Moje ulubione albumy z 2017 roku

Wszyscy mają swoje podsumowania minionego roku, mam i ja. Na pierwszy ogień
idą wydane w 2017 roku albumy. Chciałbym, żeby poniższe podsumowanie nie było
odbierane jako ranking najlepszych płyt, bo niczego tak nie znoszę, jak
ustawiania dzieł sztuki od najlepszego do najgorszego czy nadawania im
punktów. Muzyka to nie mistrzostwa świata w lekkoatletyce, więc nie ma żadnego
podium, ani klasyfikacji generalnej.

Wymienię po prostu poniżej kilka albumów, które nie są pewnie albumami najlepszymi, najciekawszymi czy najbardziej nowatorskimi. Ale są – z różnych powodów – moimi ulubionymi. W związku z moją niechęcią do wartościowania i mierzenia jakości w muzyce, filmie czy innych formach sztuki, kolejność w jakiej wymieniam moje ulubione albumy jest chronologiczna. Na koniec zaznaczę fakt, że to jest lista moich ulubionych
płyt w momencie, w którym piszę te słowa. To oznacza, że istnieje możliwość,
że część z tych krążków może mi się znudzić albo po prostu przestać mi się
podobać. Oznacza to także, że jeśli jakiś album nie znalazł się w poniższym
zestawieniu, to jeszcze nie znaczy, że nigdy go wystarczająco nie docenię. Brak jakiegoś albumu może też oznaczać, że po prostu go nie słyszałem – to się
zdarza. No, dobra, to tyle tytułem wstępu. Gotowi na ulubione albumy Rogala
wydane w 2017 roku? No to jedziemy!

The Heavy Clouds – Mind Pollution thc-mindpollution
Sięgnąłem po debiutancką płytę warszawskiego zespołu The Heavy Clouds ze
względu na fakt, że na wokalu i basie występuje tam Wojtek Ziemba z Elvis
Deluxe. Nie wiem, czy Elvis Deluxe tylko zawiesili działalność, czy też
całkiem się rozpadli. Jeśli się rozpadli na amen, to mogę się pocieszyć, że
The Heavy Clouds wydaje się być jego naprawdę godnym następcą.

Nie obraziłbym się, gdyby było w Polsce więcej takich bandów, jak The Heavy
Clouds. Bandów grających porządnego rock and rolla, bez napinki i januszostwa.
Ciężko nawet zaszufladkować muzykę Chmurnych Ciężkawców. Nie potrafię
powiedzieć czy to jest hard rock, grandż czy też jednak trochę alternatywa.
Ale to nieważne. Ważne, że kopie dupę. Bo The Heavy Clouds mają po prostu
attitude. No i bardzo, bardzo, bardzo dobre piosenki.

The Afghan Whigs – In SpadesR-10225300-1493688947-6557.jpeg
Część z Was pewnie myśli, że czegokolwiek Greg Dulli, lider The Afghan Whigs,
by nie wydał, Rogal będzie to propsował. I pewnie macie rację. Ale o to właśnie
chodzi w prywatnych, subiektywnych podsumowaniach roku.

Teoretycznie “In Spades” nie powinno mi się podobać. Każda piosenka brzmi, jakby była z innej parafii. Do tego stopnia, że słychać duże różnice w głośności masteringu. Ale to, co mogłoby być wadą, jest chyba zaletą. “In Spades” to album zrobiony na luzie, przez ludzi, którzy się przy tym dobrze bawili. Nagrany na setkę, czasem nawet przy pierwszym podejściu. Jak otwierający płytę “Birdland“, w którym słychać nawet, jak Dulli w przerwie między wersami piosenki pociąga nosem. Wspaniale, że nikt tego nie wyciął, brakuje mi strasznie muzyki, która brzmiałaby tak prawdziwie.

Ogólnie “In Spades” to zbiór różnorodnych piosenek, które łączy tylko jedno. Są w stylu Dulliego. Aż do bólu. I są tak dobre, że gdyby ich nie było, należałoby je wymyślić. A skoro nikt inny nie byłby w stanie tego zrobić, Dulli podjął to wyzwanie. I znów odniósł sukces.

Mando Diao – Good Timesmando-diao-good-times-992x992
Właściwie nie powinienem lubić nowych albumów Mando Diao. Debiutowali na początku lat dwutysięcznych grając oldschoolowego garażowego rock and rolla, by na końcu lat dwutysięcznych dokonać artystycznej wolty i pójść w o wiele bardziej
nowofalowym i tanecznym kierunku. Przy okazji odnosząc gigantyczny sukces
komercyjny, co nie jest w takich wypadkach okolicznością łagodzącą. No, ale co
robić, kiedy – choć brudne, przesterowane brzmienie wczesnej twórczości Mando
Diao zawsze będzie bliższe mojemu sercu – ich muzyka w nowej odsłonie nadal mi
się podoba?

Bo mimo zmiany stylu, mimo tego, że przed nagraniem “Good Times” zespół
opuścił jeden z frontmanów i wokalistów, Gustaf Norén, Szwedzi wciąż nie
zatracili zdolności do pisania absolutnie świetnych piosenek. I na najnowszym
albumie prezentują w tej dziedzinie najwyższy poziom, czy to w tanecznych
numerach przywodzących na myśl twórczość innego zespołu złożonego z rodaków
Mando Diao, czy to w melancholijnych balladach będących ukłonem w stronę
bardziej rock and rollowej przeszłości zespołu.

Lana Del Rey – Lust for LifeR-10952755-1512462669-5488.jpeg
Głównym atutem Lany Del Rey jest to, że jej twórczość jest zupełnie inna, niż
cokolwiek, co aktualnie jest w muzyce pop modne. Przynajmniej ja nie znam
nikogo innego, kto by w taki sposób bawił się nostalgią słuchaczy, jednocześnie będąc tak daleko od wtórności charakterystycznej dla wszelkich retro projektów. I choć – zapewne ze względu na obecność raperów w kilku numerach na “Lust for Life” – brzmienie Lany Del Rey stało się bliższe generycznemu popowi, to jednak wciąż się wyróżnia i zachowuje charakterystyczny dla stworzonego przez piosenkarkę uniwersum klimat. No i jest wykonane i wyprodukowane na naprawdę wysokim poziomie. Co jest tym bardziej imponujące, że to już w ciągu pięciu lat od debiutu czwarty album Lany i nie widać po jej
twórczości żadnego zmęczenia materiału.

Foo Fighters – Concrete and Gold R-10903462-1506260840-2916.jpeg
Poświęciłem tej płycie już jeden tekst, w którym posłużyłem się metaforą
jabłkowej gumy do żucia. Stwierdziłem wówczas, że muzyka Foo Fighters jest bardzo smaczna, ale niestety dosyć szybko się nudzi i traci smak. Jednak niedawno znowu puściłem sobie “Concrete and Gold” i znów doskonale się bawiłem, to naprawdę fajna płyta.

Ktoś kiedyś mi powiedział, że kiedy żuję gumę i ona traci smak, nie powinienem jej
wyrzucać do śmieci, tylko zachować ją na później. Bo to tak naprawdę nie guma
traci smak, tylko moje kubki smakowe przyzwyczajają się do niego na tyle, że
już go nie czuję. Ma się rozumieć, nigdy nie próbowałem się przekonać czy to
prawda w przypadbku prawdziwej gumy do żucia. Natomiast w przypadku najnowszej
płyty Foo Fighters? Cóż, może się okazać, że faktycznie można żuć tę samą gumę
wiele razy.

William Patrick Corgan – Ogilala R-11024125-1508446026-4436.jpeg
Z tego co wiem dla wielu fanów alternatywnego rocka lat dziewięćdziesiątych
lider Smashing Pumpkins już dawno skończył się jako muzyk i jako człowiek.
Przyznam, że nie do końca rozumiem ten hejt na późną twórczość legend
najntisowego rocka. Może to dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych bardziej,
niż muzyka interesował mnie Kapitan Jastrząb i Generał Daimos? Zresztą
nieważne. Mi tam większość rzeczy zrobionych przez Billy’ego Corgana po roku
2000 się podoba. I tak jest z solowym debiutem lidera Rozjechanych Dyń.

Nasuwa się oczywiście pytanie, dlaczego Corgan nagle wydaje materiał pod swoim
nazwiskiem, skoro dla Smashing Pumpkins jest tym, czym Ludwik XIV dla Francji?
Chyba dlatego, że to jest rzeczywiście album nagrany bez żadnego zespołu.
Proste, surowe aranże na wokal, gitare akustyczną i pianino, czasem doprawione
jakimiś smykami czy synthami. I to właśnie kameralność tej płyty jest jej
największym atutem. To proste piosenki, w których Corgan nie sili się na
innowacyjność, wszak na tym polu nie musi już nikomu niczego udowadniać. Słuchając tego ma się wrażenie, że to po prostu jakiś gość grający na gitarze akustycznej w
swojej sypialni. Tyle, że ten gość ma bardzo charakterystyczny głos i
niewiarygodny talent do pisania dobrych melodii.

Destroyer – ken

R-11011048-1508186046-4723.jpeg
Kto nie zna Destroyera, ten powinien zostać na wstępie poinformowany, że nie
jest to zespół heavy metalowy. To indie rockowa (a może indie popowa?) grupa
pod przewodnictwem songwritera z Vancouver nazwiskiem Dan Bejar.

Nowy album to taki Destroyer, jakiego lubię. Czyli muzyka, którą określiłbym takimi
słowami jak: melancholijna, nostalgiczna, romantyczna. Słuchając “ken” znów –
tak jak w przypadku mojego ulubionego albumu Bejara, czyli “Kaputt” –
wyobrażam sobie dekandenckiego kanadyjczyka snującego się bezproduktywnie po
skąpanych słońcem europejskich miastach, pogrążającego się w myślach o
uzależniających kobietach i pięknych narkotykach. A wszystko to okraszone
absolutnie bezbłędnymi partiami saksofonu w wykonaniu Josepha Shabasona,
którego umiejętności i feeling, oprócz albumów Destroyera można podziwiać
chociażby na płycie “Lost in the Dream” The War On Drugs.

Black Sabbath – The End R-11159743-1510962739-3289.jpeg
Gdy dowiedziałem się, że Black Sabbath wydało w 2017 roku koncertowy album, z
jakiegoś powodu uznałem, że nie ma co go przesłuchiwać, bo po co słuchać, jak
Ozzy się męczy? Na szczęście szybko uświadomiłem sobie w jak głębokim błędzie
tkwiłem! Na “The End”, będącej zapisem najostatniejszego koncertu Black
Sabbath ever, Ozzy jest w doskonałej formie. Jego nieco niezdarny stage banter, te wszystkie “God bless you all” i “Let’s go fucking crazy” przydaje niesamowitego uroku całemu koncertowi, który jest nie tylko doskonale zagrany, ale i świetnie zrealizowany oraz wyprodukowany. Słuchając nagrania z koncertu w Birmingham żałujesz, że Cię tam nie było – to chyba najlepsza rekomendacja dla albumu koncertowego.

Neil Young & Promise of the Real – The Visitor R-11216957-1512063236-5795.jpeg
Jeśli Lana Del Rey jest pracowitą mrówką, Neil Young jest chodzącą fabryką
muzyki. Mimo, że jest już po siedemdziesiątce, od kilkunastu lat wydaje album
średnio raz do roku. Raz do roku! Nie jest więc niczym dziwnym, że i w tym
roku uraczył nas kolejnym krążkiem.

Muzyka na nim zawarta pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że przy takim
dorobku, jaki posiada wujek Neil, wciąż jeszcze można pisać chwytliwe numery.
Po drugie, że wujek Neil ma bardzo głęboko w dupie panujące aktualnie (i
szczerze mówiąc, kiedykolwiek panujące) mody i konwenanse. W erze pro toolsów
i auto-tune’aThe Visitor” brzmi równie organicznie, co płyty z lat
siedemdziesiątych. To album nagrany na absolutnym luzie, bez oglądania się na
to, co pomyśli otoczenie: gdy ma pojawić się sekcja dęta, pojawia się sekcja
dęta; gdy ma pojawić się damski chór, pojawia się damski chór; a jeśli mają
pojawić się cymbałki, to cóż… pojawiają się cymbałki. A przynajmniej coś, co
brzmi jak cymbałki. W każdym razie – mimo tekstów komentujących bieżącą
politykę, co pewnie irytowałoby mnie, gdyby nie były po angielsku – Neil Young
żyje we własnym świecie i jest to bardzo fajny świat.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s