[No, to obejrzałem w końcu]: “Harry Potter – 20. rocznica: Powrót do Hogwartu”

Muszę przyznać, że Hogwart to szkoła, która zapewnia swoim absolwentom całkiem niezłą przyszłość. Nasuwają mi się porównania z analogiczną i równie bezwstydnie żerującą na nostalgii produkcją HBO, a mianowicie z programem “Przyjaciele: Spotkanie po latach“.

Widać spory kontrast pomiędzy obsadą “Przyjaciół” a obsadą “Harry’ego Pottera”. Jasne, wiem, że odtwórcy ról Rachel, Rossa, Moniki, Chandlera, Phoebe i Joey’a są po prostu dwie dekady starsi. Że te wszystkie botoksy i wybielanie zębów może jeszcze czekają Daniela Radcliffe’a, Emmę Watson i Ruperta Grinta.

Ale z drugiej strony, ta trójka (i jeszcze sporo osób towarzyszących im na drugim planie), to byli dziecięcy aktorzy, przez 10 lat swojego życia zaangażowani w jedną franczyzę. Ryzyko, że wpadną w alkoholizm, anoreksję, bulimię, narkotyki czy depresję było w ich przypadku ultra wysokie. I choć niektórzy z nich byli blisko upadku na samo dno, młodzi aktorzy wyszli z tego obronną ręką. A przynajmniej tak to wygląda.

Odtwórcy głównych ról w “Przyjaciołach”, jeśli nawet nie zmagali się z depresją czy uzależnieniami, to zmagali się z zaszufladkowaniem. Gros tych dwudziestu lat, które minęły od ostatniego klapsa na planie serialu, amerykańscy aktorzy spędzili na tym, żeby o “Przyjaciołach” zapomnieć, a ściślej, żeby publiczność o nich zapomniała. Żeby dostrzegła, że nie są tylko postaciami z ukochanego serialu, ale także wszechstronnymi aktorami.

Wydaje się, że dopiero niedawno Jennifer Aniston czy Matthew Perry pogodzili się z tym, że chyba zawsze już będą Rachel czy Chandlerem. I że to jest ok. Emma Watson czy Daniel Radcliffe nigdy chyba nie padli ofiarą podobnego zaszufladkowania i mieli szansę rozwijać się w swoim zawodzie, próbować nowych rzeczy. Choć przecież ludzie nie zapomnieli, że są Harrym i Hermioną.

Może po prostu mieli więcej szczęścia? Może mieli szansę urodzić się w nieco lepszych czasach? Może to po prostu to trzeźwe podejście do życia, które odróżnia Wielką Brytanię od oderwanego od rzeczywistości Hollywood? A może Hogwart to po prostu dobra szkoła, która przede wszystkim dba o to, żeby uczniowie byli spełnieni i szczęśliwi?

[Przyznać się, kto oglądał?]: “Dinotopia”

Dla tych, którzy nie kojarzą, “Dinotopia” to mini serial z lat dwutysięcznych o tajemniczej wyspie, gdzie ludzie żyją w całkowitej harmonii z gadającymi, inteligentnymi dinozaurami. Wyglądał trochę, jakby akcja “Jurrasic Parku” rozgrywała się w pałacu królowej Amidali z “Gwiezdnych Wojen”. W produkcji wystąpili m.in. David Thewlis (profesor Lupin z serii o Harrym Potterze), Wentworth Miller (który kilka lat później został gwiazdą serialu “Prison Break”) czy Jim Carter (pan Carson z “Downton Abbey”).

Fragment plakatu promującego serial “Dinotopia”

Szczerze mówiąc niewiele pamiętam z “Dinotopii”, ale muszę powiedzieć, że niezależnie od tego, jaką to właściwie miało fabułę, te gadające dinozaury spacerujące po antycznym, śródziemnomorskim mieście na ukrytej przed światem wyspie to jest wizja absolutnie odjechana!

Dodatkowo w toku internetowo-wikipedycznej wyprawy w głąb mojego dzieciństwa odkryłem, że serial był adaptacją serii ilustrowanych książek autorstwa malarza Jamesa Gurney’a. Klimat jego obrazów przywodzi na myśl takich artystów, jak Henryk Siemiradzki czy John William Godward. Tylko, że z dinozaurami. I to jest jeszcze bardziej odjechane! A przy tym naprawdę piękne.

James Gurney, Ilustracja z okładki książki “Dinotopia”

Dzieła Gurney’a można znaleźć na jego stronie. Artysta jest także aktywny na Instagramie.

Jedna z ilustracji z książki “Dinotopia” Jamesa Gurney’a

Najfajniejsze albumy z lat 2011-2020 (część 1)

Pewnie się zastanawiacie: dlaczego robię ranking najfajniejszych płyt 2011-2020, a nie ranking najfajniejszych płyt 2010-2019, jak wszyscy? Otóż chciałem zrobić ranking najfajniejszych płyt drugiej dekady XXI wieku. A ta skończyła się wraz z końcem 2020 roku, a nie tak, jak większość osób (błędnie) zakłada, z końcem 2019 roku. Zawsze, gdy widzę, że te podsumowania dekady 2010-2019, to włącza się mój wewnętrzny historyk (i periodyzacyjny faszysta) i mówię sobie, jeśli druga dekada XXI wieku zaczyna się w 2010 roku, to znaczy, że druga dekada I wieku naszej ery zaczynałaby się w 10 roku naszej ery. A to by oznaczało, że pierwsza dekada I wieku zaczynałaby się w roku 0. Tylko, że nie ma czegoś takiego, jak rok 0. Jest tylko 1 rok naszej ery i 1 rok przed naszą erą. Dlatego wszyscy zawsze mówią, że XX wiek nie zaczął się w 1900 roku, tylko w 1901 roku!

Drugie pytanie, jakie wam się nasuwa to: dlaczego ranking pojawia się dopiero w 2022 roku, a nie w 2021? Odpowiedź jest oczywiście bardzo prozaiczna. Nie wyrobiłem się. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że w 2021 roku robiłem swoją własną płytę i to było dość czasochłonne. Niemniej nie poddaję się i może nawet do końca 2022 roku opublikuję całość. Na razie łapcie pierwszą część. Jak zwykle, kolejność albumów jest chronologiczna. Enjoy!

Destroyer – Kaputt

Jeśli patrząc na nazwę zespołu i tytuł płyty, spodziewacie się niemieckiego thrash metalu, niestety muszę Was rozczarować. Ta płyta to indie pop w najczystszej postaci. Delikatna sekcja rytmiczna, kobiece chórki, syntezatory i saksofon, ładne melodie i raczej proste rytmy. To jest to, co usłyszycie na tej płycie. Ale oczywiście, jeśli indie popowy zespół nazywa się Destroyer, to jednak możecie się spodziewać, że to nie do końca jest muzyka, którą można usłyszeć w sklepie z dżinsami w Factory.

Bo “Kaputt” to melancholijna podróż w dziwaczny, pełen onirycznych miraży świat lidera grupy, kanadyjskiego songwritera Dana Bejara. Na co możecie się natknąć w czasie tej wycieczki najlepiej obrazuje chyba teledysk do tytułowego utworu oraz jego tekst:

Wasting your days

Chasing some girls, alright

Chasing cocaine through the back rooms

Of the world all night

A podróży tej towarzyszyć będą Wam przepiękne melodie i aranżacje, w których wszystko się zgadza. No i nie zapominajmy o absolutnie bezbłędnym saksofonie w wykonaniu Josepha Shabasona. Przy czym uroda tej płyty ani na chwilę nie ociera się o banał.

Elvis Deluxe – Favourite State of Mind

Elvis Deluxe poznałem jeszcze kiedy byłem piękny, dwudziestoletni. To był, jak to się wówczas mówiło, dobry stołner. Kiedy masz dwadzieścia lat, to wszystko, co ma obniżone stroje i dużo przesteru, jest dobrym stołnerem. Nie muszę chyba mówić, że nie wszystkimi zespołami, którymi wtedy się jarałem, jaram się do dzisiaj. Ale z Elvis Deluxe tak nie jest. Zwłaszcza z tą płytą. Ten album nie tylko dobrze znosi próbę czasu – wracając do niego, odkrywam, że można go lubić jeszcze bardziej, na nowe sposoby.

“Favourite State of Mind” to jedna z tych płyt nagranych oldschoolowymi technikami. Takie Led Zeppelin na sterydach. Mamy tutaj prawdziwe organy Hammonda, bębny nagrywane w windzie towarowej i tak dalej. I to wszystko pięknie tutaj gra. Z dobrodziejstwem inwentarza, bo tego pogłosu z windy już się potem nie da usunąć w post-produkcji, więc jeśli w miksie wchodzi w drogę gitarom, trzeba to po prostu zaakceptować. Urok nagrań z lat siedemdziesiątych polega między innymi na tym, że nie wszystko jest doskonałe. Ta płyta ma brzmienie, które nie każdemu musi się spodobać, ale to jest brzmienie autentyczne. Słychać, że Elvis to zespół, który ma wystarczająco dużo doświadczenia, by nagrywać w ten sposób, przy czym nie ma tutaj żadnego dziaderstwa.

A wracając do odkrywania tego albumu wciąż na nowo. Kiedyś najbardziej na tej płycie podobały mi się takie złodupcze bangery, jak “Let Yourself Free“, “Out All Night” czy “The Apocalypse Blues“. Dzisiaj zdecydowanie bardziej zachwycam się bardziej lirycznymi numerami, takimi jak “Fade Away” czy “A Place To Stay”. Dla tych, którzy nie mieli nigdy szansy usłyszeć tego albumu: “bardziej liryczne” to znaczy, że gitary nadal są ultra przesterowane, wokal nadal jest skandowany, a bas pulsuje tak, jak byście byli na Arrakis i właśnie gdzieś niedaleko pod piachem pełzał piaskal. Tylko po prostu jest bardziej melodyjnie i bardziej refleksyjnie. Zresztą, moim ukochanym numerem, zarówno dziś, jak i wtedy, gdy ta płyta została wydana, jest utwór “Fire (Loveboy)”. Z jednej strony brzmi on, jak piosenka miłosna, ale z drugiej strony jest to urywająca ryj petarda.

Black Country Communion – 2

W teorii Black Country Communion ma wszystkie elementy, żeby być totalną katastrofą. Nie dość, że jest supergrupą, co samo w sobie jest ryzykowne, to jeszcze jest supergrupą złożoną z wirtuozów. Mając w składzie byłego basistę Deep Purple Glenna Hughesa, syna perkusisty Led Zeppelin Jasona Bonhama, urodzone ćwierć wieku za późno cudowne dziecko bluesa Joe’ego Bonamassę i – najlepsze sobie zostawiłem na koniec – klawiszowca Dream Theater (ugh!) Dereka Sheriniana, trudno nie brzmieć, jak grupa pretensjonalnych, przebrzmiałych wąsaczy. Do tego dodajmy walkę o pozycję samca alfa w dziedzinie bezpłodnych popisów instrumentalnych i mamy to.

A jednak tej supergrupie udało się zrobić dobrą muzykę. I to drugi raz! Wszak “2” to już druga płyta w wykonaniu tego zespołu, po równie dobrym debiucie z 2010 roku. Black Country Communion gra z takimi jajami, że słuchając tego zapomina się, że rok 1972 był już 50 lat temu, a hard rock już rzadko bywa nowatorskim gatunkiem. Bo owszem, Black Country Communion nie wymyśla rocka na nowo, ale też nie trąci naftaliną. Owszem są popisy i solówki, ale są one zwinnie wplecione w dobre piosenki.

I paradoksalnie słuchając tego albumu, mam wrażenie, że ta energia, świeżość i przebojowość to przede wszystkim zasługa Glenna Hughesa i jego umiejętności zręcznego łączenia starego z nowym. Hughes, który pełni w Black Country Communion zarówno obowiązki basisty, jak i wokalisty, jako jedyny posiada legitymację emeryta i jako jedyny nie był już dzieckiem w epoce, do której odwołuje się twórczość supergrupy. A jednak to on – pokolenie starszy od pozostałych członków zespołu – zdaje się być elektrownią zasilającą tę machinę. No i – umówmy się – wygląda sto razy bardziej cool, niż pozostali.

Bon Iver – Bon Iver


Bon Iver podbił serca miłośników jesieniarskich soundtracków swoją debiutancką płytą “For Emma, Forever Ago” z 2008 roku, gdzie przy akompaniamencie indie folkowej gitary zespół zaprezentował niepodrabialny falset wokalisty. Ta płyta była ciepłym kocykiem, w który wielu fanów chciało by się owinąć w zimny, deszczowy dzień. Pokusa, żeby przykryć swoich słuchaczy jeszcze drugą warstwą takiego samego kocyka była na pewno silna. Niemniej amerykański grupa pod przewodnictwem Justina Vernona postanowiła zaryzykować i wyjść ze strefy komfortu.

Na drugiej płycie zespołu, zatytułowanej po prostu “Bon Iver”, sekcja rytmiczna – prawie nieobecna na debiucie – odgrywa ważną rolę, a jej partie często są rozbudowane. Aranżacje są dużo bardziej epickie, usłyszymy też takie instrumenty, jak saksofon czy syntezator. A na przykład w zamykającym album utworze “Beth/Rest” oprócz lap steelowej gitary, mamy jeszcze elektroniczne bębny, ejtisowe pianino i przesterowaną gitarę grającą na odkręconym na maksa delay’u. No, nie jest to instrumentarium, którego spodziewasz się po swoim lokalnym indie folkowym singerze-songwriterze.

A jednak biorąc to wszystko pod uwagę, nie można powiedzieć, że jest to płyta zupełnie inna, niż jej poprzednik. Wszystko, co stanowiło urok “For Emma, Forever Ago” wciąż tu jest. Muzyka ta wciąż brzmi ciepło, miękko i cicho, a falset Vernona wciąż czule głaszcze słuchacza po głowie. “Bon Iver” to tak zręczny przykład łączenia zupełnie nowych elementów z kontynuacją starych tradycji, że powinni o tym pisać w podręcznikach łączenia zupełnie nowych elementów z kontynuacją starych tradycji.

Mastodon – The Hunter

Należę do tych mięczaków, którzy wolą późnego Mastodona od wczesnego. Zainteresowałem się Mastodonem jeszcze w erze ich pierwszych trzech płyt, kiedy to łoili metal wystarczająco ambitny i innowacyjny, by zainteresowali się nim recenzenci z Pitchforka czy Porcys, a jednocześnie wystarczająco bezkompromisowy, by nie zostać oskarżonym o zdradę przez pryszczatych licealistów. Podobał mi się ten wczesny Mastodon, bo zaspokajał potrzebę przeżyć granicznych dla mojego ucha i do dzisiaj pozostaję zdania, że te pierwsze trzy albumy zespołu z Atlanty to są bardzo dobre albumy.

Przełomem dla Mastodona była płyta “Crack the Skye” z 2009 roku. To na niej po raz pierwszy na dużą skalę growlujące wokale ustąpiły melodyjnym harmoniom śpiewanym przez cały zespół. W ogóle zrobiło się dużo bardziej melodyjnie, a dodatkowo panowie postanowili jeszcze, że będzie to prog rockowy koncept album. W jakiś sposób amerykański kwartet zdołał wymyślić siebie na nowo jednocześnie w pełni pozostając sobą, odnieść przy tym sukces zarówno jeśli chodzi o słupki sprzedaży, recenzje, jak również – i to jest jednak pewien fenomen – jeśli chodzi o fanów.

Wierzcie mi, że zmierzam do sedna! Otóż o ile “Crack the Skye” było eksperymentem, który się powiódł i pozwolił na obranie nowego kierunku w historii zespołu, to dopiero jego następca – wydany w 2011 roku “The Hunter” – można uznać za prawdziwy początek nowego etapu w karierze grupy z Georgii.

Na “The Hunter” skrystalizował się nowy mastodonowy styl i do dzisiaj – mimo wydania kolejnych trzech albumów – pozostaje szczytowym osiągnięciem zespołu. “The Hunter” to jedna z tych płyt, na których idealnie wyważone są proporcje. Pomiędzy riffami a melodiami, pomiędzy wrzaskiem a śpiewem, pomiędzy wpierdolem a łagodnością, pomiędzy nowoczesnością a nawiązaniami do klasyki.

Orange Goblin – A Eulogy for the Damned

Orange Goblin to zespół, który przybył na ziemię z innego wymiaru, znajdującego się gdzieś pomiędzy rockiem a metalem. Ja wiem, że wiele zespołów operuje w szarej strefie między tymi dwoma gatunkami i że właściwie trudno rozdzielić te dwa nurty. A jednak nikt tak bezszwowo nie łączy ze sobą najlepszych aspektów tych gatunków, jak Pomarańczowy Chochlik.

“A Eulogy for the Damned” jest po prostu kolejnym świetnym efektem zastosowania tej magicznej formuły. Riffy są ciężkie jak beton, ale muzyka ma mnóstwo groove’u. Głos Bena Warda jest warczący, ale zarazem piekielnie melodyjny. Co wyróżnia ten album to bezbłędne piosenko-pisarstwo i doskonała produkcja.

Właściwie w żadnym z dziesięciu numerów znajdujących się na “A Eulogy For The Damned” nie ma jakiegoś niepotrzebnego fragmentu, żadnej dłużyzny. Wpadające w ucho riffy i refreny sprawiają, że można w kontekście tego albumu użyć słowa “przebojowy”, które chyba nie jest ulubionym słowem fanów metalu, ale mi ono totalnie nie przeszkadza. Podobnie jak to, że wiele riffów i solówek na tej płycie brzmi mocno bluesowo i pentatonicznie. Brytyjczycy mówią językiem klasycznego rocka z ogromną swobodą i naturalnością, nie popadając przy tym w pub rockowy banał – być może za sprawą tego, że brzmienie “A Eulogy For The Damned” to ściana przesterowanych gitar i ryku Bena Warda, przez którą przebijają się tylko strzały uderzeń w werbel.

Być może wielu fanów brudnego, garażowego brzmienia Orange Goblin było rozczarowanych nowym, nieco bardziej wyrafinowanym soundem, zaprezentowanym przez londyńczyków na tym krążku. I faktycznie, za bardzo wycyzelowana, wyczyszczona produkcja mogła totalnie wyprać brzmienie zespołu z jakiegokolwiek koloru. Tylko że w przypadku “A Eulogy For The Damned” jest to zrobione tak w punkt, że działa na korzyść. Szczególnie zamykający płytę utwór tytułowy to jest produkcyjny majstersztyk. Wszystko tam się pięknie zgadza. Zresztą tak, jak na całym albumie.

Tenacious D – Rize of the Fenix

Zawsze podziwiałem utalentowanych muzyków, którzy swoje wirtuozerskie umiejętności składają na ołtarzu robienia sobie jaj. Bo wiecie, jeśli latami szlifujecie w pocie czoła swój warsztat, a potem robicie piosenki o penisach i odbytach, to nikt nie będzie was traktował poważnie. A jednak większość ludzi, jeśli przez całe życie ćwiczy po kilka godzin dziennie grę na instrumencie (albo śpiew), to jednak potem chce zebrać za to prestiż i szacunek adekwatne do zainwestowanego w to wszystko wysiłku i wyrzeczeń.

Tenacious D to chyba najbardziej emblematyczny przykład zespołu, który świadomie rezygnuje z tego całego blichtru, by uprawiać wybitną błazenadę. A “Rize of the Fenix” to jeden z ich najlepszych albumów, jeśli nie najlepszy. Jack Black i Kyle Gass chyba nigdy z taką precyzją nie żonglowali muzycznymi i popkulturowymi toposami. Niemal wszystkie są trafione, a ich warstwa słowna jest splątana z muzyczną w sposób, który sprawia, że całość bawi jeszcze bardziej.

Ale co może najważniejsze “Rize of the Fenix” to pierwszy w karierze Tenacious D moment, kiedy na policzku klauna pojawia się też łza. To pierwszy album, który można nazwać osobistym. Całe to powstawanie feniksa z popiołów to podnoszenie się po box office’owej porażce nakręconego przez duet filmu “Pick of Destiny” z 2006 roku, po której zespół zawiesił działalność. W międzyczasie Jack Black stał się gwiazdą blockbusterów, a Kyle Gass… no, cóż… tym drugim gościem z Tenacious D, do czego nawiązuje piosenka “The Ballad Of Hollywood Jack And The Rage Kage”. Z kolei “Roadie” to hołd złożony wszystkim ekipom obsługującym koncerty, a zawsze pozostającym w cieniu muzyków występujących na scenie. W tej piosence jest pełno klisz i narracją o tym, że bez pomocy technicznych całe to ubóstwianie gwiazd rocka nie byłoby możliwe. I kiedy Jack Black śpiewa “And when the crowd roars, brings a tear drop to the roadie’s eyes”, to oczywiście śmieję się, ale też kręci mi się w oku łezka.

Slash – Apocalyptic Love

Slash jest uosobieniem rock and rolla. Kropka. Nieuczesane kręcone włosy, ciemne okulary, papieros w ustach. Możecie go lubić czy nie, ale Saul Hudson jest symbolem tego stylu życia i tego stanu umysłu. Jednak na przestrzeni swojej ponad trzydziestoletniej kariery osobowość Slasha najczęściej była jednym z elementów większej układanki. Czy to w Guns N’Roses, które jest w dużej mierze wynikiem syntezy luzackiej osobowości gitarzysty i bombastyczno-pompatycznego charakteru Axla Rose’a, czy to w featuringach z Lennym Kravitzem czy Michaelem Jacksonem, Slash dokonywał fuzji swojego pierwiastka z czymś często bardzo odległym. Nawet wydany w 2010 roku debiutancki solowy album gitarzysty, był w istocie albumem z gościnnym udziałem innych artystów, gdzie obok takich wokalistów, jak Ozzy Osbourne czy Lemmy z Motörhead, pojawiali się tacy artyści, jak Fergie czy Adam Levine. Ba, nawet w songwritingu późniejszych albumów solowych Slasha słychać coraz większą dominację wokalisty – Mylesa Kennedy’ego. I oczywiście to ścieranie się czy też ucieranie się różnych osobowości, przeważnie wychodziło wszystkim na dobre. Ale ja osobiście bardzo lubię sobie od czasu do czasu posłuchać Slasha w czystej postaci.

A “Apocalyptic Love” właśnie to zapewnia. Już okładka płyty zapowiada, że jest to album na którym znajdziecie wszystko to, czego oczekujecie od Slasha. Jest Gibson Les Paul, cylinder, półnagie laski, czachy i węże. I podobnie jest w warstwie muzycznej. “Apocalyptic Love” to złodupczy, oldschoolowy rock and roll. Grany przez tego wyluzowanego gościa, który zdaje się grać te wszystkie zajebiste rzeczy bez większego wysiłku, a nie przez maszynę do produkcji riffów i solówek. “Apocalyptic Love” to – obok płyt Slash’s Snakepit i Velvet Revolver – odsłona Slasha, którą lubię najbardziej. To prawdziwy, autentyczny, żywy rock and roll.

Nick Cave and the Bad Seeds – Push the Sky Away

Niesamowite w “Push the Sky Away” jest to, że to piętnasty album grupy, wydany po trzydziestu latach działalności. Ktoś może powiedzieć, że przez tyle lat i albumów Mikołaj Jaskinia i jego Złe Nasiona mieli mnóstwo czasu, by ćwiczyć swoje umiejętności liryczno-muzyczne. I jest to prawda. Zatem co w tym niesamowitego, zapytacie? Otóż Australijczykom nie tylko udało się doprowadzić swoją formułę do doskonałości. Jednocześnie udało im się przez trzy dekady kilkakrotnie wymyślić siebie na nowo. Tu wbrew pozorom nie ma żadnej sprzeczności. Oni się całkowicie redefiniowali, jednocześnie w coraz większym stopniu będąc sobą. I śmiem twierdzić, że każda z tych nowych odsłon Nicka Cave’a była lepsza, niż poprzednia. A “Push the Sky Away” w sposób perfekcyjny otworzyło kolejny rozdział w historii zespołu.

Pomysły songwritersko-brzmieniowo-aranżacyjne kwintetu złożonego ze zbliżających się do sześćdziesiątki panów swoją innowacyjnością biją na łeb wielu dużo młodszych muzyków. To na “Push the Sky Away” zespół pod przewodnictwem kreatywnego duetu, w którego skład wchodzi sam Cave i grający na skrzypcach szaleniec Warren Ellis, chyba pierwszy raz w historii grupy stworzył sound, który jest całkowicie niepodrabialny.

No i jest to płyta, na której naprawdę wszystko się zgadza. Nie ma słabszych numerów, żadnej waty, żadnych zapychaczy. Są doskonałe melodie i świetne teksty, które szarpią odpowiednie struny w duszy słuchacza. I to jest chyba najbardziej imponujące, bo tak to już jest ze starzejącymi gwiazdami rocka, że może rzemiosło jest coraz lepsze, ale za to gdzieś ginie ta iskra. Ostatecznie muzycy zwykle z wiekiem przestają ćpać, zakładają rodziny, na ich kontach pojawiają się kolejne zera, a w garażach kolejne egzemplarze samochodów ekskluzywnych włoskich marek. Ciężko być tym samym udręczonym artystą, którym się było w wieku lat dwudziestu siedmiu. A jednak smutek Cave’a wciąż jest autentyczny.

Sorry Boys – Vulcano

“Vulcano” to album przełomowy. Być może niewiele osób ma dzisiaj tego świadomość, ale to była płyta, na której warszawski zespół niemal całkowicie zdefiniował się na nowo. To była śmiała zmiana w stosunku do debiutanckiej płyty “Hard Working Classes”. Na “Vulcano”, drugim w swoim dorobku wydawnictwie, Sorry Boys zaczęli odchodzić nie tylko od muzyki gitarowej i od śpiewania po angielsku.

Przede wszystkim na “Vulcano” Sorry Boys zaczęli działać na zupełnie inną, dużo większą skalę. O ile “Hard Working Classes” (album zresztą okropnie niedoceniany) był płytą mocno low key, tak na “Vulcano” zespół nie bał się epickości i patosu. Ostatecznie mamy do czynienia z wulkanem, nie? “The Sun” czy “Phoenix” to już są numery, które spokojnie można zagrać na stadionie.

Płyta jest też dużo śmielsza, jeśli chodzi o teksty. To na “Vulcano” wokalistka i autorka tekstów Bela Komoszyńska po raz pierwszy tak naprawdę wprowadza nas do swojego unikalnego, uduchowionego świata. Jak w otwierającym płytę “Evolution (St Teresa)”, w którym śpiewa:

True love can stop that bloody evolution
If anyone feels like fighting
Do join the White Flag Crusade

Nie wiem, jak wy, ale ja uważam, że to niesamowicie mocny i odważny tekst. A co więcej, nie znam nikogo innego, kto by tak pisał.

Hanimal – Poetry About The Point

Zespół Hanimal poznałem w ten sposób, że przyjaciółka powtarzała: “Jest taki genialny zespół! Trzeba iść na ich koncert, zanim staną się sławni i bilety na nich nie będą już kosztować 10 złotych”. Poszedłszy na ich koncert, przekonałem się, że rzeczywiście, Hanimal wkrótce wespnie się na sam szczyt. Wszystkie zewnętrzne sygnały również na to wskazywały: koncert w Trójce, występy na Offie i Openerze. Hanimal był ulubieńcem dziennikarzy muzycznych i agencji bookingowych zajmujących się alternatywą. I słusznie.

Bo ich muzyka była wyjątkowa. I trudna do sklasyfikowania. Znajdziecie tam folk czy też poezję śpiewaną, elementu shoegaze’u i ambientu. Plus coś, co można usłyszeć na festiwalu piosenki aktorskiej. Ale siła Hanimala polega nie tylko na umiejętnym mieszaniu gatunków. To wrażliwość wszystkich członków tego kolektywu, począwszy od założycielki, wokalistki i autorki tekstów Hani Malarowskiej; przez ambientowo-space-rockowe smaczki gitarzysty Mateusza Szemraja; grającą na takich instrumentach, jak skrzypce czy dzwonki Asię Komorowską; niekonwencjonalny styl grającego na perkusjonaliach Wojtka Lubertowicza czy spajającego to wszystko w jedną całość basu Denisa Dubielli. Ta wrażliwość sprawia, że każda nuta na tej płycie jest zagrana w punkt, tworzy niesamowity, niepowtarzalny klimat i szarpie odpowiednie struny w duszy słuchacza. A wszystko to gdzieniegdzie doprawione pięknymi wstawkami na saksofonie w wykonaniu Jacka Mielcarka. A kto mnie zna, ten wie, że na noodlowanie na saksofonie jestem zawsze łasy.

Nie tak znowu długo po wydaniu “Poetry About The Point” zespół Hanimal zaczął jakby ginąć we mgle. Przestał koncertować i nagrywać nową muzykę. Szczerze mówiąc, to nie wiem, co się stało. Ale sądzę, że po prostu wszyscy rozeszli się w swoich kierunkach, ku różnym zajawkom, muzycznym i życiowym. Ale nie ma sensu się smucić. Zostawili tę genialną płytę. Wystarczy.

Najfajniejsze albumy 2020 roku

Na początek zaznaczę tylko, że kolejność albumów jest chronologiczna. A teraz już, bez zbędnych ceregieli, przejdźmy do rzeczy.

Major Kong – Off The Scale

Gdzieś wyczytałem – i wydaje mi się, że była to wypowiedź samego zespołu – że “Major Kong łączy w swojej muzyce miłość do ciężkich riffów i filmów science fiction”, a ich tegoroczna, czwarta już płyta, jest tego najdobitniejszym przykładem. Bo na “Off The Scale” instrumentalne trio z Lublina odkręciło potencjometry riffów i science fiction na maksa, tworząc idealny wprost soundtrack do roku 2020.

Riffy na najnowszym krążku Major Kong swoją topornością wyprzedzają Queens Of The Stone Age o lata świetlne, a kompozycje są tak robotyczne, że ma się chwilami wrażenie, że to pierwsza płyta, którą cyborgi nagrały po tym jak dokonały nuklearnej zagłady ludzkości.

Ale bynajmniej nie spodziewajcie się po tym albumie, że brzmi jak jakiś industrial czy synthwave. Major Kong wciąż zdecydowanie bliżej jest do Black Sabbath, niż do Rammsteina czy Perturbatora. Mimo maszynowości riffów brzmienie “Off The Scale” jest bardzo… organiczne (tak!).

Brzmienie płyty to na pewno w jakiejś części zasługa jej realizatora i producenta, Haldora Grunberga. Haldor Grunberg maczał palce chyba we wszystkich moich ulubionych krążkach z okolic stoner-doomowych, jakie wyszły w ostatnich latach. Że wymienię choćby “IIIWeedpeckera czy “Reign Of The Orion” zespołu Spaceslug.

Także jeśli szukacie jakiejś porządnie ryjącej czaszkę muzyki na te dystopijne czasy, to już nie szukajcie. Znaleźliście bowiem “Off The Scale”.

Tame Impala – The Slow Rush

W Tame Impala zawsze podobało mi się to, że brzmi jednocześnie świeżo i nowocześnie, a zarazem organicznie i odlschoolowo. A przynajmniej dwie pierwsze płyty brzmiały tak, jakby nagrał je upalony ziołem i LSD zespół, gdzieś w jakimś kalifornijskim garażu w latach sześćdziesiątych. Co było szczególnie imponujące, biorąc pod uwagę, że każdą ścieżkę i każdy instrument nagrywała jedna osoba – kompozytor i producent Kevin Parker. Jednocześnie brzmiało to zupełnie inaczej, niż wszystkie te zespoły z lat sześćdziesiątych. To nie był żaden epigon psychodelicznego rocka, żadna vintage’owa nostalgia. Tame Impala brzmiała – można powiedzieć – niepodobnie do niczego.

A potem pod szyldem Tame Imapala ukazała się trzecia płyta zatytułowana “Currents“. Była ona ze strony Kevina Parkera niepozostawiającą żadnych wątpliwości deklaracją o zmianie stylistyki. Australijczyk schował gitary do szafy i zwrócił się ku elektronice. I stworzył kolejną dobrą płytę, ale to już nie było to. Na “Currents” zabrakło – jak dla mnie – groove’u. Zabrakło tej organiczności, która wyróżniała Tame Impala spośród innych mainstreamowych artystów. “Widać jest to cena, którą Kevin Parker musi zapłacić, by uniknąć zaszufladkowania i nie zacząć zjadać własnego ogona” – pomyślałem i pogodziłem się z faktem, że kolejne płyty Tame Impala już nie będą dla mnie.

Wobec powyższego tym bardziej ucieszyło mnie to, co usłyszałem na “The Slow Rush“. Albowiem Parkerowi udało się tutaj pożenić te dwa pozornie sprzeczne elementy. Bo tegoroczną płytę Tame Impala z jednej strony naprawdę trudno nazwać rockową, a z drugiej – brzmi bardzo naturalnie i organicznie!

“The Slow Rush” przywołuje na myśl elektronikę z przełomu wieków – pamiętacie te trochę nierówno posklejane, trzeszczące sample w utworach Moby’ego czy Fatboy Slima? Jak dla mnie ma to wszystko dużo więcej ciepła, niż ten sterylny, wyrównany do metronomu i idealnie nastrojony współczesny pop. Jednocześnie – no, właśnie – to nie jest żadne odtwórstwo, bo Parker wciąż zachowuje ten pierwiastek, który sprawia, że jest artystą współczesnym i aktualnym.

Jeśli “Off The Scale” Major Kong to soundtrack do 2020 roku, to “The Slow Rush” jest ścieżką dźwiękową do historii alternatywnej – tej wersji 2020 roku bez pandemii i pożarów w Australii.

Ozzy Osbourne – Ordinary Man

Truizmem jest, że Black Sabbath zrewolucjonizowało muzykę, wywróciło schematy do góry nogami i stworzyło coś zupełnie wyjątkowego. Po opuszczeniu swojego macierzystego zespołu, Ozzy Osbourne już bardziej podążał za trendami, niż je wyznaczał. Zresztą to samo można powiedzieć o Black Sabbath bez Ozzy’ego. Czterdzieści lat kariery Księcia Ciemności zaowocowało paroma fajnymi numerami. Wychowało się na tym całe pokolenie fanów. Ale ja się do tego nigdy nie mogłem przekonać.

Tegoroczny album Ozzy’ego również idzie z duchem czasu. Bo co może być większym świadectwem podążania za modą, niż featuringi ze święcącym obecnie wszelkie możliwe tryumfy raperem Post Malonem (Postem Malonem?)? Brzmieniowo ten album także podążą za trendami – słychać od razu, że to jest płyta wyprodukowana w 2020 roku.

A jednak jest tutaj też sporo elementów, które z dzisiejszej perspektywy możemy już nazwać klasycznymi. Sekcję rytmiczną na płycie tworzą Chad Smith i Duff McKagan, a jako goście pojawiają się Slash czy Elton John. Są też elementy przywołujące na myśl estetykę, w której Ozzy poruszał się w glamowych latach osiemdziesiątych. To wszystko sprawia, że ten album jest naprawdę fajnym połączeniem starego z nowym. I to jest siłą tej płyty.

Ponadto jest na tym krążku mnóstwo świetnie napisanych, zaaranżowanych i wykonanych piosenek. Zarówno rock and rollowych petard, z soczystymi riffami i zrywającymi kaszkiety z głów solówkami, jak i lirycznych ballad, w których Książę Ciemności czuje się znacznie lepiej, niż gotów byłby przyznać. Ballad opowiadających o tym, co tak naprawdę sprawia, że zawsze lubiłem Ozzy’ego. O tym, że jest tak naprawdę zwykłym człowiekiem. Nie do końca ogarniającym życie, gnębionym w szkole, prostym chłopakiem z Birmingham, któremu te wszystkie rzeczy – Black Sabbath, sława, góry koksu i mrowiska mrówek – po prostu się przydarzyły. Jakoś tak wyszło.

SLIFT – UMMON

Zespół SLIFT poznałem, dzięki poleconemu mi przez kolegę, koncertowi w radiu KEXP. Pod jutubowym wideo z tego koncertu ktoś zostawił komentarz o treści:

sound guy: how much reverb do you want on your vocals?
indie musician: yes.

I ten komentarz doskonale podsumowuje muzykę SLIFT. To jest po prostu niczym nieskrępowana, psychodeliczna, space rockowa orgia, w której wszystkie potencjometry są rozkręcone na maksa. “UMMON” to trzecia już w dorobku francuskiego trio płyta, na której swoją formułę doprowadzili do doskonałości. Tak więc pogłosy pogłosują, dileje dilejują, fejzery się fejzerują, a przestery się sprzęgają. Na “UMMON” jest zbyt dużo echa, żeby znalazło się miejsce na kompromis.

Oczywiście w tym szaleństwie jest metoda, a panowie ze SLIFT w pełni kontrolują ten pozorny chaos i jest oczywiste, że nie zamierzają przy tym brać jeńców. “UMMON” to jedna z tych płyt, która pasuje do 2020 roku jak ulał. Jest tak samo dziwna, surrealistyczna, nieprzewidywalna, absurdalna i psychodeliczna. Ale z tego kosmicznego chaosu wyłaniają się też co i raz paradoksalne momenty spokoju, wytchnienia i piękna.

Deap Lips – Deap Lips

Deap Lips to supergrupa powstała z połączenia dwóch zespołów będących całkowitymi przeciwieństwami – kalifornijskiego duetu Deap Vally i pochodzącego z Oklahomy zespołu The Flaming Lips. Deap Vally to prosty indie rock rozpisany tylko na wokal, gitarę i perkusję. Pełna surowych riffów muzyka kalifornijskiego duetu przywołuje na myśl mieszankę Yeah Yeah Yeahs z Royal Blood. Natomiast The Flaming Lips to weterani bombastycznej psychodeli – ich piosenki charakteryzują się bogatymi aranżami, pełnymi wielowarstwowych partii smyczkowych czy synthów. Z tej wybuchowej mieszanki mogło powstać tylko coś dziwnego.

Wybaczcie, ale będę się trzymał motywu “soundtracku do roku 2020” jak pijany płotu. Bo “Deap Lips” to płyta, która – mimo, że z pewnością powstała przed wybuchem pandemii i jest efektem współpracy wielu osób – brzmi, jakby została nagrana przez kogoś przebywającego na kwarantannie. Wrażenie to wywołuje zastosowane instrumentarium – syntezator, elektroniczna perkusja czy gitara akustyczna brzmią, jakby ktoś po prostu znalazł je na strychu czy w garażu. Po za tym konstrukcja i kształt kompozycji są tak bezkompromisowe, że wyobrażam sobie, że zostały nagrane przez kogoś tak długo przebywającego w izolacji, że przestał się przejmować zdaniem innych. Można powiedzieć, że ten album jest oderwany od rzeczywistości i w tym wypadku jest to komplement.

Ta płyta jest dokładnie taka, jak zapowiada okładka: jaskrawa, kolorowa, chaotyczna i wulgarna. Jest jak bulgocząca zupa, w którą stopiły się obydwa zespoły – bezszwowo łączy ze sobą agresję i bunt Deap Vally z ekscentrycznością i operetkowością The Flaming Lips.

Elder – Omens

Na przestrzeni czterech studyjnych albumów eksploatowanie coraz to innych stylów i nowych kierunków stało się właściwie wizytówką zespołu Elder. W tych swoich wędrówkach bostoński kwartet zabrnął aż do odległego o sześć tysięcy kilometrów Berlina. I tak – wiem, że miejsce, w którym zespół znajduje się w danym momencie w sensie geograficznym, prawdopodobnie ma nikły wpływ na artystyczny kształt ich muzyki. I że przenoszenie się w inną część świata, by szukać inspiracji, trąci pretensjonalnością. Niemniej dla mnie – człowieka, który zawsze gdy odkrywa nowy zespół, to leci na Wikipedię sprawdzić, z jakiego miejsca na świecie ten zespół się wywodzi – ta przeprowadzka do Berlina jest dobrą metaforą ich muzycznych eksploracji.

A ich piąty krążek, tegoroczny “Omens“, nie tylko potwierdza, że Elder to zespół-kameleon, ale wręcz wydaje się kulminacją pełnych rozmachu artystycznych poszukiwań. Ten album łączy ze sobą stylistykę rocka progresywnego połowy lat siedemdziesiątych i post-rocka lat dwutysięcznych z nu metalowymi riffami i post-hardcore’owym wokalem. I w jakiś sposób to wszystko się ze sobą zgadza, może dlatego, że oblane jest gęstym sosem psychodeli.

Gdy usłyszałem “Omens” po raz pierwszy, musiałem od razu przesłuchać płytę jeszcze dwa razy. Bo to taki album, którego z jednej strony chce się słuchać bardzo powoli i uważnie, by niczego nie przegapić, a z drugiej strony chciałoby się go słuchać przyspieszonego, żeby być w stanie to wszystko objąć zmysłami. Czwarty raz pod rząd już nie słuchałem z obawy przed przedawkowaniem, podobnym do tego, którego doświadczasz, kiedy lody smakują ci tak bardzo, że zjadasz cały kubełek na raz.

Blues Pills – Holy Moly!

Dwie pierwsze płyty Blues Pills dość mocno różniły się stylistycznie. Na debiucie z 2014 roku szwedzki zespół brzmiał jak surowy hard rock z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – skrzyżowanie Cream z bardzo wczesnymi Zeppelinami. Z kolei w aranżach wydanej dwa lata później “Lady in Gold” większą rolę zaczęły odgrywać instrumenty klawiszowe, a wokalistka zespołu Elin Larsson momentami brzmiała bardziej jak Adele, niż jak Janis Joplin. A jednak mimo tej artystycznej wolty wciąż miałem wrażenie, że utwory Blues Pills są trochę na jedną nutę. Kiedy myślałem “Blues Pills”, myślałem “pulsująca sekcja rytmiczna i grane ponad tym improwizowane solówki gitarowe”.

Mówię to mimo mojej całej sympatii do zespołu z Örebro. Blues Pills to taki zespół, który chciałem polubić. Bo głos Larsson miał w sobie tę wrażliwość i autentyzm, których brakuje większości tych wszystkich obdarzonych mocnym głosem lasek śpiewających w hard rockowych i heavy metalowych zespołach. Wokalistek, których cały pomysł na siebie polega na tym, że mają zachrypnięty, rockowy głos. Owocuje to zwykle mocno jednowymiarową muzyką, która traci smak po kilku przesłuchaniach.

Blues Pills było też taką trochę historią “od pucybuta do milionera”. Owszem, od początku mogli liczyć na wsparcie ze strony krytyków – było o nich głośno w prasie i mediach. Ale też większość sukcesu wydeptali sobie graniem niezliczonych koncertów, na których za każdym razem Erin Larsson pozostawiała na scenie kałużę potu. Świadczą o tym koncerty w Polsce. Jeszcze w 2013 roku zespół występował w warszawskiej Harendzie; w 2015 roku klub Hydrozagadka okazał się być za mały, jak na ogromne zainteresowanie zespołem, dobukowano więc drugą datę. W 2018 roku wystąpili już na głównej scenie Przystanku Woodstock.

Szansa, bym pokochał Blues Pills, nadeszła – jak się zapewne domyślacie – w przeklętym roku 2020. Bo trzecia płyta zespołu, zatytułowana “Holy Moly!“, to jest to. Być może stało się tak za sprawą przetasowań w składzie. Z zespołu odszedł gitarzysta Dorian Sorriaux, którego w tej funkcji zastąpił dotychczasowy basista Zack Anderson. To chyba odświeżyło formułę zespołu na tyle, by ten album nie tylko mi się spodobał, ale bym go pokochał.

Bo “Holy Moly!” to prawdziwa rock and rollowa petarda. Ten album to po prostu dobra zabawa. Może są na nim numery słabsze. Ale to nie szkodzi. Bo kiedy jedziesz samochodem i słyszysz w radiu “Kiss My Past Goodbye”, to nie masz wyboru, tylko rozkręcasz głośniki na maksa i urządzasz prawdziwe “ryki z bryki”. Słuchając tego albumu, chcesz śpiewać razem z wokalistką, bujać się z riffami i headbangować.

Trzeci długograj w dorobku Blues Pills zdecydowanie mniej polega na nostalgii za złotą erą w historii, niż poprzednie krążki. Jednocześnie jest w nim coś niemal unikatowego dla lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Mam tu na myśli ten brak skrępowania, charakterystyczny dla czasów kiedy nagrywano na żywo bez metronomu; w wielomilionowych nakładach sprzedawały się płyty, na których było słychać trzaski i szumy; nikt nie mówił muzykom, by w studio grali na 80 procent swoich możliwości, by nie ryzykować zbyt wielu podejść, zanim nagra się poprawnie brzmiącą ścieżkę. I dlatego perkusista gra przejścia, których nie powstydziłby się John Bonham, a wokalistka traktuje dobrostan swoich strun głosowych z równą nonszalancją, co Steven Tyler czy Ian Gillan. Być może ten cały rock and rollowy hałas jest efektem starannej kalkulacji i wyrachowania, ale brzmi spontanicznie. Właśnie tak, jak powinien brzmieć rock and roll.

Krzysztof Zalewski – Zabawa

Przyznam, że zawsze miałem problem z Krzysztofem Zalewskim. Owszem, wszystkie dotychczasowe płyty wydane pod tym nazwiskiem noszą certyfikat gwarantujący wysoką jakość. Rozumem Zalewskiego, cenię i szanuję, ale już sercem trudno mi jest go polubić. Może to dlatego, że odbieram go jako prymusa, który ma piątki ze wszystkich przedmiotów i z zachowania.

Żeby wyjaśnić, o co mi właściwie chodzi, pozwolę sobie przedstawić mały rys historyczny. Najpierw Zalewski wziął udział w Idolu i zajął pierwsze miejsce. Wydał wtedy – pod pseudonimem Zalef – płytę stylistycznie oscylującą pomiędzy hard rockiem a metalem. Była to co prawda artystyczna wtopa, bo raz, że był to metal grany pod dyktando meainstreamowych wytwórni, a dwa, że Zalewski szybko z glanów i długich włosów wyrósł, ale nieważne. Nasz bohater solennie odpokutował za ten grzech przez blisko dekadę ciężko harując jako muzyk sesyjny w różnych projektach z szeroko rozumianej alternatywy. A kiedy już dla wszystkich było jasne, że Zalewski od swoich początków się odciął, przyszedł czas na wydanie płyt w nowej stylistyce. Już nie pod pseudonimem, ale pod własnym nazwiskiem. Każda z tych płyt była oczywiście bardzo dobra. Znowu wszystko na piątkę, wszystko poprawnie. Piosenki przebojowe, ale niebanalne. Instrumentalna i wokalna wirtuozeria na poziomie wystarczającym, by zaimponować, ale nie na tyle dużym, by irytować. Publiczność zachwycona, krytycy kiwali głowami z uznaniem. Mnie jednak wciąż coś nie pasowało.

Bo dla mnie Zalewski to klasyczny przykład zagubionego cudownego dziecka. Biegle grający na wszystkich instrumentach. Nie pozostawia wątpliwości, że odnajdzie się w każdym stylu. Świadczy o tym płyta z utworami Czesława Niemena. Bo komuż innemu powierzyć zadanie odświeżenia utworów najwybitniejszego muzycznego polihistora XX-wiecznej Polski, jeśli nie najlepszemu uczniowi w klasie? Jednocześnie przez całą swoją karierę Zalewski jakby miota się w poszukiwaniu własnej tożsamości. Zdaje się gorączkowo próbować sprostać wymaganiom zbyt wielu osób. Paradoksalnie, mniej utalentowanym muzykom łatwiej jest stworzyć własny styl. A czasem to właśnie ograniczenia i niedoskonałości są tym, za co kochamy artystów. U Zalewskiego wszystko jest doskonałe i jakoś to zawsze trochę nie pozwalało mi się jego muzyką cieszyć w pełni.

No i wreszcie – tak, w końcu przechodzę do sedna – wychodzi czwarta studyjna płyta Zalewskiego, zatytułowana “Zabawa“. Na pierwszy rzut oka można ją odbierać, jak wszystkie poprzednie. Ejtisowe syntezatory można odczytać jako próbę bycia artystą aktualnym i zorientowanym w nowych trendach. Rapowanie w kawałku “Oddech“, jako demonstrację wszechstronnych umiejętności. I tak dalej. W tej muzycznej olimpiadzie Krzysztof Zalewski nie zostaje w tyle za Dawidem Podsiadło, Darią Zawiałow, Brodką czy innymi rówieśnikami brylującymi na alternatywnej scenie. Po raz kolejny zasiądzie na podium i sięgnie po medal z jakiegoś szlachetnego metalu.

Z drugiej strony jest w tej płycie taki niewymuszony luz. Brzmi ona jak nagrana dla siebie, a nie dla ludzi, którzy są dla artysty punktem odniesienia. Może chwilami zdawać się trochę chaotyczna albo niedopracowana, ale tym razem Zalewski zdaje się tym nie przejmować. Zresztą rezygnację z wyścigu po dyplom z czerwonym paskiem odzwierciedla warstwa tekstowa. Sporo piosenek na tej płycie jest poświęconych tęsknocie za porzuceniem rywalizacji, porównywania się z innymi, spełniania czyichś oczekiwań, wywaleniem do kosza paradygmatu zdobywania kolejnych szczytów na rzecz życia chwilą, na rzecz… no, cóż… zabawy.

Przy tym album ten – chyba najmniej gitarowy ze wszystkich płyt Zalewskiego – jest najbardziej rockowym krążkiem w dorobku artysty. Mam tu na myśli pazur i brzmieniową bezkompromisowość. Utwory bywają toporne, a głos wokalisty często wchodzi w przesterowane rejestry. Okazuje się, że nasz wzorowy uczeń potrafi być też niegrzeczny. A ja – kto wie – może jeszcze zostanę fanem Krzysztofa Zalewskiego?

Strażnicy. Czyli czy warto w ogóle oglądać seriale Damona Lindelofa? [Może zawierać śladowe ilości spoilerów]

Uważam, że “Strażnicy” to świetny serial. Został chyba też doceniony przez krytyków i publiczność. Ale zawsze musi być jakieś “ale”. W wypadku serialu HBO jest to zakończenie. Showrunner “Strażników” Damon Lindelof twierdzi, że stworzony przez niego serial jest historią zamknięta. Jednocześnie ostatnia scena finałowego odcinka jest na tyle niejednoznaczna, że zdaje się być cliffhangerem każącym nam w napięciu czekać na kolejny sezon. Jeśli to rzeczywiście zakończenie tej historii, to rodzi się pytanie: jakie w takim razie jest jej przesłanie? Jest to pytanie o tyle ciekawe, że Lindelof jako scenarzysta zasłynął z takich otwartych, trudnych do jednoznacznego zinterpretowania finałów. I nieraz musiał stawiać czoła zarzutom, że nie ma nic do powiedzenia, a jego historie są zwodzącymi widza pustymi wydmuszkami, do oglądania których nawet nie warto się zabierać. Ja jednak chciałbym wziąć Lindelofa w obronę i zaryzykować śmiałą tezę, że w storytellingu nie tylko zakończenie ma znaczenie.

CpkY2UFWYAAMtHY

Jeśli nazwisko Lindelof nic Wam nie mówi, to może kojarzycie taki serial, jak “Zagubieni“? Któż nie natknął się, skacząc po kanałach telewizyjnych, na chociaż jeden odcinek przygód rozbitków uwięzionych na tajemniczej wyspie? Otóż Damon Lindelof był współtwórcą pomysłu na serial, jednym z jego głównych showrunnerów, współautorem scenariusza podwójnego odcinka pilotażowego i – last not least – współautorem scenariusza podwójnego odcinka finałowego.

“Zagubieni” szybko stali się synonimem zagadkowości. Co kryje przeszłość każdego z rozbitków? Kim są tajemniczy ludzie zamieszkujący wyspę? Dlaczego po tropikalnym lesie biega niedźwiedź polarny? Czym jest potwór zabijający rozbitków? Co znajduje się pod odkrytym przypadkowo w dżungli metalowym włazem? I czym właściwie, do cholery, jest ta wyspa? Każdy kolejny odcinek, zamiast z odpowiedziami, zostawiał widzów z kolejnymi frapującymi pytaniami, jednocześnie zmuszając do pełnego napięcia oczekiwania na kolejny epizod. “Zagubieni” byli też jednym z pierwszych seriali ery internetu. Każdy odcinek komentowano na forach, czatach i w podcastach, snując teorie na temat rozmaitych serialowych znaków zapytania. Ta ekscytująca aura tajemniczości trzymała widzów w napięciu przez kilka sezonów, ale w końcu większość z nich zaczęła czuć zmęczenie i irytację. Gdy przyszło do rozwiązania fabuły w finałowym sezonie, duża część fanów była rozczarowana zakończeniem. Bo nie tylko zakończenie to nie było doświadczeniem tak transcendentnym i metafizycznym, jak można by oczekiwać po budowanej przez sześć lat mitologii, ale w dodatku wszystko zaczęło wskazywać na to, że twórcy najwyraźniej rozpoczęli opowiadanie tej historii samemu nie znając odpowiedzi na zadane w niej pytania i bez konkretnego pomysłu na zakończenie.

Okazało się, że “Zagubionych” nie wieńczy żadne wielkie przesłanie na temat kondycji ludzkiej czy sensu życia. Może na poziomie mikro nie była to opowieść całkowicie pozbawiona głębi, wszak grupa nieszczęśników, których samolot rozbił się na tajemniczej wyspie, była złożona z pełnokrwistych, niejednowymiarowych bohaterów, z których każdy przechodził głęboką przemianę i wzbudzał w widzach prawdziwe emocje. Ale na poziomie makro, w opinii widzów i krytyków, finał historii wydawał się pusty i pozbawiony głębokich sensów.

O6Raft

Akumulacja nigdy niewyjaśnionych tajemnic i zagadek bez rozwiązania wynikała ze storytellingowej filozofii, przyjętej przez twórców serialu, zwanej “tajemniczym pudełkiem”. Jeden z pomysłodawców “Zagubionych”, J.J. Abrams przedstawił główne zasady tej filozofii w swoim słynnym wykładzie TED. Chodzi o to, że skoro tajemnica pobudza wyobraźnię, to najbardziej ekscytujące są historie, w których wciąż pojawiają się kolejne znaki zapytania, a zaspokojenie pragnienia poznania odpowiedzi na owe pytania najlepiej wciąż odkładać na później. Innymi słowy, lepiej jest gonić króliczka, niż go złapać. Symbolem tej filozofii jest Magiczne Tajemnicze Pudełko, które będąc małym chłopcem, Abrams dostał od dziadka. Było to pełne zabawek i gadżetów pudełko, które kupowało się za 15 dolarów nie wiedząc, co jest w środku – miała to być niespodzianka. Ceniąc wyżej podnietę płynącą z wyobrażania sobie, co jest w środku, nad tę wynikającą z odkrycia, co rzeczywiście się tam znajduje, Abrams nie otworzył pudełka do dziś.

Jak jednak widać nawet po komentarzach pod filmikiem z wykładem Abramsa raczej niewielka część internetów podziela miłość reżysera do gonitwy za króliczkiem. Czy jednak fakt, że historia prowadzi nas w ślepą uliczkę rozczarowującego zakończenia, przekreśla wartość wszystkiego, co było po drodze? Bo – wracając do “Strażników” – nawet jeśli finał był rozczarowujący lub choćby niewystarczająco satysfakcjonujący w porównaniu z resztą prowadzącej do niego fabuły, to wciąż jest całe multum powodów, dla których warto ten serial obejrzeć.

Świetne kostiumy, scenografia, zdjęcia i montaż. No i oczywiście świetna obsada, w której skład wchodzą laureaci Oscarów Regina King i Jeremy Irons. Chyba nie będzie też bez znaczenia fakt, że serial – podobnie jak jego komiksowy poprzednik – mierzy się z aktualnymi i ważnymi tematami. Już sam fakt, że dzięki “Strażnikom” miliony ludzi w USA (i na całym świecie) dowiedziały się o takim wydarzeniu, jak zamieszki rasowe w Tulsie w 1921 roku, które doprowadziły do niemalże unicestwienia jednej z najzamożniejszych czarnych społeczności w Ameryce, wart jest pochwały. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że to wstrząsające wydarzenie jak dotąd nie pojawiało się w amerykańskich podręcznikach historii czy w ogóle w świadomości większości Amerykanów. Co ciekawe, oglądając sceny masakry, widz ma wrażenie, że to jeden z wymysłów scenarzystów, mający na celu stworzenie czegoś pasującego do surrealistycznej atmosfery komiksu, przedstawiającego historię alternatywną, a tymczasem wydarzenia te miały miejsce naprawdę i wszystko wskazuje na to, że zostały dość wiernie odtworzone na ekranie.

watchmen-czolo-2Zalety produkcji można by wymieniać jeszcze długo. Ale moim zdaniem największą z nich jest jednak scenariusz napisany przez świetny zespół pod przewodnictwem Damona Lindelofa. Jest on fanem “Strażników” od dzieciństwa i to widać w niemal każdej minucie serialu. Ale miłość i szacunek do materiału źródłowego to nie wszystko, bo Lindelof nie tylko składa komiksowi Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa hołd, ale wykorzystuje go jako inspirację do stworzenia czegoś nowego. Innymi słowy, zamiast mielić w kółko te same motywy, pcha tę historię do przodu i odkrywa to, co jak dotąd znajdowało się poza horyzontem świata przedstawionego w komiksie. A przy tym zdołał skłonić mnie do ponownego sięgnięcia po komiks i odkrycia w nim rzeczy, których przy pierwszej lekturze w ogóle nie dostrzegłem.

A jednocześnie Lindelof – wierny sobie i ideałom “magicznego pudełka” – znowu stawia widza przed intrygującymi pytaniami i zmusza do pobudzenia wyobraźni. Kim jest postać grana przez Jeremy’ego Ironsa? Co zamierza bajecznie bogata szalona naukowczyni Lady Trieu? Kim jest starzec na wózku inwalidzkim? Czy biali supremacjoniści z Siódmej Kawalerii nie są przypadkiem czymś więcej, niż tylko grupką prawicowych rednecków? Co ukrywa główna bohaterka? No i najważniejsze pytanie: dlaczego z nieba spadają malutkie kałamarnice?

I tak – czasami odpowiedzi okazały się o wiele mniej ekscytujące, niż same pytania. A finałowy odcinek trochę chyba zaprzeczył temu, co Moore i Gibbons chcieli powiedzieć poprzez swój komiks, który był przecież dekonstrukcją fabularnych schematów superbohaterszczyzny. A jednak nie żałuję, że obejrzałem “Strażników”. Bo lubię ten dreszczyk emocji. Tę tajemnicę, która zmusza mnie do czekania w napięciu na następny odcinek. Kiedy świat przedstawiony, bohaterowie i fabuła są na tyle intrygujące i frapujące, że zastanawiam się, co będzie dalej. To samo zresztą mogę powiedzieć o “Zagubionych”, gdzie Lindelof z Abramsem zabrali nas w niesamowitą, zapierającą dech w piersiach podróż. I to czasem podróż jest ważniejsza, niż jej cel.

A to, że ten, kto nas w tę podróż zabiera, czasem sam nie wie, gdzie nas ona doprowadzi, nie jest wcale niczym dziwnym. Ostatecznie każda, nawet ta najbardziej porywająca historia, kończy się tuż za krawędzią kartki książki czy scenariusza. Każde, nawet najbardziej wciągające, bogate uniwersum nie wybiega poza czyjś niedoskonały, często wewnętrznie niespójny pomysł. Ostatecznie, pisząc scenariusz pierwszych “Gwiezdnych Wojen“, George Lucas wcale nie wiedział jeszcze, że ojcem Luke’a Skywalkera jest Darth Vader. Pomysł ten pojawił się dopiero na zaawansowanym etapie prac nad scenariuszem “Imperium Kontratakuje“. Czy czyni to jeden z najsłynniejszych zwrotów akcji w historii popkultury gorszym? A oglądanie filmu doświadczeniem mniej rozrywkowym? A przecież ten plot twist ustawił całą fabułę kolejnej części tej kosmicznej opery (i w sumie wszystkich pozostałych nakręconych później odsłon sagi).

Dlatego sądzę, że nie ma co się za bardzo spinać i koncentrować na zakończeniach. Bo mam wrażenie, że obecnie, w erze internetowego krytykanctwa, stajemy się coraz bardziej zafiksowani na punkcie fabularnej spójności. Co odbiera nam radość z śledzenia historii, która składa się też z początku i rozwinięcia, nie tylko z zakończenia. Dlatego cieszmy się tajemnicami, zagadkami i dreszczykiem emocji dopóki trwają. Nawet jeśli cel podróży okaże się nie dorównywać naszym wygórowanym oczekiwaniom, pamiętajmy o tym, jaką wspaniałą przygodą była sama podróż. Ja tam nie mam nic przeciwko temu, aby na kolejną wycieczkę w nieznane po raz kolejny zabrał mnie Damon Lindelof. Niech stawia przede mną kolejne “tajemnicze pudełka”, bo opanował tę sztukę do perfekcji, a zawsze przecież fajnie jest zobaczyć mistrza wykonującego swój popisowy numer. No i – szczerze mówiąc – uwielbiam zastanawiać się, co jest w pudełku i czasem wolę nawet w ogóle nie poznawać odpowiedzi. Czy nie lepiej jest czasem zostawić trochę pola własnej wyobraźni?

Najfajniejsze filmy 2019 roku [bez spoilerów]

Czas podsumować miniony rok w dziedzinie kinematografii. Przedstawiam zatem subiektywną listę najfajniejszych filmów 2019 roku. Przypominam, że produkcje są wymienione w kolejności chronologicznej. Warto też wspomnieć, że zestawienie obejmuje tylko filmy, które miały swoją premierę w 2019 roku w Polsce. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli nie pojawiła się tutaj na przykład jakaś pozycja nominowana ostatnio do Oscara. Bo być może stało się tak dlatego, że choć w USA miała premierę w 2019 roku, w Polsce pojawiła się dopiero w 2020. I znajdzie się w zestawieniu najfajniejszych filmów roku 2020. A może nie. W każdym razie dosyć już tych disclaimerów – przejdźmy do listy!

Avengers: Koniec Gry (reż. Anthony i Joe Russo)avengers koniec gryDla wielu filmy Marvela są uosobieniem wszystkiego, co złe we współczesnej popkulturze. Wiele z argumentów wysuwanych przeciwko Marvelowi – i będącemu jego właścicielem Disney’owi – nie jest pozbawiona podstaw. W świecie, gdzie najbogatsi i najsilniejsi mają coraz więcej, a mniejsi i słabsi mają coraz mniej, rosnąca dominacja Disney’a powinna wzbudzać niepokój. Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że filmy Marvela to park rozrywki, którego działalność jest ukierunkowana na satysfakcję klientów oraz jak najszybszy i jak największy zysk.

Natomiast nie mogę zgodzić się z argumentem, że ten park rozrywki nie pozwala doświadczyć emocji. Bo – owszem – potrafi wzruszyć. I nie są to wyłącznie wzruszenia tanie. Fakt, że aby naprawdę odczuwać wielkie emocje związane z takimi filmami, jak “Avengers: Koniec Gry“, trzeba wsiąść do marvelowskiej kolejki górskiej na pierwszej stacji i przejechać całą trasę. Prześledzić historie tych wszystkich bohaterów od samego początku. Wtedy dopiero możemy w pełni współodczuwać z naszymi herosami podczas seansu “Avengersów”. Ale też ten giga serial, jakim jest Kinowe Uniwersum Marvela sprawia, że możemy te historie przeżywać często dużo mocniej, niż w przypadku filmów, w których mamy tylko jakieś półtorej, dwie godziny, by poznać bohaterów i się z nimi zaprzyjaźnić.

I dlatego też “Avengers: Koniec gry” znalazło się w tym zestawieniu. Bo to niemal doskonałe zwieńczenie tej dziesięcioletniej przygody, jaką są filmy Marvela. Wiem, że to samo pisałem przy okazji zeszłorocznego “Avengers: Wojna bez granic“. Ale o ile tamten film był zwieńczeniem w sensie połączenia wszystkich wątków w jedną całość, ten jest zwieńczeniem w sensie zakończenia wędrówki głównych bohaterów. Dla mnie szczególnie satysfakcjonujący był finał wątku Steve’a Rogersa. Nie chcę za bardzo spojlerować, więc powiem tylko, że jeśli – tak jak ja – byliście fanami Kapitana Ameryki w wykonaniu Chrisa Evansa, to zakończenie najnowszych “Avengersów” roztopi wasze serca.

“Koniec gry” to właśnie taki dowód na to, że te blockbustery od początku dostarczały wzruszeń, bohaterów, których losami widz mógł się przejmować. I ja się wzruszałem. I przejmowałem. I co z tego, że te filmy to tylko maszyna do produkowania dolarów? Prawda jest taka, że Hollywood nigdy nie było instytucją charytatywną. “Przeminęło z wiatrem“, “Casablanca” czy “Ojciec chrzestny” zostały nakręcone dla pieniędzy. Czy to oznacza, że nie mają artystycznej wartości? Czy to oznacza, że nie wzruszają? No, właśnie.

Spider-Man: Daleko od domu (reż. Jon Watts)spiderman far from homeTak, kolejny film Marvela. Zawiera wszystko za co filmy MCU lubimy. Zachowuje odpowiednie proporcje pomiędzy wartką akcją a potoczystymi dialogami, pomiędzy humorem a powagą. Tom Holland i Jake Gyllenhaal są w tym filmie naprawdę dobrzy. No i jest to po prostu kolejny fantastycznonaukowy, superbohaterski, komiksowy film, więc właściwie czego tu nie lubić?

Ale najbardziej mi się w tym filmie podoba – podobnie jak to było w przypadku jego  poprzednika, „Spider-Man: Homecoming” z 2017 roku – że jest on w gruncie rzeczy po prostu komedią o nastolatkach. Pokazującą nastolatków w sposób, który taki, znajdujący się w czwartej dekadzie swojego życia, stary pierdziel, jak ja, może uznać za realistyczny.

A więc obok wątku opowiadającego o tym, że pojawia się kolejny superłotr i Spider-Man musi przed nim uratować świat, pojawia się wątek miłosny pomiędzy Peterem Parkerem a MJ. Jak na nastolatków przystało, są w tym swoim romantycznym wątku nieco niezdarni, zupełnie jakby dopiero poznawali zasady gry, jakby dopiero się tego uczyli.

Zwykle filmy i telewizja pokazują związki i relacje damsko-męskie, w taki sposób, że trudno zapomnieć o tym, że za wszystkim stoją scenarzyści, czytający w myślach bohaterów i dobrze wiedzący, co się zaraz wydarzy. Dialogi brzmią jak wyreżyserowane; pierwsza randka i pierwszy pocałunek odbywają się według starannie zaplanowanej choreografii. A w “Spider-Man: Daleko od domu” wszystko to wygląda tak niezręcznie, nieporadnie. Tak naturalnie. Poza tym wątek romantyczny nie jest tylko jakimś dodatkiem, umieszczonym w filmie po to, by wynagrodzić dziewczynom to, że poszły na film superbohaterski, by dotrzymać towarzystwa swoim chłopakom. Jest on integralnym elementem fabuły, wręcz osią konfliktu.

A poza tym wcielająca się w rolę MJ Zendaya jest w tej roli absolutnie perfekcyjna. Czy można prosić o coś więcej? Można. Tylko po co?

Yesterday (reż. Danny Boyle)yesterdayTen film stał mi się bliski już przy pierwszym obejrzeniu. Jack Malik (Himesh Patel) jest młodym, ale nie tak znowu bardzo młodym, próbującym się przebić, muzykiem. Mimo prób i wsparcia ze strony przyjaciół, ze swoją menadżerką Ellie (w tej roli Lily James, której obecność jest zawsze mile widziana) na czele, to przebijanie się słabo mu idzie. Brzmi znajomo? Dla mnie tak. “Yesterday” to obraz poruszający kwestie eksplorowane już od czasów Herodota. Czy ważniejsze jest osobiste, doczesne szczęście, czy nieśmiertelność osiągnięta poprzez zdobycie sławy? Czy można mieć szczęście i w kartach, i w miłości? Są to pytania ponadczasowe i czyż można byłoby wybrać do nich lepszy soundtrack, niż piosenki najsłynniejszego zespołu wszech czasów?

Patrząc w ten sposób, “Yesterday” można zaliczyć do tej samej kategorii, co “AmadeuszaMiloša Formana, który jest jednym z moich ulubionych filmów muzycznych. Obydwa filmy poruszają te same tematy, zresztą w produkcji Danny’ego Boyle’a znajdziecie scenę, która w absolutnie perfekcyjny sposób nawiązuje do obrazu Formana. Ale w odróżnieniu od dość mrocznego “Amadeusza”, “Yesterday” to lekka komedia romantyczna. W końcu scenariusz napisał Richard Curtis – jeśli słyszeliście o takich filmach, jak “Cztery wesela i pogrzeb“, “Notting Hill” i “Dziennik Bridget Jones” – to znaczy, że słyszeliście też o Richardzie Curtisie, który jest cichym sprawcą sukcesu tych filmów. Komedia, która rozśmieszy nie tylko walczących o sławę muzyków. I wzruszy nie tylko fanów Beatlesów, których piosenki są osią fabularną filmu.

Może dla niektórych ta produkcja będzie tylko pustą wydmuszką. Ja jednak myślę, że to jeden z tych filmów z sercem. Ciepła historia, która sprawi, że poczujecie się – jak to się teraz mówi – wholesome. Istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że może sprawi, że spróbujecie stać się lepszymi ludźmi.

Pewnego razu… w Hollywood (reż. Quentin Tarantino)once upon a time in hollywoodW dziewiątym już filmie, który wyscenariuszował i wyreżyserował, Quentin Tarantino robi to, co zawsze. Bawi się konwencjami, mitami popkultury i fabularnymi tropami. Kicz i tandetę przeobraża w sztukę wysoką, której przyklaskują nawet najbardziej snobistyczni krytycy. Przywraca blask zapomnianym aktorom obsadzając ich w rolach spoza szufladki, w jakiej zostali umieszczeni. Topowym aktorom, którzy – jak mogło by się wydawać – osiągnęli już wszystko, daje materiał, który jest dla nich wyzwaniem. Wreszcie, umieszcza w swoich filmach te wszystkie easter eggi i meta-nawiązania, no i – last not least – estetyzuje brutalną przemoc.

Tarantino tworzy ten swój kinematograficzny misz-masz z charakterystyczną dla siebie precyzją i kunsztem. To właśnie one pozwalają mu uniknąć katastrofalnego burdelu, jakim stałyby się jego szalone pomysły w rękach kogokolwiek innego. W “Pewnego razu… w Hollywood” Amerykanin po raz kolejny spaceruje po wąskim gzymsie dzielącym dach geniuszu od trzystumetrowej przepaści szmirowatości. I udaje mu się z niego nie ześlizgnąć.

Ale tak naprawdę nie dlatego najnowszy film Tarantino znalazł się na mojej liście. A przynajmniej nie tylko dlatego. “Pewnego razu… w Hollywood” to przede wszystkim po prostu świetna rozrywka. Bo kino ma przede wszystkim bawić i Tarantino to rozumie, jak mało kto. Zupełnie, jak w tym wywiadzie w telewizji śniadaniowej, w którym oskarżany, że przemoc w jego filmach inspiruje ludzi do używania przemocy w prawdziwym życiu i indagowany dlaczego w ogóle jest jej tyle w jego filmach, reżyser w końcu wybucha, krzycząc: because it’s so much fun, Jan, get it!

Ślicznotki (reż. Lorene Scafaria)hustlersBądźmy szczerzy, scena przedstawiająca tańczącą na rurze Jennifer Lopez jest sztuką samą w sobie. Zresztą i pozostałe sceny przedstawiające występy striptizerek są zrobione naprawdę wspaniale – choreografia, światło, montaż, udźwiękowienie – wszystko jest tutaj dopracowane w najmniejszym szczególe. Dodatkową przyjemnością jest oczywiście także oglądanie, jak te piękne tancerki odurzają, a następnie okradają banksterów i macherów giełdowych z Wall Street, odpowiedzialnych za finansowy krach z 2008 roku. I to już wystarczyło by za satysfakcjonujące przeżycie, warte pieniędzy wydanych na bilet do kina.

Ślicznotki” mogłoby być po prostu wykwintną ucztą dla oka. Ale oprócz tego jest to po prostu dobra historia. Z jednej strony prosta, klasyczna opowieść o hybris, drodze na sam szczyt i bolesnym upadku. Z drugiej strony fabuła pełna niejednowymiarowych postaci, często operujących w moralnej szarej strefie. Obraz skłania do zadawania istotnych pytań i bynajmniej nie podsuwa prostych odpowiedzi. Ale czy tytułowym “Ślicznotkom” bliżej do okradającego wyzyskiwaczy i rozdającego uciśnionym Robina Hooda czy do pozbawionych kręgosłupa moralnego antybohaterów filmów Martina Scorsese? Musicie chyba zdecydować sami, po obejrzeniu filmu.

Joker (reż. Todd Phillips)jokerByłem sceptycznie nastawiony do tego filmu. Historie, w których protagonistą jest czarny charakter, niespecjalnie do mnie przemawiają. Pewnie – literatura, kino i popkultura są pełne łotrów niepozbawionych uroku, a czasem nawet wzbudzających sympatię – ale dla mnie czarny charakter musi jednak funkcjonować w relacji do bohatera pozytywnego, choćby mniej charyzmatycznego.

A jednak “JokerTodda Phillipsa jest tak dobry, że byłem w stanie na dwie godziny zaangażować swoją uwagę i emocje w losy jednego z najsłynniejszych komiksowo-ekranowych villainów. A może inaczej: Joker Joaquina Phoenixa jest tak dobry, że byłem w stanie zaangażować uwagę i emocje w jego losy. Bądźmy szczerzy, brawurowa gra Phoenixa wywindowała ten film na wyższy poziom. Choć oczywiście nawet najgenialniejszy aktor musi mieć z czym pracować. Wiele rzeczy w tym filmie zasługuje na pochwałę: obsada, scenariusz, zdjęcia, montaż, muzyka. Ale nie da się ukryć, że pierwsze skrzypce w tej orkiestrze gra Phoenix.

Film wzbudził wiele kontrowersji, mniej i bardziej absurdalnych. Zarzutem, który można “Jokerowi” postawić, jest przedstawianie postaci maniakalnego mordercy w sposób budzący współczucie, co może przez niektórych być interpretowane jako usprawiedliwianie jego działań. Ale wyjaśnianie to jednak nie to samo, co ich usprawiedliwianie. To tak jakby pokazać trudne dzieciństwo głównego bohatera w filmie biograficznym o Hitlerze i uznać to za usprawiedliwienie czy gloryfikowanie Holokaustu.

Innym problem jej motyw często powracający w przypadku łotrów z uniwersum Batmana. Zwłaszcza w filmowych adaptacjach jego oponenci to osoby dotknięte zaburzeniami bądź chorobami psychicznymi. Problem chorób psychicznych często był w nich przedstawiany w sposób przerysowany i zdeformowany. Ostatnio przeciwko komiksom i filmom z uniwersum DC – chyba słusznie – wysunięto oskarżenia o mental illness shaming. Zarzut shamingu można by też na upartego postawić najnowszemu filmowi o Jokerze. Ale chyba jednak bardziej należy tę produkcję czytać jako zwrócenie uwagi na problem pomocy osobom zmagającymi się z problemami psychicznymi i to, że można im pomagać inaczej, niż tylko izolując od społeczeństwa w przeuroczych instytucjach w rodzaju Arkham Asylum. I to zwrócenie uwagi na ważny i aktualny problem należy chyba docenić.

To oczywiście nie oznacza od razu, że uważam “Jokera” za obraz niosący jakiś niesamowicie ważny moralny przekaz. Owszem, uważam, że ten film trochę udaje, że jest bardziej głęboki, niż jest naprawdę. Umówmy się, nieważne, jak porywająca będzie gra Joaquina Phoenixa, to “Joker” raczej “Skazanymi na Shawshank” czy “Wszystko za życie” nie jest. Produkcja ta nie musi być też przecież jakoś szczególnie głęboka. Ale nie jest też pozbawioną treści papką. To po prostu bardzo dobry film. Ciężki, brutalny, mroczny, ale dobry.

Na noże (reż. Rian Johnson)na nożeDo tego obrazu podszedłem ze pewną dozą sceptycyzmu. W końcu to film nakręcony przez Riana Johnsona, który napisał i wyreżyserował ósmą część “Gwiezdnych wojen”. I który – według mojej najlepszej wiedzy – jest osobiście odpowiedzialny za większość wprowadzonych do “The Last Jedi” złych pomysłów. Z drugiej strony Johnson zebrał do “Na noże” naprawdę doborową obsadę, złożoną z lubianych przeze mnie aktorów. A potem zebrał same dobre recenzje. Także nie nastawiałem się na to, że to będzie arcydzieło, ale też nie spodziewałem się totalnej chały.

Po wizycie w kinie muszę jednak przyznać, że jestem daleki, by nazwać ten film gniotem. Nie chcąc zdradzać zbyt dużo szczegółów fabuły – wszak “Na noże” to zagadka kryminalna – mogę powiedzieć, że znajdziemy w tym filmie wiele scenariuszowych zabiegów, które Johnson zastosował w “Gwiezdnych wojnach”. Reżyser gra z oczekiwaniami widzów i fabularnymi toposami. Ale w przeciwieństwie do “The Last Jedi”, tym razem owocem tych zabiegów jest inteligentny, angażujący, rozrywkowy i zabawny film. A nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to film mądry.

Chyba najlepszą rekomendacją dla tej produkcji będzie to, że zrehabilitowała ona w moich oczach Riana Johnsona. Bo nie ukrywajmy, gwiazdorska obsada – która w tym filmie odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty – to nie wszystko. A scenariusz i reżyseria – za obie odpowiada Johnson – odgrywają w tym obrazie kluczową rolę.

Dwóch papieży (reż. Fernando Meirelles)dwóch papieżyDwóch papieży” to kolejny film podejmujący grę z oczekiwaniami widzów. I to w dobrym sensie tego sformułowania. Bo spodziewałem się, że będzie to coś pomiędzy laurką dla papieża Franciszka (którego wyznający raczej liberalne poglądy producenci Netfliksa darzą zapewne większą sympatią, niż Benedykta XVI) a lekką komedią o starciu dwóch starszych księży, z których jeden jest konserwatystą, a drugi postępowcem i wynikających ze światopoglądowych różnic między nimi komicznych sytuacjach. A – choć w filmie znalazło się sporo elementów humorystycznych (i to całkiem zabawnych) – „Dwóch papieży” okazało się być obrazem znacznie poważniejszym, niż sądziłem.

Nie stroniąc od trudnych tematów, jest to wciąż podnoszący na duchu film o wybaczaniu (także sobie), wierze (także w siebie) i o tym, że nigdy nie jest za późno na to, by zacząć zmieniać świat (i siebie). Pal sześć, że historia ta ma zapewne niewiele wspólnego z rzeczywistością, a stosunki między Bergoglio a Ratzingerem są o wiele chłodniejsze, niż maluje to netfliksowa produkcja. Wciąż warto zobaczyć ten film i poznać tę historię.

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (reż. J.J. Abrams)star wars rise of skywalkerO “Gwiezdnych wojnach” mógłbym oczywiście pisać długaśne eseje, udowadniające światu moją mądrość i inteligencję, wiarygodność jako fana franczyzy i generalnie wyższość mojej racji nad racjami innych. Mógłbym po raz kolejny rozbierać je na części pierwsze i szukać dziury w całym. Ale zamiast tego wolę się nimi po prostu cieszyć. Więc napiszę krótko.

Nie obchodzą mnie złe recenzje i internetowe dyskusje. Nieważne, co sądzę o poprzednich odsłonach sagi. Nieważne czy ten film wprowadził coś nowego i oryginalnego, czy bazował tylko na nostalgii i recyklingu starych pomysłów. Dla mnie “Skywalker. Odrodzenie” miał idealną zawartość “Gwiezdnych wojen” w “Gwiezdnych wojnach”. Film J.J. Abramsa dostarczył mi tych doznań, jakich nie są w stanie dostarczyć inne – lepsze lub gorsze – franczyzy. Dostarczył mi tego, czego oczekiwałem. A od tej sagi oczekuję tylko jednego – magii. A “Skywalker. Odrodzenie” sprawił, że tę magię poczułem.

Najfajniejsze płyty 2019 roku

Tradycyjnie już przedstawiam listę moich ulubionych albumów mijającego roku. I jak zwykle przypominam, że jest to zestawienie całkowicie subiektywne i niemiarodajne. Oraz że albumy prezentuję w kolejności chronologicznej. Gotowi? Zatem nie przedłużajmy – do rzeczy!

Rival Sons – Feral Roots

Rival_Sons_-_Feral_Roots

Album “Feral Roots” udowadnia, że jeśli już koniecznie musimy szukać wśród współczesnych zespołów jakichś “godnych następców” Led Zeppelin, to są nimi Rival Sons. I to nie dlatego, że grają tak, jak się grało “kiedyś”, bo z szufladki retro/vintage/klasycznego rocka udało się kalifornijczykom wydostać już jakiś czas temu. Nie chodzi tu też o wirtuozerską zręczność, bo nią Rival Sons wcale nie próbują jakoś nachalnie wymachiwać odbiorcom przed oczami.

To co moim zdaniem łączy Rival Sons z Led Zeppelin, to coś co nazwałbym muzyczną wyobraźnią. Amerykanie mają wystarczająco dużo polotu i fantazji, by do klasycznego rocka – gatunku, który wielu kojarzy się z zabetonowanymi schematami – wprowadzić sporo świeżości. Rival Sons nie zaprząta sobie głowy faktem, że rock and roll już jakiś czas temu zakończył swoje władanie nad masową wyobraźnią. A jednocześnie nie klęka w czołobitnym hołdzie przed kanonami powstałymi pół wieku temu. Nie zadowala się tylko kopiowaniem ustalonych schematów, ale poszukuje wciąż czegoś nowego, nagrywając płyty charakteryzujące się niesamowitym rozmachem i klimatem. A przy tym cały czas kopie dupę. Czyli robi dokładnie to, co robili Zeppelini.

 

Sorry Boys – Miłość

milosc-b-iext54317572

Sorry Boys to zespół, w którym niezależnie od wielkiego wkładu w kompozycje, jaką mają współtwórcy piosenek i naprawdę świetni multiinstrumentaliści Tomasz Dąbrowski i Piotr Blak, zawsze będą oni pozostawać w cieniu głosu i charyzmy wokalistki Beli Komoszyńskiej. Z czym zresztą panowie wydają się być pogodzeni.

Bo chyba każdy przyzna, że to osobowość wokalistki jest siłą napędową zespołu. Nie inaczej jest na najnowszym krążku zespołu. Słuchając Beli mam wrażenie, że jest ona istotą unoszącą się kilka centymetrów nad ziemią. Jakby oderwaną od cynizmu i fałszu paskudnego świata, w którym przychodzi nam na co dzień funkcjonować. Próbującą wziąć nas za rękę i zabrać nas na chwilę do nieco bardziej metafizycznego świata, w którym takie rzeczy, jak dobro, piękno i – będąca także tytułem tego albumu – miłość, nie są tylko zszarganymi sloganami. Może i zabrzmię głupio, ale trudno: uważam, że gdybyśmy wszyscy choć raz na jakiś czas myśleli i czuli, tak jak Bela Komoszyńska, to ten świat byłby lepszym miejscem.

Każdy z dotychczasowych albumów Sorry Boys to właśnie taka podróż po jedynym w swoim rodzaju uniwersum Beli. A na albumie “Miłość” po prostu poznajemy ten świat jeszcze lepiej, docieramy w tej podróży jeszcze dalej.

 

Iggy Pop – Free

Iggy_Pop_-_Free

Fascynujące, jak rzeczy, które na papierze działają, w praktyce totalnie się nie sprawdzają. Ale jeszcze bardziej fascynuje mnie, kiedy coś, co na papierze nie działa, działa w praktyce. Tak jest z nową płytą Iggy’ego Popa. Gdy przeczytałem, że składać się na nią będą wykonane przez frontmana The Stooges melorecytacje i ambient jazzowe podkłady, pomyślałem sobie: ale to będzie pretensjonalny, snobistyczny i całkowicie nienadający się dosłuchania album.

Ale coś sprawiło, że jednak wcisnąłem przycisk “Odtwórz” na Spotify. I od razu pozwoliłem Iggy’emu udowodnić, że nie mam racji. I to pozwoliłem mu to zrobić kilka razy pod rząd! Mieszanka hypnotyzującego głosu wokalisty z elektronicznymi podkładami i partiami trąbki w wykonaniu Lerona Thomasa (mam chyba słabość do plumkania na wszelkiego rodzaju instrumentach dętych) tworzą naprawdę klimatyczny i wciągający miks.

Zakładając z góry, że z tego albumu wyjdzie jakiś snobistyczny gargamel zapomniałem chyba, że mamy przecież do czynienia z Iggym Popem. Bo jeśli miał bym wymienić tylko jeden talent tego artysty, to jest nim właśnie zdolność do bycia bezpretensjonalnym. Dlatego właśnie udaje mu się, to co nie udaje się tak wielu: sprawić, że to co nie działa na papierze, działa w praktyce.

 

Tides From Nebula – From Voodoo To Zen

70587822_10156906392956032_8522551644662005760_o

Tides From Nebula to trochę taki zespół, z którego się wyrasta. Bo to nie jest tak, że od swojej debiutanckiej płyty warszawska ekipa jakoś obniżyła poziom czy zaczęła zjadać swój własny ogon. Po prostu ten debiut miał miejsce dziesięć lat temu. Więc przez te dziesięć lat to ja stałem się innym człowiekiem. I po prostu już się tak Tidesami nie jaram, jak wtedy, gdy wprowadzali post-rockową estetykę na polski rynek. It’s not you, it’s me.

Ale z sentymentu nadal sprawdzam nowe wydawnictwa zespołu. I tak też zrobiłem, gdy pojawiło się “From Voodoo To Zen”. I już od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że to jest dobra płyta. Wzbudza mój podziw fakt, że do niezbyt pojemnej, a eksploatowanej już od dłuższego czasu formuły można jeszcze wprowadzić jakiś powiew świeżości. A Tides From Nebula nie tylko się to udało, ale jeszcze potrafili przy okazji nagrać album, który wpada w ucho i nie wypada od razu drugim. Co jest w gatunku takim, jak post-rock – pozwolę sobie tutaj na brutalną szczerość – godnym podziwu osiągnięciem.

 

Nick Cave & The Bad Seeds – Ghosteen

Ghosteen_-_Nick_Cave_and_the_Bad_Seeds

Nie do końca wiem dlaczego, ale trudno mi słuchać dwóch ostatnich płyt Nicka Cave’a nie patrząc na nie przez pryzmat śmierci jego piętnastoletniego syna. Jeśli o tym wydarzeniu nie wiedzieliście, to teraz już wiecie. Teraz już nigdy nie usuniecie tej informacji z głowy i będziecie słuchać wydanych po tej tragedii albumów “Skeleton Tree” i “Ghosteen” z tym samym bagażem, co ja. Sorry.

Piszę o tym wszystkim, bo wydanej rok po śmierci syna Cave’a “Skeleton Tree”, mimo dobrych chęci, nie byłem w stanie pokochać. Chyba znów wpadłem w pułapkę niemożliwych do spełnienia oczekiwań. Może zabrzmi to strasznie i okrutnie, ale taka trauma musi, po prostu musi zainspirować takiego artystę, jak Cave, do stworzenia czegoś tak pięknego i pełnego głębi, że aż przekraczającego ludzkie pojęcie. Tak przynajmniej – czy tego chciałem, czy nie – myślałem w 2016 roku, kiedy ukazywało się “Skeleton Tree”. Jak się domyślacie, tamten album nie stał się dla mnie doświadczeniem transcendentnym i metafizycznym. Wiem, że to głupie, ale podkreślam: te wygórowane oczekiwania zbudowałem mimowolnie, niejako podświadomie. Pewnie były one tak wysokie także dlatego, że poprzednik “Skeleton Tree” – wydany w 2013 roku “Push The Sky Away” – zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko.

Tymczasem Nick Cave okazał się być tylko człowiekiem. A “Skeleton Tree” zwykłym albumem – ani bardzo złym, ani bardzo dobrym. Który może w innych okolicznościach wylądowałby na mojej plejliście na dłużej. Ale niestety czasem niewiedza o kontekście jest błogosławieństwem.

Tegoroczny “Ghosteen” w warstwie lirycznej eksploruje podobną tematykę, co poprzednie wydawnictwo. Utwory nadal opowiadają o stracie i bólu oraz o sposobach radzenia sobie z nimi. Niemniej, minęło już kilka lat, co chyba pozwoliło nabrać Cave’owi nieco dystansu. To wciąż mroczny, melancholijny album, ale jednak przebrzmiewa w nim nutka nadziei. Na pewno czas sprawił, że dystansu nabrałem ja. I mogę się teraz spokojnie zachwycać tym albumem. Jego minimalistycznymi aranżami, doskonałą produkcją, medytacyjnym spokojem i mantrową powtarzalnością. No i tym smutkiem, który nie przygnębia, lecz oczyszcza. Kto wie, może ten album przynosi właśnie coś na kształt tego, czego oczekiwałem od “Skeleton Tree”? Może to jest właśnie to nieuchwytne, metafizyczne coś?

Fink – Bloom Innocent

bloom-innocent-b-iext55251132

Album został wydany 25 października i trzeba przyznać, że brytyjski songwriter wybierając datę premiery swojego najnowszego krążka, trafił w dziesiątkę. Bo ta płyta to perfekcyjny soundtrack do chłodnych i ciemnych jesienno-zimowych dni.

Bloom Innocent” to album, który jest czasem ambientowo cichy, czasem nieco bardziej dynamiczny, ale nigdy nie przekracza pewnego poziomu głośności. Choć instrumentarium jest dość bogate, nie ma ani jednego momentu, w którym aranże byłyby przeładowane. To osiem niespiesznych kompozycji, które sprawiają, że jadąc samochodem jakąś szosą poza miastem, zdejmujesz nogę z gazu i nagle zaczynasz doceniać szare niebo i zimne powietrze. Zaczynasz stapiać się z polami i lasami, które mijasz. Zaczynasz stapiać się z nocą.

 

Spaceslug – Reign of the Orion

a2980154693_10

Spaceslug to jeden z tych zespołów, który nie utrudnia ludziom życia. Widzisz nazwę, widzisz tytuł oraz okładkę płyty i od razu wiesz, czego się po nich spodziewać. Dlatego zawartość “Reign of the Orion” nie jest wielką niespodzianką. Dostajemy odpowiednią dawkę ciężkich doomowych riffów i dobrze wymierzoną działkę space rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dużo delay’ów, dużo wah-wahów, dużo flangerów – czyli wszystko, co tygrysy lubią najbardziej. Także tak, jak wspomniałem wyżej, tego właśnie się spodziewałem i to dostałem. I to by wystarczyło na dobry album.

Ale na tym wrocławskie trio nie poprzestaje – i tutaj mamy jednak trochę niespodziewaną niespodziewajkę – dorzuca w bonusie jeszcze parę fajnych rzeczy. Są zatem zapadające w pamięć melodie, naprawdę zawodowa produkcja, motywy grane na pianinie, a nawet trochę ejtisowych synthów (tak!). A na czubku tego tortu słodka i nasączona spirytusem wisienka w postaci sampla z monologiem Rutgera Hauera z “Blade Runnera“. Dosłownie jakby ten album został nagrany specjalnie dla mnie! Ale nawet bez cytatów z kultowych klasyków, “Reign of the Orion” ma ciężkawy, dystopijny klimat mrocznego filmu science fiction. I właśnie dla tej atmosfery warto ten album sprawdzić.

Jak poznałem waszą matkę. Czyli o serialu, którego już nikt nie kocha [SPOILERY]

Niedawno minęło 25 lat od premiery pierwszego odcinka “Przyjaciół“. Mimo, że serial powstał w zupełnie innych czasach, media i internety Anno Domini 2019 hucznie świętowały rocznicę rozpoczęcia opowieści o grupie nowojorskich dwudziestokilkulatków. Nie pomyli się pewnie osoba, która stwierdzi, że gdzieś na świecie właśnie w tej chwili jakaś telewizja emituje “Przyjaciół”. Subskrybenci Netfliksa oglądają ten serial chętniej, niż jego oryginalne produkcje. Tymczasem inny sitcom opowiadający o grupie nowojorskich dwudziestokilkulatków, którego pilot został wyemitowany w 2005 roku, pozostaje niemal zapomniany. Mam na myśli oczywiście “Jak poznałem waszą matkę“. Gdy na początku bieżącego roku seria ta pojawiła się na platformie, poziom entuzjazmu widzów Netfliksa oscylował gdzieś w okolicach zera. Okazało się, że „Jak poznałem waszą matkę” nikt już nie kocha. A szkoda, bo to był bardzo dobry serial.

o-HOW-I-MET-YOUR-MOTHER-facebook.jpg

Nie chcę tutaj porównywać, co takiego mieli “Przyjaciele”, a czego zabrakło “Jak poznałem waszą matkę”, by uzyskać status dzieła kultowego. Przeczytałem kilka artykułów, których autorzy próbują wyjaśnić na czym polega fenomen “Przyjaciół” i niestety, ale każdy z nich ponosi przy tym porażkę. Sam też nie czuję się na siłach, by podjąć się tego zadania. Po prostu chciałbym oddać “Jak poznałem waszą matkę” trochę sprawiedliwości, bo uważam, że serial nie zasłużył na los kurzącego się w lamusie starocia i należy mu się choć odrobina z tego ciepła, jakim obdarzani są „Przyjaciele”. Chciałbym też zastanowić się, co sprawia, że rzeczy, które jeszcze niedawno zdawały się być kolejnym ponadczasowym hiciorem, śledzone przez miliony przed telewizorami (i ekranami laptopów), kilka lat później nie wzbudzają już w publiczności niemal żadnych emocji.

Bo przecież u swego zarania “Jak poznałem waszą matkę” miało być nowymi “Przyjaciółmi”, tyle że dla nieco młodszego pokolenia. Niektórzy powiedzą, że “Jak poznałem waszą matkę” nie powtórzyło sukcesu poprzednika właśnie dlatego, że było jego tanią podróbką. No, bo w końcu to historia grupki należących do klasy średniej białych dwudziesto-, trzydziestolatków mieszkających na Manhattanie. W obydwu serialach ważnymi wątkami są sprawy sercowe bohaterów, nieustannie dyskutowane przy kawiarnianym (bądź barowym) stoliku. W obu serialach występuje klamra w postaci wątku miłosnego między dwojgiem z nich. Co bardziej upierdliwi będą się doszukiwać kolejnych jeszcze elementów wspólnych, jak podobieństwa charakterologiczne pomiędzy Tedem a Rossem albo Joey’emBarney’em.

“Jak poznałem waszą matkę” był serialem, który dopasował się do ducha czasów, w których powstał. Albo inaczej: był serialem, który uchwycił ducha czasów. Mając w okresie emisji serialu dwadzieścia parę lat łatwo było w wielu sytuacjach przedstawionych w serialu dostrzec siebie. Być może to dlatego “Jak poznałem waszą matkę” tak szybko się zestarzało. Czasy, w których miała miejsce akcja przeminęły. Ludzie, którzy wtedy mieli dwadzieścia parę lat, z powodu nieubłaganych praw rządzących naszym wszechświatem, dziś są już starsi. Serial perfekcyjnie dopasował się do zeitgeistu, ale gdy duch czasów zniknął, także i serial popadł w zapomnienie.

Ale “Jak poznałem waszą matkę” jest jednak czymś znacznie więcej, niż zaktualizowaną wersją “Przyjaciół”. Nie będę się zbyt długo rozpisywał nad licznymi oryginalnymi motywami pojawiającymi się w serialu. Podkreślić można jedynie podstawową różnicę w sposobie prowadzenia fabuły. Narratorem “Jak poznałem waszą matkę” jest Ted z przyszłości, opowiadający dzieciom swoją historię w sposób subiektywny i znając jej zakończenie. Stąd nowe elementy: niekonsekwencja narratora; luki w jego pamięci; opowiadanie wydarzeń w nieuporządkowany i niechronologiczny sposób; pokazywanie jak ta sama sytuacja wygląda z perspektywy różnych uczestników wydarzeń. Zresztą sam koncept ojca, który ma tylko opowiedzieć dzieciom, jak poznał ich matkę, a tymczasem przez dziewięć sezonów pobłaża swojej skłonności do pełnego dygresji i anegdotek gawędziarstwa, jest pomysłem oryginalnym. 

HOW I MET YOUR MOTHER

Widać zatem jak na dłoni, że pod względem formalnym “Jak poznałem waszą matkę” wprowadziło wiele innowacji, mówi swoim własnym językiem i nie mam żadnych wątpliwości, że nie jest wtórnymi popłuczynami po “Przyjaciołach”. Ale to nie forma czy powierzchowność stanowią o sile “Jak poznałem waszą matkę”. Dla mnie o wyjątkowości tego serialu świadczy sama opowiadana historia i – coś, co dla wielu jest  jego największą wadą – jego zakończenie.

Tak, zwieńczenie tej historii rozczarowało wielu fanów i to może częściowo wyjaśniać brak nostalgii za “Jak poznałem waszą matkę”. Tyle gadania tylko po to, żeby okazało się, że Ted i tytułowa Matka wcale nie żyli długo i szczęśliwie? Oczywiście, jeśli ktoś zakończywszy oglądanie pierwszego odcinka liczył, że moment, w którym Ted poznał Matkę zostanie pokazany wcześniej, niż w finałowym sezonie, był naiwny. Nieustanne odwlekanie tej chwili momentu służyło przecież utrzymaniu widzów w napięciu, sprawiało, że oglądali dalej. Wyjawienie tożsamości Matki wcześniej, niż w ostatnim akcie tej historii, byłoby dla twórców serialu strzałem w stopę pod każdym względem. Być może rozciągając historię na zbyt wiele odcinków, trzymali fanów w owym napięciu odrobinę za długo, osiągając pewną masę krytyczną i tym samym wprowadzając ich w stan irytacji. Ale nawet to fani byliby w stanie wybaczyć, gdyby zakończenie odpowiadało ich oczekiwaniom.

Ale gdy w końcu Ted Mosby poznaje Matkę i stają się parą, twórcy serialu pozwolili ich związkowi trwać zaledwie dziesięć lat i kończąc go śmiercią Matki. Dla większości widzów takie zakończenie, ciągniętej przecież przez prawie dekadę historii, było zbyt przygnębiające. Twórcy zwodzili nas mirażem happy endu, w którym Ted i mityczna Matka żyją długo i szczęśliwie. Bez żadnych komplikacji. Tymczasem nasz bohater zostaje wdowcem, który odnajduje pocieszenie w ramionach Robin, w której raczej nieszczęśliwie kochał się niemal całe swoje dorosłe życie. Widzowie serialu byli skonfundowani. Zamiast perfekcyjnego happy endu dostali zakończenie co najmniej niejednoznaczne, i finał w najlepszym przypadku słodko-gorzki.

how-i-met-your-mother-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600-v3.jpg

Rozumiem przygnębienie wynikające z rozczarowania tym, że nasze oczekiwania nie zostały spełnione. Więcej, fabuła poszła w kierunku będącym antytezą tych oczekiwań. Ale czy to automatycznie oznacza, że musimy wpadać w depresję? Wszak możemy potraktować cierpienie głównego bohatera jako katharsis. 

Oprócz tego możemy spojrzeć na ból Teda – w końcu mało jest rzeczy tak bolesnych, jak utrata ukochanej osoby, zwłaszcza tak przedwczesna – z innej perspektywy. Dostrzec, że w tym w tym świecie, którego przecież nieodłączną częścią jest cierpienie, jest także wiele jasnych, radosnych momentów i że jest w nim także nadzieja. Ostatecznie te dziesięć lat, które Ted i Matka spędzili razem, jest okresem szczęśliwym. Do jasnych chwil należy także chyba zaliczyć wszystkie szaleństwa, które Ted, Marshall, Lily, Barney i Robin wyprawiali przez te wszystkie lata.

A jednym z motywów przewodnich „Jak poznałem waszą matkę” jest właśnie nadzieja. Ted Mosby – wbrew ponoszonym w sferze sercowej porażkom – cały czas niemal niezłomnie wierzy, że w końcu spotka tę jedyną. I w końcu ją spotyka. Gdy zaś krótka historia miłości Teda i Matki kończy się jej przedwczesną śmiercią, Ted odnajduje pocieszenie w ramionach Robin. Nie jest to zakończenie idealne. Ale jest to zakończenie pokazujące, że zawsze jest jeszcze nadzieja. Że nieważne, co się stanie, nie możemy tracić nadziei. Przynajmniej ja takie przesłanie z „Jak poznałem waszą matkę” wynoszę.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że niewiele osób sobie teraz zinternalizuje nagle moją interpretację “Jak poznałem waszą matkę” i stwierdzi: “Hej, w sumie to zakończenie tego serialu wcale nie jest dołujące, tylko podnoszące na duchu! Czas na jego rehabilitację i netfliksowy binge watching!” Bo w sumie to może powód, dla którego nikt już nie kocha “Jak poznałem waszą matkę” jest jeszcze inny, a ja nawet nie zbliżyłem się do jego wyjaśnienia. No, bo co tak naprawdę sprawia, że coś jest ponadczasowe? Czy ktoś jeszcze pamięta czasy, gdy ludzie masowo zasiadali przed telewizorami, by oglądać “Doktora House’a“? Ile osób powraca do tego serialu dziś, po siedmiu latach? Czy też chodziło o rozczarowujące zakończenie? I czy będziemy pamiętać o serialach oglądanych dzisiaj? Za ile lat zostanie zapomniane “Stranger Things“? A może stanie się klasykiem? A może “Jak poznałem waszą matkę” poczeka na ponowne odkrycie jeszcze kolejne dziesięć czy dwadzieścia lat? Może czeka na moment, w którym poczujemy nostalgię za latami dwutysięcznymi? Cóż, pozostaje nam tylko mieć nadzieję. Jak Ted Mosby.   

Pewnego razu… w przeszłości. Czyli Tarantino i historia [SPOILERY z “Pewnego razu… w Hollywood” i “Bękartów Wojny”]

Mija już 12 lat od premiery ostatniego filmu Quentina Tarantino, którego akcja nie byłaby osadzona w realiach historycznych. Był to „Death Proof” z Kurtem Russelem. Obrazy historyczne stanowią już prawię połowę filmografii Tarantino. Nim się obejrzeliśmy, okazało się, że amerykański reżyser jest niezłym historycznym nerdem. Zaczęło się od opowiadających o II wojnie światowej “Bękartów wojny“, następnie były osadzone w realiach szeroko pojmowanego Dzikiego Zachodu “Django” i “Nienawistna ósemka“, a w tym roku będące hołdem dla amerykańskich lat sześćdziesiątych “Pewnego razu… w Hollywood“. Z niemal każdym z kolejnych filmów coraz bardziej uwidocznia się też jego specyficzny stosunek do historii. Wraz z obejrzeniem najnowszej jego produkcji doszedłem do wniosku, że Tarantino wykorzystuje historię, by zafundować nam coś, co można nazwać jedynym w swoim rodzaju katharsis. Katharsis, o którym nawet nie wiedzieliśmy, że go potrzebowaliśmy.

once upon a time 2

Żeby wyjaśnić, o co mi chodzi, musimy przestać się patyczkować i od razu przejść do spoilerów. Przypomnijmy: “Bękarty wojny” z 2009 r. opowiadają o specjalnym oddziale amerykańskiej armii, złożonym z żołnierzy żydowskiego pochodzenia. Zadanie jednostki jest proste. Jak wyjaśnia swoim podwładnym dowódca – grany przez Brada Pitta porucznik Aldo “Apacz” Raine – jest nim “tylko i wyłącznie… zabijanie nazistów”. Oddział, będący czystym wytworem wyobraźni reżysera (w rzeczywistości nigdy nie istniało coś podobnego), w trakcie trwania akcji filmu to właśnie czyni, dokonując brutalnych egzekucji niemieckich żołnierzy na tyłach wroga.

Już sam pomysł na opowieść jest interesujący. Oto Żydzi, będący najważniejszym i najliczniejszym celem starannie zaplanowanego i skutecznie przeprowadzonego przez nazistowskie Niemcy mordu, w filmie Tarantino dokonują na swoich oprawcach zemsty, nie tylko zabijając ich, ale robiąc to z typowym właśnie dla nazistów okrucieństwem. Z tą różnicą, że barbarzyństwo nazistowskich Niemiec skierowane było w ludzi niewinnych, a brutalność aliantów jest, w tym wypadku, karą za popełnione zbrodnie. Można powiedzieć, że wymierzają sprawiedliwość, kierując się zasadą “oko za oko, ząb za ząb”. Wiemy, że w rzeczywistości Żydzi nie mieli okazji wziąć odwetu na nazistach. Większość populacji europejskich Żydów została wymordowana, prawie nie stawiając przy tym oporu. Część przywódców nazistowskich Niemiec nawet jeśli została ukarana za swoje czyny, to raczej w humanitarny sposób. A przecież tysiące zbrodniarzy wojennych, nie tylko uniknęło kary śmierci czy wieloletniego więzienia, ale wręcz wiodło normalne życie, nawet nie próbując ukrywać się przed wymiarem sprawiedliwości i często nie spotykając się z nawet żadną formą ostracyzmu.

I tutaj wkracza Tarantino z “Bękartami wojny” ze swoją alternatywną wersją historii. W filmie nazistowska wierchuszka i sam Adolf Hitler giną w zamachu w paryskim kinie, zorganizowanym przez Żydów. Tym samym reżyser daje Żydom podmiotowość, której w dużej mierze byli pozbawieni w czasie II wojny światowej . Co więcej, specjalizującego się w polowaniach na ukrywających się Żydów pułkownika SS Hansa Landę spotyka niemiła niespodzianka. Choć dogadawszy się z aliantami, szykuje sobie spokojną emeryturę na terenie USA, w ostatniej chwili “Apacz” wydrapuje mu na czole swastykę. Landa, więc być może dożyje spokojnej starości, nigdy nie odpowiedziawszy za popełnione zbrodnie, ale już na zawsze pozostanie napiętnowany.

inglorious basterds 1

W tegorocznym “Pewnego razu… w Hollywood” również mamy do czynienia z alternatywnym zakończeniem powszechnie znanych, prawdziwych wydarzeń. W finałowych scenach filmu członkowie bandy Charlesa Mansona, zamiast zamordować ciężarną Sharon Tate i jej przyjaciół, trafiają do domu sąsiadów aktorki, gdzie sami zostają zabici przez byłego wojskowego, a obecnie kaskadera, Cliffa Bootha (w tej roli Brad Pitt) i aktora Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio). Wbrew historycznym faktom, Tate zostaje ocalona i wszystko kończy się dobrze, niczym w baśni czy staromodnym westernie (co zresztą sugeruje oryginalny tytuł filmu “Once Upon a Time in Hollywood”, który może być tłumaczony tak, jak zrobili to polscy dystrybutorzy filmu, ale także jako “Dawno temu w Hollywood”).

Podobnie jak w “Bękartach wojny” i tutaj Tarantino wykracza poza zwykły happy end, gdzie dobrzy wygrywają, a źli zostają ukarani. Booth i Dalton zabijają niedoszłych morderców Sharon Tate w sposób niemal tak krwawy, jak zbrodnia, której zapobiegli. I podobnie jak w przypadku nazistów, wyznawcy Mansona niejako zasłużyli sobie na swój los. Niejako – bo według logiki filmu – dopiero planowali morderstwo. Być może, gdyby nie zostali powstrzymani przez naszych bohaterów, wszedłszy do domu Sharon Tate, w ostatniej chwili opamiętaliby się i porzucili swe zbrodnicze zamiary. Tarantino zdaje się nie przejmować tutaj wewnętrzną logiką opowieści, bawiąc się z wiedzą widzów na temat opisywanych wydarzeń.

W “Pewnego razu… w Hollywood” idzie nawet dalej, niż w “Bękartach wojny” umieszczając w różnych momentach filmu kilka scen ukazujących niewinność i niemal anielską czystość Sharon Tate. W filmie nie ma ani jednej sceny, w której grana przez Margot Robbie aktorka zrobiłaby albo powiedziała coś, co mogłoby kogokolwiek zranić. Według relacji osób, które ją znały, właśnie taka była Sharon Tate. Kluczowa jest chyba scena, w której ufna i otwarta Tate podwozi swoim samochodem hippiskę, nieświadoma faktu, że autostopowiczka należy do tej samej sekty, której członkowie później udadzą się do jej domu z zamiarem zamordowania przebywających tam ludzi. To wszystko czyni podjęty przez bandę Mansona plan zamordowania aktorki jeszcze bardziej zbrodniczym, a samych jej członków jeszcze bardziej odrażającymi. W kulminacyjnych scenach produkcji widz nie może już pozostać obojętnym wobec zbrodni.

inglorious basterds

I dlatego też oglądanie, jak wyznawcy Charlesa Mansona są brutalnie bici przez Cliffa Bootha, rozszarpywani przez będącego jego pupilem pit bulla, a na koniec podpalani miotaczem ognia przez Ricka Daltona (przypadkiem jest to rekwizyt z planu filmu, w którym grana przez Daltona postać spopiela miotaczem ognia nazistów) sprawia taką przyjemność. Może i perwersyjną, ale jednak. Zarówno scenę, w której ginie Hitler w “Bękartach wojny”, jak i scenę, w której główni bohaterowie rozprawiają się z bandą Mansona, traktuję jako katharsis. Katharsis, o którym nawet nie wiedziałem, że go potrzebowałem.

Bo czy nie to właśnie daje nam Hollywood? Ucieczkę od świata pełnego niesprawiedliwości. W którym źli zbyt często wygrywają. W którym zbyt rzadko żyjemy długo i szczęśliwie. Zbyt rzadko odchodzimy ku zachodowi słońca trzymając za rękę ukochaną dziewczynę. Oferując te wszystkie happy endy, fabryka marzeń uwalnia nas – choćby na chwilę – od cierpienia egzystencji. A Tarantino robi hollywoodzkie kino. Tylko, że w swoim przesadzonym, przerysowanym i wyolbrzymionym stylu. Daje nam na chwilę poczuć satysfakcję, że zbrodniarze ponieśli karę stosowną do swoich zbrodni, a niewinni zostali pomszczeni lub wręcz uratowani.

Po tym, jak Booth i Dalton zabijają wyznawców Mansona, grany przez Pitta kaskader zostaje odwieziony do szpitala z niezbyt poważnymi ranami kłutymi, a grana przez DiCaprio gwiazda srebrnego ekranu, cała i zdrowa, przechadza się po cichej ulicy na wzgórzach Hollywood. Ulicy, która miała stać się widownią bezprecedensowej zbrodni. W końcu dociera pod dom Sharon Tate i rozmawia z nią przez interkom. Internet roi się od różnych interpretacji faktu, że w epilogu filmu Tate nie została pokazana, a jedynie słyszymy ją. Jedna z tych interpretacji mówi, że jej głos ma być głosem ducha, przemawiającego z zaświatów. Ja wolę czytać tę scenę w ten sposób, że niewinność Tate została zachowana w pełni. Nie tylko sama nie padła ofiarą makabrycznej zbrodni, ale nawet nie była zmuszona być świadkiem brutalnego rozprawienia się ze zbrodniarzami. Może spać spokojnie, będąc całkowicie odizolowana od zła, które się wydarzyło. Zło – uosobione przez bandę Mansona – zostało pokonane i zniszczone. Mordercy nie tylko zostali powstrzymani, nie tylko cierpieli katusze, ale też zostali ośmieszeni, bo Tarantino bynajmniej nie portretuje ich jako łotrów, którzy posiadają jakiś urok i mogą wzbudzić fascynację, raczej jako groteskowych nieudaczników, którym nikt nie będzie współczuł. Tym samym odbiera potworom ich moc. Dobro zaś – uosobione przez Sharon Tate – jest nie tylko ocalone, ale też pozostaje niezbrukane.

once upon a time
Oczyszczenie (bo w końcu taka właśnie jest etymologia pochodzącego z greki słowa katharsis – dosłownie oznaczającego oczyszczenie z negatywnych emocji i bólu), które przeżywamy dzięki tym scenom, spycha nawet na dalszy plan moralne wątpliwości. Czy rzeczywiście powinniśmy odpłacać się za zło takim samym złem? Czy faktycznie żołnierze służący w niemieckiej armii powinni być ofiarami odpowiedzialności zbiorowej, egzekucji, tortur i piętnowania za zbrodnie nazistowskiej machiny zagłady? Czy wymierzanie sprawiedliwości bez sądu jest w porządku? No i odwieczne pytanie: czy tak charakterystyczne dla filmów Tarantino epatowanie przemocą, estetyzowanie jej i fascynacja nią nie zainspiruje kogoś do użycia jej w świecie rzeczywistym?

Swoją drogą sam reżyser zdaje się do tego nawiązywać, kiedy w “Pewnego razu… w Hollywood” wyznawcy Mansona jadący do domu Sharon Tate spotykają po drodze Ricka Daltona i rozpoznają w nim gwiazdę pełnych przemocy telewizyjnych westernów, na których się wychowali. Członkini sekty Susan Atkins, będącej pod wpływem dużej ilości narkotyków “poszerzających świadomość”, zaczyna zdawać się spójne i logiczne, że należy ukarać gwiazdę owych filmów za to, że nauczyły jej pokolenie przemocy. Dla pozostałych członków bandy, równie odurzonych LSD i zaczadzonych obłąkańczą ideologią Mansona, również zaczyna mieć to sens. Tym samym mordercy – w swoim mniemaniu – sami siebie zwalniają z odpowiedzialności za zbrodnię, którą zamierzają zaraz popełnić. Trudno nie odczytywać tego, jako komentarza Tarantino do licznie formułowanych pod jego adresem oskarżeń o inspirowanie realnych aktów przemocy. Twórca odpowiada niemalże wprost: to tylko fantazja – możecie o przemocy fantazjować, tak jak ja i cieszyć się nią na ekranie, a możecie też – używać jej w prawdziwym życiu – ale róbcie to tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Wracając jednak do sedna: Tarantino niewątpliwie bawi się historią, jak wielu twórców przed nim. Ale co jest w jego przypadku oryginalne – poprawcie mnie, jeśli się mylę – to, że gdy inni bawią się po prostu w alternatywne scenariusze, co-by-było-gdyby, by zaintrygować odbiorców, on czyni z historii narzędzie do leczenia traum. W “Bękartach wojny” jest to trauma II wojny światowej i Holocaustu. W “Django”, osadzonym w czasach przed amerykańską wojną secesyjną, opowiadającym o czarnym niewolniku krwawo mszczącym się na białych plantatorach, jest to trauma niewolnictwa i dyskryminacji Afroamerykanów. W “Pewnego razu… w Hollywood” to trauma bezsensownych i groteskowych morderstw popełnionych przez sektę Mansona. Czasami są to traumy, o których nawet nie wiedzieliśmy, że je mamy. Dopóki Tarantino nas z nich nie wyleczył. Taka przynajmniej jest moja interpretacja.

Moje ulubione piosenki 2018 roku

W poprzednim tekście, podsumowującym 2018 rok w kontekście filmów, przedwcześnie pochwaliłem się, że tym razem uda mi się szybko i sprawnie zakończyć etap podsumowań. Po czym na kolejne zestawienie kazałem Wam czekać ponad miesiąc. Brawo ja. Niemniej w końcu udało mi się je napisać. Przed Wami moja subiektywna lista najlepszych piosenek 2018 roku (jak zwykle przypominam, że nie jest ona rankingiem od najgorszego do najlepszego – kolejność piosenek jest chronologiczna, decyduje data wydania/opublikowania).

Myles Kennedy Love Can Only Heal

myles kennedy - love can only heal.png
Jeśli sądziliście, że solowy debiut znanego przede wszystkim z metalowego Alter Bridge Mylesa Kennedy’ego, to będzie takie nudnawe, akustyczne plumkanie, to się grubo myliliście. Owszem, raczej nie znajdziecie na tej płycie mocno przesterowanych gitar i łomoczącej jak pociąg pancerny sekcji rytmicznej. Zatytułowany “Year of the Tiger” album jest o wiele lżejszy, delikatniejszy i bardziej melodyjny, niż twórczość macierzystej formacji Kennedy’ego. Ale w większości piosenek Amerykanin bynajmniej nie rezygnuje z charakterystycznego dla Alter Bridge patosu i epickości.

Jedną z takich piosenek jest “Love Can Only Heal“. Jest kilka naprawdę dobrych songwritersko numerów na tej płycie, ale żadna z nich nie chwyta za serce tak, jak ten. Utwór rozpoczyna się bardzo spokojnie, jednak od pierwszych nut wiadomo, że szykuje się coś potężniejszego. Później jakby łagodnieje, wywołując w słuchaczu wrażenie, że jednak mamy do czynienia z easylisteningowym akustycznym plumkaniem, a song zdaje się wygasać. I wtedy BUM! Wchodzi perkusja i rozpoczyna się epicki, monumentalny finał piosenki! Ciary!

Może to kwestia mojego starczego zrzędzenia na dzisiejsze, skarlałe czasy, ale mam wrażenie, że mało dzisiaj powstaje – przynajmniej w stylistyce okołorockowej – takich utworów, które nie popadając w tandetę, nie boją się też odrobiny wzniosłości i pompy. W każdym razie polecam Wam “Love Can Only Heal”. Spodoba Wam się. Nawet jeśli nie jesteście fanami specyficznego głosu Mylesa Kennedy’ego. Chociaż dajcie mu szansę. To naprawdę miły gość. Zasłużył na to.

Paul McCartney Come On To Me

paul mccartney - come on to me.png
Gdyby moje zestawienia choć starały się być w jakiś sposób miarodajne, to z pewnością album Paula McCartney’a zatytułowany “Egypt Station” znalazłby się w moim rankingu najlepszych płyt. To piekielnie dobrze zrobiony krążek. Zresztą czego spodziewać się po jednym z największych songwriterów wszech czasów, współtwórcy jednego z najpopularniejszych zespołów we wszechświecie, który ma za sobą sześćdziesiąt lat doświadczenia i do dyspozycji – jak się domyślam – niemal nieograniczony budżet i czas, a także może przebierać wśród najlepszych muzyków sesyjnych i producentów.

Ale moje zestawienia być miarodajne w ogóle nie próbują. Są – co będę do znudzenia powtarzał – całkowicie subiektywne. I w związku z tym muszę, z pewną dozą smutku, przyznać, że jakoś nie byłem w stanie płyty “Egypt Station” pokochać. Wiem, że jest piękna i dobra, ale jakoś nie mogłem w sobie wykrzesać uczucia do niej.

Niemniej muszę wyrożnić numer “Come On To Me“. Bo ten kawałek świetnie oddaje osobowość McCartneya. Tak, jak sir Paul łączy stare z nowym, elementy modne z elementami ponadczasowymi. Ma w sobie jednocześnie ten rock and rollowy luz i pazur, a zarazem jakąś taką wielką mądrość i klasę.

Halestorm Do Not Disturb

halestorm - do not disturb.png
Halestorm oscyluje, jak dla mnie, gdzieś pomiędzy całkiem badassowym nowoczesnym hard rockiem a muzyką w stylu Avril Lavigne. W jednej chwili grają z niesamowicie zadziornie, a w drugiej brzmią jakby ktoś przepuścił ich przez auto-tune i wzmacniacze firmy Line 6.

Do Not Disturb” plasuje się jednak po jedynie słusznej i prawilnej stronie tego spektrum. Ten kawałek ocieka rock and rollową energią. I to pomimo niezbyt szybkiego tempa, co należy chyba policzyć jako dodatkową zasługę. Wokalistka zespołu, Lzzy Hale, doskonale rozporządza swoim głosem, pokazując pazur dokładnie tam, gdzie trzeba, nie przeginając przy tym przesterowanym wrzaskiem. Co zdarza się niestety wielu wokalistkom, które odkrywszy, że potrafią śpiewać tym potężnym, zachrypniętym głosem, robią to przez cały czas, sądząc zapewne, że tak jest bardziej rockowo i niegrzecznie. Zwykle wychodzi na to, że jest co najwyżej płasko i irytująco.

W każdym razie “Do Not Disturb” to kawałek, który skłania do tego, by dać dyskografii Halestorm jeszcze jedną szansę. Kto wie? Może okaże się, że jako całość ten band jest znacznie lepszy, niż mi się jak dotąd wydawało?

Lana Del ReyVenice Bitch

lana del rey - venice bitch.png
Gdy osiem lat temu Elizabeth Grant wydała pierwszego singla pod pseudonimem Lana Del Rey, wielu traktowało ją jak pariasa. Zarzucano jej pozerstwo i parcie na szkło, wytykano ewidentne braki w warsztacie wokalnym. I mimo, że jej niesamowita kariera najprawdopodobniej nie byłaby możliwa bez wsparcia mocno dzianego ojca wokalistki, to jednak jej osiągnięcia wciąż imponują.

Po ośmiu latach Amerykanka wciąż wydaje bardzo dobre albumy. I już nikt na muzycznym Parnasie nie traktuje jej jak nuworyszki. Przeciwnie – to współpraca z Laną Del Rey jest dla producentów i artystów nobilitacją. Wreszcie – last not least – jest przez swoich fanów obdarzana wręcz religijną czcią. Jasne, w odróżnieniu od gloryfikacji gwiazd rocka lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, których fani chyba naprawdę uważali za istoty nadprzyrodzone, ubóstwianie Lany jest nieco wzięte w nawias, jak niemal wszystko w dzisiejszym świecie. Ale jednak nie można odmówić sukcesu komuś, kto wspiął się tak wysoko, że teraz może nagrać utwór, który trwa blisko dziesięć pieprzonych minut, wrzucić go na Spotify z jakimś randomowym zdjęciem z Instagrama jako okładką i od tak mieć piętnaście milionów w odsłuchań.

Bo tak właśnie było z “Venice Bitch“. Tak, jak i na poprzednich wydawnictwach Del Rey eksploruje tutaj amerykańskie mity i opiera się na nostalgii za wszystkim, co jest retro i wintydż. Ale robi to z klasą, pamiętając o różnicy między odwoływaniem się do nostalgii, a żerowaniem na niej. Łącząc – jak zwykle – staroświeckość z nowoczesnością, pokazuje też pewną zuchwałość i świadomość swego statusu z tymi dziesięcioma minutami utworu, choć przecież tak naprawdę nigdy się nie stosowała do zasad trzyminutowego radiowego popowego kawałka. Ale przede wszystkim te snujące się przez dziesięć minut muzyczne pejzaże ani przez sekundę nie nudzą. Przeciwnie – wciągają nas jak te pojawiające się co jakiś czas w necie galerie zdjęć zatytułowane “Niepublikowane dotąd zdjęcia takiego a takiego miejsca w latach pięćdziesiątych”.

KortezHej Wy

kortez - hej wy.png
Zakochałem się w utworze “Hej wy” od pierwszego usłyszenia. I jak to bywa w takich sytuacjach, pamiętam doskonale ten moment. Jechałem na próbę zespołu, kompletnie styrany po całym dniu w robocie. To był szaro-buro-deszczowy październikowy wieczór, czyli sceneria, która doskonale sprawdziła się w roli teledysku do tej melancholijnej piosenki.

Właściwie wszystko mi w tym numerze pasuje. Podmiot liryczny – trochę melancholik, trochę marzyciel, nie tylko pogodzony, ale i czerpiący dumę z faktu, że jest wyrzutkiem – to gość, z którym jakoś tak przyjemnie jest mi się identyfikować. Do tego prosty, pozbawiony zbędnych udziwnień aranż i charakterystyczny, ale niezmanierowany sposób śpiewania Korteza, który był dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo – z nieznanego mi powodu – postrzegałem go wcześniej jako artystę, którym jarają się pretensjonalni hipsterzy. Wszystko to składa się na perfekcyjny soundtrack do nurzania się w jesiennej chandrze.

Bo dobrze jest czasem ponurzać się w jesiennej chandrze. Ja przynajmniej lubię to robić od czasu do czasu.

Kurt VileSkinny Mini

kurt vile - skinny mini
Kurt Vile to postać paradoksalna. Sprawia wrażenie wyluzowanego gościa, zawsze rozkojarzonego, nigdzie się nie spieszącego lesera i bumelanta. Jednocześnie jest to facet, który od ponad dekady wydaje album niemal co rok, udzielając się także w innych projektach (zarówno w studio, jak i w trasie), a na swoim fenderze jazzmasterze wycina zagrywki, które nawet patrząc mało obeznanym okiem, wymagają niezłej techniki i godzin ćwiczeń. Jego kawałki wydają się na pierwszy rzut ucha rozmemłanym, nieco płaskim brzdąkaniem, ale jest to przynudzanie, którego odbiorca nie może przestać słuchać, a za każdym przesłuchaniem odkrywa jakiś nowy aspekt, jakąś nową warstwę muzyki Kurta Vile’a.

I tak jest w przypadku kawałka “Skinny Mini”. Nie dość, że ten numer trwa ponad dziesięć minut, to jeszcze opiera się na zapętlonej zagrywce, składającej się z dwóch (DWÓCH!) chwytów gitarowych. Nagrywając ten kawałek, Kurt i towarzyszący mu muzycy wyszli z siebie, żeby sprawić wrażenie, że zagranie tego przyszło im lekko. I odnieśli sukces. Bo tak naprawdę nie wiem, czy to, że filadelfijczyk przerywa pierwszą linijkę utworu w połowie i mówi “fuck“, jakby się pomylił, jest faktyczną pomyłką, którą producenci postanowili zostawić, czy też jednak od początku upozowanym i zamierzonym zagraniem. I tak naprawdę nie wiem, czy nagranie tego dziesięciominutowego kolosa zajęło kilka dni, czy też zostało załatwione jednym podejściem grającego na żywo zespołu.

Wiem tylko, że tego zapętlonego dwuchwytowego motywu mógłbym słuchać w nieskończoność. A przynajmniej bardzo, bardzo długo. Przecież nie muszę się nigdzie spieszyć. Zupełnie jak Kurt Vile.

(I tak. To jest jego prawdziwe nazwisko. Vile. To nie jest pseudonim artystyczny. On się tak nazywa naprawdę.)

Sam FenderThat Sound

sam fender - that sound.png
Słysząc ten kawałek pierwszych kilka razy – zanim sprawdziłem, kto właściwie jest jego autorem – żywiłem wielką obawę, że to utwór zespołu The 1975. Nie wiem, dlaczego – nie znam twórczości The 1975. Wiem o nich tylko tle, że to złodzieje nazw, którzy przebiegle nadali sobie nazwę łudząco przypominającą nazwę mojego bandu. No, cóż – historia ich rozliczy! W każdym razie, rozumiecie moje przerażenie, kiedy myślałem, że – o zgrozo – podoba mi się numer The 1975. Na szczęście okazało się, że to niejaki Sam Fender.

Kiedy już upewniłem się, że to nie The 1975, mogłem już bez skrępowania wkręcać się w ten niesamowicie chwytliwy kawałek. Serio, śpiewany przez Anglika refren snuje się po szklistych akordach gitary (wygląda na to, że nazwisko zobowiązuje) w sposób niemal hipnotyzujący. A Sam Fender, jakby tego świadom, powtarza te wszystkie przebojowe motywy dokładnie tyle razy, by nie się nie znudziły, ale zostały w głowie przez resztę dnia.

Deadland RitualDown in Flames

deadland ritual - go down in flames
Nie wiem dlaczego, ale gdy pierwszy raz usłyszałem Deadland Ritual, myślałem, że to jakiś młody, polski zespół. I pomyślałem sobie wtedy: ależ chłopaki dają czadu, kurde, dobre to jest!

Natomiast, gdy dowiedziałem się, że ten młody, polski zespół to tak naprawdę amerykańska supergrupa, w skład której wchodzą Geezer Butler z Black Sabbath i Matt Sorum z Guns N’Roses, The Cult czy Velvet Revolver, to myślałem sobie: eee, takich gigantów stać na więcej. Jeśli band jest złożony z takich tuzów, to jego muzyka powinna już naprawdę roztrzaskiwać dupę, jak granat przeciwpancerny i zrywać skórę z twarzy, niczym Ramsay Bolton.

I może to jest cały problem z supergrupami. Że jak słyszymy, że jacyś muzyczni superbohaterowie łączą siły, by sformować oddział rock and rollowych Avengersów, nasze oczekiwania są tak wysoko, że ciężko jest im sprostać, nawet jeśli wyzwanie podejmują prawdziwe legendy.

A gdybyśmy tak po prostu potraktowali tych gigantów tak samo, jak potraktowalibyśmy jakiś młody, próbujący się przebić zespół spod Skarżyska-Kamiennej? Zadałem sobie takie pytanie. I wiecie co? Znowu mi się to Deadland Ritual podoba.

White HighwayHere I Am

white highway - here i am.png
Na swoim debiutanckim długograju, zatytułowanym “Hittin’ the Road“, warszawscy eksperci od przebojowego, ejtisowego hard rocka i chwytliwych refrenów kontynuują robienie tego, co robią najlepiej. Czyli grają przebojowego ejtisowego hard rocka z chwytliwymi refrenami. Ale moją uwagę na tym albumie przykuł zamykający płytę numer zatytułowany “Here I Am“, który – no, cóż – nieco modyfikuje formułę stosowaną zazwyczaj przez White Highway.

Kiedy pierwszy raz słuchałem “Hittin’ the Road” i zobaczyłem na końcu plejlisty trwający dziesięć minut, pomyślałem sobie: ot, pewnie kolejny czterominutowy numer (nie żeby było coś złego w kolejnym czterominutowym numerze), potem pięć minut ciszy, a na koniec jakiś mały hidden track albo coś w tym stylu.

Tymczasem (spoiler alert!) White Highway serwują nam na koniec swojego albumu ambitny, monumentalny utwór z licznymi zmianami tempa i opartymi na pianinie czy syntezatorach interludami. Ogromnie mnie ten numer zaskoczył. I ucieszył, bo – będę się powtarzał, jak katarynka – uważam, że mało który zespół ma odwagę w dzisiejszych czasach zaryzykować stworzenie swojego własnego “November Rain“.

Bo jeśli jest w XXI wieku jakiś sens wydawania długogrającego albumu (bo przecież w epoce jutubów i spotifajów można by równie dobrze wypuszczać po jednym utworze), to właśnie taki, żeby był on jakąś opowieścią posiadającą początek, rozwinięcie i zakończenie. Najlepiej będące epickim zwieńczeniem, niczym zniszczenie Gwiazdy Śmierci czy bitwa o Helmowy Jar. Albo niczym “Here I Am” White Highway.