naoglądał się innej space opery, a mianowicie “Strażników Galaktyki“. Bardziej zirytowała mnie scena, w której wiceadmirał Holdo dokonuje okrętem Ruchu Oporu samobójczej szarży taranując okręt Najwyższego Porządku. W momencie zderzenia i totalnej rozwałki nagle zapada cisza. Oczywiście, bo “in space no one can hear you scream“. Każde dziecko to wie, nawet taki regularnie dostający dwóje z fizyki człowiek jak ja. Tylko, że to jest “Star Wars”. Tu nie ma być realistycznie. Tutaj ciągle w przestrzeni kosmicznej, w próżni, słychać wybuchy. Gdy X-Wingi, Tie-Fightery i inne Star Destroyery się strzelają laserami, to słychać piu! piu! piu! Pewnie, że ta scena była naprawdę piękna. Mucha nie siada. Tylko, że pasowała do estetyki “Gwiezdnych wojen” jak skarpetki do sandałów. Mam wrażenie, że producenci filmu postanowili umieścić w nim różne elementy, które sprawdziły się w innych filmach, bo przecież jeśli sprawdziły się gdzie indziej, sprawdzą się i tu. Otóż nie. Nie sprawdził się także hackujący Benicio Del Toro, czyli kolejna zgrana hollywódzka klisza, totalnie niepasująca do tego uniwersum. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce nikt nie musi udowadniać, że zna się na komputerach stukając szybko w klawiaturę, wszak od hackowania są droidy.

Ale to jeszcze nic, ostatecznie uznajmy to za wypadki przy pracy, które są niemal chlebem powszednim dla “Gwiezdnych wojen”, nawet “Imperium kontratakuje” nie jest pozbawione fuck up-ów. Bardziej wkurzyła mnie… samoświadomość “Ostatniego Jedi”. Jak już wspomniałem postrzegam “Star Wars” jako baśń. Bohaterowie baśni nie wiedzą, że są bohaterami baśni, to nie “Deadpool“, ani film Woody’ego Allena. W tej stylistyce narracyjnej nie mieszczą się takie zabiegi, jak puszczanie oka do widzów. Oglądając “The Last Jedi” ma się wrażenie, jakby scenarzyści przeczytali internetowe dyskusje i postanowili odpowiedzieć na palące internautów kwestie. Kim są rodzice Rey? Kim jest Snoke? Nie irytuje mnie sam fakt, że rodzice Rey nie są nikim ważnym (nie są? może jednak są – to wcale jeszcze nie jest takie pewne) czy fakt, że Snoke, który zafascynował publiczność i wywołał tysiące pytań co do swojej tożsamości, został przekrojony na pół w połowie filmu (tak samo jak w przypadku rodziców Rey, może się okazać, że o Snoke’u jeszcze się czegoś dowiemy). Bardziej wkurzająca jest forma w jakiej te informacje zostały widzowi przedstawione. “Zastanawialiście sie kim są rodzice Rey? Bam! Odpowiemy Wam totalnie wprost, dodając przy tym, że wcale nie Rey częścią tej opowieści, tak jak myślała ona sama i internauci”. Czyżby Kylo Ren czytał dyskusje na forach internetowych i znał teorie mówiące, że ojcem Rey jest Luke albo Obi-Wan? Czyżby Kylo Ren wiedział, że jest tylko postacią z filmu? Może właśnie na tym polega potęga ciemnej strony Mocy, że ten który nią włada uświadamia sobie, że jest tylko bohaterem bajeczki?

Najgorsze jest jednak podejmowanie dyskusji z zakompleksionymi pryszczatymi trollami. Jak pewnie wiecie, wiele osób oburzyło się, że w “The Force Awakens” Rey była w stanie pokonać Kylo w pojedynku na miecze świetlne, mimo faktu, że nigdy nie przeszła żadnego treningu, a w dodatku jest – o zgrozo – tylko dziewczyną. Dla mnie jednak finałowa scena z “Przebudzenia mocy” jest zrozumiała sama przez się. Po pierwsze nie do końca był to pojedynek, wszak (do pewnego momentu) brał w tym udział także Finn, po drugie Kylo Ren był ranny (od celnego strzału z laserowej kuszy – thank you, Chewbacca!), a po trzecie wreszcie kilka scen wcześniej Snoke (dowiedziawszy się, że moc jest silna w Rey, ale nie przeszła żadnego treningu), by stać się Jedi, a zatem jest podatna na pokusę przejścia na ciemną stronę Mocy) rozkazał Kylo przyprowadzić Rey do siebie. Rozumiem, że martwy padawan raczej nie pomoże nikomu podbić galaktyki, więc Kylo nie mógł zabić Rey, miał ją schwytać. Dlatego też trudniej było mu ją pokonać. Tymczasem Rian Johnson postanowił wszystko to wywalić do śmieci i uraczyć nas sceną, w której Snoke – ten sam Snoke, który kazał Kylo przyprowdzić Rey, wyśmiewa go, że pobiła go dziewczyna, która nigdy nie trzymała w ręku miecza świetlnego.

Kontynując litanię rzeczy, które mnie wkurzyły w czasie ponownego seansu “Ostatniego Jedi” przejdę do dziwnych wątków, które odciągały uwagę od głównej opowieści i sprawiały wrażenie dosztukowanych na siłę. Wpływało to negatywnie na główny wątek, czyli historię Rey vs Luke vs Kylo, który akurat sam w sobie był rozwiązany naprawdę fajnie.

sw5

Pierwszym słabym wątkiem była historia Finna, BB8 i Rose. Wybrali się na jakąś planetę przypominającą Monte Carlo, żeby ściągnąć stamtąd informatyka, co umie hackować. Ściągnęli nie tego informatyka, uwolnili kosmiczne konie, dostali się na okręt Pierwszego Porządku, Benicio del Toro trochę postukał w klawiaturę i nic z tego nie wynikło. Gdy oglądałem to pierwszy raz, to było to o tyle ekscytujące, że liczyłem, że to się w jakiś zajebisty sposób zwiąże z wątkiem Kylo Rena, Rey i Snoke’a, którzy przecież byli na tym statku w tym samym czasie, co Finn, Rose i BB8. Tymczasem działania tych ostatnich nie miały praktycznie żadnego wpływu na fabułę. Rozwiązanie tego wątku w postaci stajennego chłopca, który w jakiś sposób odkrył, że można użyć Mocy do chwytania miotły czy w postaci finałowej walki Finna z Phasmą (chociaż i to nie jest pewne, czy to już koniec ich toksycznego związku), nie jest jakoś szczególnie satysfakcjonujące. O romansie między Finnem i Rose wolę nawet nie mówić. Strasznie szkoda, bo Finn to była super postać, a John Boyega to – w przeciwieństwie do większości totalnie nijakich aktorów młodego pokolenia – gość, któremu trzeba przyznać, że ma osobowość. Tym bardziej boli, że Rian Johnson nie miał lepszego pomysłu na to, co Finn z BB8 mieliby robić.

Drugim niepotrzebnym wątkiem, była historia księżniczki Lei, wiceadmirał Holdo i Poe Damerona. Nie wiem, jaki był cel tego całego buntu na pokładzie? Pokazania skaz na charakterze Poe? Admirał Holdo poza tym, że wyglądała, jak surowa, ale sprawiedliwa dyrektorka szkoły podstawowej, nie wnosiła do fabuły niczego, czego nie mogłaby wnieść Leia. Ileż bardziej poruszający byłby ten moment samobójczego uderzenia statkiem rebeliantów w okręt Najwyższego Porządku, gdyby dokonała tego Leia. Wiem, że łatwo teraz doradzać uśmiercenie Lei, kiedy się już wie, że Carrie Fisher nie powróci w kolejnym filmie. Ale gdyby to Leia – niczym prawdziwie honorowy kapitan – pozostała na pokładzie do końca, pozwoliłoby to tej absolutnie wspaniałej postaci rozstać się z sagą w równie spektakularny sposób, w jaki pożegnał się z nią Han Solo. No i byłoby to bardziej w stylu tej postaci. Pamiętacie jak w “Nowej Nadziei” George Lucas i Carrie Fisher wywrócili na lewą stronę archetyp damy w opałach? Jak sprawczą postacią była Leia Organa? Nigdy nie czekała, aż z pomocą przybędzie jej braciszek czy chłopak-macho (na ojca w ogóle nie mogła liczyć). Niestety przez całe “The Last Jedi”, zamiast chwycić za blaster i zrobić porządną rozwałkę, czeka, aż ktoś ją uratuje.

Ale były w tym filmie rzeczy, które za drugim razem spodobały mi się bardziej niż za pierwszym. Paradoksalnie jedną z tych rzeczy było coś, co normalnie uznałbym za tani chwyt wymuszony przez wytwórnię filmową: callbacki z oryginalnej trylogii. Pojawienie się Yody, nawiązujące do treningu z Lukiem w “Empire Strikes Back, co do którego nie byłem przekonany za pierwszym razem czy przybycie Millenium Falcona z odsieczą w finalnej bitwie, niczym w “Nowej nadziei”. Na specjalne propsy zasługuje Chewbacca. Seryjnie, temu włochatemu stworowi należy się medal i przytulenie. Walczy w tych wojnach przeciwko złemu Imperium i ciemnej stronie Mocy, dłużej niż wszyscy ci bohaterowie razem wzięci. Na pewno dłużej, niż admirał Holdo. Jest jedna scena, w której Chewbacca siedzi za sterami Sokoła Millenium i wydaje swój ryk, po czym kadr przesuwa się na stojącego obok, wydzierającego się w niebogłosy porga. Chewie widząc to wydaje kolejny ryk (zapewne znaczący tyle, co “zamknij się i daj mi robić to, co robię najlepiej, czyli kompletną rozwałkę”), po czym strzepuje małego stwora swoim włochatym ramieniem. Badass.

No, ale żeby nie było, że podoba mi się tylko to, co już tam kiedyś gdzieś widziałem: niewątpliwie pewnym novum była ścieżka Kylo Rena. W pewnym momencie bałem się już, że rzeczywiście przejdzie na jasną stronę mocy, nawrócony przez Rey i będziemy mieli reboot “Powrotu Jedi”. Tymczasem Kylo stał się jeszcze bardziej złym dupkiem o jeszcze bardziej kamiennym sercu! Zarówno po „Force Awakens”, jak i dzisiaj, część pryszczatych internetowych trolli narzeka, że Kylo to emo dzieciak, ale moim zdaniem za kilka dekad będzie uważany za łajdaka równie ikonicznego, co Darth Vader. Techniczne rzecz biorąc jest znacznie gorszym skurwielem od swojego dziadka. Nie dość, że zabił swojego ojca, to jeszcze zabił swojego mistrza i szefa, który nawet nie wyczuł jego zamiarów wobec siebie. Kylo – jeśli chodzi o ciemną stronę Mocy – zaszedł najdalej ze wszystkich, których mieliśmy okazję oglądać na srebrnym ekranie. Teraz to on jest Snoke’iem, to on jest Palpatinem. Swoją drogą, doskonała była scena, w której generał Hux zastaje owinięte w szlafrok Hugh Hefnera zwłoki Snoke’a wraz z nieprzytomnym Kylo w sali tronowej i stwierdza “Najwyższy przywódca nie żyje”, a następnie duszony Mocą przez Kylo dodaje “Niech żyje najwyższy przywódca”. To przykład dobrych proporcji w świecie “Gwiezdnych wojen”, niby paralela z czymś w rodzaju przewrotu pałacowego w stylu starożytnego Rzymu i cytat ukradziony ze średniowiecznej Francji, a z drugiej strony, jakże utrzymany w klimacie baśniowego świata “Star Wars”! Piękne.

sw3

Swoją drogą scena walki Rey i Kylo przeciwko gwardii Snoke’a była jedną z lepszych scen akcji w świecie “Gwiezdnych wojen” od czasu masakry dokonanej przez Vadera w “Rogue One“. Pewnie także dlatego, że to jedna z nielicznych dramatycznych scen, w których nikt nie rzuca jakiegoś śmiesznego żarciku. Jak widać odrobina patosu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, nie trzeba się go bać i podkopywać go komizmem w każdej scenie. No, a poza tym jeszcze nie widzieliśmy w “Star Wars” sojuszu czerwonego i niebieskiego miecza świetlnego. A także rozwalenia miecza świetlnego na kawałki.

Scena zniszczenia miecza świetlnego wiąże się z najfajniejszym motywem tego filmu. Chodzi o myśl, że Moc nie polega tylko na sprawnym wymachiwaniu – jak to ujmuje sam Luke – laserowym mieczykiem. W “Nowej nadziei” Vader mówi do jednego z imperialnych generałów: “Don’t be too proud of this technological terror you’ve constructed. The ability to destroy a planet is insignificant next to the power of the Force“. Więc od samego początku sagi wiedzieliśmy, że Moc jest bardzo potężna i że tak naprawdę to ci, którzy potrafią się nią posługiwać, zdecydują o losach galaktyki. Ale tak naprawdę nigdy nie widzimy potwierdzenia tego, jak potężna jest Moc w działaniu. Jasne, w “Nowej nadziei” Luke używa Mocy, by wykonać celny strzał w szyb wentylacyjny Gwiazdy Śmierci, niemniej jakoś nigdy nie miałem poczucia, że cała akcja byłaby skazana na porażkę, gdyby to nie Luke leciał tym ostatnim X-Wingiem. W “Zemście Sithów” ten potężny Anakin Skywalker (czy raczej świeżo upieczony Darth Vader) ma odegrać jakąś kluczową rolę w przejęciu przez Palpatine‘a władzy nad galaktyką, ale tak naprawdę czystki Jedi dokonują klony-szturmowcy, a Anakin ogranicza się do zamordowania grupki dzieciaczków, by następnie pozwolić na to, by Obi-Wan spuścił mu sromotny łomot. W “Powrocie Jedi” znowuż z dialogów wynika, że fakt, czy Luke da się przeciągnąć na ciemną stronę, czy też nie, ma absolutnie krytyczne znaczenie dla całego świata, jednak także tym razem ktoś musi po prostu zakasać rękawy, wziąć się do roboty i zniszczyć Gwiazdę Śmierci przy pomocy broni konwencjonalnej. Możecie mnie dusić na odległość ile chcecie, ale jak dotąd wyglądało mi jednak na to, że ten “technological terror” jest całkiem niezłą konkurencją dla Mocy. Aż do “Ostatniego Jedi”.

Finałowa walka/niewalka Luke’a z Kylo Renem pokazuje jednak, że Vader miał rację. Po raz pierwszy mamy wyłożoną kawę na ławę. Cały ten Death-Star-tech strzelający ile fabryka dała okazuje się faktycznie bez znaczenia w porównaniu z tym, jak potężny stał się Luke. Odkąd zobaczyłem ostatnią scenę “Przebudzenia Mocy”, wiele razy zastanawiałem się, co też zaprezentuje nam Skywalker po 30 latach treningu. Myślałem sobie, to musi być coś odjechanego w kosmos, a nie kolejna walka na miecze świetlne (nie żebym nie lubił mieczy świetlnych, nie zrozumcie mnie źle, po prostu kilka razy wyraźnie jest powiedziane, że Moc to coś więcej). I nie zawiodłem się. Tą walką Luke pokazał, że choć spotykamy go w tym filmie jako zgorzkniałego starca, to jednak bycie zgorzkniałym starcem nie przeszkadza w byciu jednym z najpotężniejszych Jedi w historii. Trochę jak scena w “Empire Strikes Back”, w której Yoda pokazuje zaszokowanemu Luke’owi, że choć jest tylko małym, śmiesznym, zielonym stworkiem, to potrafi podnieść zatopionego w bagnie X-Winga. Teraz to Luke przejął pałeczkę po Yodzie, co jest o tyle wspaniałe, że mogliśmy oglądać go zarówno jako wielkiego mistrza panującego nad Mocą, jak i młodego, głupiego nastolatka. Scenarzyści pozwolili Markowi Hamillowi odejść z wielką klasą. Niestety Carrie Fisher nie miała tyle szczęścia.

Także ogólnie ta historia jest naprawdę super. Podoba mi się miejsce, w którym znalazła się większość głównych bohaterów. Luke odszedł w chwale, pokazując jakim jest badassem (zauważyliście ten moment, w którym Kylo i Skylwalker szurają butami po pokrytej solą powierzchni planety, ale jedynie but Kylo ściera sól odsłaniając czerwoną ziemię, gdy tymczasem but Luke’a nie zostawia śladu?). Ben Solo udowadnia, że nie jest tylko Emo-Darth-Vader-wanna-be i pokazuje swojemu szefowi, jak grubo się mylił. Rey udowadnia Luke’owi (i sobie samej), że nie stanie się drugim Kylo Renem i że jest godną następczynią Skywalkera. Ba, nawet smutny fakt, że liczebność Ruchu Oporu stała się tak niska, że jest on w stanie zmieścić się na pokładzie Sokoła Millenium, sprawia, że fabuła kolejnego filmu będzie o wiele bardziej interesująca. Oni będą musieli tę Rebelię zbudować od zera, tym razem niemal dosłownie od zera. Jestem ciekaw jak J. J. Abrams to rozwiąże. Swoją drogą to zakończenie jest chyba nawet bardziej mroczne, niż finał “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsty Sithów”. Zresztą cały film jest dość mroczny: główni bohaterowie wciąż w defensywie, ciągle tylko obrywają, nie oszczędzili nawet najsłodszego droida w całej galaktyce – BB8 dostaje srogie baty (na szczęście nie pozostaje swoim oprawcom dłużny). A kiedy już zdobywają McGuffina, do którego główni bohaterowie próbuję dolecieć przez cały film, okazuje się on być rozczarowująco bezużyteczny. Baza, do której docierają rebelianci ma być ocaleniem, ale go nie przynosi. Rebelianci muszą uciekać dalej.

sw2

I takie mroczne, nieco depresyjne zakończenie byłoby super. Niestety producenci nie pozwolili mu wybrzmieć wystarczająco znacząco. Klimat zbliżającej się zagłady, porażki dobrych i tryumfu złych jest dosłownie co minutę przełamywany jakimś dżołkiem czy zabawną sytuacją. Uwiera niespójna atmosfera obrazu. Z jednej strony poczucie osaczenia i fatalizmu, z drugiej strony dowcipy i puszczanie oka do publiki. Nie można było pozwolić temu filmowi, by miał troszeczkę klimatu? Nawet prequele, o których można powiedzieć wiele złego, wiedziały kiedy mają być mroczne, a kiedy zabawne, kiedy miały być lekkie, a kiedy trudniejsze. Faktycznie chyba dzisiaj filmy kręci się nie po to, byśmy mogli zanurzyć się w opowieści i przeżywać ją na serio, ale byśmy mogli robić nawiązujące do nich memy.

Mimo wszystko jestem – niczym uciekające na pokładzie Millenium Falcona niedobitki Ruchu Oporu – pełen nadziei. Gdzieś tam w odległej galaktyce J. J. Abrams zamiata siano gotów znów przejąć rolę reżysera. Mam nadzieję, że otrzymawszy od Riana Johnsona spadek w postaci ciekawego zakończenia, zrobi z “Gwiezdnymi Wojnami” coś nowego, świeżego, ale jednocześnie zachowującego baśniowy klimat tego świata, tak jak to miało miejsce w “Przebudzeniu Mocy”. Help us, J. J. Abrams, you’re are only hope. I lepiej nas nie zawiedź.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s