[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Rollins Band – Weight

Nie macie tak, że jak już wykupiliście dostęp do jakiegoś serwisu streamingowego, to nagle zaczynacie korzystać tylko i wyłącznie z contentu, który się na nim znajduje? Nie chcę tutaj wchodzić w rozważania, jakie są powody, dla których my – konsumenci wszelakich dóbr kultury – tak się zachowujemy, ale jednego jestem (prawie) pewien, to jest postępujący trend. Na przykład niedawno koleżanka powiedziała mi, że już właściwie nie ogląda seriali, których nie ma na Netfliksie. Ja z kolei przyłapuję się na tym, że coraz częściej rezygnuję ze słuchania płyt, których nie ma na Spotify. Też tak macie? Nie? Nieważne! I tak od tej pory będę Wam regularnie serwował wpisy w moim nowym cyklu zatytułowanym “Fajne albumy, których nie ma na Spotify”. Tak, abyśmy nie pomijali wartościowej muzyki tylko dlatego, że (z różnych powodów) nie znalazła się (jeszcze) w serwisach streamingowych. Na pierwszy ogień idzie Rollins Band i ich najbardziej chyba znana płyta “Weight“.

R-517346-1129489246.jpeg

“Weight” to kwintesencja tego, za co lubię Rollins Band. Ciężkie, ale melodyjne bluesrockowe riffy kontrastują tutaj z hałaśliwym skandowaniem wokalisty. Ale kontrast ten nie razi. To nie jest jeden z tych (niestety częstych) przypadków, w których zespół gra świetnie, a jedynie wokalista nie umie śpiewać i wszysko psuje. Henry Rollins i instrumentaliści doskonale sie tutaj uzupełniają, łącząc punkowy bunt z muzycznym kunsztem rodem z Berklee Collage of Music w zaskakująco spójną całość. Jak numerze “Liar“, który uważam za jedno z największych arcydzieł muzyki popularnej. Ten numer godzi jazz z heavy metalem, melodeklamację z wrzaskiem, muzykę z teatrem i robi to w sposób absolutnie niewymuszony. Bo łączenie jazzu z metalem i muzyki z teatrem brzmi mega pretensjonalnie, ale nie w wykonaniu Henry’ego Rollinsa, bo Henry Rollins to czysty, nieskażony rock and roll.

Moje ulubione EP-ki z 2017 roku

Highfly – Or Die

highfly

Pochodzący z Warszawy mistrzowie amatorskich, niskobudżetowych teledysków na swojej debiutanckiej EP-ce brzmią jak goście znający się od dzieciństwa, siedzący w piwnicy i grający rock and rolla popijając przy tym browary i jarając zioło. Zresztą tak pewnie mniej więcej proces powstawania “Or Die” wyglądał. Oczywiście istnieją tysiące bandów, które siedzą w piwnicy i tworzą muzykę pijąc piwo i paląc trawę. Ale Highfly przy okazji robi tę muzykę bardzo dobrze, co już nie każdemu się udaje. Może “Or Die” brzmiałoby lepiej, gdyby zostało nagrane w profesjonalnym studio pod okiem doświadczonego realizatora. Ale straciłoby też sporo ze swojej rock and rollowej spontaniczności, charakterystycznego garażowego luzu, który jest głównym atutem tej EP-ki i chyba muzyki Highfly w ogóle.

White Highway – City Lights white highway

Większość osób zapytanych, co stanowi najmocniejszą stronę zespołu White Highway, wspomni zapewne charakterystyczny i mocny głos wokalistki. Pewnie jest w tym wiele prawdy. Uważam jednak, że utalentowana frontmenka (frontwomenka?) nie wystarczy, by odtrąbić sukces. Najwyraźniej White Highway też tak uważają, bo ich materiał jest dopracowany pod każdym względem, zarówno wykonawstwa, jak i songwritingu. Zwłaszcza, że hard rock lat osiemdziesiątych, którym się inspirują, pełen jest mielizn, na które łatwo wpłynąć. Można popaść w tandetną, plastikową łzawość albo w bezpłodne popisywanie się umiejętnościami przez gitarzystę prowadzącego. White Highway nie wdepnęło na żadną z tych min.

Mastodon – Cold Dark Place81HvFh6hNxL._SL1200_

Jeśli miałbym opisać tę EP-kę jednym słowem, to byłoby to “nastrój” i “klimat”. A nie – to dwa słowa! Ekhm… Więc gdybym miał opisać tę EP-kę dwoma słowami, byłyby to “nastrój”, “klimat” i “atmosfera”. Cholera – to trzy słowa! Nieważne… W każdym razie zaczynając od okładki, a na aranżach kończąc, “Cold Dark Place” pozwala zanurzyć się całkowicie w wykreowanym przez kwartet z Atlanty ciemnym i zimnym świecie. Materiał jest tak spójny (co nie znaczy, że jest nudny), że aż trudno uwierzyć, że utwory na tę EP-kę powstawały przy okazji sesji do płyt “Once More ‘Round the Sun” z 2014 roku i zeszłorocznego “Emperor of Sand“, czyli wydawnictw, które dzieli znacznie więcej, niż tylko dystans czasowy.

Moje ulubione albumy z 2017 roku

Wszyscy mają swoje podsumowania minionego roku, mam i ja. Na pierwszy ogień
idą wydane w 2017 roku albumy. Chciałbym, żeby poniższe podsumowanie nie było
odbierane jako ranking najlepszych płyt, bo niczego tak nie znoszę, jak
ustawiania dzieł sztuki od najlepszego do najgorszego czy nadawania im
punktów. Muzyka to nie mistrzostwa świata w lekkoatletyce, więc nie ma żadnego
podium, ani klasyfikacji generalnej.

Wymienię po prostu poniżej kilka albumów, które nie są pewnie albumami najlepszymi, najciekawszymi czy najbardziej nowatorskimi. Ale są – z różnych powodów – moimi ulubionymi. W związku z moją niechęcią do wartościowania i mierzenia jakości w muzyce, filmie czy innych formach sztuki, kolejność w jakiej wymieniam moje ulubione albumy jest chronologiczna. Na koniec zaznaczę fakt, że to jest lista moich ulubionych
płyt w momencie, w którym piszę te słowa. To oznacza, że istnieje możliwość,
że część z tych krążków może mi się znudzić albo po prostu przestać mi się
podobać. Oznacza to także, że jeśli jakiś album nie znalazł się w poniższym
zestawieniu, to jeszcze nie znaczy, że nigdy go wystarczająco nie docenię. Brak jakiegoś albumu może też oznaczać, że po prostu go nie słyszałem – to się
zdarza. No, dobra, to tyle tytułem wstępu. Gotowi na ulubione albumy Rogala
wydane w 2017 roku? No to jedziemy!

The Heavy Clouds – Mind Pollution thc-mindpollution
Sięgnąłem po debiutancką płytę warszawskiego zespołu The Heavy Clouds ze
względu na fakt, że na wokalu i basie występuje tam Wojtek Ziemba z Elvis
Deluxe. Nie wiem, czy Elvis Deluxe tylko zawiesili działalność, czy też
całkiem się rozpadli. Jeśli się rozpadli na amen, to mogę się pocieszyć, że
The Heavy Clouds wydaje się być jego naprawdę godnym następcą.

Nie obraziłbym się, gdyby było w Polsce więcej takich bandów, jak The Heavy
Clouds. Bandów grających porządnego rock and rolla, bez napinki i januszostwa.
Ciężko nawet zaszufladkować muzykę Chmurnych Ciężkawców. Nie potrafię
powiedzieć czy to jest hard rock, grandż czy też jednak trochę alternatywa.
Ale to nieważne. Ważne, że kopie dupę. Bo The Heavy Clouds mają po prostu
attitude. No i bardzo, bardzo, bardzo dobre piosenki.

The Afghan Whigs – In SpadesR-10225300-1493688947-6557.jpeg
Część z Was pewnie myśli, że czegokolwiek Greg Dulli, lider The Afghan Whigs,
by nie wydał, Rogal będzie to propsował. I pewnie macie rację. Ale o to właśnie
chodzi w prywatnych, subiektywnych podsumowaniach roku.

Teoretycznie “In Spades” nie powinno mi się podobać. Każda piosenka brzmi, jakby była z innej parafii. Do tego stopnia, że słychać duże różnice w głośności masteringu. Ale to, co mogłoby być wadą, jest chyba zaletą. “In Spades” to album zrobiony na luzie, przez ludzi, którzy się przy tym dobrze bawili. Nagrany na setkę, czasem nawet przy pierwszym podejściu. Jak otwierający płytę “Birdland“, w którym słychać nawet, jak Dulli w przerwie między wersami piosenki pociąga nosem. Wspaniale, że nikt tego nie wyciął, brakuje mi strasznie muzyki, która brzmiałaby tak prawdziwie.

Ogólnie “In Spades” to zbiór różnorodnych piosenek, które łączy tylko jedno. Są w stylu Dulliego. Aż do bólu. I są tak dobre, że gdyby ich nie było, należałoby je wymyślić. A skoro nikt inny nie byłby w stanie tego zrobić, Dulli podjął to wyzwanie. I znów odniósł sukces.

Mando Diao – Good Timesmando-diao-good-times-992x992
Właściwie nie powinienem lubić nowych albumów Mando Diao. Debiutowali na początku lat dwutysięcznych grając oldschoolowego garażowego rock and rolla, by na końcu lat dwutysięcznych dokonać artystycznej wolty i pójść w o wiele bardziej
nowofalowym i tanecznym kierunku. Przy okazji odnosząc gigantyczny sukces
komercyjny, co nie jest w takich wypadkach okolicznością łagodzącą. No, ale co
robić, kiedy – choć brudne, przesterowane brzmienie wczesnej twórczości Mando
Diao zawsze będzie bliższe mojemu sercu – ich muzyka w nowej odsłonie nadal mi
się podoba?

Bo mimo zmiany stylu, mimo tego, że przed nagraniem “Good Times” zespół
opuścił jeden z frontmanów i wokalistów, Gustaf Norén, Szwedzi wciąż nie
zatracili zdolności do pisania absolutnie świetnych piosenek. I na najnowszym
albumie prezentują w tej dziedzinie najwyższy poziom, czy to w tanecznych
numerach przywodzących na myśl twórczość innego zespołu złożonego z rodaków
Mando Diao, czy to w melancholijnych balladach będących ukłonem w stronę
bardziej rock and rollowej przeszłości zespołu.

Lana Del Rey – Lust for LifeR-10952755-1512462669-5488.jpeg
Głównym atutem Lany Del Rey jest to, że jej twórczość jest zupełnie inna, niż
cokolwiek, co aktualnie jest w muzyce pop modne. Przynajmniej ja nie znam
nikogo innego, kto by w taki sposób bawił się nostalgią słuchaczy, jednocześnie będąc tak daleko od wtórności charakterystycznej dla wszelkich retro projektów. I choć – zapewne ze względu na obecność raperów w kilku numerach na “Lust for Life” – brzmienie Lany Del Rey stało się bliższe generycznemu popowi, to jednak wciąż się wyróżnia i zachowuje charakterystyczny dla stworzonego przez piosenkarkę uniwersum klimat. No i jest wykonane i wyprodukowane na naprawdę wysokim poziomie. Co jest tym bardziej imponujące, że to już w ciągu pięciu lat od debiutu czwarty album Lany i nie widać po jej
twórczości żadnego zmęczenia materiału.

Foo Fighters – Concrete and Gold R-10903462-1506260840-2916.jpeg
Poświęciłem tej płycie już jeden tekst, w którym posłużyłem się metaforą
jabłkowej gumy do żucia. Stwierdziłem wówczas, że muzyka Foo Fighters jest bardzo smaczna, ale niestety dosyć szybko się nudzi i traci smak. Jednak niedawno znowu puściłem sobie “Concrete and Gold” i znów doskonale się bawiłem, to naprawdę fajna płyta.

Ktoś kiedyś mi powiedział, że kiedy żuję gumę i ona traci smak, nie powinienem jej
wyrzucać do śmieci, tylko zachować ją na później. Bo to tak naprawdę nie guma
traci smak, tylko moje kubki smakowe przyzwyczajają się do niego na tyle, że
już go nie czuję. Ma się rozumieć, nigdy nie próbowałem się przekonać czy to
prawda w przypadbku prawdziwej gumy do żucia. Natomiast w przypadku najnowszej
płyty Foo Fighters? Cóż, może się okazać, że faktycznie można żuć tę samą gumę
wiele razy.

William Patrick Corgan – Ogilala R-11024125-1508446026-4436.jpeg
Z tego co wiem dla wielu fanów alternatywnego rocka lat dziewięćdziesiątych
lider Smashing Pumpkins już dawno skończył się jako muzyk i jako człowiek.
Przyznam, że nie do końca rozumiem ten hejt na późną twórczość legend
najntisowego rocka. Może to dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych bardziej,
niż muzyka interesował mnie Kapitan Jastrząb i Generał Daimos? Zresztą
nieważne. Mi tam większość rzeczy zrobionych przez Billy’ego Corgana po roku
2000 się podoba. I tak jest z solowym debiutem lidera Rozjechanych Dyń.

Nasuwa się oczywiście pytanie, dlaczego Corgan nagle wydaje materiał pod swoim
nazwiskiem, skoro dla Smashing Pumpkins jest tym, czym Ludwik XIV dla Francji?
Chyba dlatego, że to jest rzeczywiście album nagrany bez żadnego zespołu.
Proste, surowe aranże na wokal, gitare akustyczną i pianino, czasem doprawione
jakimiś smykami czy synthami. I to właśnie kameralność tej płyty jest jej
największym atutem. To proste piosenki, w których Corgan nie sili się na
innowacyjność, wszak na tym polu nie musi już nikomu niczego udowadniać. Słuchając tego ma się wrażenie, że to po prostu jakiś gość grający na gitarze akustycznej w
swojej sypialni. Tyle, że ten gość ma bardzo charakterystyczny głos i
niewiarygodny talent do pisania dobrych melodii.

Destroyer – ken

R-11011048-1508186046-4723.jpeg
Kto nie zna Destroyera, ten powinien zostać na wstępie poinformowany, że nie
jest to zespół heavy metalowy. To indie rockowa (a może indie popowa?) grupa
pod przewodnictwem songwritera z Vancouver nazwiskiem Dan Bejar.

Nowy album to taki Destroyer, jakiego lubię. Czyli muzyka, którą określiłbym takimi
słowami jak: melancholijna, nostalgiczna, romantyczna. Słuchając “ken” znów –
tak jak w przypadku mojego ulubionego albumu Bejara, czyli “Kaputt” –
wyobrażam sobie dekandenckiego kanadyjczyka snującego się bezproduktywnie po
skąpanych słońcem europejskich miastach, pogrążającego się w myślach o
uzależniających kobietach i pięknych narkotykach. A wszystko to okraszone
absolutnie bezbłędnymi partiami saksofonu w wykonaniu Josepha Shabasona,
którego umiejętności i feeling, oprócz albumów Destroyera można podziwiać
chociażby na płycie “Lost in the Dream” The War On Drugs.

Black Sabbath – The End R-11159743-1510962739-3289.jpeg
Gdy dowiedziałem się, że Black Sabbath wydało w 2017 roku koncertowy album, z
jakiegoś powodu uznałem, że nie ma co go przesłuchiwać, bo po co słuchać, jak
Ozzy się męczy? Na szczęście szybko uświadomiłem sobie w jak głębokim błędzie
tkwiłem! Na “The End”, będącej zapisem najostatniejszego koncertu Black
Sabbath ever, Ozzy jest w doskonałej formie. Jego nieco niezdarny stage banter, te wszystkie “God bless you all” i “Let’s go fucking crazy” przydaje niesamowitego uroku całemu koncertowi, który jest nie tylko doskonale zagrany, ale i świetnie zrealizowany oraz wyprodukowany. Słuchając nagrania z koncertu w Birmingham żałujesz, że Cię tam nie było – to chyba najlepsza rekomendacja dla albumu koncertowego.

Neil Young & Promise of the Real – The Visitor R-11216957-1512063236-5795.jpeg
Jeśli Lana Del Rey jest pracowitą mrówką, Neil Young jest chodzącą fabryką
muzyki. Mimo, że jest już po siedemdziesiątce, od kilkunastu lat wydaje album
średnio raz do roku. Raz do roku! Nie jest więc niczym dziwnym, że i w tym
roku uraczył nas kolejnym krążkiem.

Muzyka na nim zawarta pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że przy takim
dorobku, jaki posiada wujek Neil, wciąż jeszcze można pisać chwytliwe numery.
Po drugie, że wujek Neil ma bardzo głęboko w dupie panujące aktualnie (i
szczerze mówiąc, kiedykolwiek panujące) mody i konwenanse. W erze pro toolsów
i auto-tune’aThe Visitor” brzmi równie organicznie, co płyty z lat
siedemdziesiątych. To album nagrany na absolutnym luzie, bez oglądania się na
to, co pomyśli otoczenie: gdy ma pojawić się sekcja dęta, pojawia się sekcja
dęta; gdy ma pojawić się damski chór, pojawia się damski chór; a jeśli mają
pojawić się cymbałki, to cóż… pojawiają się cymbałki. A przynajmniej coś, co
brzmi jak cymbałki. W każdym razie – mimo tekstów komentujących bieżącą
politykę, co pewnie irytowałoby mnie, gdyby nie były po angielsku – Neil Young
żyje we własnym świecie i jest to bardzo fajny świat.

Star Wars: The Last Jedi. Czyli Gwiezdne Wojny w epoce internetów [SPOILER na SPOILERZE]

Obejrzałem “Ostatniego Jedi” po raz drugi. Nadszedł czas, by napisać kolejny tekst o tym filmie. Na wstępie muszę Wam zdradzić, że będzie on mniej entuzjastyczny, niż poprzedni. A także uprzedzić, że tym razem będzie on zawierał spoilery. Dużo spoilerów. Spoiler na spoilerze, spoilerem pogania. Dodam też – tak dla pewności – że mogą też pojawić się spoilery z “Przebudzenia Mocy” i w ogóle ze wszystkiego, co wcześniej nakręcono w świecie “Gwiezdnych wojen”. No! Zostaliście ostrzeżeni. A teraz do rzeczy.

sw4

Niesamowite, jakie znaczenie dla odbioru dzieła mają okoliczności, w których się z nim stykasz. Nie jest bez znaczenia, czy słuchasz piosenki na głośniczkach od laptopa czy też na wysokiej klasy głośnikach, na słuchawkach w zatłoczonym tramwaju czy też w tłumie ludzi na koncercie. Nie jest bez znaczenia czy film oglądasz w kinie pożerając popcorn, czy w domu jedząc pomidorową po powrocie z pracy.

Na pewno mój odbiór “The Last Jedi”, gdy oglądałem go za drugim razem był inny. Z czego to wynikało? Pewnie z samego faktu, że oglądałem ten sam film po raz drugi. Jest wiele filmów, które są emocjonujące za każdym razem, nawet gdy znasz zakończenie. Ale czasem, gdy wiesz, co wydarzy się dalej, film zaczyna nudzić. “Ostatni Jedi” jest raczej wśród tych drugich filmów. Niestety, ale te zwroty akcji chyba nieco tracą impet, kiedy już wiesz, że nastąpią. Nie oczekiwałem, że to będzie coś na miarę “No, I am your father“. Ale plot twisty w “The Last Jedi” nie osiągają nawet pułapu śmierci Hana Solo. Niestety. Ponadto, gdy pierwszy raz oglądałem film, byłem chyba trochę na haju wywołanym tymi przejmującymi miesiącami wyczekiwania, unikania spoilerowego trailera i tak dalej. Emocje te zdecydowanie opadły po pierwszym seansie, na drugi wybrałem się – niestety – już na trzeźwo. I niestety tym razem podobało mi się znacznie mniej. Pewnie ktoś z Was zadaje sobie pytanie czy nie miały na mnie wpływu negatywne recenzje, w których naczytałem się kąśliwych uwag, które następnie gorliwie zinternalizowałem? Otóż z tego co widziałem po nagłówkach czy też treściach statusów znajomych na fejsbuku, jest o tym filmie zarówno mnóstwo opinii negatywnych, jak i pozytywnych. Z takich recenzji pełną gębą, przeczytałem w całości – a raczej obejrzałem – tylko dwie: Red Letter Media i Kevina Smitha. Także większość formułowanych poniżej przemyśleń, spostrzeżeń czy sądów powstała w mojej głowie. Oczywiście nie jestem na tyle wybitnym umysłem, żeby ciągle wpadać na pomysł, na który nikt jeszcze nie wpadł, więc nie zdziwcie się, że przeczytaliście bądź usłyszeliście już podobne konstatacje gdzie indziej.

W moim poprzednim tekście zastanawiałem się, czy jeśli intuicyjnie czułem, że jakaś scena czy wątek w filmie jest mało “starłorsowa”, nie pasuje, sprawia, że nie jesteśmy w stanie całkowicie zanurzyć się w znanym nam z poprzednich filmów świecie, to może świadczy to na niekorzyść “The Last Jedi”? Po drugim obejrzeniu coraz bardziej czuję, że jednak tak. Zdając sobie sprawę, że muszą się pojawiać nowe rzeczy, że nie można po prostu wiecznie recyklingować raz opowiedzianej historii, to muszę powiedzieć, że niektóre elementy były w “Ostatnim Jedi” nie na miejscu w stopniu chwilami niemal irytującym.

Ale zanim wymienię te elementy, wypadałoby zdefiniować czym tak naprawdę jest (dla mnie) “Star Wars”. Co stanowi istotę “Gwiezdnych Wojen”. Dla mnie to przede wszystkim baśń. Może i osadzona we wszechświecie, w którym ludzie opanowali umiejętność podróżowania z prędkością światła, ale jednak baśń. Z rycerzami, księżniczkami, walką dobra ze złem i magią, która “nas otacza, przenika nas i spaja galaktykę w jedną całość”. Dlatego postrzegam “Star Wars” jako opowieść fantasy, w której science-fiction jest jedynie kostiumem czy scenografią. Baśniowość świata “Gwiezdnych wojen” wiąże się z konsekwencjami takimi jak język i estetyka, przy pomocy których opowiada się tę historię.

sw1

Dlatego ze wszystkich niestarłorsowych scen wcale najbardziej nie wkurzyła mnie Leia lecącą niczym Superman. Ostatecznie, cóż, moc uratowała ją przed śmiercią, to w świecie odległej galaktyki jest możliwe, choć scena faktycznie niebezpiecznie wskazywała na to, że Rian Johnson naoglądał się innej space opery, a mianowicie “Strażników Galaktyki“. Bardziej zirytowała mnie scena, w której wiceadmirał Holdo dokonuje okrętem Ruchu Oporu samobójczej szarży taranując okręt Najwyższego Porządku. W momencie zderzenia i totalnej rozwałki nagle zapada cisza. Oczywiście, bo “in space no one can hear you scream“. Każde dziecko to wie, nawet taki regularnie dostający dwóje z fizyki człowiek jak ja. Tylko, że to jest “Star Wars”. Tu nie ma być realistycznie. Tutaj ciągle w przestrzeni kosmicznej, w próżni, słychać wybuchy. Gdy X-Wingi, Tie-Fightery i inne Star Destroyery się strzelają laserami, to słychać piu! piu! piu! Pewnie, że ta scena była naprawdę piękna. Mucha nie siada. Tylko, że pasowała do estetyki “Gwiezdnych wojen” jak skarpetki do sandałów. Mam wrażenie, że producenci filmu postanowili umieścić w nim różne elementy, które sprawdziły się w innych filmach, bo przecież jeśli sprawdziły się gdzie indziej, sprawdzą się i tu. Otóż nie. Nie sprawdził się także hackujący Benicio Del Toro, czyli kolejna zgrana hollywódzka klisza, totalnie niepasująca do tego uniwersum. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce nikt nie musi udowadniać, że zna się na komputerach stukając szybko w klawiaturę, wszak od hackowania są droidy.

Ale to jeszcze nic, ostatecznie uznajmy to za wypadki przy pracy, które są niemal chlebem powszednim dla “Gwiezdnych wojen”, nawet “Imperium kontratakuje” nie jest pozbawione fuck up-ów. Bardziej wkurzyła mnie… samoświadomość “Ostatniego Jedi”. Jak już wspomniałem postrzegam “Star Wars” jako baśń. Bohaterowie baśni nie wiedzą, że są bohaterami baśni, to nie “Deadpool“, ani film Woody’ego Allena. W tej stylistyce narracyjnej nie mieszczą się takie zabiegi, jak puszczanie oka do widzów. Oglądając “The Last Jedi” ma się wrażenie, jakby scenarzyści przeczytali internetowe dyskusje i postanowili odpowiedzieć na palące internautów kwestie. Kim są rodzice Rey? Kim jest Snoke? Nie irytuje mnie sam fakt, że rodzice Rey nie są nikim ważnym (nie są? może jednak są – to wcale jeszcze nie jest takie pewne) czy fakt, że Snoke, który zafascynował publiczność i wywołał tysiące pytań co do swojej tożsamości, został przekrojony na pół w połowie filmu (tak samo jak w przypadku rodziców Rey, może się okazać, że o Snoke’u jeszcze się czegoś dowiemy). Bardziej wkurzająca jest forma w jakiej te informacje zostały widzowi przedstawione. “Zastanawialiście sie kim są rodzice Rey? Bam! Odpowiemy Wam totalnie wprost, dodając przy tym, że wcale nie Rey częścią tej opowieści, tak jak myślała ona sama i internauci”. Czyżby Kylo Ren czytał dyskusje na forach internetowych i znał teorie mówiące, że ojcem Rey jest Luke albo Obi-Wan? Czyżby Kylo Ren wiedział, że jest tylko postacią z filmu? Może właśnie na tym polega potęga ciemnej strony Mocy, że ten który nią włada uświadamia sobie, że jest tylko bohaterem bajeczki?

Najgorsze jest jednak podejmowanie dyskusji z zakompleksionymi pryszczatymi trollami. Jak pewnie wiecie, wiele osób oburzyło się, że w “The Force Awakens” Rey była w stanie pokonać Kylo w pojedynku na miecze świetlne, mimo faktu, że nigdy nie przeszła żadnego treningu, a w dodatku jest – o zgrozo – tylko dziewczyną. Dla mnie jednak finałowa scena z “Przebudzenia mocy” jest zrozumiała sama przez się. Po pierwsze nie do końca był to pojedynek, wszak (do pewnego momentu) brał w tym udział także Finn, po drugie Kylo Ren był ranny (od celnego strzału z laserowej kuszy – thank you, Chewbacca!), a po trzecie wreszcie kilka scen wcześniej Snoke (dowiedziawszy się, że moc jest silna w Rey, ale nie przeszła żadnego treningu), by stać się Jedi, a zatem jest podatna na pokusę przejścia na ciemną stronę Mocy) rozkazał Kylo przyprowadzić Rey do siebie. Rozumiem, że martwy padawan raczej nie pomoże nikomu podbić galaktyki, więc Kylo nie mógł zabić Rey, miał ją schwytać. Dlatego też trudniej było mu ją pokonać. Tymczasem Rian Johnson postanowił wszystko to wywalić do śmieci i uraczyć nas sceną, w której Snoke – ten sam Snoke, który kazał Kylo przyprowdzić Rey, wyśmiewa go, że pobiła go dziewczyna, która nigdy nie trzymała w ręku miecza świetlnego.

Kontynując litanię rzeczy, które mnie wkurzyły w czasie ponownego seansu “Ostatniego Jedi” przejdę do dziwnych wątków, które odciągały uwagę od głównej opowieści i sprawiały wrażenie dosztukowanych na siłę. Wpływało to negatywnie na główny wątek, czyli historię Rey vs Luke vs Kylo, który akurat sam w sobie był rozwiązany naprawdę fajnie.

sw5

Pierwszym słabym wątkiem była historia Finna, BB8 i Rose. Wybrali się na jakąś planetę przypominającą Monte Carlo, żeby ściągnąć stamtąd informatyka, co umie hackować. Ściągnęli nie tego informatyka, uwolnili kosmiczne konie, dostali się na okręt Pierwszego Porządku, Benicio del Toro trochę postukał w klawiaturę i nic z tego nie wynikło. Gdy oglądałem to pierwszy raz, to było to o tyle ekscytujące, że liczyłem, że to się w jakiś zajebisty sposób zwiąże z wątkiem Kylo Rena, Rey i Snoke’a, którzy przecież byli na tym statku w tym samym czasie, co Finn, Rose i BB8. Tymczasem działania tych ostatnich nie miały praktycznie żadnego wpływu na fabułę. Rozwiązanie tego wątku w postaci stajennego chłopca, który w jakiś sposób odkrył, że można użyć Mocy do chwytania miotły czy w postaci finałowej walki Finna z Phasmą (chociaż i to nie jest pewne, czy to już koniec ich toksycznego związku), nie jest jakoś szczególnie satysfakcjonujące. O romansie między Finnem i Rose wolę nawet nie mówić. Strasznie szkoda, bo Finn to była super postać, a John Boyega to – w przeciwieństwie do większości totalnie nijakich aktorów młodego pokolenia – gość, któremu trzeba przyznać, że ma osobowość. Tym bardziej boli, że Rian Johnson nie miał lepszego pomysłu na to, co Finn z BB8 mieliby robić.

Drugim niepotrzebnym wątkiem, była historia księżniczki Lei, wiceadmirał Holdo i Poe Damerona. Nie wiem, jaki był cel tego całego buntu na pokładzie? Pokazania skaz na charakterze Poe? Admirał Holdo poza tym, że wyglądała, jak surowa, ale sprawiedliwa dyrektorka szkoły podstawowej, nie wnosiła do fabuły niczego, czego nie mogłaby wnieść Leia. Ileż bardziej poruszający byłby ten moment samobójczego uderzenia statkiem rebeliantów w okręt Najwyższego Porządku, gdyby dokonała tego Leia. Wiem, że łatwo teraz doradzać uśmiercenie Lei, kiedy się już wie, że Carrie Fisher nie powróci w kolejnym filmie. Ale gdyby to Leia – niczym prawdziwie honorowy kapitan – pozostała na pokładzie do końca, pozwoliłoby to tej absolutnie wspaniałej postaci rozstać się z sagą w równie spektakularny sposób, w jaki pożegnał się z nią Han Solo. No i byłoby to bardziej w stylu tej postaci. Pamiętacie jak w “Nowej Nadziei” George Lucas i Carrie Fisher wywrócili na lewą stronę archetyp damy w opałach? Jak sprawczą postacią była Leia Organa? Nigdy nie czekała, aż z pomocą przybędzie jej braciszek czy chłopak-macho (na ojca w ogóle nie mogła liczyć). Niestety przez całe “The Last Jedi”, zamiast chwycić za blaster i zrobić porządną rozwałkę, czeka, aż ktoś ją uratuje.

Ale były w tym filmie rzeczy, które za drugim razem spodobały mi się bardziej niż za pierwszym. Paradoksalnie jedną z tych rzeczy było coś, co normalnie uznałbym za tani chwyt wymuszony przez wytwórnię filmową: callbacki z oryginalnej trylogii. Pojawienie się Yody, nawiązujące do treningu z Lukiem w “Empire Strikes Back, co do którego nie byłem przekonany za pierwszym razem czy przybycie Millenium Falcona z odsieczą w finalnej bitwie, niczym w “Nowej nadziei”. Na specjalne propsy zasługuje Chewbacca. Seryjnie, temu włochatemu stworowi należy się medal i przytulenie. Walczy w tych wojnach przeciwko złemu Imperium i ciemnej stronie Mocy, dłużej niż wszyscy ci bohaterowie razem wzięci. Na pewno dłużej, niż admirał Holdo. Jest jedna scena, w której Chewbacca siedzi za sterami Sokoła Millenium i wydaje swój ryk, po czym kadr przesuwa się na stojącego obok, wydzierającego się w niebogłosy porga. Chewie widząc to wydaje kolejny ryk (zapewne znaczący tyle, co “zamknij się i daj mi robić to, co robię najlepiej, czyli kompletną rozwałkę”), po czym strzepuje małego stwora swoim włochatym ramieniem. Badass.

No, ale żeby nie było, że podoba mi się tylko to, co już tam kiedyś gdzieś widziałem: niewątpliwie pewnym novum była ścieżka Kylo Rena. W pewnym momencie bałem się już, że rzeczywiście przejdzie na jasną stronę mocy, nawrócony przez Rey i będziemy mieli reboot “Powrotu Jedi”. Tymczasem Kylo stał się jeszcze bardziej złym dupkiem o jeszcze bardziej kamiennym sercu! Zarówno po „Force Awakens”, jak i dzisiaj, część pryszczatych internetowych trolli narzeka, że Kylo to emo dzieciak, ale moim zdaniem za kilka dekad będzie uważany za łajdaka równie ikonicznego, co Darth Vader. Techniczne rzecz biorąc jest znacznie gorszym skurwielem od swojego dziadka. Nie dość, że zabił swojego ojca, to jeszcze zabił swojego mistrza i szefa, który nawet nie wyczuł jego zamiarów wobec siebie. Kylo – jeśli chodzi o ciemną stronę Mocy – zaszedł najdalej ze wszystkich, których mieliśmy okazję oglądać na srebrnym ekranie. Teraz to on jest Snoke’iem, to on jest Palpatinem. Swoją drogą, doskonała była scena, w której generał Hux zastaje owinięte w szlafrok Hugh Hefnera zwłoki Snoke’a wraz z nieprzytomnym Kylo w sali tronowej i stwierdza “Najwyższy przywódca nie żyje”, a następnie duszony Mocą przez Kylo dodaje “Niech żyje najwyższy przywódca”. To przykład dobrych proporcji w świecie “Gwiezdnych wojen”, niby paralela z czymś w rodzaju przewrotu pałacowego w stylu starożytnego Rzymu i cytat ukradziony ze średniowiecznej Francji, a z drugiej strony, jakże utrzymany w klimacie baśniowego świata “Star Wars”! Piękne.

sw3

Swoją drogą scena walki Rey i Kylo przeciwko gwardii Snoke’a była jedną z lepszych scen akcji w świecie “Gwiezdnych wojen” od czasu masakry dokonanej przez Vadera w “Rogue One“. Pewnie także dlatego, że to jedna z nielicznych dramatycznych scen, w których nikt nie rzuca jakiegoś śmiesznego żarciku. Jak widać odrobina patosu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, nie trzeba się go bać i podkopywać go komizmem w każdej scenie. No, a poza tym jeszcze nie widzieliśmy w “Star Wars” sojuszu czerwonego i niebieskiego miecza świetlnego. A także rozwalenia miecza świetlnego na kawałki.

Scena zniszczenia miecza świetlnego wiąże się z najfajniejszym motywem tego filmu. Chodzi o myśl, że Moc nie polega tylko na sprawnym wymachiwaniu – jak to ujmuje sam Luke – laserowym mieczykiem. W “Nowej nadziei” Vader mówi do jednego z imperialnych generałów: “Don’t be too proud of this technological terror you’ve constructed. The ability to destroy a planet is insignificant next to the power of the Force“. Więc od samego początku sagi wiedzieliśmy, że Moc jest bardzo potężna i że tak naprawdę to ci, którzy potrafią się nią posługiwać, zdecydują o losach galaktyki. Ale tak naprawdę nigdy nie widzimy potwierdzenia tego, jak potężna jest Moc w działaniu. Jasne, w “Nowej nadziei” Luke używa Mocy, by wykonać celny strzał w szyb wentylacyjny Gwiazdy Śmierci, niemniej jakoś nigdy nie miałem poczucia, że cała akcja byłaby skazana na porażkę, gdyby to nie Luke leciał tym ostatnim X-Wingiem. W “Zemście Sithów” ten potężny Anakin Skywalker (czy raczej świeżo upieczony Darth Vader) ma odegrać jakąś kluczową rolę w przejęciu przez Palpatine‘a władzy nad galaktyką, ale tak naprawdę czystki Jedi dokonują klony-szturmowcy, a Anakin ogranicza się do zamordowania grupki dzieciaczków, by następnie pozwolić na to, by Obi-Wan spuścił mu sromotny łomot. W “Powrocie Jedi” znowuż z dialogów wynika, że fakt, czy Luke da się przeciągnąć na ciemną stronę, czy też nie, ma absolutnie krytyczne znaczenie dla całego świata, jednak także tym razem ktoś musi po prostu zakasać rękawy, wziąć się do roboty i zniszczyć Gwiazdę Śmierci przy pomocy broni konwencjonalnej. Możecie mnie dusić na odległość ile chcecie, ale jak dotąd wyglądało mi jednak na to, że ten “technological terror” jest całkiem niezłą konkurencją dla Mocy. Aż do “Ostatniego Jedi”.

Finałowa walka/niewalka Luke’a z Kylo Renem pokazuje jednak, że Vader miał rację. Po raz pierwszy mamy wyłożoną kawę na ławę. Cały ten Death-Star-tech strzelający ile fabryka dała okazuje się faktycznie bez znaczenia w porównaniu z tym, jak potężny stał się Luke. Odkąd zobaczyłem ostatnią scenę “Przebudzenia Mocy”, wiele razy zastanawiałem się, co też zaprezentuje nam Skywalker po 30 latach treningu. Myślałem sobie, to musi być coś odjechanego w kosmos, a nie kolejna walka na miecze świetlne (nie żebym nie lubił mieczy świetlnych, nie zrozumcie mnie źle, po prostu kilka razy wyraźnie jest powiedziane, że Moc to coś więcej). I nie zawiodłem się. Tą walką Luke pokazał, że choć spotykamy go w tym filmie jako zgorzkniałego starca, to jednak bycie zgorzkniałym starcem nie przeszkadza w byciu jednym z najpotężniejszych Jedi w historii. Trochę jak scena w “Empire Strikes Back”, w której Yoda pokazuje zaszokowanemu Luke’owi, że choć jest tylko małym, śmiesznym, zielonym stworkiem, to potrafi podnieść zatopionego w bagnie X-Winga. Teraz to Luke przejął pałeczkę po Yodzie, co jest o tyle wspaniałe, że mogliśmy oglądać go zarówno jako wielkiego mistrza panującego nad Mocą, jak i młodego, głupiego nastolatka. Scenarzyści pozwolili Markowi Hamillowi odejść z wielką klasą. Niestety Carrie Fisher nie miała tyle szczęścia.

Także ogólnie ta historia jest naprawdę super. Podoba mi się miejsce, w którym znalazła się większość głównych bohaterów. Luke odszedł w chwale, pokazując jakim jest badassem (zauważyliście ten moment, w którym Kylo i Skylwalker szurają butami po pokrytej solą powierzchni planety, ale jedynie but Kylo ściera sól odsłaniając czerwoną ziemię, gdy tymczasem but Luke’a nie zostawia śladu?). Ben Solo udowadnia, że nie jest tylko Emo-Darth-Vader-wanna-be i pokazuje swojemu szefowi, jak grubo się mylił. Rey udowadnia Luke’owi (i sobie samej), że nie stanie się drugim Kylo Renem i że jest godną następczynią Skywalkera. Ba, nawet smutny fakt, że liczebność Ruchu Oporu stała się tak niska, że jest on w stanie zmieścić się na pokładzie Sokoła Millenium, sprawia, że fabuła kolejnego filmu będzie o wiele bardziej interesująca. Oni będą musieli tę Rebelię zbudować od zera, tym razem niemal dosłownie od zera. Jestem ciekaw jak J. J. Abrams to rozwiąże. Swoją drogą to zakończenie jest chyba nawet bardziej mroczne, niż finał “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsty Sithów”. Zresztą cały film jest dość mroczny: główni bohaterowie wciąż w defensywie, ciągle tylko obrywają, nie oszczędzili nawet najsłodszego droida w całej galaktyce – BB8 dostaje srogie baty (na szczęście nie pozostaje swoim oprawcom dłużny). A kiedy już zdobywają McGuffina, do którego główni bohaterowie próbuję dolecieć przez cały film, okazuje się on być rozczarowująco bezużyteczny. Baza, do której docierają rebelianci ma być ocaleniem, ale go nie przynosi. Rebelianci muszą uciekać dalej.

sw2

I takie mroczne, nieco depresyjne zakończenie byłoby super. Niestety producenci nie pozwolili mu wybrzmieć wystarczająco znacząco. Klimat zbliżającej się zagłady, porażki dobrych i tryumfu złych jest dosłownie co minutę przełamywany jakimś dżołkiem czy zabawną sytuacją. Uwiera niespójna atmosfera obrazu. Z jednej strony poczucie osaczenia i fatalizmu, z drugiej strony dowcipy i puszczanie oka do publiki. Nie można było pozwolić temu filmowi, by miał troszeczkę klimatu? Nawet prequele, o których można powiedzieć wiele złego, wiedziały kiedy mają być mroczne, a kiedy zabawne, kiedy miały być lekkie, a kiedy trudniejsze. Faktycznie chyba dzisiaj filmy kręci się nie po to, byśmy mogli zanurzyć się w opowieści i przeżywać ją na serio, ale byśmy mogli robić nawiązujące do nich memy.

Mimo wszystko jestem – niczym uciekające na pokładzie Millenium Falcona niedobitki Ruchu Oporu – pełen nadziei. Gdzieś tam w odległej galaktyce J. J. Abrams zamiata siano gotów znów przejąć rolę reżysera. Mam nadzieję, że otrzymawszy od Riana Johnsona spadek w postaci ciekawego zakończenia, zrobi z “Gwiezdnymi Wojnami” coś nowego, świeżego, ale jednocześnie zachowującego baśniowy klimat tego świata, tak jak to miało miejsce w “Przebudzeniu Mocy”. Help us, J. J. Abrams, you’re are only hope. I lepiej nas nie zawiedź.

Star Wars: The Last Jedi. Czyli o tym, jak wybuchał mi mózg [bez spoilerów]

Obejrzałem “Ostatniego Jedi” i muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie wrażenie ilość zgromadzonych tam idei, wątków, konceptów i zwrotów akcji. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. I szczerze mówiąc, bardzo możliwe, że nigdy się nie dowiem. Bo “Gwiezdne Wojny” to jedna z tych serii, w której zawsze znajdę coś dobrego, nawet jeśli wiem, że dany film jest po prostu zły. Dlatego też, choć deklarowałem już na tym blogu, że nie piszę recenzji, to tutaj pozwolę sobie podkreślić to jeszcze raz. To nie jest recenzja. Raczej strumień świadomości, zbiór moich przemyśleń po obejrzeniu najnowszej odsłony “Star Wars”. Tekst będzie bezspoilerowy, więc można spokojnie czytać. No, chyba, że ktoś boi się, że moje przemyślenia zaburzą czystość odbioru filmu. Wybór należy do Was.

oZih7xA

W trakcie seansu kinowego “The Last Jedi” wciąż wybrzmiewały w mojej głowie dwa pytania: czy mi się podoba to, co widzę i czy to właściwie jeszcze są “Gwiezdne Wojny”? Wszak oczekujemy, że z jednej strony znowu doświadczymy tej samej magii, której doświadczaliśmy wcześniej, z drugiej strony jednak wymagamy, żeby ta historia nas wciąż zaskakiwała. Te dwa powracające pytania prowadziły do trzeciego: czy jeśli odczuwałem, że coś jest “niestarwarsowe”, to czy wciąż ma prawo mi się to podobać? Przecież to uniwersum musi się rozprzestrzeniać, musi się powiększać, więc muszą się pojawiać rzeczy, których jeszcze nie widzieliśmy. Więc trzeba odrzucić gwiezdnowojenny puryzm, stać się trochę bardziej naiwnym odbiorcą tego wszystkiego i uznać, że jeśli coś jest dobre, to jest dobre, a fakt że jest to nowe dla starwarsowego kanonu jest tylko świadectwem ewolucji. Z drugiej strony, jeśli intuicyjnie czujemy, że coś nie pasuje, sprawia, że nie jesteśmy w stanie całkowicie zanurzyć się w znanym nam świecie, to może jednak po prostu jest to złe? Nie wiem, wciąż jestem tutaj rozdarty.

W tej odsłonie odległa galaktyka jest zamieszkana przez bardzo dużą ilość uroczych i czasami bardzo dziwnych zwierzątek i innych stworzeń. Czasami służą jako postaci komiczne, czasami występują w roli lukru, którym pokrywa się ciasto, by było słodsze. Na fabułę mają wpływ rzadko. Nie chciałbym insynuować, że to Disney maczał w tym palce i miał w tym jakiś niecny cel, na przykład sprzedaż większej ilości maskotek i zabawek…? Nie, chyba by tego nie zrobili, muszą pamiętać, że rynek nie zareagował na figurki Jar Jar Binksa jakoś szczególnie entuzjastycznie (choć faktem jest, że stworzonka z “The Last Jedi” mają zdecydowanie więcej uroku, niż Jar Jar. Ale gdy się spojrzy na inny często powracający motyw, a mianowicie żarciki lub zabawne sytuacje co rusz przełamujące naprawdę dramatyczne momenty, to człowiek zaczyna jednak trochę wierzyć w teorie spiskowe. Czyżby producenci z Disney’a przyszli na plan i powiedzieli: “Słuchajcie, w filmach Marvela są ciągle żarciki i ludzie to kochają, robią potem o tym memy. Może tutaj też parę razy puścimy oko do widowni?” Dopuszczam dowcipkowanie w “Gwiezdnych wojnach”, ale przy zachowaniu proporcji i niekoniecznie w najbardziej dramatycznych scenach. Ostatecznie space opera potrzebuje jednak odpowiedniej dozy patosu. Zwłaszcza, że ta część opowieści była bardzo mroczna. A te śmieszkujące sceny tu i tam nie pozwalały się w tym mroku zanurzyć. Może twórcy nie chcieli byśmy dali się przeciągnąć na ciemną stronę mocy?

Widać w tym filmie sporą dozę własnej wizji reżysera Riana Johnsona. W odróżnieniu od J.J. Abramsa, który w “Przebudzeniu mocy” odwoływał się głównie do tego, co już znamy z “Nowej nadziei” i “Imperium kontratakuje”, Johnson podjął spore ryzyko. Czasami niestety owocujące scenami wywołującymi na mojej twarzy minę pod tytułem “WTF?”. Dodatkowo wszystko to – znowuż w odróżnieniu od wersji J.J. Abramsa – zrealizowane z dużym udziałem komputerowych efektów specjalnych. Boję się, że zestarzeją się one równie szybko, co efekty z prequeli. Dość chyba powiedzieć, że były one zauważalne, miałem ich świadomość, a fakt, że widz nie zapomina o nich, że nie pozwalają mu do końca zawiesić niewiary, chyba nie świadczy o nich zbyt dobrze.

Ale najmocniejsze wrażenie wywarło na mnie niesamowite wręcz nagromadzenie wątków i zwrotów akcji, tak spiętrzonych, że mój mózg już w jednej trzeciej filmu zaczął co chwilę wybuchać. Co by nie powiedzieć “Gwiezdne wojny” to – nawet w wypadku zawiłych intryg w galaktycznym senacie, z którymi mieliśmy do czynienia w prequelach – dość proste historie. Mam wrażenie, że gdyby “Ostatni Jedi” miał lepszego scenarzystę, wiedzącego nie tylko co napisać, ale też czego nie napisać, z czego zrezygnować, by opowieść była bardziej spójna, wyszłoby to filmowi na dobre. Rian Johnson wydaje mi się tutaj być podobny do George’a Lucasa. Film sprawia wrażenie, że za scenariuszem stoi wizjoner, posiadający naprawdę oryginalne pomysły, któremu jednak brakuje rzemieślniczego warsztatu scenarzysty. Bo to, co Rian Johnson chciał opowiedzieć, jest naprawdę fascynujące. Niestety trochę mam wrażenie, że w tym wypadku jakość wykonania sprawia, że publiczność nie doceni pomysłu.

Damn, strasznie negatywny wyszedł ten tekst! Chyba jednak aż tak negatywnie nie było, nie? Bo ostatecznie trzeba sobie zadać pytanie: czy dobrze się bawiłem? Czy doświadczyłem starwarsowej magii? Na tę chwilę, w której piszę te słowa, odpowiedź jednak bardziej brzmi “tak”, niż “nie”. Mimo wielu problemów jakie mam z tym filmem, niewątpliwie ratuje go zakończenie. Miejsce, w którym finalnie znaleźli się główni bohaterowie sagi. Kierunek, w którym ostatecznie poszła ta opowieść. Nie mogę nic więcej powiedzieć, nie spoilerując, więc powiem tylko, że zakończenie było dla mnie zaskoczeniem i jednocześnie dokładnie tym, czego oczekiwałem. To chyba brzmi – mimo wszystkich wad filmu, które wymieniłem powyżej – jak całkiem niezła rekomendacja, nie? Zresztą może po prostu podoba mi się, bo bardzo chciałem, żeby mi się podobał? Nie wiem. Wiem, że i tak na ten film pójdziecie. Ja na pewno pójdę jeszcze raz, by móc jeszcze więcej zastanawiać się, analizować i snuć teorie. I zapewne napisać jeszcze co najmniej jeden tekst.

 

Marvel’s The Punisher S01. Czyli Rambo powraca do Ameryki [generalnie bez spoilerów]

To co mi się w postaci Punishera podoba, to prostota jego historii. Mafia zabiła mu rodzinę, więc teraz on zabija mafię. Po prostu opowieść o zemście, w której ci źli wreszcie obrywają tak, jak na to zasłużyli. Wszak Frank Castle jest byłym żołnierzem piechoty morskiej, więc tym razem gangsterzy zadarli z niewłaściwą osobą. Twórcy netfliksowego serialu zaproponowali jednak reinterpretację Punishera. Uwypuklili znaczenie faktu, że Frank Castle jest weteranem wojennym, eksploatując takie wątki, jak choćby zespół stresu pourazowego. To wciąż historia zemsty faceta, który stracił żonę i dzieci, ale także człowieka, który, jak wielu swoich towarzyszy broni, najpierw został wykorzystany przez swój rząd do odwalenia brudnej roboty, a następnie stał się zbędny, a nawet szkodliwy. Dlatego choć Punishera i Johna Rambo dzieli wiele różnic (i łączy jeden wspólny mianownik – ilość trupów ścielących się wokół obydwu panów) – w netfliksowej odsłonie postać grana przez Jona Bernthala znacznie bardziej przypomina bohatera granego przez Sylvestra Stallone’a.

The-Punisher-1-600x416

Oglądając “Punishera” dostałem coś nieco odmiennego od tego, czego się spodziewałem. Nie będzie chyba wielkim spoilerem, jeśli zdradzę, że klasyczna historia Franka Castle’a, czyli brutalne i bezwzględne mordowanie brutalnych i bezwzględnych mafiozów bezpośrednio odpowiedzialnych za śmierć jego rodziny, została przez Netfliksa streszczona w pięciominutowym montażu scen łamania gangusom kości kołami ciężarówki i duszenia zbójów ich własnymi krawatami. Następnie przechodzimy do mrocznego, wypełnionego pustką życia mściciela, który porzucił już swoją, uosobioną przez strój z białą czachą, personę i próbuje resztkę swej marnej egzystencji spędzić wtapiając się w tłum, znikając. Castle, niczym klasyczny campbellowski heros, opiera się wezwaniom ku przygodzie i wypełnieniu swojego przeznaczenia, jakim jest mordowanie kolejnych przestępców, aż do momentu, gdy okazuje się, że już ukarani zabójcy jego żony i dzieci byli zaledwie narzędziem w rękach kogoś znacznie potężniejszego. By za bardzo nie zaspoilerować, powiem tylko tyle, że służby wywiadowcze USA i prane przez nie brudy odgrywają tutaj pełną rolę.

Przyznam, że część mnie jednak żałowała, że Punisher nie będzie po prostu rozwalał w klasyczny komiksowy sposób (przynajmniej w moim rozumieniu klasycznego komiksowego sposobu) tych mafiozów, którzy nadal chodzą w kapeluszach, palą cygara i jedzą spaghetti. Zamiast tego dostałem nieco bourne’owską intrygę i historię o samotnym wojowniku, który oprócz pomsty za rodzinę podejmuje walkę z establishmentem o honor swoich poległych towarzyszy broni i odrzuconych przez społeczeństwo weteranów. Ale część mnie oglądała dalej. Aż w oka mgnieniu obejrzałem cały sezon i zacząłem niecierpliwie sprawdzać, kiedy też zostanie na streamingowej platformie pojawi się kolejny.

Dlaczego? Ponieważ – damn you, Marvel! damn you, Netflix! – ten serial jest tak dobrze zrobiony. I nie chodzi tutaj tylko o dobry scenariusz, grę aktorską, zdjęcia czy ścieżkę dźwiękową. Choć nie widziałem dotąd żadnego marvelowsko-netfliksowskiego serialu, domyślam się, że nie schodzą one poniżej pewnego poziomu, jeśli chodzi o filmowe rzemiosło. Chciałem wiedzieć, co wydarzy się w następnym odcinku nie dlatego, że scenarzyści fundowali mi co chwilę emocjonujące cliffhangery, które – umówmy się – są siłą napędową współczesnej serialozy. Do oglądania kolejnych odcinków popychał mnie fakt, że obchodzili mnie główni bohaterowie. Scenarzystom udało się stworzyć niejednowymiarowe postacie, które wzbudzają w widzu autentyczne emocje. Z jednej strony rozumiemy motywy postępowania Franka Castle’a, jego wspólnika w zemście Davida “Micro” Liebermana czy pochodzącej z Iranu agentki Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Dinah Madani. Z drugiej zaś strony są to postacie na tyle złożone, że nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć ich następny ruch. Czyli, w sumie twórcy “Punishera” zapewniają nam to, co powinna zapewniać nam każda historia, ale bardzo często… no cóż, nie zapewnia nam tego. Nawet czarne charaktery, choć wciąż są – w superbohaterskim, komiksowym stylu – nieco przesadzonymi geniuszami zła, nie są postaciami jednowymiarowymi.

Widz, który sięgnie po Punishera z chęcią oglądania porządnej rozwałki, z pewnością otrzyma jej dużą dawkę, czasami o stopniu brutalności, który zaniepokoiłby nawet Quentina Tarantino. Kto chce dobrego serialu sensacyjnego, na pewno nie będzie rozczarowany, a jednocześnie otrzyma – pomijając już przewijające się wątki wojennej traumy i wyobcowania – chwytającą za serce historię o stracie, rozłące, tęsknocie, rodzinie. Twórcom udało się bowiem przydać całej tej przemocy jakiejś głębi. O ile scenarzyści i reżyserzy nie poświęcili zbyt wiele ekranowego czasu rodzinie Franka (pojawia się ona niemal wyłącznie w impresyjnych obrazach prześladujących sny tytułowego bohatera), to w pewnym sensie dzięki partnerowi Punishera – Micro, zyskujemy wgląd w duszę człowieka, który stracił rodzinę. David Lieberman mógłby być wyłącznie nerdem, stukającym w klawiaturę kompa facetem w fotelu, a jest chyba postacią z całego serialu najbardziej przyciągającą. I pozwalająca zrozumieć także Castle’a. I choć nie uważam, że Punisher – szczególnie w erze masakr dokonywanych przy użyciu broni palnej – powinien być wzorem do naśladowania dla kogokolwiek, to niezależnie od tego, jak go oceniamy, możemy przynajmniej zrozumieć, co tak naprawdę nim kieruje.

Oczywiście podobnych wątków rodzinnych w serii filmów o Johnie Rambo raczej nie uświadczymy. Ale jeśli interpretować Rambo jako opowieść o człowieku przenicowanym na maszynę do zabijania, która obraca się przeciwko swoim twórcom i postanawia wykorzystać jedyny talent jaki posiada, talent do rozwałki, by chronić słabszych, to Punisher w wykonaniu Netfliksa staje się Rambo, który po wieloletniej tułaczce po krajach dalszego i bliższego Wschodu powraca do Ameryki.

Scenarzyści serialu poświęcili wątkowi zespołu stresu pourazowego sporo miejsca, podkreślając, że z powodu wojennej traumy cierpi także sam Frank Castle. To tylko wzmacnia w moim odczuciu jego podobieństwo do Rambo. Ale czy Punisher jest mniej czy bardziej wierny komiksowemu pierwowzorowi, czy jest mniej lub bardziej podobny do innego, jakże charakterystycznego bohatera popkultury, to poświęcony mu serial jest niewątpliwie wart obejrzenia. Choć – to także nie będzie chyba żaden spoiler – cały sezon jest praktycznie zamkniętą historią, niemal wszystkie wątki są w satysfakcjonujący sposób rozwiązane, jestem ciekaw kolejnej serii. Bo interesuje mnie, co stanie się dalej z bohaterami, których polubiłem, choć są dalecy od ideału.

Motörhead – Under Cöver. Czyli o tym, jak rynek muzyczny zmienił się mniej, niż byśmy sobie tego życzyli

Teoretycznie muzyki powinno się słuchać dla samej muzyki. Nie oszukujmy się jednak, towarzysząca jej otoczka najczęściej ma wpływ na jej odbiór. To jak artysta prezentuje się na scenie ma wpływ na to jak postrzegamy samą muzykę, nawet jeśli mówimy o konkursie chopinowskim. Znajomość okoliczności towarzyszących powstaniu jakiegoś utworu może diametralnie zmienić naszą jego interpretację. Niestety tak było w moim przypadku, kiedy sięgnąłem po “Under Cöver” Motörhead. I zamierzam pewne fakty związane z tym wydawnictwem wyjawić. Więc jeśli nie chcecie ryzykować utraty radości ze słuchania tego albumu, nie czytajcie dalej tego tekstu.

Motörhead_Under_Cover_album_cover

Jak sama nazwa wskazuje, na nowym albumie Motörhead znalazły się same covery. Utwory z repertuarów innych wykonawców sprawdzają się w ich interpretacji bardzo różnie. Z jednej strony kowerowanie thrashowego “WhiplashMetalliki przez zespół, który zapoczątkował thrash, to pewniak i samograj, a w śpiewanym przez Lemmy’ego “God Save The Queen” jest jeszcze więcej bezczelności i obrazoburczości, niż w wersji Sex Pistols. Z drugiej strony w “Breaking the LawJudas Priest czy “Cat Scratch FeverTeda Nugenta panowie grają równo i w ogóle, ale Motörhead nie wnosi do tych piosenek jakiejś szczególnej świeżości. Ale nawet jeśli zespół wykonuje utwór innego artysty w sposób nieszczególnie nowatorski, to fajnie jest tego posłuchać, jeśli czuć, że muzycy dobrze się bawią grając go. I tak mogłoby być i w przypadku tego albumu. Tylko, że słuchając “Under Cöver” nie czuć funu z grania i charakterystycznego dla Motörhead apetytu na życie. Czuć za to charakterystyczną dla przemysłu płytowego chciwość.

Bo nie oszukujmy się, nowy album Motorhead to klasyczny przykład robienia przez biznesmenów w garniturach hajsu na śmierci lidera jednego z najsłynniejszych rock and rollowych zespołów świata. I choć nie jest to zjawisko nowe, ten przypadek wyróżnia się wyjątkową perfidią. Dodatkowo album ten jest świadectwem, że w ostatnich dekadach rynek muzyczny nie zmienił się za bardzo na lepsze, wszak Internet miał zdemokratyzować stosunki między konsumentami muzyki, a jej twórcami. Tymczasem okazuje się, że wciąż silniejsi i bogatsi mogą oszukiwać fanów, sprzedając im starego, odgrzewanego kotleta, zawiniętego w nową, błyszczącą folię aluminiową. I to wszystko niestety trochę mi psuje odbiór czysto muzycznej strony płyty.

Trzeba przyznać, że wydanie po śmierci lidera Motörhead, Lemmy’ego Kilmistera, albumu z coverami jest posunięciem dość przebiegłym. Wytwórni płytowej udało się stworzyć wrażenie, że albo jest to album przygotowywany przez zespół w ostatnim czasie, tylko lider zespołu zmarł, zanim płyta została wydana, albo jest to zbiór wcześniej niepublikowanych piosenek. Nie jest to jakiś tam ordynarny “The Best of Motörhead. Smutno ci, że twój idol umarł? Upamiętnij go kupnem składanki najlepszych przebojów i wysoką premią świąteczną dla zarządu wytwórni płytowej”. Tylko, że “Under Cöver” nie był przygotowywany przez Motörhead, a przez korporacyjnych urzędników. I wcale nie zawiera wcześniej niepublikowanego materiału. Na jedenaście piosenek, zaledwie dwie (“HeroesDavida Bowiego i “Rockaway Beach” Ramonesów) nie ukazały się nigdy na żadnym oficjalnym wydawnictwie. W dodatku co najmniej jeden z numerów (mam na myśli “Hellraiser“) był całkiem dużym hitem i jest chyba znany nawet mniej zagorzałym fanom Motörhead, a inny (“Sympathy For The Devil“) jest z kolei utworem z… poprzedniego albumu grupy.

Dlaczego tak mnie to denerwuje? Z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że wydaje mi się to rozmienianiem na drobne dziedzictwa artysty, który wsławił się tym, że nigdy się nie sprzedał. Autentyczność w muzyce rockowej jednak odgrywa, cóż, sporą rolę. A Lemmy Kilmister był najlepszym przykładem rzeczywistej realizacji etosu rock and rollowca. I nie chodzi mi tylko o to, że tuż przed swoją śmiercią, mimo siedemdziesiątki na karku, nadal jakby nigdy nic popijał Jacka Danielsa i palił czerwone Marlboro. Chodzi także o to, że mimo, że w ostatnich dekadach Motörhead stało się marką umieszczaną nie tylko na t-shirtach i kubkach, ale i na butelkach wina i wibratorach (sic!), co z pewnością owocowało milionowymi przychodami, Lemmy nadal mieszkał w dwupokojowym mieszkaniu, a zespół, mimo, że pewnie mógłby żyć wyłącznie z tantiem, regularnie wydawał nowe płyty i ruszał w trasy. To był przykład artysty, który nigdy nie zniżył się do chamskiego odcinania kupnów od dawnej chwały, ponieważ kochał to, co robił i robił to, ponieważ to kochał, a nie ponieważ potrzebował kupić nowe Lamborghini. A to, że teraz Lemmy nie żyje i Motörhead nie wyda kolejnej płyty, to przecież jeszcze nie znaczy, że wytwórnia ma w tym roku zarobić mniej złotych monet.

Po drugie wkurza mnie to dlatego, że ten album jest zbiorem piosenek, który byłby całkiem miłą i przyjemną playlistą na Spotify. Ale fakt, że ktoś zrobił z tego płytę, sprzedaje ją w formie fizycznej (w polskich sklepach internetowych można płytę kupić już od 68,06 PLN, słownie sześćdziesięciu ośmiu złotych sześciu groszy!) i zbija na wiernych fanach grube pieniądze psuje sporą część funu ze słuchania muzyki. Jest 2017 rok! Teoretycznie w erze internetu i streamingu fani muzyki nie muszą już działać pod dyktando przemysłu płytowego. Mogą wybrać dwie niepublikowane wcześniej piosenki Motörhead na iTunes, zapłacić za nie w sumie dwa dolary, a resztę forsy przeznaczyć na – nie wiem – np. na płytę jakiegoś mało znanego startującego zespołu…? Niestety, rzeczywistość jest inna, internet wcale nie zdemokratyzował rynku muzycznego. Showbiznesem cały czas rządzą panowie w drogich garniturach palący śmierdzące cygara, którzy dopóki będą mogli wcisnąć ludziom odgrzewanego kotleta za grube pieniądze, będą to robić. Nie będą ryzykować inwestując w młodych nieznanych artystów, kiedy – żerując na autentycznym uwielbieniu fanów, które samo w sobie nie jest przecież złe – mogą wycisnąć starego dobrego Lemmy’ego, jak cytrynę. Bo jeśli myślicie, że kupując płytę Motörhead, wspieracie materialnie Motörhead, to się mylicie – głównym beneficjentem nadal są ludzie, którzy jedynie pośredniczą w wymianie dóbr między muzykiem a słuchaczem. Czyli jak za starych, niekoniecznie dobrych czasów.