Moje ulubione filmy 2017 roku [bez spoilerów]

Nadejszła wiekopomna chwila, w której w końcu, W KOŃCU publikuję listę moich ulubionych filmów 2017 roku. Tak – wiem, że jest kwiecień. Późna data publikacji tego rankingu wynika z faktu, że próbowałem – z niewielką skutecznością – nadrobić braki spowodowane moją nieobecnością w kinie na kilku produkcjach, które chciałem obejrzeć. I ta właśnie nieobecność w kinie i nieumiejętność nadrobienia braków może być powodem, dla którego w rankingu nie znalazły się taki obrazy, jak “Logan“, “Baby Driver” czy “Twój Vincent“. Pragnę też dodać, że jako filmy z 2017 roku rozumiem te, które swoją premierę miały w 2017 roku w Polsce, stąd na pewno nie uświadczycie tutaj “Kształtu Wody” czy “Lady Bird“, które do kin weszły u nas już w roku 2018. No, ale dobra, nie przedłużajmy już, czekaliście wystarczająco długo (bo czekaliście, co nie?), here we go!

Wonder Womanwonder woman
Wahałem się czy umieścić ten film w tym zestawieniu. Bo ufając mędrca szkiełku i oku, trzeba przyznać, że wybitnym obrazem “Wonder Woman” bynajmniej nie jest. Więc umieszczanie go w rankingu najlepszych filmów 2017 roku może być co najwyżej swego rodzaju nagrodą motywacyjną, wysłaniem sygnału w stylu “w końcu w tym kinowym uniwersum DC, będącym nieudolną próbą powtórzenia sukcesu Marvela, udało wam się nakręcić coś, co nie jest totalnym gównem”. Wypada jednak zauważyć, że decydenci posiadającej prawa do ekranizacji komiksów DC wytwórni Warner Brothers kierują się raczej zestawieniami sprzedaży biletów kinowych, niż moją listą ulubionych filmów. Poza tym – no, właśnie – to jest lista moich ULUBIONYCH filmów, nie NAJLEPSZYCH filmów. A ja jednak “Wonder Woman” – mimo licznych wad – lubię.

I lubię tę produkcję, nie tylko ze względu na niewątpliwy urok wcielającej się w rolę Diany Prince izraelskiej aktorki Gal Gadot czy na doskonałą chemię pomiędzy nią a jej ekranowym partnerem Chrisem Pinem, wcielającym się w rolę Steve’a Trevora. Najważniejsza jest chyba prostota i pewna naiwność tej historii. Film nie próbuje być na siłę poważny, jak większość obrazów z uniwersum DC, nie próbuje być na siłę śmieszny, jak wiele filmów z uniwersum Marvela. Nie epatuje ilością pobocznych wątków, których jedyną rolą jest powiązanie opowieści z innymi filmami franczyzy, nie sili się na mruganie okiem do fanów popkultury. Jest obrazem zrobionym na poważnie, ale na tyle poważnie, na ile można zrobić film o antycznej bogini rozwalającej żołnierzy kaisera przy pomocy lassa.

Spider-Man: Homecomingspiderman
Wielu chwaliło ten film za to, że oprócz bycia filmem superbohaterskim i to filmem z marvelowskiego uniwersum, jest też po prostu komedią o nastolatkach, w duchu “Powrotu do przyszłości” i “Wolnego dnia Ferrisa Buellera“. Za ludzką skalę tego filmu, w którym główny bohater jest zwykłym dzieciakiem, który przypadkiem supermoce i przypadkiem spotkał parę miesięcy temu Avengersów i nie może przestać się tym jarać. Dzieciakiem, który nie walczy z zagrażającym całemu Nowemu Jorkowi superłotrem, ale z lokalnym gangsterem. No, dobra, supergangsterem. Który to gangster nota bene jest postacią wyjątkowo jak na filmy superbohaterskie niejednowymiarową. Wszystko w tej produkcji wydaje się jakieś takie mniejsze, przytulne i bardziej swojskie. “Homecoming” niewątpliwie pobudza we mnie nostalgię za czasami, gdy sam byłem nastolatkiem z supermocami, które musiałem ukrywać przed dziewczynami, do których zarywałem i dlatego udawałem przegrywa.

Oprócz świetnych kreacji Toma Hollanda i Michaela Keatona oraz zawsze niezawodnego Roberta Downey’a Jr., na uwagę zasługuje wcielająca się w rolę szkolnej koleżanki Petera Parkera Zendaya. Absolutnie doskonale zagrana, świetna postać. A jeśli już oglądaliście “Homecoming”, to oglądając kolejny raz przyjrzycie się jej uważnie, na pewno zauważycie bardzo dyskretne zapowiedzi wątku, który pojawi się w kontynuacji.

Te wszystkie elementy, które tak często (mniej lub bardziej słusznie) są krytykowane w uniwersum Marvela, w tym filmie działają właściwie bezbłędnie. Wielość komicznych kwestii i sytuacji; występy gościnne innych postaci z franczyzy; meta-znaczenie faktu obsadzenia Micheala Keatona, wcielającego się wcześniej w rolę Batmana i Birdmana, w rolę Sępa. Ale najbardziej podoba mi się urok świata przedstawionego. To liceum w Queens, do którego chodzi Peter Parker są uniwersum, w którym chciałbym zamieszkać. Przynajmniej na trochę.

Dunkierkadunkirk
Sorry, jeśli będzie przez chwilę trochę politycznie, ale to jest zbyt dobre, bym mógł się powstrzymać! W Polsce wiele osób wygłasza pogląd, że nasza historia pęka w szwach od tematów, z których można by zrobić film albo serial, który spokojnie można by było sprzedać światowej publiczności, wreszcie przydać naszemu narodowi należnej mu glorii, zerwać z “pedagogiką wstydu”, poprawić nasz wizerunek na świecie i przy okazji na tym zarobić. Podobno wystarczy otworzyć podręcznik dziejów Polski na losowo wybranej stronie i tam będzie historia, która właściwie sama zmieni się w scenariusz, sama się nakręci i pozwoli upiec te wszystkie sroki na jednym ogniu. Jedyne, co stoi Polsce na przeszkodzie w drodze do stania się największym eksporterem historycznych blockbusterów, to spisek różnych grup interesu, którym zależy, by nasz kraj wciąż ponosił klęskę na wszelkich możliwych polach. Niskie budżety, kiepskie scenariusze i drewniane aktorstwo w naszych historycznych superprodukcjach nie mają tutaj oczywiście nic do rzeczy.

Oglądając “Dunkierkę” można chwilami odnieść wrażenie, że kręcąc ją Christopher Nolan chciał pokazać przedstawionej powyżej mentalności wielkiego fucka. Zupełnie jakby pomyślał: wezmę na warsztat totalnie nieseksowny temat i zrobię z niego seksowny film.

Gdyby jeszcze ci nieszczęśni alianccy żołnierze oblężeni w francuskim forcie mieli chociaż tyle przyzwoitości co Spartanie pod Termopilami i wszyscy romantycznie zginęli. Ale nie, oni stamtąd uciekli. To jest film o ewakuacji. Ewakuacji. A jednak jest to bardzo dobry, trzymający w napięciu film, ze świetnymi zdjęciami i doskonałą muzyką. I sprawiający, że widz przejmuje się losem bohaterów mimo, że wie o nich naprawdę niewiele.

Zarzuty, że twórcy ulegli presji poprawności politycznej i unikali używania terminu “Niemcy”, są raczej nietrafione. Jasne, to że w filmie najczęściej występuje bliżej nieokreślony “wróg”, a nie np. “Niemcy” czy choćby “naziści” i to, że rzadko tego wroga widujemy, a jeśli nawet to nie widzimy jego chorągwi czy mundurów, to wszystko nie jest przypadkiem. Ale sądzę, że jednak chodzi tutaj o pewne przeniesienie akcentu. Wrogiem są tu oczywiście także narodowo-socjalistyczne Niemcy, ale przede wszystkim jest nim sama wojna. Ten film jak nic pokazuje, że wojna nie jest fajną przygodą, ale koszmarem, od którego desperacko próbuje uciec większość głównych bohaterów. Fakt, że wróg – w pewnym sensie – nie ma narodowości, twarzy, nazwisk, nie tyle służy rozmyciu odpowiedzialności za II wojnę światową, ale właśnie spotęgowaniu strachu wśród widzów, a więc i zwiększeniu współodczuwania wobec bohaterów filmu. Wszak stara reguła kina (i nie tylko kina) jest prosta, najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. A ja osobiście uważam, że gdyby więcej produktów popkultury zohydzało swoim odbiorcom wojnę, zamiast pokazywać ją jako romantyczną przygodę, to może mniej ludzi byłoby skłonnych ku takiej romantycznej przygodzie wyruszać, względnie wysyłać na nią bliźnich. I świat miałby szansę stać się lepszym miejscem.

Valerian i miasto tysiąca planetvalerianPrzewidywalna i pełna luk fabuła. Dość drewniana gra aktorska. Nawet ze strony takich tuzów, jak Clive Owen czy Ethan Hawke. Jasne, wiele aspektów tego filmu sprawia, że trudno nazwać go doskonałym. Ale też wiele aspektów tego obrazu sprawia, że wciąż miło wspominam seans “Valeriana i miasta tysiąca planet” i wcale nie chodzi tutaj o obecność Cary Delevigne na ekranie. Efekty specjalne w tym filmie były bezbłędne – dzieło Luca Bessona to prawdziwa uczta dla oczu każdego fana fantastyki (naukowej) i kina akcji. Świat przedstawiony zadziwia niezmierzonym bogactwem idei, konceptów, pomysłów, miejsc które z chęcią bym odwiedził, a cały czas ma się wrażenie, że zaledwie muskamy powierzchnię tego nieskończenie głębokiego uniwersum. Ale co najważniejsze, oglądając ten film czujemy pasję i miłość w jaką w niego włożyli twórcy, przede wszystkim Luc Besson, który komiksami o podróżującym w czasie i przestrzeni agencie Valerianie jara się od dzieciństwa, a nakręcenie adaptacji planował przynajmniej od czasów prac nad “Piątym elementem“, którego premiera miała miejsce blisko dwadzieścia lat temu. Francuski reżyser – wbrew obowiązującej obecnie modzie na outsourcing – uparł się, by kręcić film w swojej ojczyźnie (będącej także przecież ojczyzną twórców komiksu o Valerianie) i zatrudnić francuską ekipę, co jest bardzo sympatyczne, ale też spowodowało spore zwiększenie kosztów produkcji. Dlatego też “Valerian i miasto tysiąca planet” okazało się być finansową porażką, bo spory budżet filmu nie znalazł odzwierciedlenia w jego popularności w kasach biletowych. A szkoda, bo ten świat jest tak bogaty i ciekawy, że z chęcią obejrzałbym sequel. Odrobinę pozytywnego, naiwnego, utopijnego science fiction jeszcze nikomu nie zaszkodziło, zwłaszcza w świecie, w którym przeważa science fiction mroczne, pesymistyczne i dystopijne.

Blade Runner 2049 blade runner
A skoro już mówimy o mrocznym, pesymistycznym i dystopijnym science fiction… Tak jak wspomniałem wyżej, mam wrażenie (a wrażenie z natury swej jest subiektywne, więc proszę mnie tutaj nie zarzucać tytułami, które przeczą mojej tezie), że przeważa ono we współczesnym kinie (oraz w telewizji i na platformach streamingowych). Dlatego jeśli już robić kolejną mroczną, pesymistyczną i dystopijną produkcję SF, to robić ją tak, jak Denis Villeneuve zrobił kontynuację kultowego “Łowcy Androidów“. Bo choć wizja świata przedstawionego przez kanadyjskiego reżysera jest chyba jeszcze bardziej przykra, niż ta pokazana w filmie Ridley’a Scotta w 1982 roku, to ja z kina nie wyszedłem przytłoczony czy przygnębiony. Być może to z powodu piękna bladerunnerowego uniwersum, którego klimat udało się Villeneuve’owi uchwycić bezbłędnie, a do tego zdołał do niego wprowadzić nowe elementy, zachowując pełną spójność. A być może dlatego, że ta opowieść mimo, że jest niewesoła, to jednak niesie jakieś oczyszczenie, katharsis, nie zaś wyłącznie pustkę i nihilizm.

Coco coco
Po raz kolejny Disney/Pixar serwuje nam ten sam przepis na rozrywkę, emocje, śmiech i wzruszenia. I po raz kolejny to oczywiście działa, niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, której mechanizm zaprojektował niemiecko-japoński zespół ekspertów, za design odpowiedzialni byli Włosi, a za marketing Amerykanie. Nie oszukujmy się, to działa za każdym razem. Ale tym razem historia opowiedziana w “Coco” zadziałała na mnie nawet mocniej, niż zwykle. Może to dlatego, że to opowieść o małym chłopcu, który wbrew przeciwnościom chce być muzykiem, grać na gitarze i sięgnąć po nieśmiertelną sławę. Historia Miguela Rivery poruszyła – że tak powiem – odpowiednie struny w mojej duszy. Cóż, jest to przepięknie ilustrowana (te kolory i w ogóle to, jak przedstawione zostały zaświaty) opowieść o miłości, muzyce, marzeniach, rodzinie, sławie, zapomnieniu, śmierci i nieśmiertelności. A przede wszystkim chyba o szczęściu i o tym, gdzie tak naprawdę ludzie powinni go szukać. Pod względem przewijających się w filmie motywów, trochę mi się “Coco” skojarzyło z “AmadeuszemMiloša Formana, z tą różnicą, że tam gdzie “Amadeusz” jest filmem cynicznym i pesymistycznym, “Coco” jest filmem naiwnym i optymistycznym.

[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Orange Goblin – A Eulogy For The Damned

R-3405908-1329145377.jpeg.jpg

Orange Goblin to zespół, który łączy wszystko, co najlepsze w hard rocku z tym co najlepsze w metalu. Z jednej strony muzyka brytyjczyków jest wystarczająco rock and rollowa, by nie wpadać w typową dla metalu operetkowość, z drugiej strony zaś jest wystarczająco ciężka, by uniknąć wszelkich zarzutów o to, że jest zbyt miękka czy delikatna, jak na heavy metal. A ponieważ myślenie o metalu jako o jedynie słusznej muzyce porzuciłem już gdzieś tak w gimazjum, Orange Goblin to dla mnie idealny zespół metalowy. Z fajnymi riffami i fajnymi melodiami, z chrypką wokalisty, która moje uszy bardziej zachęca do słuchania, niż zniechęca. A przy tym wystarczająco ciężki, by sobie poheadbangować i powkurzać sąsiadów.

A Eulogy For The Damned” to album, dzięki któremu na dobre wkręciłem się w Orange Goblin. Chyba ze wszystkich płyt grupy charakteryzuje się najlepszą produkcją, co pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale mi się akurat te selektywne, czyste brzmienie podoba. Zresztą jednym z moich ulubionych kawałków jest zamykający płytę utwór tytułowy, z dość spokojnym, akustycznym wstępem, który stopniowo rozwija się w charakterystyczny dla Goblinów rozpierdol, wciąż jednak zachowujący melodyjność i bogate brzmienie łączące sobie dźwięk przesterowanych gitar, ciężkich bębnów, delikatnych organów hammonda i sezonowanych tanim piwskiem strun głosowych Bena Warda. Drugim moim faworytem jest utwór “Stand for Something“, którego nie zawaham się nazwać przebojowym i – jakby to dziwnie nie zabrzmiało – naładowanym pozytywną energią. W sumie właśnie taka jest muzyka londyńczyków: naładowana energią i – chociaż płyta została zatytułowana “Mowa pogrzebowa dla potępionych” – pełna życia, niczym okrzyk wokalisty przedstawiającego zespół na scenie: “We are Orange fuckin’ Goblin”. Co będziemy mogli usłyszeć już we wrześniu w Aleksandrowie Łódzkim.

[FILMY, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁEM W KINIE I TERAZ ŻAŁUJĘ] Dredd

Rozpoczynam nowy cykl. Robię to, chociaż moja poprzednia seria zatytułowana “Fajne albumy, których nie ma na Spotify” składa się – póki co – z jednego wpisu. Ale co tam, zacznę kolejną.

Częściowo inspiracją dla cyklu, któremu niniejszym nadaję tytuł “Filmy, których nie widziałem w kinie i teraz żałuję” są moje prace nad wpisem podsumowującym rok 2017 jeśli chodzi o dziesiątą muzę. Pisanie o moich ulubionych filmach minionych dwunastu miesięcy uświadomiło mi, że nie udało mi się obejrzeć wielu zeszłorocznych produkcji, które chciałem zobaczyć w kinie. Częściowo inspiracją dla cyklu jest także powracająca do mnie od czasu do czasu myśl, że jest tyle świetnych obrazów, które przez fakt kiepskiej frekwencji w kinach, nie zarabiają zbyt wiele pieniędzy (wydaje mi się, że póki co,  to bilety są głównym źródłem dochodów – streamingi, sprzedaż DVD czy Blu-ray generują wciąż chyba małe zyski). A to oznacza, że ich twórcy nie są odpowiednio wynagradzani za swój wysiłek, a – co nawet bardziej istotne – wytwórnie są coraz mniej chętne do finansowania tychże twórców i tego rodzaju filmów. Dlatego w pewnym sensie ten cykl jest moją pokutą za grzech nieobecności w kinie i próbą okazania choć odrobiny miłości produkcjom, które de facto doceniłem zbyt późno. Pierwszy z grzechów: brytyjsko-południowoafrykańska ekranizacja komiksu o Sędzim Dreddzie.

DREDD-3D-683x1024

Przyznam się od razu, że kampania promocyjna „Dredda” nie była w stanie mnie w jakikolwiek sposób zainteresować filmem, ani w żaden sposób zakomunikować mi, dlaczego jest on w jakiś sposób wyjątkowy. Być może to problem tkwi we mnie, ale wyobrażałem sobie ten obraz jako powtórkę z “Judge Dredd” z 1995 roku, tylko że o wiele bardziej nijaką, niż wersja z Sylvestrem Stallonem w roli głównej. No i jeszcze, że w 3D, które mnie wówczas odrzucało jako pozbawiony substancji i treści gadżet, a być może akurat w tym wypadku seans w 3D mógł nieść ze sobą dodatkową wartość.

“Dredd” z 2012 roku jest bowiem filmem wizualnie pięknym. To pierwsza jego zaleta. Naprawdę ta ekranizacja ta na swój sposób piękna, co jest pewnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że przedstawia brutalny, brudny i brzydki świat w dystopijnej przyszłości, w której przestępczość rozpanoszyła się tak, że zawieszono zasadę trójpodziału władzy, a porządek na ulicach zaprowadzić próbują dzierżący kompetencje oskarżyciela, sędziego i kata stróże prawa, zwani Sędziami właśnie. Ale od wizji przeludnionego megamiasta, w którym tłoczy się ludzkość skazana na życie w postnuklearnym świecie po głębokie blizny na twarzy granej przez Lenę Headey głównej oponentki głównego bohatera, film charakteryzuje się estetycznym wysmakowaniem. Na uwagę zasługują zwłaszcza sceny, w których pokazane jest działanie narkotyku Slo-Mo, którym odurzają się mieszkańcy Mega-City One. Narkotyk ten sprawia, że zażywający go ogląda świat w zwolnionym tempie – w powietrzu wiszą krople rozlanej wody i wystrzelone z pistoletów kule. Tego rodzaju sceny, które doskonale sprawdziłyby się jako kadry ze stron komiksu, sprawdzają się także w filmie. Szczerze mówiąc, dużo lepiej, niż peleryny superbohaterów. Ciekawe jakby to wyglądało w technologii 3D… Cóż, może jeszcze kiedyś się dowiem.

Co również zachwyca w tym obrazie, to prostota tej historii, gdzie miejscem, w którym dzieje się dziewięćdziesiąt procent akcji, niczym w “Szklanej pułapce“, jest bardzo ograniczona, zamknięta przestrzeń. Twórcy nie starali się upchać w produkcji jak największej ilości wątków znanych z komiksowej serii, nie usiłowali tworzyć gruntu pod potencjalne sequele. Zdecydowali się na zamkniętą historię, którą dodatkowo zdołali zmieścić 95 minutach. Na pochwałę zasługuje tutaj scenariusz Alexa Garlanda, scenarzysty i reżysera doskonałego “Ex Machina” z 2015 czy tegorocznego, zachwalanego przez krytyków netfliksowego “Annihilation” z Natalie Portman, które z pewnością obejrzę waśnie ze względu na niego.

Kiedy ostatnio sprawdzałem, “Dredd” był dostępny na Netfliksie. Więc jeśli posiadacie przypadkiem dostęp do tej platformy streamingowej, to wyszukajcie tam ten film i okażcie mu trochę miłości. A on z pewnością odwdzięczy się Wam wspaniałymi kinematograficznymi doznaniami. No, chyba, że nie jesteście fanami osadzonego w post-apokaliptycznej przyszłości brutalnego kina akcji – to wtedy Wasze doznania nie koniecznie będą wspaniałe.

Moje ulubione piosenki z 2017 roku

Mastodon – Show Yourself

R-11027874-1508525396-1265.jpeg
W ten queensofthestoneage’owo prosty, toporny wręcz numer Mastodonci zdołali jakoś wpleść swoje znaki firmowe – połamane bębny Branna Dailora i pokręcone solówki gitarowe Brenta Hindsa. I to wszystko klei się w jedną zaskakująco spójną całość. Choć tegoroczny album Mastodona “Emperor of Sand” z początku nie przypadł mi do gustu, to pochodzący z niego utwór “Show Yourself” polubiłem od razu. I wygląda na to, że numer ten sprawi, że jeszcze nie raz spróbuję dać szansę całej płycie. Fakt, że dzięki tej piosence grają Mastodona w komercyjnych stacjach radiowych jest bardzo miłym dodatkiem do jego czysto muzycznej strony. A ból dupy metalczyków z powodu tego, że Mastodon się sprzedał i nie gra już prawdziwego metalu jest prawdziwą wisienką na torcie.

Deep Purple – Birds of Prey

R-10098237-1493065944-4487.jpeg
Przyznam, że postawiłem już krzyżyk na Deep Purple. Do niedawna myślałem, że bohaterowie mojego dzieciństwa, będący jednym z najważniejszych elementów mojego muzycznego DNA po prostu się skończyli. I to już dawno, gdzieś w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nawet pogodziłem się z faktem artystycznej śmierci (no, dobrze – emerytury) moich idoli. Bo przecież starych płyt Deep Purple nikt mi nie odbierze, a panowie są tak zasłużeni, że mają pełne prawo odcinać kupony od dawnej chwały.

Aż tu nagle w radiu usłyszałem “Birds of Prey” i pomyślałem sobie: ale fajny kawałek. Nie pamiętam, czy sam się zorientowałem, że to Deep Purple, czy oświecił mnie spiker radiowy. W każdym razie ten numer jest inny, niż stare Deep Purple, ale pozbawiony jest wszystkiego, co złe w nowym Deep Purple. Czyli wprawdzie brzmi to trochę jak współczesny rock progresywny (który delikatnie mówiąc niezbyt mi podchodzi), ale pozbawiony jest tych pustych, nie prowadzących do niczego popisów wirtuozerii (w których przoduje obecny gitarzysta grupy Steve Morse). “Birds of Prey” to kawałek napisany kunsztownie, ale zagrany na luzie.

Nothing but Thieves – Amsterdam

R-10357611-1500408406-5058.jpeg
Kolejny dowód na to, że dzięki radiu można poznać coś wartościowego. Muza Nothing but Thieves to rock zdecydowanie zbyt nowoczesny jak dla takiego starego dziada jak ja, wciąż jeszcze po szyję tkwiącego w XX-wiecznym hard rocku. Brzmienie zdecydowanie zbyt podrasowane i wyszlifowane na błysk, gitarowa muza powinna być bardziej organiczna. A jednak główny riff w “Amsterdam” porywa do headbangowania, a gdy wokal frontmana brytyjskiej ekipy wpada w ten swój overdrive, to aż mam ciary.

The Darkness – Buccaneers of Hispaniola

R-10950661-1507314196-4003.jpeg
Lubię The Darkness nie tylko dlatego, że 15 lat temu mieli jeden śmieszny kawałek i jeden śmieszny teledysk. Lubię The Darkness, bo to absolutnie wyjątkowa mieszanka Queen, AC/DC i The Cure. Ale jest coś jeszcze. Takich zespołów, jak The Darkness już nie robią. Nie ma już takich przesadzonych hard rockowych bandów, noszących absurdalne stroje i fryzury, których koncerty to prawdziwe widowisko. Jasne, Aerosmith czy Kiss nadal istnieją i koncertują, ale to zespoły, które trudno nazwać współczesnymi. W pokoleniu The Darkness nie ma takiego zespołu. Ja przynajmniej takiego nie znam. Ktoś może zapytać: a Steel Panther? Uważam jednak, że Steel Panther to zespół na wskroś komediowy, a ekipa z Lowestoft nie do końca. Jasne, The Darkness często są groteskowi, operetkowi, komiczni, ale też zza maski klauna wygląda pewna melancholia. Gdzieś tam w absurdalnym falsecie Justina Hawkinsa przebrzmiewają echa burzliwej biografii zespołu (który nie udźwignął nagłego sukcesu i rozpadł się po dwóch płytach, by zejść się dopiero po kilku latach) i jego lidera (walka z uzależnieniem od koki i anoreksją). I te łzy klauna też są chyba jednym z powodów, dla których lubię The Darkness.

Buccaneers of Hispaniola” nie jest może najbardziej nostalgicznym numerem The Darkness, ale niewątpliwie ma pewną domieszkę tego melancholijnego pierwiastka. Poza tym ma wszystko co najlepsze. Wirtuozerię i rzadką dzisiaj w hard rocku, a będącą przecież fundamentem twórczości takich zespołów, jak choćby Led Zeppelin odwagę eksperymentowania. Jest energetyczny i liryczny zarazem. Łączy tradycję i nowoczesność. Nie robi się już dzisiaj takich kawałków. Ale na szczęście jest The Darkness.

Natalia Nykiel – Total Błękit

R-11032354-1508601092-6101.jpeg
Nie siedzę w klimatach muzyki uprawianej przez Natalię Nykiel i nie śledzę za bardzo jej kariery. Wiem tylko, że kilka lat temu listami przebojów rządził kawałek, w którym dwudziestoletnia piosenkarka namawiała kogoś do tego, żeby stał się dorosły i o tym, że nie umie być suką. Był to całkiem niezły, łatwo przyswajalny popowy numer. Potem jednak Natalia Nykiel odpłynęła w kierunku dyskotekowego electro, który to gatunek niezbyt do mnie przemawia.

W nowym singlu zatytułowanym “Total Błękit” wciąż mamy do czynienia z electro, ale nieco bardziej radiowym. Numer wpada w ucho, a przede wszystkim posiada coś nieoczywistego: organiczność, prawdę, niedoskonałość. To rzeczy coraz rzadziej spotykane, nie tylko w muzyce elektronicznej, nie tylko w popie, ale także rocku, od którego jednak zazwyczaj oczekuje się autentyzmu. Tymczasem w “Total Błękit” śpiew Natalii przeradza się w krzyk albo zawodzenie, wokalistka traci oddech, jej głos staje się zachrypnięty. Wszystko to zaskakująco dobrze komponuje się z dźwiękiem syntezatorów i tworzy całość, której chce się słuchać w kółko.

[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Rollins Band – Weight

Nie macie tak, że jak już wykupiliście dostęp do jakiegoś serwisu streamingowego, to nagle zaczynacie korzystać tylko i wyłącznie z contentu, który się na nim znajduje? Nie chcę tutaj wchodzić w rozważania, jakie są powody, dla których my – konsumenci wszelakich dóbr kultury – tak się zachowujemy, ale jednego jestem (prawie) pewien, to jest postępujący trend. Na przykład niedawno koleżanka powiedziała mi, że już właściwie nie ogląda seriali, których nie ma na Netfliksie. Ja z kolei przyłapuję się na tym, że coraz częściej rezygnuję ze słuchania płyt, których nie ma na Spotify. Też tak macie? Nie? Nieważne! I tak od tej pory będę Wam regularnie serwował wpisy w moim nowym cyklu zatytułowanym “Fajne albumy, których nie ma na Spotify”. Tak, abyśmy nie pomijali wartościowej muzyki tylko dlatego, że (z różnych powodów) nie znalazła się (jeszcze) w serwisach streamingowych. Na pierwszy ogień idzie Rollins Band i ich najbardziej chyba znana płyta “Weight“.

R-517346-1129489246.jpeg

“Weight” to kwintesencja tego, za co lubię Rollins Band. Ciężkie, ale melodyjne bluesrockowe riffy kontrastują tutaj z hałaśliwym skandowaniem wokalisty. Ale kontrast ten nie razi. To nie jest jeden z tych (niestety częstych) przypadków, w których zespół gra świetnie, a jedynie wokalista nie umie śpiewać i wszysko psuje. Henry Rollins i instrumentaliści doskonale sie tutaj uzupełniają, łącząc punkowy bunt z muzycznym kunsztem rodem z Berklee Collage of Music w zaskakująco spójną całość. Jak numerze “Liar“, który uważam za jedno z największych arcydzieł muzyki popularnej. Ten numer godzi jazz z heavy metalem, melodeklamację z wrzaskiem, muzykę z teatrem i robi to w sposób absolutnie niewymuszony. Bo łączenie jazzu z metalem i muzyki z teatrem brzmi mega pretensjonalnie, ale nie w wykonaniu Henry’ego Rollinsa, bo Henry Rollins to czysty, nieskażony rock and roll.

Moje ulubione EP-ki z 2017 roku

Highfly – Or Die

highfly

Pochodzący z Warszawy mistrzowie amatorskich, niskobudżetowych teledysków na swojej debiutanckiej EP-ce brzmią jak goście znający się od dzieciństwa, siedzący w piwnicy i grający rock and rolla popijając przy tym browary i jarając zioło. Zresztą tak pewnie mniej więcej proces powstawania “Or Die” wyglądał. Oczywiście istnieją tysiące bandów, które siedzą w piwnicy i tworzą muzykę pijąc piwo i paląc trawę. Ale Highfly przy okazji robi tę muzykę bardzo dobrze, co już nie każdemu się udaje. Może “Or Die” brzmiałoby lepiej, gdyby zostało nagrane w profesjonalnym studio pod okiem doświadczonego realizatora. Ale straciłoby też sporo ze swojej rock and rollowej spontaniczności, charakterystycznego garażowego luzu, który jest głównym atutem tej EP-ki i chyba muzyki Highfly w ogóle.

White Highway – City Lights white highway

Większość osób zapytanych, co stanowi najmocniejszą stronę zespołu White Highway, wspomni zapewne charakterystyczny i mocny głos wokalistki. Pewnie jest w tym wiele prawdy. Uważam jednak, że utalentowana frontmenka (frontwomenka?) nie wystarczy, by odtrąbić sukces. Najwyraźniej White Highway też tak uważają, bo ich materiał jest dopracowany pod każdym względem, zarówno wykonawstwa, jak i songwritingu. Zwłaszcza, że hard rock lat osiemdziesiątych, którym się inspirują, pełen jest mielizn, na które łatwo wpłynąć. Można popaść w tandetną, plastikową łzawość albo w bezpłodne popisywanie się umiejętnościami przez gitarzystę prowadzącego. White Highway nie wdepnęło na żadną z tych min.

Mastodon – Cold Dark Place81HvFh6hNxL._SL1200_

Jeśli miałbym opisać tę EP-kę jednym słowem, to byłoby to “nastrój” i “klimat”. A nie – to dwa słowa! Ekhm… Więc gdybym miał opisać tę EP-kę dwoma słowami, byłyby to “nastrój”, “klimat” i “atmosfera”. Cholera – to trzy słowa! Nieważne… W każdym razie zaczynając od okładki, a na aranżach kończąc, “Cold Dark Place” pozwala zanurzyć się całkowicie w wykreowanym przez kwartet z Atlanty ciemnym i zimnym świecie. Materiał jest tak spójny (co nie znaczy, że jest nudny), że aż trudno uwierzyć, że utwory na tę EP-kę powstawały przy okazji sesji do płyt “Once More ‘Round the Sun” z 2014 roku i zeszłorocznego “Emperor of Sand“, czyli wydawnictw, które dzieli znacznie więcej, niż tylko dystans czasowy.

Moje ulubione albumy z 2017 roku

Wszyscy mają swoje podsumowania minionego roku, mam i ja. Na pierwszy ogień
idą wydane w 2017 roku albumy. Chciałbym, żeby poniższe podsumowanie nie było
odbierane jako ranking najlepszych płyt, bo niczego tak nie znoszę, jak
ustawiania dzieł sztuki od najlepszego do najgorszego czy nadawania im
punktów. Muzyka to nie mistrzostwa świata w lekkoatletyce, więc nie ma żadnego
podium, ani klasyfikacji generalnej.

Wymienię po prostu poniżej kilka albumów, które nie są pewnie albumami najlepszymi, najciekawszymi czy najbardziej nowatorskimi. Ale są – z różnych powodów – moimi ulubionymi. W związku z moją niechęcią do wartościowania i mierzenia jakości w muzyce, filmie czy innych formach sztuki, kolejność w jakiej wymieniam moje ulubione albumy jest chronologiczna. Na koniec zaznaczę fakt, że to jest lista moich ulubionych
płyt w momencie, w którym piszę te słowa. To oznacza, że istnieje możliwość,
że część z tych krążków może mi się znudzić albo po prostu przestać mi się
podobać. Oznacza to także, że jeśli jakiś album nie znalazł się w poniższym
zestawieniu, to jeszcze nie znaczy, że nigdy go wystarczająco nie docenię. Brak jakiegoś albumu może też oznaczać, że po prostu go nie słyszałem – to się
zdarza. No, dobra, to tyle tytułem wstępu. Gotowi na ulubione albumy Rogala
wydane w 2017 roku? No to jedziemy!

The Heavy Clouds – Mind Pollution thc-mindpollution
Sięgnąłem po debiutancką płytę warszawskiego zespołu The Heavy Clouds ze
względu na fakt, że na wokalu i basie występuje tam Wojtek Ziemba z Elvis
Deluxe. Nie wiem, czy Elvis Deluxe tylko zawiesili działalność, czy też
całkiem się rozpadli. Jeśli się rozpadli na amen, to mogę się pocieszyć, że
The Heavy Clouds wydaje się być jego naprawdę godnym następcą.

Nie obraziłbym się, gdyby było w Polsce więcej takich bandów, jak The Heavy
Clouds. Bandów grających porządnego rock and rolla, bez napinki i januszostwa.
Ciężko nawet zaszufladkować muzykę Chmurnych Ciężkawców. Nie potrafię
powiedzieć czy to jest hard rock, grandż czy też jednak trochę alternatywa.
Ale to nieważne. Ważne, że kopie dupę. Bo The Heavy Clouds mają po prostu
attitude. No i bardzo, bardzo, bardzo dobre piosenki.

The Afghan Whigs – In SpadesR-10225300-1493688947-6557.jpeg
Część z Was pewnie myśli, że czegokolwiek Greg Dulli, lider The Afghan Whigs,
by nie wydał, Rogal będzie to propsował. I pewnie macie rację. Ale o to właśnie
chodzi w prywatnych, subiektywnych podsumowaniach roku.

Teoretycznie “In Spades” nie powinno mi się podobać. Każda piosenka brzmi, jakby była z innej parafii. Do tego stopnia, że słychać duże różnice w głośności masteringu. Ale to, co mogłoby być wadą, jest chyba zaletą. “In Spades” to album zrobiony na luzie, przez ludzi, którzy się przy tym dobrze bawili. Nagrany na setkę, czasem nawet przy pierwszym podejściu. Jak otwierający płytę “Birdland“, w którym słychać nawet, jak Dulli w przerwie między wersami piosenki pociąga nosem. Wspaniale, że nikt tego nie wyciął, brakuje mi strasznie muzyki, która brzmiałaby tak prawdziwie.

Ogólnie “In Spades” to zbiór różnorodnych piosenek, które łączy tylko jedno. Są w stylu Dulliego. Aż do bólu. I są tak dobre, że gdyby ich nie było, należałoby je wymyślić. A skoro nikt inny nie byłby w stanie tego zrobić, Dulli podjął to wyzwanie. I znów odniósł sukces.

Mando Diao – Good Timesmando-diao-good-times-992x992
Właściwie nie powinienem lubić nowych albumów Mando Diao. Debiutowali na początku lat dwutysięcznych grając oldschoolowego garażowego rock and rolla, by na końcu lat dwutysięcznych dokonać artystycznej wolty i pójść w o wiele bardziej
nowofalowym i tanecznym kierunku. Przy okazji odnosząc gigantyczny sukces
komercyjny, co nie jest w takich wypadkach okolicznością łagodzącą. No, ale co
robić, kiedy – choć brudne, przesterowane brzmienie wczesnej twórczości Mando
Diao zawsze będzie bliższe mojemu sercu – ich muzyka w nowej odsłonie nadal mi
się podoba?

Bo mimo zmiany stylu, mimo tego, że przed nagraniem “Good Times” zespół
opuścił jeden z frontmanów i wokalistów, Gustaf Norén, Szwedzi wciąż nie
zatracili zdolności do pisania absolutnie świetnych piosenek. I na najnowszym
albumie prezentują w tej dziedzinie najwyższy poziom, czy to w tanecznych
numerach przywodzących na myśl twórczość innego zespołu złożonego z rodaków
Mando Diao, czy to w melancholijnych balladach będących ukłonem w stronę
bardziej rock and rollowej przeszłości zespołu.

Lana Del Rey – Lust for LifeR-10952755-1512462669-5488.jpeg
Głównym atutem Lany Del Rey jest to, że jej twórczość jest zupełnie inna, niż
cokolwiek, co aktualnie jest w muzyce pop modne. Przynajmniej ja nie znam
nikogo innego, kto by w taki sposób bawił się nostalgią słuchaczy, jednocześnie będąc tak daleko od wtórności charakterystycznej dla wszelkich retro projektów. I choć – zapewne ze względu na obecność raperów w kilku numerach na “Lust for Life” – brzmienie Lany Del Rey stało się bliższe generycznemu popowi, to jednak wciąż się wyróżnia i zachowuje charakterystyczny dla stworzonego przez piosenkarkę uniwersum klimat. No i jest wykonane i wyprodukowane na naprawdę wysokim poziomie. Co jest tym bardziej imponujące, że to już w ciągu pięciu lat od debiutu czwarty album Lany i nie widać po jej
twórczości żadnego zmęczenia materiału.

Foo Fighters – Concrete and Gold R-10903462-1506260840-2916.jpeg
Poświęciłem tej płycie już jeden tekst, w którym posłużyłem się metaforą
jabłkowej gumy do żucia. Stwierdziłem wówczas, że muzyka Foo Fighters jest bardzo smaczna, ale niestety dosyć szybko się nudzi i traci smak. Jednak niedawno znowu puściłem sobie “Concrete and Gold” i znów doskonale się bawiłem, to naprawdę fajna płyta.

Ktoś kiedyś mi powiedział, że kiedy żuję gumę i ona traci smak, nie powinienem jej
wyrzucać do śmieci, tylko zachować ją na później. Bo to tak naprawdę nie guma
traci smak, tylko moje kubki smakowe przyzwyczajają się do niego na tyle, że
już go nie czuję. Ma się rozumieć, nigdy nie próbowałem się przekonać czy to
prawda w przypadbku prawdziwej gumy do żucia. Natomiast w przypadku najnowszej
płyty Foo Fighters? Cóż, może się okazać, że faktycznie można żuć tę samą gumę
wiele razy.

William Patrick Corgan – Ogilala R-11024125-1508446026-4436.jpeg
Z tego co wiem dla wielu fanów alternatywnego rocka lat dziewięćdziesiątych
lider Smashing Pumpkins już dawno skończył się jako muzyk i jako człowiek.
Przyznam, że nie do końca rozumiem ten hejt na późną twórczość legend
najntisowego rocka. Może to dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych bardziej,
niż muzyka interesował mnie Kapitan Jastrząb i Generał Daimos? Zresztą
nieważne. Mi tam większość rzeczy zrobionych przez Billy’ego Corgana po roku
2000 się podoba. I tak jest z solowym debiutem lidera Rozjechanych Dyń.

Nasuwa się oczywiście pytanie, dlaczego Corgan nagle wydaje materiał pod swoim
nazwiskiem, skoro dla Smashing Pumpkins jest tym, czym Ludwik XIV dla Francji?
Chyba dlatego, że to jest rzeczywiście album nagrany bez żadnego zespołu.
Proste, surowe aranże na wokal, gitare akustyczną i pianino, czasem doprawione
jakimiś smykami czy synthami. I to właśnie kameralność tej płyty jest jej
największym atutem. To proste piosenki, w których Corgan nie sili się na
innowacyjność, wszak na tym polu nie musi już nikomu niczego udowadniać. Słuchając tego ma się wrażenie, że to po prostu jakiś gość grający na gitarze akustycznej w
swojej sypialni. Tyle, że ten gość ma bardzo charakterystyczny głos i
niewiarygodny talent do pisania dobrych melodii.

Destroyer – ken

R-11011048-1508186046-4723.jpeg
Kto nie zna Destroyera, ten powinien zostać na wstępie poinformowany, że nie
jest to zespół heavy metalowy. To indie rockowa (a może indie popowa?) grupa
pod przewodnictwem songwritera z Vancouver nazwiskiem Dan Bejar.

Nowy album to taki Destroyer, jakiego lubię. Czyli muzyka, którą określiłbym takimi
słowami jak: melancholijna, nostalgiczna, romantyczna. Słuchając “ken” znów –
tak jak w przypadku mojego ulubionego albumu Bejara, czyli “Kaputt” –
wyobrażam sobie dekandenckiego kanadyjczyka snującego się bezproduktywnie po
skąpanych słońcem europejskich miastach, pogrążającego się w myślach o
uzależniających kobietach i pięknych narkotykach. A wszystko to okraszone
absolutnie bezbłędnymi partiami saksofonu w wykonaniu Josepha Shabasona,
którego umiejętności i feeling, oprócz albumów Destroyera można podziwiać
chociażby na płycie “Lost in the Dream” The War On Drugs.

Black Sabbath – The End R-11159743-1510962739-3289.jpeg
Gdy dowiedziałem się, że Black Sabbath wydało w 2017 roku koncertowy album, z
jakiegoś powodu uznałem, że nie ma co go przesłuchiwać, bo po co słuchać, jak
Ozzy się męczy? Na szczęście szybko uświadomiłem sobie w jak głębokim błędzie
tkwiłem! Na “The End”, będącej zapisem najostatniejszego koncertu Black
Sabbath ever, Ozzy jest w doskonałej formie. Jego nieco niezdarny stage banter, te wszystkie “God bless you all” i “Let’s go fucking crazy” przydaje niesamowitego uroku całemu koncertowi, który jest nie tylko doskonale zagrany, ale i świetnie zrealizowany oraz wyprodukowany. Słuchając nagrania z koncertu w Birmingham żałujesz, że Cię tam nie było – to chyba najlepsza rekomendacja dla albumu koncertowego.

Neil Young & Promise of the Real – The Visitor R-11216957-1512063236-5795.jpeg
Jeśli Lana Del Rey jest pracowitą mrówką, Neil Young jest chodzącą fabryką
muzyki. Mimo, że jest już po siedemdziesiątce, od kilkunastu lat wydaje album
średnio raz do roku. Raz do roku! Nie jest więc niczym dziwnym, że i w tym
roku uraczył nas kolejnym krążkiem.

Muzyka na nim zawarta pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że przy takim
dorobku, jaki posiada wujek Neil, wciąż jeszcze można pisać chwytliwe numery.
Po drugie, że wujek Neil ma bardzo głęboko w dupie panujące aktualnie (i
szczerze mówiąc, kiedykolwiek panujące) mody i konwenanse. W erze pro toolsów
i auto-tune’aThe Visitor” brzmi równie organicznie, co płyty z lat
siedemdziesiątych. To album nagrany na absolutnym luzie, bez oglądania się na
to, co pomyśli otoczenie: gdy ma pojawić się sekcja dęta, pojawia się sekcja
dęta; gdy ma pojawić się damski chór, pojawia się damski chór; a jeśli mają
pojawić się cymbałki, to cóż… pojawiają się cymbałki. A przynajmniej coś, co
brzmi jak cymbałki. W każdym razie – mimo tekstów komentujących bieżącą
politykę, co pewnie irytowałoby mnie, gdyby nie były po angielsku – Neil Young
żyje we własnym świecie i jest to bardzo fajny świat.