19 ulubionych albumów wszech czasów, które wywarły wpływ i wciąż powracają na moją playlistę

Część z Was pewnie zauważyła łańcuszek szczęścia krążący od jakiegoś czasu po Facebooku: “10 ulubionych albumów wszech czasów, które wywarły wpływ i wciąż powracają na twoją playlistę, nawet jeśli tylko dla przypomnienia. Każdego kolejnego dnia opublikuj okładkę, bez wyjaśnień, następnie w każdym poście nominuj osobę, żeby zrobiła to samo”. No, więc zabrzmiało to na tyle interesująco, że postanowiłem też coś takiego zrobić, choć nie zostałem przez nikogo wywołany do tablicy, a i nikogo do tablicy wywoływać nie zamierzam. No i – jak widzicie – wybrałem więcej, niż dziesięć albumów, bo przecież znacie mnie i wiecie, że nie lubię się ograniczać. Nie obeszło się bez wyjaśnień, bo czy ja bym nie skorzystał z okazji, żeby sobie pogadać? No, ale przejdźmy do rzeczy!

Na pierwszy ogień idzie…

…Led Zeppelin – Led Zeppelin

led zeppelin

W pewnym sensie debiut Led Zeppelin to album niczym się nie wyróżniający spośród setek powstałych w latach sześćdziesiątych podobnych płyt. Nagrany na szybko, bez żadnego konceptu. Album na którym autorskie kawałki sąsiadują ze sporą ilością coverów.

A jednak jest to krążek, który od pierwszych sekund otwierającego go utworu “Good Times Bad Times“, zachwyca absolutnie genialną mieszanką czterech składników. Mam tu na myśli oczywiście członków zespołu. Wyjmij jeden ze składników, a cała misterna konstrukcja się posypie. Ktoś z Was może argumentować, że Jimmy Page albo John Bonham byli bardziej wybitni od pozostałych. Ja tam jednak uważam, że Led Zeppelin to był taki domek z idealnie dopasowanych kart.

Przy czym tym wspomnianym wyżej przypadkowym zbiorem piosenek Zeppelini zabezpieczyli się na następne siedem albumów przed zaszufladkowaniem. No, bo niby z wrzaskiem Planta, buczącą gitarą Page’a, głośno walącą naprzód i miażdżąca wszystko po drodze sekcją rytmiczną Jonesa i Bonhama “Led Zeppelin” jest kamieniem milowym w rozwoju heavy metalu, ale jednak takie numery, jak “Babe I’m Gonna Leave You” czy “Your Time Is Gonna Come” nie pełnią tutaj bynajmniej roli zapchajdziury czy czegoś, co dzisiaj znamy jako “ballada rockowa”, czyli utworu napisanego wyłącznie dlatego, że perkusista musi czasem odpocząć. To pełnoprawne numery. Jest więc na tej płycie zarówno hard rock, blues, folk, jak i psychodeliczne improwizacje czy nawet gospel. I to pozwoliło Zeppelinom już zawsze być ponad gatunkowymi szufladkami.

A zresztą, po co ja się produkuję? Można by jeszcze napisać ze sto stron wypocin na temat tego albumu, a i tak nie wyczerpać tematu. Ale tak jak już mówiłem, wielkości Led Zeppelin nie da się uzasadnić i obronić racjonalnymi argumentami. Bo Led Zeppelin są ponad to. A dla mnie ich debiut to akurat album szczególnie ważny. Bo to pierwsza płyta Zeppelinów, jakiej dane mi było słuchać i jedna z pierwszych płyt w ogóle. “Dazed and Confused” to jeden z pierwszych riffów, których nauczyłem się grać na gitarze. Ta muzyka przeniknęła do mojego DNA i już tam pozostanie.
MC5 – Kick Out the Jams

R-1310994-1465081238-2692.jpeg

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Londynie Led Zeppelin nagrywali ścieżki swoich buczących i przesterowanych gitar na swój debiutancki album, w odległym o cztery tysiące mil Detroit, amerykański zespół MC5 robił coś bardzo podobnego, a jednocześnie tak bardzo odmiennego.

Panowie z MC5 również postanowili odkręcić wzmacniacze na maksa i pojechać po bandzie. “Kick out the Jams” to kwintesencja rock and rolla, począwszy od faktu, że mimo, że to jest debiutancki album, to jest on zapisem występów na żywo, przez prowokujące, kontrkulturowe i buntownicze teksty, po absolutnie nieokiełznaną energię i brzmienie występu.

Przez czterdzieści minut trwania debiutanckiego albumu MC5 nie ma ani sekundy, w której zespół robiłby cokolwiek na pół gwizdka. Nadpobudliwy bębniarz walczy tu ze zdzierającym gardło wokalistą, który z kolei bije się z głośnymi, nieustannie sprzęgającymi się gitarami. Wszystko to w jakiś cudowny sposób łączy się w ścianę dźwięku, która jednak wcale nie jest irytującym i bezładnym hałasem. Raczej dźwiękową pocztówką z czasów, kiedy mieszkańcy Detroit uprawiali wolną miłość, co tydzień ścierali się z policją w ulicznych zamieszkach i nieustannie byli na haju.

Bo choć ogólnie nie wierzę, że narkotyki wpływają pozytywnie na czyjąkolwiek twórczość, to album “Kick out the Jams” jest tutaj wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nie trzeba się zbytnio wsłuchiwać, żeby wyłapać jak bardzo oczywiste jest, że muzycy MC5 byli w czasie tych koncertów totalnie napruci i że był to jeden z powodów nadludzkiej niemal energii i żywiołowości tej płyty.

Zespół kultowy w USA, u nas jest prawie nieznany. Polecam zapoznanie się z twórczością MC5, naprawdę warto. Natomiast gdyby kiedyś przyszło Wam do głowy odtwarzać rock and rollową magię dni, w których “Kick out the Jams” zostało nagrane, mam jedną prośbę: nie róbcie tego w domu.
Black Sabbath – Paranoid

R-4601969-1369627277-9555.jpeg

Czego tu nie lubić? Ciężkie, przesterowane gitary? Dobre. Absolutnie niepodrabialny głos Ozzy’ego Osbourne’a? Dobry. Jedne z najbardziej ikonicznych riffów w historii wszechświata? Dooobre!

Iron Man“, “Paranoid” i “War Pigs” wystarczyłyby, żeby uczynić ten album kultowym. Najpiękniejsze w tych numerach jest chyba to, że każde dziecko jest w stanie zagrać główny riff. Ale nie każde by go wymyśliło. Do tego potrzebowaliśmy Tony’ego Iommi’ego. W “War Pigs” nawet pauzy, w których tylko perkusista nabija rytm na hi-hacie brzmią kozacko. A może własnie ten numer jest świetny przez te pauzy?

O “Iron Manie” można by napisać całą książkę. Ja wspomnę tylko o tym, jak swego czasu wykorzystano ten numer w napisach końcowych do filmu “Iron Man“. Choć superbohater z komiksów Marvela nie ma nic wspólnego z piosenką Black Sabbath, twórcy filmu nie mogli przegapić okazji do wykorzystania tego utworu. I bardzo dobrze, że nie przegapili. Ostatnią kwestią padającą w filmie są wypowiedziane przez Roberta Downey’a Jr. słowa “I am Iron Man”. Sekundę po niej zaczynają się napisy i leci numer Sabbsów. Zamiast jednak puścić kawałek od początku (i powtórzyć tym samym słowa “I am Iron Man”, tym razem wypowiedziane przez Ozzy’ego), puścili jego końcówkę. Sytuacja, gdy nie wykorzystano najsłynniejszego riffu ze zwrotki, pozwoliła ludziom uświadomić sobie, że pozostałe riffy są niemal równie zajebiste. I przyczyniły się do jednego z najbardziej kozackich zakończeń w historii filmów superbohaterskich.

Ale i pozostałe numery – psychodeliczne “Planet Caravan“, oparte na granym na efekcie wah-wah riffem “Electric Funeral“, opowiadające o narkotykowym tripie “Fairies Wear Boots” czy “Hand of Doom“, w którym pierwsze skrzypce gra bas Geezera Butlera – to są naprawdę genialne rock and rollowe kawałki. Ale nawet nie to jest najbardziej zadziwiające. Mnie fascynuje, że oni ten album nagrali zaledwie pół roku po ukończeniu poprzedniej płyty. A już pół roku później nagrali kolejną. I wszystkie te krążki zawierają podobną ilość świetnej muzyki. Jak oni to robili w tak zabójczym tempie? Nie wiem. Ale jestem prawie pewien, że dzisiaj już nikt tak nie robi.

Pink Floyd – Wish You Were Here

R-463597-1477238020-6933.jpeg

Jest w życiu każdego człowieka taki okres, że podoba mu się wszystko, co wpadnie mu w ręce. Tak było chyba ze mną i płytą “Wish You Were Here“. Kiedy słuchałem jej za dzieciaka, wszystko wydawało na niej wydawało się być świetne. To że otwierający album utwór trwa trzynaście minut. To że w numerze “Welcome to the Machine” w ogóle nie ma perkusji, a bit nabija gitara basowa. To jak tekst piosenki “Have A Cigar” opowiada o ubranym w drogi garnitur i palącym cygara tłustym rekinie showbiznesu, która zaprasza członków zespołu do swojego gabinetu i zachęca do podpisania cyrografu chwaląc ich twórczość, po czym pyta “a tak właściwie, to który z was to Pink?”. No i wreszcie ten radiowy szum we wstępie do utworu tytułowego. Może to przez sentyment, ale do dziś wszystkie te rzeczy wydają mi się być rewelacyjne.

“Wish You Were Here” to oczywiście krytyka chciwego przemysłu muzycznego i melancholijny hołd złożony Sydowi Barrettowi, byłemu członkowi i współzałożycielowi Pink Floyd, który pod koniec lat sześćdziesiątych odleciał w świat narkotyków, z którego powrócił jako wrak człowieka. Ale dla mnie to także świadectwo pięknych czasów, kiedy zespoły progrockowe grały te swoje monumentalne, kilkunastominutowe utwory bez zadęcia. Kiedy członkowie takich zespołów, jak Pink Floyd byli gwiazdami rocka. Nawet jeśli kwestionowali cały koncept gwiazdy rocka, to i tak nimi byli. A nie pretensjonalnymi lamusami piszącymi utwory w metrum 15/8.
Guns N’ Roses – Appetite For Destruction

R-7441233-1441564282-6905.jpeg

Nie muszę chyba mówić, że jeśli miałbym wymienić jedną moją ulubioną postać z komiksu i jednego mojego ulubionego gitarzystę, to w obu wypadkach byłby to Slash. Nie muszę chyba też dodawać, że Axl Rose to jeden z najbardziej charakterystycznych wokalistów ever. Guns N’ Roses zdecydowanie wykraczają z szufladki hard rocka lat osiemdziesiątych. Wszak od pierwszej płyty w ich brzmieniu pełno było klasycznorockowego brudu, a kiedy jako jeszcze niezbyt otrzaskany w historii rock and rolla dzieciak po raz pierwszy zobaczyłem w telewizji teledysk do “Paradise City” myślałem, że to kapela z lat siedemdziesiątych. Można by długo jeszcze wymieniać powody, dla których Gunsi są jednymi z najźlejszych motherfuckerów w historii rock and rolla. Niemniej, choć nagrali kilka naprawdę dobrych płyt, na których znajduje się wiele genialnych numerów, żaden z późniejszych albumów nie był już tak równy, jak debiut.

Właściwie każdy kawałek na “Appetite for Destruction” jest inny, na każdy jest jakiś pomysł. Coś co sprawia, że zapamiętujesz utwór po pierwszym przesłuchaniu. Jakiś haczyk, na który się słuchacz daje się złapać. Ale paradoksalnie prawdziwym sekretem sukcesu tej płyty jest to, czego na niej nie ma. Wszak takie numery, jak “Don’t Cry” czy “November Rain“, które znalazły się na dyptyku “Use Your Illusion” ponad cztery lata później, istniały już w momencie, gdy zespół wchodził do studia, by nagrać debiutancki album. Ekipa z Los Angeles jednak nie uległa pokusie umieszczenia tych kawałków na swoim pierwszym krążku, nieważne jak dobre by były. Dzięki temu otrzymaliśmy surowy, bezkompromisowy rock and rollowy klimat z jakim kojarzone jest “Appetite for Destruction”. Klimat. Klimat Hollywood, klimat Sunset Boulevard. Klimat klubów Go Go, w których w oparach dymu czerwonych Marlboro pochłaniano galony Jacka Danielsa i tony kokainy.

I pośród tego pięciu gości, którzy podjęli postanowienie, że podbiją świat swoim pierwszym albumem. Spoiler alert. Udało im się. Dzięki tym odważnym decyzjom, które wtedy podjęli, później mogli sobie pozwolić na niemal wszystko. Na przykład na wydanie jednego dnia dwóch albumów z dziesięciominutowymi ambitnie zaaranżowanymi kompozycjami. Pełnych takich arcydzieł, jak chociażby “November Rain”. Warto było zaryzykować.
Queen – Innuendo

R-6811292-1427124502-6745.jpeg

Nikt chyba się głośno nie przyzna, że za dzieciaka nie jarał się solówką z tytułowego utworu z tej płyty. Come on! Najpierw grają takie flamenco! A potem! Grają to samo, tylko na gitarze elektrycznej! That is sooo metal!!!

Cóż, tylko Queen tak potrafił łączyć heavymetalowy wpierdol z campową muzyką taneczną, progresywny rock z przebojowością, glamowy blichtr z hardrockowym brudem. Nie jest “Innuendo” pierwszym albumem, na którym to z powodzeniem zrobili. Jest za to ostatnim albumem, na którym to zrobili. Bo w ogóle jest ostatnią płytą zespołu wydaną za życia Freddiego Mercury’ego, który zmarł zaledwie dziewięć miesięcy po jej premierze. I kiedy już raz człowiek sobie uświadomi, że Mercury był już poważnie chory podczas nagrań, trudno wyrzucić ten fakt z głowy, trudno nie interpretować tej płyty przez jego pryzmat.

Bo nawet biorąc pod uwagę, że zarówno muzyka, jak i teksty powstały w wyniku pracy całego zespołu, a nie tylko frontmana, to trudno nie odbierać “Innuendo” jako opowieści człowieka mierzącego się z własną śmiertelnością. A przy tym bynajmniej nie będącej przygnębiającym smutem. Ten album jest po brzegi wypełniony radością życia. Być może właśnie wynikającą ze świadomości jego kruchości. Tę miłość do życia wyraża na tym albumie wszystko, od sekcji rytmicznej przez ambitnie zaaranżowane niezliczone ścieżki chórkow i syntezatorów po przesterowaną gitarę. I wokal Freddiego, który nigdy chyba nie był tak mocny i energetyczny, jak na “Innuendo”, choć AIDS już wówczas pożerało muzyka do tego stopnia, że ledwo miał siłę, by ustać na nogach.

“Innuendo” to taka przejażdżka emocjonalnym rollercoasterem, słodko-gorzka niczym uśmiech Mercury’ego na koniec teledysku do “These Are The Days Of Our Lives“. Czasem wesoła, czasem smutna, ale zawsze poruszająca nawet najbardziej skamieniałe serca. Z genialnym finałem, który w perfekcyjny sposób podsumowuje postać Freddiego Mercury’ego. Nikt chyba się głośno nie przyzna, że nie ma na plecach ciar słuchając “Show Must Go On“.
Pearl Jam – Ten

R-367664-1408907054-7204.jpeg

Powiem to wprost i na samym początku: jeśli miałbym wybrać jeden najlepszy album wszech czasów albo przynajmniej najlepszy album jaki kiedykolwiek słyszałem, byłby to “Ten“. Bo nie ma na tym albumie ani jednego słabego utworu. Ani jednego.

I nieważne jak wspaniałym zespołem Pearl Jam pozostało po wydaniu tej płyty i pozostaje do dziś, łącząc absolutne oddanie fanom z artystycznym nonkonformizmem. Nigdy już grupa ze Seattle nie zbliżyła się do tego, czego dokonała na tym krążku. Być może ich wielkość tkwi także w fakcie, że wcale nie próbowali. Że zrozumieli, że taka sztuka udaje się tylko raz. Każdy kolejny album kwintetu to próba zrobienia czegoś zupełnie innego, niż to, co zrobili na “Ten”. Może obranie tej właśnie drogi pozwoliło Pearl Jam zachować tę klasę, która sprawia, że ich fani podążają za nimi z koncertu na koncert, z miasta do miasta, z kraju do kraju, a czasem i z kontynentu na kontynent.

Ten album to czysty żywioł. Słychać na nim, że zespół nagrywając go nie stawał w blokach startowych w żadnym wyścigu. Nie zamierzał wywoływać żadnej rewolucji. W gruncie rzeczy “Ten” jest bardzo prostym hard rockowym albumem, nagranym bez ambicji, by dołączyć do jakiegoś bardziej konkretnego nurtu czy stworzenia swojego własnego gatunku. Bez ambicji, by stać się kolejną gwiazdą czy kolejnym gigantem. Jedyną ambicją Pearl Jam było skanalizowanie energii wypływającej z każdego z członków zespołu, nieważne czy źródłem tej energii były doświadczenia pozytywne czy negatywne. I udało się. Ta płyta jest niczym oceaniczna fala, która Was porywa. To czy w niej utoniecie czy też pozwolicie się jej ponieść, to już wyłącznie Wasz wybór.
Monster Magnet – Spine of God

R-7721091-1478622828-6464.jpeg

Wahałem się, który album Monster Magnet umieścić w tym zestawieniu, bo naprawdę da się z ich dyskografii wybrać co najmniej kilka bardzo dobrych krążków, a każdy z nich jest zajebisty na zupełnie inny, sobie tylko właściwy sposób. Rozważałem nawet umieszczenie w tym zestawieniu więcej, niż jednej ich płyty. Bo przecież “Powertrip“, najbardziej znany album grupy z New Jersey, zawierający radiowy hicior “Space Lord“, to prawdziwe arcydzieło, łączące space rockową psychodelię, fuzzowe riffy z rock and rollową przebojowością. Ale ostatecznie zdecydowałem się na debiutancki album “Spine of God“. Dlaczego? Bo chyba najbardziej skupia w sobie wszystkie cechy, które czynią Monster Magnet zespołem tak mi bliskim.

Spine of God” brzmi jakby było nagrywane przez jakiegoś nastolatka w sypialni na poddaszu w domu rodziców. W pokoju, w którym półki uginają się od komiksów science fiction, na ścianach wiszą plakaty hard rockowych bandów z lat siedemdziesiątych, a w powietrzu unoszą się gęste opary marihuany. A po środku tego wszystkiego nastolatek, który nigdy tak naprawdę nie nauczył się grać na żadnym instrumencie, ale za to teraz dorwał się do dużej ilości krejzolsko brzmiących efektów gitarowych. I nie zamierza się bynajmniej ograniczać w ich używaniu.

Właśnie brak zahamowań i totalny luz to fundamenty tego albumu. Trwające pół minuty solo perkusyjne na otwarcie utworu? Czemu nie! Ośmiominutowy psychodeliczny jam? Czemu nie! Ten album brzmi, jak nagrany przez kogoś, kto olał w szkole lekcje songwritingu i muzycznego marketingu. Chyba po prostu Dave Wyndorf, lider zespołu, na żadnym etapie powstawania “Spine of God” (i całego swojego wcześniejszego życia) nie spotkał nikogo, kto by mu powiedział coś w stylu “nie przesadzaj z efektami, mniej znaczy więcej” albo “jesteś pewien, że teksty wszystkich piosenek powinny być o narkotykach?” czy “przydałby się tutaj jakiś szybki, wpadający w ucho utwór, który mógłby stać się singlem”. I bardzo dobrze, że nikt Wyndorfowi nie udzielił takich rad. Później zresztą Monster Magnet udowodnili, że mogą nagrać przebojowy hard rockowy album, który przyniesie im komercyjny sukces. Ale komercyjny sukces nigdy nie był ich celem. Dave Wyndorf zbyt ceni sobie swój własny pokręcony świat, by iść na jakiekolwiek kompromisy. I zawsze będzie robił to, co mu się żywnie podoba. Nawet jeśli będzie to oznaczało, że aby wieczorami grać te długawe psychodeliczne solówki, za dnia będzie musiał pracować na stacji benzynowej.
The Cranberries – No Need To Argue

R-369633-1437271439-6809.jpeg

Po pierwsze ten album zawiera “Zombie“. To jeden z pierwszych rockowych numerów, jakie w życiu usłyszałem. Jeden z pierwszych gitarowych riffów, których nauczyłem się grać i choć nie grałem go od lat, jestem pewien, że będę w stanie go Wam zagrać, nawet jeśli obudzicie mnie w środku nocy (ale mimo wszystko nie budźcie mnie, proszę). A pomalowana na złoto Dolores O’Riordan w nakręconym przez Samuela Bayera teledysku była moim pierwszym zauroczeniem.

Po drugie ten album – jak tandetnie by to nie zabrzmiało – przenosi mnie na zielone łąki Irlandii. Tajemnicze, baśniowe, mityczne, a zarazem splamione przemocą, cierpieniem i opresją. Ale przy tym na pewno zachowujące zachwycające piękno. Chyba słusznie najwięcej laurów za tę płytę zbierała, zbiera i zbierać będzie O’Riordan, ale muszę podkreślić, że pozostali muzycy The Cranberries i producenci płyty także odwalili tutaj kawał dobrej roboty. Zrobili naprawdę genialny użytek z tych wszystkich najntisowych efektów gitarowych. Każdy reverb, delay czy chorus jest tu użyty dokładnie tak, jak powinien, tworząc unikatowy klimat tej płyty. Idealnie zlewając się z magicznym głosem wokalistki, który bywa w niemal nieziemski sposób czysty, a z drugiej strony chwilami zachrypnięty i zawodzący. O’Riordan jest na tej płycie pełna paradoksów. Wydaje się być artystką świadomie budującą swój własny styl, a jednocześnie zachowującą bezpretensjonalność. Śpiewającą jakby zupełnie bez wysiłku, a jednocześnie wkładając w to mnóstwo emocjonalnej energii.

The Afghan Whigs – Black Love

R-522893-1272128376.jpeg

Zadziwia mnie, jak Greg Dulli, lider i główny songwriter zespołów The Afghan Whigs i The Twilight Singers, od ponad trzydziestu lat robi wciąż genialne płyty. To nie jest tak, że kiedyś na początku kariery zrobił jedną dobrą płytę, a późniejszych słucha się już bardziej z sympatii wywołanej przez nią. Jeśli mierzyć sukces ilością sprzedanych egzemplarzy albumów i pojemnością zapełnianych sal koncertowych, to osiągi Dulliego są naprawdę mizerne. Ale mimo, że nigdy tak naprawdę nie udało mu się wspiąć na rock and rollowy Parnas, to życzę tak długo utrzymującego się wysokiego poziomu wielu potężniejszym od niego tytanom. Kariera Dulliego to pod względem artystycznym kariera cholernie równa. Ale to nie znaczy, że nie ma w jego dyskografii albumów, które są mi szczególnie bliskie.

Jednym z nich jest niewątpliwie “Black Love“. Dlaczego? Właściwie to muszę otwarcie przyznać, że tak naprawdę nie wiem. Może to dlatego, że to płyta najbardziej z dzieł Dulliego kojarząca mi się z nawiedzającą Polskę ciemną zimą, bo w książeczce jest zdjęcie dziewczyny stojącej nocą na ośnieżonym dachu? A może to dlatego, że to jeden z najbardziej hard rockowych albumów Dulliego, gdzie przester w głosie wokalisty idealnie zlewa się z przesterem gitar i całą tą ścianą dźwięku zlepioną z perkusji, basu, organów hammonda, pianina i chórków? A może to sposób, w jaki Dulli wykrzykuje słowo “love” w epickim utworze “Bulletproof“. A może jest to coś zupełnie niewytłumaczalnego. Bo tak czasami, a nawet bardzo często, bywa w muzyce, że nie da się jej ująć w słowa. Ponieważ gdyby dało się muzykę ująć w słowa, to by się ją czytało, a nie słuchało jej.
Metallica – Reload

R-367442-1306610922.jpeg

Gimi fiu, gimi faj, gimi dabuczadizaj!

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale gdy ktoś dorastał w Polsce w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych oraz był fanem jakiejkolwiek odmiany gitarowej muzyki, ten przynajmniej przez chwilę swojego życia uważał Metallikę za muzyczny wzorzec z Sevres. W każdym razie dla mnie przez dłuższy czas toporna rifferka Jamesa Hetfielda i spółki była instrukcją songwritingu. W odróżnieniu jednak od wielu moich rówieśników moim ulubionym albumem Mety był najprawdopodobniej najgorzej przez wszystkich oceniany krążek “Reload“. I chociaż już dawno jako muzyk uwolniłem się z okowów metallikowego podejścia do gitarowego rzemiosła, to “Reload” wciąż jest dla mnie albumem pod wieloma względami wzorcowym. Muzyka zawarta na tym krążku to szczytowe osiągnięcie ciężkiego, badassowego hard rocka. I może dlatego nikt tej płyty nie lubi, bo jest za ciężka dla fanów rocka, a za lekka dla fanów metalu. To jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję. Bo tak naprawdę totalnie nie rozumiem, jak można coś złego powiedzieć o tej płycie.

Oczywiście wypada, żebym uczciwie przyznał, że dostałem ten album na kasecie pod choinkę mając jakieś dziewięć czy dziesięć lat. I że katowałem go przez całe święta jedząc czekoladę i grając w “Kapitana Pazura“. I do dzisiaj wracam do tej płyty co roku w okolicach grudnia i to jest dla mnie prawdziwa świąteczna muzyka, a nie jakieś dzwoneczki i “Last Christmas“. Więc to wszystko może sprawiać, że jestem trochę nieobiektywny. W każdym razie “Reload” to siedemdziesiąt sześć minut walącego w werbel Larsa Ulricha i depczącego efekt wah-wah Kirka Hammetta. I każda sekunda tego albumu to dla mnie prawdziwa muzyczna uczta.
Marilyn Manson – Mechanical Animals

R-2292117-1377183014-4352.jpeg

Odkryłem Marilyna Mansona w okresie, w którym triumfy święciła jego pełna brudnych riffów, mroczna, gotycka płyta “Holy Wood (In the Shadow of the Valley of Death)“. Kiedy już zajechałem do reszty taśmę mojej kasety z tym albumem (i uzbierałem kolejne 20 złotych), postanowiłem wyruszyć na dalszą eksplorację uniwersum najsłynniejszego wówczas prowokatora. Naturalnie sięgnąłem więc po poprzedni album, zatytułowany “Mechanical Animals“. I jakież wszystko było inne na tym krążku. Zamiast ciężkich riffów – syntezatory, zamiast industrialowego łomotu – elektroniczna perkusja, zamiast gotyckiego mroku – blade kolory kojarzące się raczej z futurystycznym science fiction. Więc szukając czegoś podobnego do “Holy Wood”, dostałem coś zupełnie innego, a i tak byłem zachwycony. I to było niesamowite uczucie. Nie znałem wówczas nikogo, kto w moim małym wszechświecie kilkunastoletniego fana rocka i metalu potrafił zrobić coś tak nieszablonowego, niebanalnego i pełnego zwyczajnej przekory.

Choć opowiadający o poczuciu pustki i wypraniu z uczuć, “Mechanical Animals” wciąż pozostaje chyba najbardziej emocjonalnym albumem Mansona. Oraz najbardziej lirycznym i melodyjnym. Co spotkało się z krytyką wielu jego fanów, którzy oczekiwali od niego po prostu odpowiedniej ilości heavymetalowego zła. Dla mnie zaś łagodniejsze czy – jakby powiedzieli rockiści – bardziej komercyjne brzmienie tej płyty nigdy nie było problemem. Bo Manson bynajmniej nie przestał być na tym albumie mniej prowokacyjny i bardziej grzeczny. Wręcz przeciwnie. Tym albumem zantagonizował ostatnią grupę, której dotychczas jeszcze nie udało mu się wkurzyć: swoich fanów. I między innymi dzięki temu ten album zdobył moje serce. Do dzisiaj do niego wracam i nie obchodzi mnie to, że to w gruncie rzeczy taki bardziej heavy metalowy remakeThe Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from MarsDavida Bowiego. Czasami remake bywa lepszy od oryginału.
Red Hot Chilli Peppers – Californication

R-1266804-1461290216-7010.jpeg

Red Hoci to jest taki zespół, z którego niektórzy po prostu wyrastają. Tak przynajmniej było w moim wypadku. Dzisiaj, kiedy w radio leci “Under the Bridge“, “Give it Away” czy “Dani California“, nie zmieniam stacji. Ale też sam, z własnej inicjatywy RHCP sobie nie odpalam. A przecież, kiedy byłem dzieciakiem Red Hot Chilli Peppers byli synonimem fajności. Teledyski, w których Flea grał te swoje wirtuozerskie partie basu mając na sobie jakiś ekscentryczny ubiór czy strojąc do kamery głupkowate miny. Koncerty podczas których członkowie bandu biegali i skakali po scenie nie uważając za stosowne, by w ogóle założyć ubranie. Wszystko to było uosobieniem żywiołowości i wolności, która wydawała się atrakcyjna każdemu dojrzewającemu gimnazjaliście. A teraz już po całym tym zachwycie i fascynacji (jak zaznaczyłem wyżej: przynajmniej w moim wypadku) pozostało zaledwie wspomnienie.

Niemniej “Californication” pozostaje albumem ponadczasowym. Być może po prostu dlatego, że zespół odważnie wykroczył na tym albumie poza swoją niszę bezkompromisowej mieszanki funka z rockiem alternatywnym. Mówiąc “wykroczył”, nie mam na myśli, że w jakikolwiek sposób porzucił swoją tożsamość. Po prostu dokonał ekspansji, inkorporując do swojej muzyki bardziej radiowe brzmienia. Tym samym Red Hoci dokonali sztuki bardzo trudnej, prawie niemożliwej: stali się atrakcyjni dla niemal każdej publiczności w każdej grupie wiekowej pod każdą szerokością geograficzną, jednocześnie pozostając wiernymi swoim ideałom. Jedyny zespół, który także z powodzeniem dokonał takiego manewru, jaki przychodzi mi do głowy, to Aerosmith, które na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych podbiło serca zarówno swoich dawnych fanów, jak i nowej publiczności takimi radiowymi hitami, jak “Dude (Looks Like a Lady)” czy “Janie’s Got a Gun“.

Ale co chyba najbardziej zachwyca i decyduje o ponadczasowości “Californication”, to jego prostota. Najbardziej przecież pamiętamy z niej takie kawałki, jak “Around the World“, “The Other Side“, “Scar Tissue” czy numer tytułowy. A są to kompozycje niemalże minimalistyczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę nieokiełznaną energię i szeroki wachlarz możliwości tworzących tę płytę muzyków.
Smashing Pumpkins – Machina/The Machines of God

R-378885-1523172435-1501.jpeg

Jak wiedzą niektórzy, mam w rękawie garść stwierdzeń, które czasem rzucam w towarzystwie ku powszechnemu zgorszeniu i zażenowaniu. Mówię na przykład, że nigdy nie przebrnąłem przez całość książkowego “Władcy Pierścieni” i od razu na twarzach rozmówców malują się z trudem skrywane konsternacja i oburzenie. Nie jest też tajemnicą, że twórczość Smashing Pumpkins dzieli się na wczesną (uważaną przez die hard fanów kwartetu z Chicago za klasyczną) i późną (uważaną za chujową). Więc część moich czytelników, nawet jeśli nie będzie zbulwersowana, to będzie szczerze zdziwiona tym, co zaraz powiem: “Machina/The Machines of God” (dla niewtejmniczonych album, który można uznać za początek twórczości “późnej”) podoba mi się o wiele bardziej, niż “Mellon Collie and the Infinite Sadness” (czyli chyba najwyżej oceniana płyta Rozjechanych Dyń).

“Machina/The Machines of God” to idealna mieszanka tych ciężkich, jak ołów riffów, gdzie wszystko przepuszczone jest przez fuzz i melodii, które instalują się w mózgu jak wirus i ciężko je usunąć. Serio, na tym albumie fuzz jest wszechobecny, jak deszcz w Wietnamie widzianym oczami Forresta Gumpa. Przez charakterystyczny przester przepuszczony jest dźwięk gitary, basu, perkusji, a czasem chyba nawet i wokalu. A jednocześnie w tym całym bucząco-brzęczącym bajzlu słuchacz nie ma problemu z uświadomieniem sobie, że lider zespołu, Billy Corgan to geniusz zapadających w pamięć melodii. Posunę się nawet do stwierdzenia, że gdyby nie jego charakterystyczny głos (którego barwa niektórym działa na nerwy) oraz częste i gęste starania, by ukryć te wpadające w ucho refreny pod grubą warstwą alternatywno-rockowego mułu, to znalazłby się w absolutnej czołówce światowego popu. Choć biorąc pod uwagę, że Corgan rozbija się po bulwarach Hollywood w automobilach typu Lamborghini, to w sumie trochę tak, jakby w niej był. I daj mu, Panie Boże, zdrowie!

Rivulets – Debridement

a4167995906_5

Granie rockowych riffów i solówek na gitarze elektrycznej jest naprawdę super. Ale tylko jeśli grasz z zespołem albo przynajmniej masz jakąś realną perspektywę, że zaczniesz z nim grać. Pierwszą gitarę elektryczną dostałem na zakończenie gimnazjum. Tłukłem na niej przez całe wakacje i dużą część pierwszej klasy liceum. Jarałem się strasznie. Niestety moje próby zakładania kolejnych zespołów ciągle spalały na panewce. Jeśli dobrze pamiętam, to gdzieś w drugiej klasie moja motywacja do grania na elektryku znacznie spadła, zwłaszcza, że moje wiosło strasznie się rozstrajało. Szybko więc przyłapałem się na tym, że gniję w moim pokoju z gitarą klasyczną, którą ukradłem kiedyś siostrze i nigdy nie oddałem, pisząc melancholijne, akustyczne piosenki. Taką muzykę przynajmniej można było grać samemu, nie odczuwając braku perkusisty czy basisty. Niestety wciąż nie było to do końca to. Nylonowe struny gitary klasycznej średnio się nadawały do takiego grania, przy każdym mocniejszym, bardziej emocjonalnym uderzeniu brzęcząc i przesterowując się. I tak sobie grałem i komponowałem myśląc, że może nie jest to totalne artystyczne spełnienie, ale lepsze to, niż nic.

I wtedy usłyszałem Rivulets. Pod tym hasłem ukrywa się amerykański muzyk Nathan Amundson. Czyli gość grający na gitarze i śpiewający w jakimś pustym pomieszczeniu, w którym dźwięk odbija się od ścian w całkowicie niekontrolowany sposób. Słychać szumy, pogłos, brzęczenie strun, ślizganie się palców po gryfie. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, czym jest gatunek zwany lo-fi, więc to było dla mnie objawienie. To tak można grać i być fajnym? Nie przejmując się brakiem odpowiedniego sprzętu czy profesjonalnego studia? Okazało się, że tak. “Debridement” było nagrywane w jakimś opuszczonym kościele, a pojawiająca się z rzadka szczątkowa sekcja rytmiczna brzmi, jakby ktoś walił w puste pudła. Dźwięki tła zostały uznane nie za przeszkodę, lecz za zaletę. Mój świat zatrząsł się w posadach, a umysł otworzył na nowe możliwości.

Ale na uroku amatorszczyzny fenomen tej płyty się nie kończy. “Debridement” to przede wszystkim zbiór melancholijnych, czasem niepokojących, czasem kojących, a zawsze pięknych melodii. Doskonały soundtrack do jesiennej mgły i szarówki. Więc przełom listopada i grudnia będzie dobrym momentem, by sprawdzić ten album.
The Twilight Singers – She Loves You

R-1086965-1191044898.jpeg

Ten album był moją bramą do muzycznego świata Grega Dulliego. Co ciekawe, jest to krążek zawierający wyłącznie covery. Oczywiście, gdy słuchałem go po raz pierwszy, jeszcze o tym nie wiedziałem, nie znając – oprócz “Summertime” – żadnego z oryginalnych wykonań tych utworów. I nawet nie domyślałem się, że są to utwory tak różnych artystów, jak Björk czy Mary J. Blige. “She Loves You” brzmi tak spójnie, że nieświadomy słuchacz ma wrażenie, że wszystkie numery napisała jedna osoba. I w pewnym sensie, tak właśnie było. Bo jedną z rzeczy, które Dulli opanował w stopniu mistrzowskim, jest branie cudzych utworów i przetwarzanie ich w ten sposób, że brzmią, jakby to on je skomponował.

Choć to porównanie może się niektórym wydać nieco przyziemne, jak na ładunek emocji, jakie niesie muzyka The Twilight Singers, to z braku lepszego pomysłu napiszę jednak, że “She Loves You” przypomina doskonale urządzone mieszkanie. Choć poszczególne meble są w różnych kolorach i odległych stylach, wszystko tu do siebie pasuje. Jak w perfekcyjnie doprawionej potrawie, nie przesolonej, ale też nie mdłej. Greg Dulli to taki muzyczny szef kuchni i myślę, że za to akurat porównanie by się nie obraził. Choć jest to kolejna metafora wynikająca z braku pomysłu na coś lepszego.

W każdym razie najdoskonalszym chyba przykładem tych wysmakowanych proporcji jest utwór “Black is the Color of My True Love’s Hair“. Perfekcyjna jest tutaj równowaga między czystością i brudem, między melodią a fałszem. Idealne jest tempo, w jakim w tej piosence rośnie napięcie. Przy czym nie czuć tutaj wyrachowania czy kalkulacji – to jest utwór, który trwając wywołuje ciarki, a gdy już wybrzmi ostatni dźwięk, pozostawia słuchacza oniemiałego.

Mam wrażenie, że im dłużej piszę o tym albumie, tym bardziej popadam w pretensjonalną śmieszność. Więc może po prostu posłuchajcie tego krążka, a ja już na jego temat zamilknę?
dEUS – Pocket Revolution

DEUSPocketRevolution

Macie tak czasami, że widząc okładkę płyty, podoba Wam się ona tak bardzo, że chcecie koniecznie posłuchać, jaka muzyka kryje się za tym obrazkiem, a gdy już ją przesłuchacie, to w związku w wysokimi oczekiwaniami zbudowanymi przez stronę wizualną, strona dźwiękowa okazuje się być rozczarowaniem? No, więc w przypadku albumu “Pocket Revolution” belgijskiej grupy dEUS o żadnym rozczarowaniu nie ma mowy. Muzyka na tym krążku jest dokładnie taka, jakiej się można spodziewać po tej dziwacznej, tajemniczej okładce.

Sercem muzyki zaprezentowanej na “Kieszonkowej rewolucji” jest dosyć prosty indie rock. Taki indie rock, który nie jest zrobiony przez gości z Londynu, Nowego Jorku czy Los Angeles, ale przez grupkę hipsterów z Antwerpii, czyli jest to indie rock o takim trochę kontynentalno-europejskim zabarwieniu. Przy czym muzycy dEUS obudowali te proste (a jednocześnie genialnie napisane) rock and rollowe numery tyloma warstwami gitarowych efektów i ścian dźwięków, smyków i syntezatorów, że stworzyli coś o absolutnie niepowtarzalnym klimacie. Jest tu i science fiction, i romantyczna miłość, i podróże kosmiczne, i dekadencki smutek.

Aranże na “Pocket Revolution” są tak niesamowite, że nawet siedmiominutowe numery nie nudzą, mimo że przez cały utwór muzycy grają w kółko te same cztery akordy. Ale z drugiej strony nie ma się co dziwić. W końcu ten album nagrał Bóg.
Katie Melua – Piece By Piece

R-533858-1142940130.jpeg

Co sprawia, że ten album jest dla mnie wyjątkowy? Oczywiście poza faktem, że – przynajmniej w moim wyobrażeniu – idealnie uchwycił grzeczną, ale nie nudną i uroczą, lecz nie przesłodzoną osobowość pochodzącej z Gruzji brytyjskiej wokalistki?

Płyta “Piece By Piece” jest jak skrojony na miarę popowy garnitur. Od chwytliwego songwritingu, poprzez zrobione z wyczuciem aranże, aż po coś tak głupiego, jak długość trwania całości. Nie żartuję. Ta płyta trwa 45 minut. Tyle ile większość z nas – bądźmy szczerzy – jest w stanie utrzymać koncentrację. I taki jest cały ten krążek, idealnie wyważony, nie za dużo, nie za mało. W sam raz. Przy czym – i tutaj zarówno artystce, jak i producentom płyty udało się dokonać prawdziwej sztuki – wyważenie i umiar nie oznaczają bynajmniej nijakości i mdłego nudziarstwa.

Przynajmniej część z Was widziała przynajmniej raz film “Rocky IV“, w którym Sylvester Stallone stacza bokserski pojedynek z reprezentującym Związek Radziecki Iwanem Drago. Film bez ogródek przedstawia starcie, jako walkę nie tylko dwóch sportowców, ale także dwóch metod treningu. Podczas gdy Rocky Balboa prezentuje organiczną prostotę i biega z kłodą drewna na plecach przez śnieżne zaspy, Iwan Drago trenuje w zamkniętych pomieszczeniach, na bieżniach, podłączony do urządzeń mierzących jego wydajność i jest nieustannie obserwowany przez jajogłowych naukowców, próbujących zoptymalizować siłę i kondycję sowieckiego pięściarza.

Poddając rzecz suchej analizie, można by stwierdzić, że płyta Katie Meluy jest – jak Iwan Drago – produktem laboratoryjnej, zimnej kalkulacji. Ale słuchając “Piece By Piece”, odbiorca wie, że ten album jest jednak bardziej jak Rocky Balboa. Bo ma osobowość, której nie można się oprzeć. I serce, którego często brak popowym muzakom, skomponowanym tak, by nie być niczym więcej, niż tylko muzyką tła.

Kings of Leon – Only By The Night

R-1471516-1488774335-7303.jpeg

Nienawidziłem Kings of Leon całym swoim jestestwem. Wkurzał mnie ich wizerunek pajaców z totalnie debilnymi fryzurami i ciągłe piłowanie japy przez wokalistę. Aż pewnego dnia zobaczyłem na już chyba zapomnianym dzisiaj portalu Last.fm, że można przedpremierowo za darmo przesłuchać nowego albumu grupy z Tennessee. I nie wiem, co mnie podkusiło, ale kliknąłem przycisk play.

I od pierwszej piosenki mój hejt zmienił się w zachwyt. Bardziej stonowany i melodyjny, a przede wszystkim o wiele bardziej melancholijny, niż poprzednie płyty, album “Only By The Night” mocniej trafił w mój gust i był chyba idealnie dostrojony do mojego ówczesnego stanu emocjonalnego. O sile tego krążka świadczy fakt, że skłonił mnie do sięgnięcia po wcześniejsze dokonania kapeli z Nashville i docenienie ich.

Kurczę, coś szczególnego musi być w tej płycie, skoro zmieniła ona Kings Of Leon z cenionego przez krytyków i garstkę wiernych fanów indie rockowego składu w stadionowego giganta. To niesamowite, że po prawie dziesięciu latach całkiem niezłego funkcjonowania w niszowej alternatywie, bracia Followill nagle przebili się do najbardziej mainstreamowego z mainstreamów i już w nim pozostali. Część z Was pewnie powie, że to dzięki zmianie bezkompromisowego brzmienia na bardziej radiowe. Ale ja sądzę, że jest w tym coś więcej.

***

No i to by było na tyle. Trochę zaszalałem z ilością płyt i muszę przyznać, że skompilowanie tej listy to faktycznie było całkiem ambitne wyzwanie. Napisanie – choćby zaledwie kilku akapitów – o każdym z tych albumów okazało się wymagać całkiem sporego wysiłku. A i tak mogłoby być tych albumów znacznie więcej, bo nie znalazł się tutaj żaden album Deep Purple (od którego zacząłem swoją przygodę z hard rockiem); nie ma też AC/DC, których dyptyk “Highway To Hell“/”Back In Black” jest jedną z najdoskonalszych dzieł w historii rock and rolla; nie znajdziecie też ani Rollins Band, ani Rage Against The Machine, którymi kiedyś okrutnie się jarałem i które pozostają integralną częścią mojej tożsamości; nie ma Radiohead, nie ma Lenny’ego Kravitza, nie ma Czesława Niemena, nie ma Motörhead czy Nicka Cave’a i wielu, wielu innych. Ale to nie dlatego, że ci artyści mieli na mnie mniejszy wpływ, niż ci, którzy znaleźli się na powyższej liście.

Wygląda na to, że podążałem po prostu za zasadą, że te albumy muszą być ważne jako albumy. Jako pewna skończona całość, grupa piosenek, utworów, które działają razem. Więc nie umieściłem tutaj płyt, na których znajduje się jeden czy dwa wybitne utwory albo jakiegoś przypadkowego krążka artysty, którego akurat cenię za całokształt twórczości dość równomiernie rozłożony na całą dyskografię.

Na pewno też o czymś – jak to zwykle bywa – zapomniałem. Także nie podchodźcie do tej listy zbyt poważnie, bo ostatecznie to tylko zabawa.

 

[FILMY, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁEM W KINIE I TERAZ ŻAŁUJĘ] Sing Street

sing street

Sing Street to film, w którym szara rzeczywistość przeplata się z kolorową fantazją. Akcja toczy się w pogrążonej w kryzysie ekonomicznym lat osiemdziesiątych Irlandii. Główny bohater, nastoletni Conor, zmaga się z szorstkimi realiami: rozpadem małżeństwa rodziców i zmianą szkoły. Z prowincjonalnej dziury, jaką jest zdaniem Conora jego rodzinny Dublin, można zobaczyć lepszy świat jedynie przez okno pod postacią telewizyjnego programu prezentującego nowości muzyczne z USA i odległej o zaledwie 100 kilometrów, a jednak jakby baśniowej Ziemi Obiecanej – Wielkiej Brytanii. Kiedy jednak Conor spotyka i od pierwszego wejrzenia zakochuje się w ślicznej Raphinie, ten szary świat nagle nabiera kolorów.

W chwili spotkania z nieznajomą, chłopak trzeźwo uświadamia sobie, że taki przeciętniak, jak on nie ma szans u takiej piękności, jak Raphina. Na poczekaniu więc wymyśla ściemę o tym, że ma zespół i właśnie szuka modelki, która mogłaby wystąpić w teledysku. Dziewczyna prosi, by przyniósł jej taśmę demo, a wtedy rozważy udział w projekcie. Jeśli więc Conor naprawdę chce zdobyć względy Raphiny, musi w tempie ekspresowym sprawić, by zmyślona kapela stała się prawdziwa. Z pomocą kilku szkolnych wyrzutków kompletuje skład, którego zostaje frontmanem. Jakimś cudem udaje im się skomponować utwór, nagrać demo i sprawić, że Raphina pojawia się na planie ich niskobudżetowego teledysku.

Prawdopodobieństwo tego scenariusza jest oczywiście równie niskie, jak wysoki był dług publiczny Irlandii w 1985 roku. To jednak nie zaprząta uwagi twórcy filmu Johna Carney’a i zapewniam, że nie będzie zaprzątało Waszej, jeśli zdecydujecie się obejrzeć tę produkcję. Fabuła nie jest tutaj aż taka ważna, jak muzyka. Ta bowiem odgrywa w filmach Carney’a (jak choćby w nagrodzonym Oscarem “Once” z 2006 roku) rolę absolutnie pierwszoplanową. “Sing Street” to hołd złożony muzyce. Film, który pokazuje, jak nadaje ona koloru szarej rzeczywistości. Że może okazać się sposobem na zdobycie serca ukochanej. Ucieczką od codziennych problemów.

Carney w perfekcyjny sposób zaciera granicę między rzeczywistością a wyobrażeniami nastoletniego chłopaka. W zasadzie nie wiemy, w którym momencie brzdąkanie kilku amatorów w piwnicy zmienia się w doskonale zaaranżowany, wykonany i wyprodukowany utwór. Nie wiemy, w którym momencie fabuła filmu zmienia się fabułę teledysku. “Sing Street” nie jest bynajmniej historią przesłodzoną. W beczce miodu fantazji nastolatka, wyobrażającego sobie, że jest Joe Strummerem czy Robertem Smithem pływa co najmniej kilka łyżek dziegciu: w domu jest świadkiem gorzkich kłótni swoich rodziców i pogłębiającej się frustracji przegranego na samym starcie starszego brata, w szkole jest gnębiony zarówno przez silniejszych kolegów, jak i dyrektora. Nie wierzę jednak, że ktokolwiek po obejrzeniu “Sing Street” poczuje przygnębienie. Ten obraz raczej rozgrzeje Wasze serca pokazując, że nawet jeśli muzyka nie jest w stanie naprawić przytłaczającej rzeczywistości, to z pewnością pozwala od niej uciec, choćby na chwilę. I udowadnia, że nieważne, jak postrzegają Cię inni, ale jak sam siebie postrzegasz, że jesteś takim, jakim sam się stworzysz.

A jeśli wizja reżysera, fabuła, zdjęcia, aktorzy nie przekonają Was do tego obrazu, to zrobi to właśnie ścieżka dźwiękowa. Promujący film singiel “Drive It Like You Stole It” spokojnie mógłby pójść w ślady “Falling Slowly” nagranego na potrzeby “Once” i zdobyć Oscara. Tymczasem nie został nawet nominowany. Podobno stało się tak dlatego, że twórcy i dystrybutorzy “Sing Street” nie zadbali o jego promocję, także wśród członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo i w Polsce dało się zobaczyć film jedynie w kinach studyjnych. Szkoda, bo “Sing Street” ma wszystko to, co sprawiło, że “Once” stało się produkcją kultową i również mogłoby osiągnąć ten status, zwłaszcza, że jest obrazem chyba bardziej optymistycznym i radosnym, niż piękne, ale melancholijne “Once”. W każdym razie ja nie dołożyłem wystarczających starań, by film zobaczyć w kinie. I teraz żałuję.

 

[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Peter and the Wolf – Lightness

lightness

A więc wygląda na to, że nadeszła jesień. Słowo chill zaczyna być używane w bardziej figuratywnym sensie. Jest szaro i zimno, ludzie chowają swoje smętne twarze przed wiatrem w swetrach, szalach i płaszczach. Słowem: Polska wreszcie znów wygląda jak Polska, a jej mieszkańcy stopniowo coraz bardziej nasiąkają deszczem i jesienną chandrą. Na szczęście jest na to lek bez recepty, który może Was z melancholii nie wyleczy, ale z pewnością też nie zaszkodzi. To płyta “Lightness” projektu Peter and the Wolf.

Celowo użyłem słowa projekt, a nie zespół, bo Peter and the Wolf to po prostu jeden z pseudonimów, pod którymi ukrywa się amerykański singer-songwriter Redding Hunter. Na bandcampie Huntera znajdziecie kilka wydanych przez niego pod różnymi ksywkami albumów, dość różnorodnych stylistycznie, choć przeważnie oscylujących wokół folkowego akustycznego lo-fi. Gdybym chciał, to bym wyguglał coś więcej na temat muzyka, ale szczerze mówiąc wolę nie wiedzieć o nim zbyt wiele i karmić się swoim wyobrażeniem o nim. A wyobrażam go sobie jako włóczykija przemierzającego Amerykę takim towarowym pociągiem ze starych komiksów. Faceta, który nie posiada nic poza swoją gitarą i piersiówką pełną rozgrzewającej szkockiej. Gościa oderwanego od wyścigu szczurów, komercji i wszechobecnego materializmu. Samotnika, który jednak w każdej odwiedzanej mieścinie ma jakichś przyjaciół, którzy chętnie poczęstują go obiadem i posłuchają jego piosenek, trochę tęsknych, trochę smutnych, ale często też nie do końca poważnych, puszczających oko do słuchacza. I tak sobie Redding Hunter wędruje przez świat, dostrzegając piękno tam, gdzie inni widzą brzydotę, kontemplując ogołocone z liści drzewa i opuszczone prowincjonalne domy.

A płyta “Lightness” to taki soundtrack do tej podróży. Pozwalający nam patrzeć na te zgniłe krajobrazy przez okno, samemu grzejąc kości przy kominku. Działający jak taki muzyczny termofor. Albo to takie urządzenie stawiane jesienią w knajpianych ogródkach, dające taki fajny płomień. Nagrane na szumiącą ze starości taśmę akustyczne brzdąkanie i ciepły, głęboki głos Huntera przykryją Was ciepłą kołdrą. Kontrastujące z przepalonym wokalem muzycznego wagabundy delikatne dziewczęce chórki narzucą na Was jeszcze dodatkowy koc. A melancholijny, ale i pełen nadziei tekst tytułowej piosenki ostatecznie utuli Was do zimowego snu.

Końca nie widać. Czyli o ludziach, którym wolno idzie robota

Macie czasem wrażenie, że praca idzie Wam jak po grudzie? Zdaje się Wam, że cel, który próbujecie osiągnąć, wciąż wymyka Wam się z rąk, w momencie, gdy już byliście tak blisko? Czujecie, że nigdy nie zrealizujecie swojego projektu? Ja mam takie wrażenie bardzo często. Ostatnio udało się mojemu zespołowi skończyć nagrywanie nowego utworu i teledysku do niego. Ścieżki perkusji nagraliśmy ponad rok temu, a miks i mastering zakończyliśmy kilka tygodni temu. Przy czym jeśli posłuchacie tej piosenki, to zrozumiecie, że nie jest to numer w stylu “Bohemian Rhapsody” czy coś równie ambitnego. Niestety, wiele rzeczy trwało dłużej, niż sądziliśmy, część z naszej winy, część nie. Ale to jeszcze nie oznacza (a przynajmniej tak to sobie tłumaczymy), że jesteśmy totalnymi nieudacznikami. Wszak wiele wielkich (i małych) projektów powstawało długimi latami, a ich ukończenie ciągle się opóźniało. Poniżej kilka pochodzących ze świata popkultury przykładów osób, którym stworzenie jakiegoś dzieła pochłonęło pewnie więcej czasu, niż zakładali.

Ryan Reynolds (12 lat by nakręcić Deadpoola)

deadpool-ryan-reynolds-petition
Znany (przynajmniej do niedawna) głównie z komedii romantycznych kanadyjski aktor od dziecka był fanem komiksów, a jednym z jego ulubionych były przygody wyszczekanego najemnika Deadpoola. Mogłoby się nawet wydawać, że Ryan Reynolds w roli Deadpoola to przedsięwzięcie skazane na sukces, wszak w jednym z komiksów sam superbohater określa swój wygląd jako skrzyżowanie Ryana Reynoldsa z psem rasy shar pei.

Ale choć poważne rozmowy na temat realizacji filmu o Deadpoolu z Reynoldsem w roli tytułowej rozpoczęły się już w 2005 roku, to miało upłynąć jeszcze wiele wody w Rzece Świętego Wawrzyńca zanim pojawił się solowy film. Bo wprawdzie postać Wade’a Wilsona pojawiła się na srebrnym ekranie w produkcji “X-Men Geneza: Wolverine“, ale w wersji, którą zarówno fani, jak i krytycy zmieszali z błotem. W międzyczasie Reynolds najadł się też wstydu występując w ekranizacji komiksu DCGreen Lantern“, gdzie również grał postać tytułową – produkcja okazała się być klapą finansową. Słowem: droga do nakręcenia filmu “Deadpool” w takiej postaci, w jakiej wymarzył ją sobie Reynolds, wiernej komiksowemu pierwowzorowi i zgodnej z oczekiwaniami fanów, była usiana licznymi przeszkodami.

Tym bardziej satysfakcję musiał aktorowi przynieść sukces blockbustera z 2016 roku. Film oprócz dobrych recenzji pobił kilka rekordów finansowych: zdobył tytuł najbardziej kasowego filmu z kategorią R (zabraniającą wstępu na salę kinowa osobom niepełnoletnim, co zawsze uszczupla liczebność widowni i dochody z biletów) oraz najbardziej kasowego filmu z uniwersum X-Menów (co też jest niezłym sukcesem biorąc pod uwagę, że Deadpool nie był bynajmniej postacią tak znaną, jak Profesor X, Magneto, Wolverine czy Mystique).

James Cameron (15 lat by nakręcić Avatar)

small_1051127404
Cameron to niewątpliwie wizjoner wyprzedzający swoją epokę. Gdy w 1984 kręcił pierwszego Terminatora chciał, aby pojawiał w nim się stworzony z płynnego metalu, zmieniający kształt cyborg. Nie istniała jednak wówczas technologia, która przeniosłaby tę wizję na ekran w zadowalający sposób. Był w stanie zrobić to dopiero w 1991 roku, kręcąc drugą część sagi z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli tytułowej. Po premierze drugiego Terminatora Cameron dysponował właściwie nieograniczonymi środkami, by realizować swoje pomysły. Wszak “Terminator 2: Judgment Day” pobił (pierwszy i nie ostatni w życiu kanadyjskiego reżysera) rekord najbardziej kasowego filmu wszech czasów. Nakręcenie najlepiej zarabiającego filmu ever umożliwiło Cameronowi otrzymanie również największego budżetu w historii, czego dowodem był “Titanic“.

Niemniej nawet będąc kinematograficznym Midasem, Cameron przez wiele lat nie dysponował technologią i środkami, by zrealizować “Avatar“. Mimo że pierwszy szkic scenariusza powstał już w 1994 roku, film powstał dopiero półtorej dekady później. Nakręcony przy wykorzystaniu najbardziej innowacyjnych technologii “Avatar” pobił już trzeci w życiu Camerona rekord finansowy i po dziś dzień cieszy się statusem najlepiej zarabiającej produkcji wszech czasów.

Axl Rose (15 lat by nagrać Chinese Democracy)

8712d26d187dff606156def897f29b6b
Nie jest tajemnicą, że pewne czynności wokaliście Guns N’ Roses zajmują sporo czasu. Na przykład czas potrzebny na dotarcie na scenę w jego wykonaniu stał się wręcz legendarny, swego czasu opóźnione o trzy godziny koncerty były codziennością fanów Gunsów. Zresztą odkładając żarty na bok, już produkcja albumów “Use Your Illusion I” i “Use Your Illusion II” opóźniła się znacząco ponieważ Axl przeciągał prace nad aranżacjami sekcji smyczkowej w takich numerach, jak “November Rain“. Chyba zresztą z korzyścią dla tych piosenek.

Niemniej, przy albumie “Chinese Democracy” muzyk przeszedł samego siebie. Ostatecznie nagrywanie ostatniej płyty zespołu trwało dłużej, niż całe istnienie zespołu przed rozpoczęciem prac nad krążkiem. Przy okazji całkowicie rozsypał się oryginalny skład Gunsów, którzy byli jednak – umówmy się – jednym z tych zespołów działających drużynowo, nie zaś ciągniętych przez jedną osobowość. Nagrywanie “Chinese Democracy” trwało tak długo, że stało się równie archetypiczne, co opóźnienia koncertów Guns N’ Roses. Właściwie wszyscy już stracili wiarę, że album zostanie kiedykolwiek ukończony. Producent Dr Peppera zaoferował nawet każdemu obywatelowi USA (oprócz byłych gitarzystów GN’R Slasha i Bucketheada) darmową puszkę napoju, jeśli Axl ukończy album przed końcem 2008 roku. Ostatecznie nikt nie dostał darmowego Dr Peppera, mimo że Rose akurat tego terminu dotrzymał. Szkoda.

Efekt piętnastu lat prac i Bóg wie ilu milionów dolarów wpakowanych w wynajmowanie studiów nagraniowych może się podobać albo nie, ale jedno trzeba Axlowi przyznać. Realizuje swoją artystyczną wizję, a recenzje i w ogóle odbiór swojej osoby przez opinię publiczną ma bardzo głęboko w dupie.

Luc Besson (22 lata by nakręcić Piąty Element)

Screen-Shot-2016-05-12-at-12.59.29-PM-1024x554
Francuski reżyser i producent Luc Besson, zaczął pisać scenariusz do filmu, który miał stać się “Piątym Elementem“, mając zaledwie 16 lat. Kiedy obraz wchodził do kin, Besson miał lat 38, a na koncie takie hity, jak “Nikita” czy “Leon zawodowiec“. Wśród artystów przygotowujących koncepcję wizualną “Piątego Elementu” znalazł się rysownik jednej z ulubionych serii komiksów Bessona opowiadającej o przygodach czasoprzestrzennego agenta Valeriana i jego partnerki LaurelineJean-Claude Mézieres. Natomiast projektowaniem strojów zajął się rozchwytywany kreator mody Jean-Paul Gaultier. Chyba więc warto było zaczekać, bo być może nie wszyscy krytycy zachwycili się efektem końcowym dwudziestodwuletniej podróży rozpoczętej przez zafascynowanego komiksami science fiction dzieciaka, ale zdobył on sobie status kultowego i miejsce w kanonie popkultury. A samemu Bessonowi dał szansę na to, by ożenić się z Millą Jovovich. Chociaż tylko na dwa lata. Ale to zawsze coś.

Brian Wilson (37 lat by nagrać Smile)

419242.jpg
Kalifornijski zespół The Beach Boys podbił w latach sześćdziesiątych listy przebojów wpadającymi w ucho piosenkami o surfowaniu i pięknych dziewczynach. Zespół został założony przez braci Briana, Dennisa i Carla Wilsonów, ich kuzyna Mike’a Love’a i przyjaciela Ala Jardine’a. Jednak z zespołu i spośród braci od początku najbardziej wyróżniał się Brian. Jego wkład w pisanie piosenek i aranżowanie będących znakiem firmowym Beach Boysów harmonii wokalnych przewyższał udział pozostałych.

W połowie lat sześćdziesiątych z inicjatywy Briana grupa dokonała korekty artystycznego kursu, porzucając niewinne kalifornijskie plaże na rzecz kontrkultury. W tym czasie Brian Wilson stał się prawdziwą instytucją: nie tylko komponował, ale także sam aranżował, nagrywał i produkował swe utwory, co dziś może nie wydawać się zbyt imponujące, ale w latach sześćdziesiątych nie było bynajmniej normą.

Podejmowanie się coraz ambitniejszych projektów studyjnych zbiegło się w przypadku Wilsona z coraz większą konsumpcją dragów i coraz częściej objawiającą się chorobą psychiczną. W pewnym momencie muzyk przestał wyruszać z zespołem w trasy, całkowicie poświęcając się pisaniu nowych piosenek i nagrywaniem ich w studio, w którym – co nie bez znaczenia – zaczęło pojawiać się coraz więcej dziwacznych osobowości w postaci astrologów czy mistyków, tudzież po prostu dilerów narkotyków. “Smile“, najbardziej pionierski, ambitny i innowacyjny album Beach Boysów/Wilsona, zaczął powstawać właśnie w takiej atmosferze. Nie jest więc niespodzianką, że prace nad krążkiem zostały zarzucone po roku. Do coraz większego oderwania się Wilsona od rzeczywistości doszły inne problemy: spadająca popularność Beach Boysów i konflikt z wytwórnią płytową. Przez kolejne kilka dekad spadał stopień zaangażowania Briana w działalność zespołu zarówno na scenie, jak i w studio (które dotychczas było jego domeną i miejscem, w którym czuł się najlepiej). Z czasem pogłębiały się też konflikty między braćmi, owocujące rozpadem zespołu i zjazdami rodzinnymi odbywającymi się w asyście adwokatów i sędziów.

Dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku stan psychiczny cierpiącego na zaburzenia schizo-afektywne i chorobę dwubiegunową Wilsona poprawił się, umożliwiając mu powrót do życia towarzyskiego i zawodowego. Brian postanowił odkurzyć nigdy nieukończony materiał, najpierw w formie koncertów, później zaś w studio. Album został nagrany właściwie od początku i – jak przyznaje sam muzyk – różni się nieco od pierwotnego zamysłu. W każdym razie, po trzydziestu siedmiu latach odkąd po raz pierwszy zasiadł za konsoletą, Wilson zrealizował swoje marzenie.

Bonus:
George R.R. Martin (7+ lat by napisać Wichry Zimy)

George-R-R-Martin-1180x787
Powieści z cyklu “Pieśni Lodu i OgniaGeorge R.R. Martin pisze już ponad ćwierć wieku (pierwsza ukazała się drukiem w 1996 roku). W kwietniu 2011 roku miała miejsce premiera pierwszego sezonu serialu nakręconego na jego podstawie, zatytułowanego “Gra o Tron“. W lipcu tego samego roku ukazała się ostatnia z ukończonych części sagi, zatytułowana “Taniec smoków“. Nie jest tajemnicą, że planowane są jeszcze dwie powieści, które zamkną zaplanowaną przez Martina narrację. Tymczasem wydarzenia przedstawione niedawno w siódmym już sezonie serialu wyprzedziły te opisane w dotychczas powstałych książkach. A po 7 latach od premiery “Tańca smoków” GRRM wciąż nie ukończył nawet pierwszej z nich.

Na 2019 rok planowana jest premiera ósmego i zamykającego historię sezonu “Gry o Tron”. Prawie na pewno więc poznamy zakończenie sagi za pośrednictwem serialu, nie zaś za pośrednictwem literatury, która była dla niego pierwowzorem. Niektórzy wątpią nawet czy Martin kiedykolwiek ukończy serię. Część internetów posunęła się nawet do wskazywania, że kombinacja wieku i tuszy pisarza zaowocuje jego rychłą śmiercią, więc nawet jakby chciał, “Wichrów Zimy” i “Snu o Wiośnie” napisać nie zdąży. Na niezbyt eleganckie komentarze dotyczące swojego stanu zdrowia, będący w stałym kontakcie z fandomem i na co dzień używający internetu autor reaguje zwykle w sposób, na którego streszczenie najlepiej pasuje chyba wyrażenie “odpierdolcie się”.

Niecierpliwie wyczekiwane przez fanów “Wichry zimy” na pewno powstają, bo co jakiś czas publikowane są nawet fragmenty powieści. Ale GRRM ewidentnie się nie śpieszy. Pisze nowele, opowiadania i inne książki czasem związane z uniwersum Westeros, czasem nie. Jeździ po świecie, biorąc udział w konwentach i spotkaniach z czytelnikami. A przede wszystkim chyba cieszy się życiem, bo – nie ukrywajmy – popularność “Pieśni Lodu i Ognia” i serialu “Gra o tron” materialnie zabezpieczyły Martina na resztę życia, nawet jeśli diagnozy prognozujących jego przedwczesną śmierć internautów są mylne. Jeśli więc GRRM pisze kolejne rozdziały “Wichrów zimy”, to robi to tylko i wyłącznie z potrzeby serca i dla własnej satysfakcji.

***

Jak więc widzicie jest całkiem sporo przykładów ludzi, którzy albo nie śpieszą się z realizowaniem swoich zamierzeń, albo spotykają się z przeszkodami, które spowalniają proces twórczy, a czasem wstrzymują go nawet na dziesięciolecia. Średniowieczne katedry i renesansowe bazyliki powstawały setki lat, Dante Aligheri pisał swoją “Boską komedię” lat dwanaście. Dzisiaj jednak żyjemy w czasach kultu wydajności. Jeśli nie jesteśmy wydajni, nie robimy czegoś szybko i sprawnie to znaczy, że jesteśmy nieprzydatni dla społeczeństwa. Ma być zrobione. Najlepiej tanio, szybko i dobrze. Inaczej jesteśmy porażką. Nie chcę promować lenistwa i prokrastynacji, ale żyjemy pod taką presją, by zrealizować projekt szybko, sprawnie i odnieść sukces za pierwszym podejściem, że czasami możemy sobie to powiedzieć. Nie będzie tanio, szybko i dobrze. Będzie drogo, nieterminowo i źle. Czasami tak po prostu jest. I co nam pan zrobi?

Marilyn Manson na Torwarze 13.06.2018. Czyli koncert, na który wybierałem się 17 lat

13 czerwca Marilyn Manson wystąpił na Torwarze. Poza fałszywym – jak się okazało – alarmem bombowym, który przerwał koncert na 20 minut, nie wydarzyło się nic makabrycznego. Podczas, gdy kontrowersyjny amerykański piosenkarz odprawiał swoje satanistyczne rytuały, na zewnątrz życie toczyło się normalnym torem. Samochody jeździły, psy obsikiwały latarnie, Wisła płynęła w kierunku Bałtyku, słońce zachodziło na zachodzie. Nie to, co kiedy 17 lat wcześniej Manson miał wystąpić dokładnie w tym samym miejscu, tyle że 13 lutego. O koncercie trąbiły wszystkie stacje telewizyjne i gazety, od prawa do lewa. News o koncercie rockowego kwintetu z USA miał rangę niemal równą wizycie amerykańskiego prezydenta. Aby powstrzymać fanów Marilyna Mansona przed mordowaniem i składaniem w ofierze Szatanowi przechodniów, Torwar otoczyły oddziały policji ściągnięte z całego województwa. Następnego dnia media z wyraźną ulgą ogłosiły, że nie wybuchły żadne zamieszki, nie uszczuplono liczby stron w żadnej książce, nie został skrzywdzony żaden latający ani miauczący ssak. To na pewno dzięki temu, że wszystkiego pilnowała policja. Był 2001 rok i miałem wtedy 13 lat. Bardzo chciałem iść na ten koncert, ale rodzice mi nie pozwolili. Teraz jest rok 2018, mam 29 lat i postanowiłem, że jednak pójdę na ten koncert Marilyna Mansona na Torwarze.

1220761-768x596

Będąc w podstawówce moje horyzonty muzyczne – co zrozumiałe – były mocno ograniczone. Pod wpływem starszej siostry interesowałem się głównie gitarową muzyką. Znałem głównie Deep Purple, Led Zeppelin, trochę Metalliki, trochę Nirvany. Internety dopiero raczkowały, więc moim oknem na muzyczny świat była stacja MTV2, która sama o sobie mówiła, że jest “alternative music television”. W odróżnieniu od zwykłego MTV, w którym królowała Christina Aguilera, Destiny’s Child czy Ricky Martin, MTV2 grało  muzykę mniej lub bardziej wpasowującą się w moją dopiero co sformowaną muzyczną tożsamość, czyli gitarowe brzmienia – od indie rocka po metal. Kiedy zaczął się tam pojawiać teledysk do piosenki “Disposable Teens“, od razu łyknąłem przynętę. Wizerunek i muzyka Mansona podobały mi się same w sobie. Świadomość, że bycie fanem tego szaleńca latającego po scenie w pofarbowanych włosach i z makijażem na twarzy, prawdopodobnie strasznie wkurzy otaczające mnie społeczeństwo (miałem rację – wkurzyło), był tylko wisienką na torcie. Ale reakcja ogółu okazała się być istotna. W szóstej klasie podstawówki poszedłem pod prąd, deklarując swoją sympatię do czegoś, co było w opozycji do wszystkiego, co lubili moi rówieśnicy. Warto tutaj zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze i bez Mansona jakoś tak odstawałem od moich kolegów i koleżanek. Po drugie – być może nie każdy z moich czytelników zdaje sobie z tego sprawę, bo doświadczył czegoś innego – rock nie należał bynajmniej do ulubionych gatunków mojego pokolenia. W słuchawkach walkmenów i discmenów królował wówczas pop i techno (to drugie najlepiej jeśli pochodziło z wielkopolskiej wsi Manieczki), ewentualnie hip-hop. Ludzie, którzy słuchali jakiejkolwiek gitarowej muzy (obojętnie czy to był Slayer czy Radiohead) byli w mojej podstawówce i w moim gimnazjum dającą się policzyć na palcach jednej ręki mniejszością pogardzanych i poszturchiwanych nerdów. Archetyp nieudacznika, który poprzez przyniesienie gitary do szkoły zmienia się w bożyszcze płci pięknej, nigdy nie zadziałał. I wiem, co powiecie: może byłeś tak cholernie brzydki, że nawet gitara ci nie pomogła? Odpowiadam: nie, gitara po prostu nie wzbudzała zainteresowania dziewczyn, niezależnie od aparycji jej właściciela.

“No, dobra, ale miałeś napisać coś o koncercie!” Spokojnie, dojdziemy do tego.

Za kilka akapitów.

Rysuję to bardzo szerokie tło dlatego, by uświadomić Wam, dlaczego Marilyn Manson jest dla mnie tak ważny. Jest na pewno jakaś alternatywna rzeczywistość, w której jest on po prostu jednym z wielu artystów, których muzykę po prostu bardzo, bardzo lubię. Ale fakt, że stał się elementem mojej tożsamości w którymś momencie mojego dorastania sprawia, że jego wpływ na moją osobowość sięga dalej poza inspiracje muzyczne. “Człowieku, nie przesadzasz? – powie ktoś – To tylko piosenkarz”. Jasne, że to tylko piosenkarz, nie żaden prorok. Miałem tego świadomość już wtedy. Choć traktowałem Mansona poważnie i byłem jego fanem, nigdy nie byłem jego wyznawcą. Nie mniej im bardziej spotykałem się z niechęcią nauczycieli i uczniów mojej szkoły do tej kontrowersyjnej postaci, tym większą czułem chęć głębszego zapoznania się z jego twórczością.

Marilyn Manson był wówczas u szczytu swojej potęgi. Przejawiającej się nie tylko prezentującymi, moim zdaniem, mega wysoki poziom artystyczny płytami “Holy Wood“, “Antichrist Superstar” i moim absolutnym faworycie, czyli “Mechanical Animals“. Był wówczas także u szczytu swojej popularności. Ludzi, obojętnie czy kochających go, czy go nienawidzących, interesowało co powie, co zrobi. Reakcja polskich mediów na jego pierwszą wizytę w Warszawie nie wynikała (tylko) z prowincjonalności naszego kraju czy jego szczególnego przywiązania do wartości chrześcijańskich. W USA też palono płyty Mansona, nawoływano do odwoływania jego koncertów, a kiedy już się odbywały, towarzyszył im kordon policji. Tymczasem dzisiaj, myślę, że zarówno w Stanach, jak i w Polsce, koncert Mansona nikogo, poza fanami, nie obchodzi.

Sądzę, że miało to wiele wspólnego z tym, że wówczas Marilyn miał coś do powiedzenia. Miał – jak to się mówi – przekaz. To nie było szokowanie i prowokowanie dla samego szokowania i prowokowania. Jego ataki na zinstytucjonalizowaną religię nie były obliczone tylko i wyłącznie na wywołanie uwagi mediów, ale przede wszystkim – przynajmniej w moich oczach – na zadawanie pytań o to, czy religia nie służy przypadkiem komuś do kontrolowania ludzi i wykorzystywania ich do realizowania własnych interesów. Ubrana w płaszczyk prowokacji satyra na hipokryzję społeczeństwa oczywiście nie sprawiała przy tym, że miliony naiwnych nastolatków na całym świecie przestawały kupować płyty i zasilać konto pana Briana Warnera plikami zieloniutkich dolarów – z tego też zdaję sobie sprawę. Ale do czego zmierzam, to mój pogląd, że oprócz formy, w twórczości Mansona była też treść. Obśmiewał hipokryzję i świętoszkowatość, drwił z polityków i celebrytów, krytykował przemoc i nietolerancję. A przede wszystkim był reprezentantem wszelkiego rodzaju wyrzutków, outsiderów, ekscentryków i nonkonformistów, do których zaliczałem się wówczas i chyba zaliczam się nadal. I to było dla mnie najważniejsze.

Niestety niedługo po tym (zwłaszcza patrząc z odległości prawie dwóch dekad), jak kupiłem swoją pierwszą kasetę Mansona, postanowił on zrezygnować z jakkolwiek pojmowanej funkcji artysty zaangażowanego. Zamiast tego, uciekł w dadaistyczno-nihilistyczną sztukę dla sztuki, którą mniej lub bardziej kontynuuje do dziś. Efektem była kolejna po “Holy Wood” płyta zatytułowana “Golden Age of Grotesque“. Obiektywnie – wciąż na wysokim poziomie, ale dla mnie – to już nie było to. Zbiegiem okoliczności, właśnie gdzieś w okolicach tej inspirowanej latami międzywojennej burleski, Manson przestał być istotny dla jakiejkolwiek debaty publicznej, stał się po prostu kolejną barwną postacią na kolejnej celebryckiej imprezie w Los Angeles. Pod względem artystycznym i komercyjnym zamknął się w niszy, w której tworzy dla wiernej publiczności, bez ambicji ponownego zdobycia serca kogokolwiek spoza określonej grupy docelowej.

I żeby nie było – to jest całkowicie w porządku. Każdy artysta ma przecież swój złoty wiek (w tym wypadku – o ironio – skończył się on wraz z wydaniem albumu ze “złotym wiekiem” w nazwie). Marilyn Manson nie jest pierwszym ani ostatnim muzykiem, który swą twórczością przestał trząść posadami świata. Nie jest pierwszą gwiazdą rocka, której przybyło centymetrów w pasie i ubyło włosów na głowie. Nie jest pierwszym człowiekiem, w którego karierze nastąpił efekt plateau. Ba, z perspektywy czasu widzę, że późniejsze albumy prezentują wciąż wysoki poziom, a każdy kolejny wprowadza powiew świeżości pod względem muzycznym. Ani “Golden Age of Grotesque”, ani późniejsze płyty po prostu nie spełniły wygórowanych oczekiwań, jakie miałem. Straciły to coś, co sprawiało, że byłem w stanie identyfikować się z podmiotem lirycznym z “Holy Wood” czy “Mechanical Animals”. Być może dlatego, że sam także się zmieniłem.

W każdym razie mój poziom zainteresowania Marilynem Mansonem znacznie spadł. W międzyczasie odwiedzał on Polskę kilka razy, ale jakoś nie chciało mi się iść na jego koncert, zwłaszcza jeśli odbywał się np. w Poznaniu. Oczywiście inspiracje z czasów mojej fascynacji tym artystą trwały we mnie przez cały czas. Trudno, żeby było inaczej, skoro to jego riffy były jednymi z pierwszych, których próbowałem nauczyć się grać na gitarze, a pierwsze utwory, jakie kiedykolwiek skomponowałem (na szczęście tylko w mojej głowie – nie zostały nigdzie zapisane ani nagrane), to ordynarne zrzyny z numerów z “Holy Wood”. Ale Manson i ja żyliśmy sobie niezależnie nie wchodząc sobie wzajemnie w drogę przez kilkanaście lat. Zmieniło się wiele rzeczy. Niewątpliwie obydwaj wzbogaciliśmy się w tym czasie o kilka kilo tkanki tłuszczowej. Aż tu nagle ogłoszono, że Marilyn Manson wystąpi – tak jak przed siedemnastoma laty – na Torwarze. Uznałem, że to znak. To znaczy wiem, że wszechświat nie wysyła żadnych znaków. Niemniej uznałem, że to jest właściwy moment, by w zgrabny sposób dopełnić moją relację z moim idolem z dawnych lat. Dlatego mimo obaw, że mój bohater może być zaledwie cieniem dawnej chwały, a koncert może okazać się rozczarowaniem i zepsuć mój wyidealizowany obraz artysty, postanowiłem kupić bilet.

Wątpliwości, czy aby na pewno nie zrujnuję sobie Mansona, miałem do ostatnich minut przed jego wejściem na scenę. Ale kiedy już się pojawił i zaintonował “Irresponsible Hate Anthem“, obudził się we mnie nastoletni Rogal i zaczął radośnie skandować “Fuuuuuck it!”. Ten dziecięcy entuzjazm, co jakiś czas opadał, przeważnie na – cóż za niespodzianka – nowszych numerach, ale jednak przez cały koncert się utrzymywał. A nie było łatwo. Przerwanie koncertu po sześciu utworach wiadomością o ewakuacji (“Ale jak to? Wybierałem się na ten koncert przez siedemnaście lat i kończy się on po trzydziestu minutach?) na pewno nie przyczyniło się do podtrzymywania nastroju. Nie pomagały też z pewnością absurdalnie długie przerwy pomiędzy piosenkami.

Dość często powracającym tematem na próbach 1965 jest kwestia przerw między utworami. “Chłopaki, jeśli będziemy mieli zbyt długie przerwy, to ludzie się znudzą, opadnie entuzjazm, musimy robić jak najkrótsze przerwy”. Jak widać jednak odstępy między utworami, nieraz równie długie, co same utwory, nie zaszkodziły Mansonowi. W sumie to Axl Rose też znika ze sceny na dobrych kilka minut, by zmienić przepoconą koszulkę, choć w przypadku Gunsów trzeba przyznać, że w tych momentach możemy sobie posłuchać solówek Slasha. Marilynowi nie zaszkodził też ogólny spadek formy. Głos, energia i prezencja sceniczna to z pewnością już nie to samo, co kiedyś. Wtedy mieliśmy do czynienia (jak się domyślam, bo przecież na żywo tego nie widziałem) z osobnikiem z innej planety. Teraz mamy do czynienia z człowiekiem z krwi i kości noszącym brzemię zbliżającej się wielkimi krokami pięćdziesiątki.

Gdyby ten koncert był moją pierwszą stycznością z Marilynem Mansonem, to na pewno nie zostałbym po nim jego fanem. To nie był koncert, który przekonałby kogokolwiek poza już przekonanymi. A jednocześnie – co może się wydawać dziwne – nie odczułem niesmaku, który mógłby czuć fan, kiedy jego prorok z gniewnych lat obrósł w tłuszcz. W moim dziecięcym zachwycie nad przebojami młodości i wykrzykiwaniu tekstów piosenek, które kiedyś były moimi hymnami dużą rolę odegrała z pewnością nostalgia. Ale nawet będąc tego w pełni świadom cieszę się, że poszedłem na ten koncert. Teraz spędzę zapewne kilka dni na sentymentalnej podróży przez klasyczne płyty, ale także na zgłębianiu słabo dotąd przeze mnie zbadanego świata nowszych albumów.

 

Solo: A Star Wars Story. Czyli o błogosławieństwie niewiedzy [SPOILERY]

“Solo” to film, który reklamowano jako opowieść o tym “jak Han Solo stał się cwaniaczkiem, na którego Luke Skywalker i Obi-Wan Kenobi natknęli się w kantynie w pierwszych “Gwiezdnych Wojnach” z 1977 roku”. Oglądając ten film, zastanawiałem się, czy naprawdę, rzeczywiście muszę to wiedzieć? Czy muszę zobaczyć na własne oczy, jak Han poznał Chewbaccę? Czy muszę wiedzieć, jak przebył drogę na Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków? I czy naprawdę to zrobił, czy nie jest to tylko przechwałka?

solo 1

Niemal zawsze, kiedy udajemy się do kina, to widzianemu przez nas obrazowi towarzyszą nieobecne na ekranie postacie, światy i historie. Tworzą tło, w którym żyją nasi bohaterowie i w którym dzieje się opowiadana przez film fabuła. Fascynujące i wywołujące pytania, na które często nie otrzymujemy odpowiedzi. Te poboczne wątki, zaprzeszłe wydarzenia, nieodwiedzone miejsca, niewyjaśnione zagadki to tlen, którym oddycha oglądana przez nas historia. Kiedy się to wszystko rozłoży na części pierwsze, to taka jest przede wszystkim ich funkcja – są życiodajną substancją służącą stwarzaniu głębi głównych bohaterów i popychaniu fabuły naprzód. A jednak, mimo swej często wyłącznie służebnej natury, fascynują nas same w sobie. Chcemy dowiedzieć się o nich więcej. A kiedy już je poznajemy, jesteśmy rozczarowani. Bo przecież gdzieś z tyłu naszych głów wyobraźnia mniej lub bardziej wyraźnie wizualizowała te wydarzenia, te wątki. A to jak zostały przedstawione nie jest zgodne z naszą imaginacją czy równie dobre, co ona. Albo po prostu aura tajemniczości i niedopowiedzeń sprawiała, że były bardziej atrakcyjne, bo najbardziej podoba nam się to, czego nie widać. Więc czy gdy zobaczymy na własne oczy coś, co – często przez lata – fascynowało nas swoją tajemnicą, to zawsze skazani jesteśmy na rozczarowanie? Może po prostu wolimy gonić króliczka, niż go złowić?

Zanim przejdę do dalszej części moich dumań i rozważań – choć to chyba oczywiste – chciałbym zaznaczyć, że oprócz “Solo”, będę spoilerował także inne długometrażowe filmy z uniwersum “Star Wars”.

Wróćmy na chwilę do roku 1977, kiedy to wszedł na ekrany film zatytułowany “Gwiezdne Wojny” i rozbił bank. Szczerze mówiąc, to rozbił wszystkie możliwe banki w mieście. Był to film, który – wydaje mi się konieczne zaznaczenie tego – był sam w sobie skończoną całością. Jasne, zakończenie jest na tyle otwarte, że stwarzało możliwość kontynuowania historii, ale jednocześnie na tyle konkluzywne, że cała “saga” mogłaby zostać zamknięta tym jednym filmem. Niezależnie czy kręcąc “Star Wars”, George Lucas już miał w głowie te wszystkie pomysły, że Darth Vader jest ojcem Luke’a Skywalkera, czy też nie – w momencie zakończenia zdjęć do filmu, nakręcenie jakiegokolwiek sequelu stało pod wielkim, tłustym znakiem zapytania. Lucas był wówczas przekonany, że film okaże się totalną klapą, o czym świadczy fakt, że nie pojawił się nawet na oficjalnej premierze filmu. Dopiero wkrótce po niej, okazało się, że “Nowa nadzieja” (choć tej nazwy nikt jeszcze nie używał, została ona nadana filmowi później) to żyła złota, a zatem warto kontynuować tę historię na ekranie. Zmierzam do tego, że w latach siedemdziesiątych myślenie kategoriami budowania współdzielonego uniwersum było zdecydowanie mniej oczywiste, niż dzisiaj. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza komiksami superbohaterskimi, jedynym precedensem dla Star Wars expanded universe w tej sferze był chyba wysyp fan fiction zainspirowanego serialem Star Trek.

W każdym razie, kiedy Han chwali się, że jego Sokół Millenium przebył drogę do Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków, to był po prostu sposób scenarzysty, by przekazać widzom, że a) Millenium Falcon jest raczej szybkim środkiem transportu b) albo tak przynajmniej uważa jego właściciel, cwaniaczkowaty zarozumialec. Całe to wydarzenie miało służyć budowaniu postaci granej przez Harrisona Forda. Nikt nie stwarzał tutaj żadnej szczególnie głębokiej mitologii. Zbudowali ją fani przez dekady fascynacji “Gwiezdymi wojnami” i każdym ich detalem. Teraz przyszedł czas, by film “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” (powinna powstać jakaś spec-jednostka policji do zwalczania zbrodni przeciwko językowi polskiemu, jakimi są dokonywane przez dystrybutorów przekłady tytułów filmów) pokazał każdy z mitów, którymi Han Solo obrósł przez wszystkie filmy sagi. Oglądając drogę na Kessel czy też moment, w którym Lando przestał być właścicielem Sokoła Millenium, a stał się nim Han, nie czułem rozczarowania czy oburzenia sposobem, w jaki zostało to przedstawione. Pewnie dlatego, że nie miałem wobec tych właśnie wydarzeń jakichś szczególnych oczekiwań. Scenę pokazująca, jak Han i Chewie zostali przyjaciółmi uważam za dowcipną i uroczą, niby nic zaskakującego, a jednak fajny moment. Scenę nadania głównemu bohaterowi nazwiska przez imperialnego urzędasa z litości zmilczę, wszak to zaledwie mały detalik. Jeśli coś zadziałało w odczuwalnym stopniu na moje emocje, to wątek który akurat nie był sygnalizowany w żadnej z dotychczas nakręconych części sagi (zaznaczam, że cały czas odwołuję się do długometrażowych filmów, nie do książek, komiksów czy seriali animowanych). Mam tu na myśli dziewczynę Hana – graną przez Emilię Clarke postać imieniem Qi’ra. Nie żebym się spodziewał, że Leia była pierwszą przedstawicielką płci pięknej, z którą Solo miał kiedykolwiek do czynienia. Jednak wyobrażałem sobie, że wcześniejsze kontakty Hana z kobietami były raczej powierzchowne i przelotne. Wiecie, to raczej gość, który po wspólnie spędzonej nocy nie oddzwania, by umówić się na kolejną randkę. Tymczasem okazuje się, że nie tylko miał dziewczynę, ale także, że bardzo ją kochał. Bez kitu, on spędził trzy lata nie myśląc o niczym innym, jak tylko o tym, żeby po nią wrócić i ją uwolnić.

I to naprawdę piękne z jego strony. Tylko, że w tym świetle nagle związek Hana z Leią traci na wyjątkowości. Chyba jednak wolałem myśleć, że to właśnie ona była tą jedyną, prawdziwą miłością Hana. Że tylko ona była w stanie rozmiękczyć serce tego cynicznego drania. Przez wydarzenia z “Solo”, teraz jakoś wydarzenia “Nowej nadziei”, “Imperium Kontratakuje“, “Powrotu Jedi” czy “Przebudzenia mocy” tracą jednak trochę na emocjonalnej wadze. No, ale to tylko moje wyobrażenia. Istniejąca zapewne tylko i wyłącznie w mojej głowie opowieść została zdemitologizowana. Ale przecież “Solo” to nie pierwszy gwiezdnowojenny film, w którym odarto różne wątki z płaszczyku tajemnicy. Wszak uczyniły to już blisko dwie dekady temu prequele.

W oryginalnej trylogii mieliśmy do czynienia z wieloma wzmiankami, które pobudzały ciekawość wielu widzów. Co to właściwie były wojny klonów? Kim byli rycerze Jedi i jak właściwie wyglądała Galaktyczna Republika, zanim władzę przejął Imperator? I kim właściwie jest ten Imperator? No i chyba najważniejszy wątek. Jak Anakin Skywalker stał się Lordem Vaderem i dlaczego musi nosić tą za-je-bi-stą zbroję i ten za-je-bis-ty hełm? Ja sam rozpocząłem swoją przygodę z “Gwiezdnymi Wojnami” właśnie od prequeli, dlatego nie wiem, co czuli ludzie, którzy widzieli oryginalną trylogię w przeddzień premiery “Mrocznego Widma“. Ale sądzę, że musieli sobie myśleć coś w stylu: “niedługo zobaczymy Galaktyczną Republikę, w której miecze świetlne są równie często spotykane, co rewolwery na Dzikim Zachodzie; zobaczymy słynny pojedynek Anakina i Obi-Wana – ale to będzie badassowe”! No, cóż… jak wyszło, każdy widział… Miliony widzów opuściły sale kinowe rozczarowane, rozgoryczone i zwyczajnie wściekłe – to na to czekali dwie dekady? I teraz pytanie: czy gdyby prequele nie były po prostu tak złe same w sobie; gdyby George Lucas pozwolił komuś przejrzeć swój scenariusz, zanim ruszyły zdjęcia; gdyby nie poszedł na całość z green screenami i stworzył lepsze efekty specjalne; gdyby gra aktorska była mniej drewniana; gdyby nie było Jar Jar Binksamidi-chlorianów – czy bylibyśmy zadowoleni? Czy dobrze pokazana ścieżka Anakina ku ciemnej stronie Mocy nadal byłaby rozczarowująca, bo już pozbawiona nimbu tajemniczości? Czy dobrze nakręcona scena, w której Anakin ulega poparzeniom, które zmuszają go do przywdziania zbroi, sprostałaby zbudowanym przez blisko trzydzieści lat oczekiwaniom? Czy gdyby trylogię prequeli nakręcił np. Chrisopher Nolan, to byłyby to dobre filmy, czy też nadal bylibyśmy niezadowoleni, tylko i wyłącznie dlatego, że odkryto przed nami coś, co nigdy nie powinno zostać odkryte i istnieć tylko w naszej wyobraźni? Nie dowiemy się chyba nigdy.

Bo prawda jest taka, że mamy tutaj chyba po prostu do czynienia z syndromem koca. Kiedy podciągniesz go pod szyję – marzną ci stopy. Gdy przykryjesz stopy – marznie ci szyja. W latach dwutysięcznych, gdy tryumfy popularności świecił serial “Zagubieni“, ten paradoks mogliśmy podziwiać w całej jego okazałości. “Lost” był pierwszym serialem masowo komentowanym i analizowanym przez internautów. Co więcej – jego twórcy byli z fanami w stałym kontakcie. Istniały fora i podcasty poświęcone serialowi, więc showrunnerzy doskonale znali reakcje na kolejne odsłony przygód rozbitków. W “Zagubionych” z odcinka na odcinek pojawiały się kolejne fascynujące tajemnice. Jednak z sezonu na sezon, odpowiedzi na mnożące się nurtujące widzów pytania zdawały się w ogóle nie pojawiać. Co spotykało się z coraz większym zniecierpliwieniem fanów serialu. Domagali się wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi. Jednak gdy scenarzyści “Zagubionych” zaczęli w ostatnich sezonach wyjaśniać zagadki i zdradzać coraz więcej sekretów tajemniczej wyspy, spotkało się to znowuż z rozczarowaniem. Duża część fanów zinterpretowała “Lost” jako pozbawioną sensu papkę, w której suspens służy jedynie utrzymywaniu uwagi widzów, a fabuła nie ma głębokiego, satysfakcjonującego rozwiązania.

Mi osobiście zakończenie “Zagubionych” całkiem się podobało. Uważam, że twórcy sprytnie wybrnęli z pułapki, którą sami na siebie nastawili. Bo jest raczej jasne, że mnożąc kolejne tajemnice i zagadki, wiedzieli o ich prawdziwej naturze niewiele więcej, niż bohaterowie i widzowie. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do pilota podobno spisano wprawdzie “lostową” mitologię, ale sądzę, że była ona bardzo mętna i nie odpowiadała na wiele pytań, a sporo wątków, jak i samo zakończenie, zostały wymyślone później. Ale tak naprawdę nie ma w tym nic złego, bo w tym serialu najciekawsze było właśnie zadawanie sobie kolejnych pytań, a nie otrzymywanie na nie odpowiedzi. Odpowiedzi na pytania okazywały się być z czasem coraz mniej satysfakcjonujące. “Zagubieni” najlepiej działali, kiedy korzystali z faktu, że najbardziej fascynuje nas to, czego nie widać.

Powyższe opiera się trochę na tej samej logice, co zasada, że najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy, nie znamy. Tak przecież było w “Obcym” z 1979 roku. Tytułowy obcy był przerażający najbardziej wtedy, gdy nie było go widać. Owszem, jego sylwetka i wygląd same w sobie są przerażające, ale przyczyną, dla której ten film po blisko czterdziestu latach niemal w ogóle się nie zestarzał, była decyzja twórców, by pokazywać obcego jak najrzadziej i w jak najmniejszym fragmencie. Podobnie było w kontynuacji obrazu nakręconej przez Jamesa Camerona, zatytułowanej “Obcy: ostateczne starcie“, w której jedną z najbardziej przerażających momentów jest scena, w której główni bohaterowie nie widzą, lecz jedynie słyszą ksenomorfy przez radio, nie wiedząc dokładnie ile ich jest.

Tak, jak “Gwiezdne wojny” czy “Zagubieni”, również “Obcy” obrósł w swoje własne uniwersum i w swoją własną mitologię. Za dalszą jej eksplorację zabrał się po trzydziestu latach reżyser pierwszego filmu – Ridley Scott. Jego “Prometeusz” z 2012 roku był historią opowiedzianą niejako na marginesie uniwersum ksenomorfów. I dlatego właśnie mi się podobał mimo, że krytycy i kinomani nie zostawili na obrazie suchej nitki, głównie ze względu na luki fabularne. Ale “Prometeusz”, choć reklamowany jako prequel “Obcego” nie próbował odhaczyć wszystkich punktów z pytaniami, które pojawiły się od 1979 roku. Po prostu delikatnie uchylił rąbka tajemnicy, snując opowieść na obrzeżach świata wykreowanego w “Alienie”. Tymczasem najnowsza odsłona – “Alien: Covenant” – zdaje się zdradzać genezę ksenomorfów krok po kroku. I – cóż za niespodzianka – obcy odarty z tajemnicy staje się mniej fascynujący i mniej przerażający.

Czy to znaczy, że wkrótce znudzą nam się te wszystkie origin stories, prequele i spin-offy? Może na chwilę. Umiarkowany sukces finansowy “Solo” pokazuje chyba, że nastąpiło pewne zmęczenie odkrywaniem ukrytych dotąd rozdziałów znanych i lubianych bohaterów popkultury. Choć równie dobrze kiepski box office obrazu może być wynikiem wielu innych czynników, takich jak rozbuchany budżet filmu spowodowany koniecznością powtórnego nakręcenia niektórych scen, z uwagi na zmianę reżysera w połowie prac nad filmem, czy też nieprzychylną – delikatnie mówiąc – reakcją wielu fanów na “Ostatniego Jedi“. Sądzę jednak, że w długim trwaniu pokusa poznania tego, jak nasz bohater stał się tym, kim jest, będzie nas skłaniała do kupienia biletu do kina czy kolejnego miesiąca abonamentu na platformie streamingowej. Nieważne, ile razy już widzieliśmy rozsypujące się w ciemnym zaułku perły Marthy Wayne, wciąż będziemy oglądać kolejne wersje tej sceny w  serialu “Gotham” czy w filmie “Batman Begins“.

W sumie w “Solo” ciekawszy od Lando Calrissiana, drogi na Kessel i Sokoła Millenium był wątek relacji granej przez Khaleesi dziewczyny Hana z Darthem Maulem. Jaki jest cel Dartha Maula po tym, jak już przestał być uczniem Dartha Sidiousa, który akurat – tak się składa – właśnie trzęsie całą galaktyką? Czy Qi’ra będzie teraz pod kierunkiem Maula zgłębiać tajniki ciemnej strony Mocy czy będzie tylko szefem przestępczego syndykatu? O TYM chcę zobaczyć film… Ale czy na pewno? A może lepiej pozostawić to na zawsze w sferze spekulacji i teorii? Może jednak uznać niewiedzę za błogosławieństwo i nigdy nie dowiedzieć się, co jest w teczce Marsellusa Wallace’a z “Pulp Fiction“?

 

Zdopingowanie artysty nic nie kosztuje. Czyli dlaczego nie piszę recenzji

Odkąd założyłem tego bloga, bardzo często po napisaniu tekstu poświęconemu jakiemuś filmowi czy płycie otrzymuję od znajomych i czytelników feedback w stylu: “bardzo dobra recenzja”, “czytałem Twoją recenzję – (nie) zgadzam się z nią” i tak dalej. Dostałem też kilka wiadomości, w których jakiś zespół prosił mnie o zrecenzowanie swojej płyty czy EP-ki. I choć reakcje na moje teksty są przeważnie pozytywne, co niesamowicie mi pochlebia, nigdy nie mogę się powstrzymać od podkreślenia, że żaden z moich tekstów na tym blogu nie jest recenzją i że w ogóle recenzji nie piszę. I w niniejszym tekście również chcę to podkreślić wystarczająco mocno. I wyjaśnić, o co właściwie w tej mojej niechęci do recenzji chodzi.

tmp_t3NBb8_cf67363b5df314fb_GettyImages-630641416

No, ale najpierw ustalmy sobie defnicję (bardzo ekscytujące, wiem). Według wikipedii “recenzja” to “analiza i ocena dzieła artystycznego”, która “pełni funkcję informacyjną, wartościującą i postulatywną, nakłaniającą lub zniechęcającą”. Dalej czytamy też, że do celów recenzji należy “ocenianie” i “kształtowanie gustu odbiorców”. I tu właśnie tkwi problem. Bo w moich oczach recenzent jest swego rodzaju arbitrem elegancji, który dyktuje, czego ludzie powinni posłuchać, co powinni obejrzeć czy przeczytać, a co powinni olać albo co powinni omijać szerokim łukiem. Jasne, ludzie mają swój rozum i swoje zdanie. Ale też przyznajmy, że często zdają się na recenzenta, który ma mniejszy lub większy autorytet.

“Pamiętaj, zdopingowanie artysty nic nie kosztuje, a potencjalne korzyści są oszałamiające” – powiedział kiedyś reżyser filmu “ClerksKevin Smith – “poklepanie po barkach artysty może pewnego dnia doprowadzić do twojego ulubionego filmu. Lub kreskówki, którą uwielbiasz oglądać. Albo piosenki, która ratuje ci życie. Zniechęć artystę, nie otrzymasz absolutnie nic”. Za wypowiedzią tą kryje się filozofia, że wszelka twórczość, nawet ta, która nam się totalnie nie podoba, jest przejawem czyjejś autoekspresji, która jest wartością samą w sobie i w związku z tym tłamszenie jej przez drugą osobę jest straszną kutasówą.

Nie jestem aż tak pozytywną osobą, jak Kevin Smith (pewnie, jakby się nad tym głębiej zastanowić to w ogóle nie jestem pozytywną osobą, ale nie wchodźmy w to). Niemniej w jego podejściu jest wiele racji. Po pierwsze, recenzja brzmiąca “twój film/twoja książka/twój komiks/twój koncert/twoja płyta jest chujowa”, może dla autora być miażdżąca i sprawić, że przestanie tworzyć. A przecież nawet w autorze najgorszego gniota może tkwić potencjał, który pozwoliłby mu w przyszłości stworzyć coś genialnego. Po drugie kto właściwie i na podstawie jakich kryteriów ma decydować o wartości i jakości dzieła? Czy mamy mierzyć jakość i doniosłość poezji na wykresach, jak postulował to dr J. Evans Pritchard na stronach, które w “Stowarzyszeniu Umarłych PoetówRobin Williams kazał swoim uczniom wyrwać z podręcznika? Banałem jest stwierdzenie, że odbiór dzieła jest całkowicie subiektywny i coś co dla jednej osoby jest totalnym gównem, dla innej jest czymś absolutnie genialnym. Ba, coś co w danym momencie danej osobie się nie podoba, może być przez nią docenione na innym etapie życia, albo gdy osoba ta będzie w innym nastroju.

Dead-poets-society-robin-williams-32089561-3000-2014

Nawet jeśli da się zawyrokować ostatecznie czy dane dzieło jest dobre czy złe albo czy jest warte czasu i pieniędzy odbiorców, to ja nie czuję się na siłach, by to robić i nie chcę na siebie brać choćby nawet najmniejszej cząstki odpowiedzialności za to, że jakiś twórca postanowi porzucić swą artystyczną profesję na rzecz siedzenia w boksie w korpo. Sam tworzę i wiem, ile odwagi wymaga pokazanie światu efektów swojej pracy – im bardziej osobiste, im bardziej indywidualne jest Twoje dzieło, tym grubszą musisz mieć skórę. Dlatego, cokolwiek piszę o jakimś filmie czy płycie, nie jest to recenzja. To jest raczej mój komentarz, moje przemyślenia na temat albo – jeśli ma to zabrzmieć bardziej fancy – esej na temat danego dzieła.

“Ej, Rogal – powie zapewne ktoś z Was – przecież w twoich tekstach pełno jest wartościujących sądów, często coś krytykujesz, zdarza ci się czyjąś pracę zmieszać z błotem”. Odpowiadam na to: przecież mówiłem, że nie jestem tak pozytywną osobą, jak Kevin Smith! A zupełnie poważnie: zdaję sobie sprawę, że zdarza mi się często coś objechać. I dlatego właśnie piszę tę notkę. Żeby podkreślić, że w żadnym wypadku nie odczuwam potrzeby, abyście moją prywatną opinię na temat czyjejś twórczości w jakimkolwiek stopniu internalizowali. Jeśli piszę, że coś jest gówniane, to wiedzcie, że jest to tylko moje osobiste zdanie na dany temat w danym momencie. Nie roszczę sobie pretensji do wygłaszania wyroków, jedynie do wyrażania opinii. I dlatego właśnie teksty, które piszę, czymkolwiek są, nie są recenzjami.

Ani tekst o “Pitbullu” nie jest recenzją, ani nie jest nią tekst o “Punisherze“, recenzjami nie są teksty o “Ostatnim Jedi” czy o “Blade Runnerze“. To samo w przypadku tekstów o Motörhead, “Thorze“, Foo Fighters, “Barrym Sealu” czy “Valerianie“.

Bo ja nie piszę recenzji.