Wiek to tylko liczba. Czyli o ludziach, którzy odnieśli sukces po trzydziestce

Rozmawiając ostatnio z moimi znajomymi, mam coraz częściej wrażenie, że dominuje pogląd o tym, że jeśli przed trzydziestym rokiem życia nie osiągnęło się sukcesu życiowego (rozumianego zarówno jako sukces zawodowy, jak i w życiu prywatnym), to jest się totalnym przegrywem. Człowiek po trzydziestce to już właściwie człowiek z wiekiem do trumny, powinien spisywać już testament, tylko właściwie po co, skoro nie ma żadnego (materialnego lub niematerialnego) dorobku? Osobiście uważam, że jeśli w ciągu pierwszych 12 lat swojego dorosłego życia nie zostałeś gwiazdą rocka, nie zbudowałeś domu, nie zrobiłeś doktoratu, nie zarobiłeś pierwszego miliona i nie założyłeś rodziny, to jeszcze nie znaczy, że powinieneś żyć ze świadomością życiowej porażki.

Uważam, że przekonanie, iż sukces życiowy może przyjść wyłącznie przed trzydziestką, to wynik z jednej strony późnokapitalistycznej presji na to, by być chomikiem obracającym swoim kołowrotkiem szybciej, niż inne chomiki, a z drugiej strony nowoczesnego kultu młodości według którego należy zaszokować ludzkość swoim talentem, a potem umrzeć mając góra 27 lat. I jest ono całkowicie błędne. Na poparcie mojej tezy przedstawiam subiektywny ranking osób, których kariera ruszyła na dobre dopiero po trzydziestce.

Sylvester Stallone

rocky_pub01_-_h_2015

W wieku 30 lat Sylvester Stallone nie osiągnął wiele. Marzenia o błyskotliwej karierze raczej się nie spełniały. Mógł pochwalić się niewielkim dorobkiem obejmującym występ w filmie pornograficznym, do którego angaż przyjął, by nie wylądować na ulicy. W końcu jednak postanowił sam napisać scenariusz filmu, samemu go nakręcić i wystąpić w nim w roli głównego bohatera. Film opowiadał o uderzająco podobnym do samego Stallone’a życiowym przegrywie imieniem Rocky, który dostaje szansę na sukces i wykorzystuje ją. Resztę tej opowieści wszyscy znamy: “Rocky” stał się oscarowym hitem i doczekał się kilku sequeli, z których każdy zarobił miliony monet. Potem Stallone nakręcił jeszcze kilka części Rambo i parę innych filmów akcji, które może nie uzyskały poklasku krytyków, za to sprawiły, że Włoski Ogier mógł kupić rezydencję ze stajnią, w której utrzymywał 80 koni. Osiemdziesiąt.

J.K. Rowling

jk-rowling-image

Gdy pierwsza część przygód Harry’ego Pottera trafiła na półki księgarń, J.K. Rowling miała 32 lata. Ale był to chyba akurat najmniejszy jej problem, biorąc pod uwagę, że była wówczas samotną matką żyjącą z zasiłku.

Lemmy Kilmister

rs-222649-GettyImages-85513871

Lemmy zaczął parać się graniem rock and rolla, gdy jeszcze był nastolatkiem. Później grał w zespole Hawkwind, który dzisiaj jest dość znany i uważany za kultowy. Ale nie oszukujmy się – prawdziwy sukces przyszedł dopiero, gdy założył Motörhead. Kiedy listy przebojów zostały zaatakowane przez pędzący niczym tornado “Overkill“, Lemmy miał 34 lata.

Harrison Ford

han-solo-return-of-the-jedi_612x380

O karierze Harrisona Forda wie każdy, każdy chyba słyszał o tym, jak był stolarzem w Hollywood, bezskutecznie próbując przebić się jako aktor. Wprawdzie grywał tu i tam, ale w momencie, gdy zagrał swoją pierwszą naprawdę dużą rolę w filmie niejakiego George Lucasa (fun fact – Lucas jest od Forda 2 lata młodszy, nie potrafię sobie wyobrazić, że George Lucas jest od kogokolwiek młodszy), zatytułowanym “Gwiezdne Wojny“, miał 35 lat. Potem już chyba nie mógł narzekać na brak propozycji, raczej zaczął narzekać na ich nadmiar. Bycie Hanem Solo, Indianą Jonesem, Rickiem Deckardem i Ściganym musi być dość czasochłonne.

Dave Kushner

23182_artist

Gitarzysta Velvet Revolver, podobnie jak Lemmy, grał w zespołach odkąd był nastolatkiem. Żaden z tych zespołów nie odniósł jednak zbyt wielkiego sukcesu. Ale nigdy nie wiadomo, kiedy los się odmieni. W wieku 36 lat Kushner został zaproszony przez Slasha, kumpla z liceum, który w między czasie osiągnął spory komercyjny sukces w zespole Guns N’ Roses, do udziału w nowym projekcie, jeszcze przez kilka miesięcy dojeżdżał na próby z roboty na budowie.

Stan Lee

7086434

Dzisiaj każdy wie, kim jest Stan Lee. Miliony ludzi w kinach na całym świecie oklaskuje kolejne cameo 94-letniego autora komiksów w kolejnych filmach Marvela. Ale nie zawsze było tak różowo – pierwszym komiksem, według scenariusza Lee, który odniósł sukces, była “Fantastyczna Czwórka“. Gdy ukazał się pierwszy zeszyt serii, Stan Lee miał 39 lat. Także następnym razem, kiedy pomyślicie, że ktoś, kto zbliża się do czterdziestki z pewnością jest nudziarzem, przypomnijcie sobie, że ktoś kiedyś wymyślił Spidermana i X-Menów wchodząc w piątą dekadę swojego życia.

Dave Wyndorf

7092256ff32a627ed0434a54d4cea3ed

Dave Wyndorf to wokalista i lider stoner rockowego Monster Magnet – jednego z moich najulubieńszych zespołów ever. Wyndorf przez lata grał koncerty dla trzydziestu osób, nagrywał demówki, płyty, a przy tym zatrudniał się w różnych prestiżowych miejscach, takich jak stacje benzynowe. Tytuły pierwszych EP-ek Monster Magnet, takie jak “Forget About Life, I’m High on Dope” czy “We’re Stoned, What Are You Gonna Do About It?” są chyba najlepszym świadectwem, że podchodzili do wolnego tempa rozwoju swojej kariery z dużą dozą dystansu i stoickiego spokoju. Może to dlatego mainstreamowy, komercyjny sukces przyniosła im dopiero ich czwarta studyjna płyta zatytułowana “Powertrip“. Wydana w momencie, gdy Dave Wyndorf miał 42 lata.

Samuel L. Jackson

1xRW0_f-thumbnail-100-0

Jak myślicie: ile lat ma Samuel L. Jackson? No, jest już pewnie jakoś po pięćdziesiątce…? You’re motherfuckin’ right, jest po pięćdziesiątce. Bo ma 69 lat. A to oznacza, że kiedy zagrał w “Pulp Fiction” 23 lata temu, chyba swoim pierwszym naprawdę znanym filmie, miał 46 lat. Czterdzieści sześć!

Sixto Rodriguez

top-49-influential-men-sixto-rodriguez-36-1088600-TwoByOne

Faktem jest, że amerykański piosenkarz odniósł pewne sukcesy będąc jeszcze dwudziestokilkulatkiem. Wydał dwie płyty, koncertował nawet w Australii. Ale jego kariera szybko przygasła, a Rodriguez wiódł zwykłe życie człowieka klasy pracującej. Musiał być mocno zaskoczony, gdy w wieku 55 lat odkrył, że z jakiegoś powodu jego popularność w Republice Południowej Afryki porównać można z popularnością Elvisa Presley’a w Stanach. Rodriguez zaczął na nowo koncertować i cieszyć się sławą. Nie wiedział jeszcze wtedy, że czeka go co najmniej jeszcze jedno miłe zaskoczenie. W 2012 roku, gdy piosenkarz miał już lat 70, na ekrany kin wszedł film zatytułowany “Sugar Man” opowiadający jego niesamowitą historię. W ciągu kilku miesięcy po jego premierze, Rodriguez z gwiazdy RPA awansował na gwiazdę formatu światowego.

Także… Następnym razem, gdy stwierdzicie, że jeśli nie osiągnęliście nic spektakularnego przed trzydziestym, albo czterdziestym, albo pięćdziesiątym rokiem życia, przeczytajcie jeszcze raz powyższą listę. Bo – zabrzmi to może jak farmazony trenerów rozwoju osobistego, ale trudno – sukces często przychodzi później, niż się go spodziewamy. I to czy masz 27, 30, 35 czy 50 lat nie ma tu żadnego znaczenia. No, chyba, że chcesz zrobić karierę w sporcie. Tutaj niestety wiek chyba akurat ma znaczenie.

Thor: Ragnarok. Czyli najlepszy film o Thorze jak dotąd [bez spoilerów]

Podobno nowy film o przygodach Thora zbiera mnóstwo pozytywnych recenzji, a fani komiksów i filmów superbohaterskich są w siódmym niebie. Trochę nie rozumiem tego hajpu. Film jest ok, naprawdę w porządku. Ale po obejrzeniu świetnego traileru spodziewałem się czegoś znacznie lepszego.

null

Choć nie mam żadnych na to dowodów, domyślam się, że “Thor: Ragnarok” chyba trochę cierpi na syndrom niespójności wywołanej przez zetknięcie się reżysera, który ma swój własny styl i wizję z panami w garniturach, którzy mają badania rynku i koniecznie chcą, żeby widzowie zobaczyli coś, co już widzieli i im się podobało. Dlatego zapewne “Ragnarok” jest trochę kolejnym filmem solowym Thora, trochę Hulka (zdaje się, że częściowo film jest adaptacją komiksu “Planet Hulk”), a trochę próbuje być “Strażnikami Galaktyki”, a gdzieś pomiędzy trzeba jeszcze wstawić nawiązania do innych wątków, by uniwersum Marvela się kleiło. Nie pozostawia to takiego niesmaku, jak chociażby “Suicide Squad”, film który miał szansę być najfajniejsiejszym filmem roku, ale nie: przyszli panowie z zarządu i poprzestawiali klocki tak, żeby dywidenda w tym roku nie była przypadkiem mniejsza, niż w poprzednim. Wiem, że to zawsze marzenie ściętej głowy, ale tym razem naprawdę fajnie byłoby zobaczyć nieskażoną interwencjami z zewnątrz wizję autentycznego filmowca. Niezależnie od powyższego, nowy “Thor” wciąż jest filmem, na którym można się dobrze bawić. I choć niespójny, niekonsekwentny to przynajmniej nie jest nijaki.

Gdy już jesteśmy przy rozrywkowości, to pod tym względem film się rozkręca powoli. W pierwszej połowie było sporo momentów, w których powinienem się śmiać (na pewno było jasne, że chcieli tego twórcy filmu), a jednak się nie śmiałem. A zwykle jestem osobą, której rechot rozbrzmiewa w całej sali kinowej, kiedy nikt inny się nie śmieje. Po prostu wszystkie te dżołki sprawiały wrażenie wymuszonych i były – co niestety staje się trochę klątwą filmów Marvela – do bólu przewidywalne. Natomiast w drugiej połowie już głośno rżałem swoim zwyczajem, nota bene razem z resztą sali. Nie wiem czy to dlatego, że w drugiej połowie luźne, niespójne wątki zaczynają się jakoś ze sobą splatać, a fajne, śmieszne postaci wreszcie wchodzą ze sobą w interakcje? Czy też po prostu potrzebowałem chwili, by wkręcić się w świat kreowany przez Taikę Waititiego (trzeba przyznać, że długo udawało mi się uniknąć w tej notce nazwiska reżysera).

A propos postaci (i aktorów ich odgrywających). Pewnym rozczarowaniem była dla mnie postać Heli. Miała naprawdę super stroje i makijaż. Propsy dla charakteryzatorów, kostiumografów oraz samej aktorki, bo Hela prezentowała się na ekranie absolutnie doskonale. Ale mam wrażenie, że grająca ją Cate Blanchett nie poświęciła tej roli zbyt wiele uwagi i zaangażowania, nie bawiła się jakoś szczególnie dobrze grając ją. Szkoda, że nie włożyła w tę postać więcej serca, może nadałaby jej nieco więcej głębi, nieco więcej stylu, jak to zrobił chociażby Tom Hiddleston z Lokim. A może to nie wina Blanchett, tylko tego, że – ponieważ do filmu trzeba było wepchnąć jeszcze sto innych wątków – zabrakło czasu ekranowego na zapoznanie widza z głównym czarnym charakterem? Drugim aktorem, który zdecydowanie nie przyłożył się do swojej roli był Anthony Hopkins. Oglądając sceny z nim, jakoś tak miałem wrażenie, że wolałby kręcić właśnie jakiś oscarowy dramat, niż być na planie tego popcornowego filmu dla dzieci.

Reszta głównych postaci była za to naprawdę spoko. Chris Hemsworth jako Thor, Mark Ruffalo jako Bruce Banner/Hulk (zwłaszcza jako Banner), wreszcie Tessa Thompson jako nigdy nierozstający się z flaszką, cyniczny łowca nagród i Jeff Goldblum jako bezwzględny, ale i śmieszny gangster/watażka. Jak pewnie wiecie z trailerów, Hulk i Thor walczą ze sobą w czymś w rodzaju starcia gladiatorów, a Goldblum jest kimś w rodzaju zmanierowanego rzymskiego cesarza. Zarówno Goldblum, jak i ekipa filmu, poszli tu na całość. Rzymskość postaci jest widoczna we wszystkim, w grze aktorskiej, w dialogach, scenografii, makijażu. Grany przez Goldbluma kacyk ma swój dwór, swoich pretorian i swój harem. A sam aktor w roli kosmicznego Nerona, trochę strasznego, a trochę śmiesznego, sprawdza się świetnie. I widać, że świetnie się bawi grając go. Co do postaci Thompson, to jest to typ bohaterki, którą można by strasznie spłaszczyć i sprowadzić do sztampowego archetypu laski-twardzielki, jaki znamy z tak wielu filmów, a scenarzyści nadali jej znacznie więcej głębi, zaś sama aktorka dała jej niepowtarzalny styl. Nie chcąc już zbytnio spoilerować, powiem tylko, że zdobyła moje serce. W każdym razie wolałbym więcej czasu ekranowego poświęconego tym postaciom, a mniej cameo innych bohaterów z MCU.

Jednym z elementów, których wprowadzenie sprawia wrażenie mocno inspirowanych sukcesem “Strażników Galaktyki”, była wykorzystanie w tym filmie muzyki. Być może była to wizja Taiki Waititiego, a może panów w garniturach z wytwórni filmowej. Ale w tym wypadku to nieistotne, bo muzyka działała w tym filmie doskonale – kilka razy przyłapywałem się na tańczeniu w kinowym fotelu.

Jestem człowiekiem, któremu się wszystko podoba. Zwłaszcza doskonale wykonane produkty tworzone przez Marvela i Disney’a. “Thor: Ragnarok” jest filmem chyba plasującym się nieco poniżej średniej, jeśli chodzi o jakość filmów z MCU. Ale z drugiej strony filmy o Thorze zawsze były tymi mniej porywającymi. Żaden z nich nie był zły. To były dobre filmy. Ale nie były to też obrazy, które chciałbym obejrzeć więcej, niż jeden raz. Natomiast “Ragnarok” jest ze wszystkich solowych filmów o Thorze najlepszy. Chyba po prostu nie należy na niego iść ze zbyt wygórowanymi, zbudowanymi na podstawie genialnego traileru, oczekiwaniami.

PS. Zostawiłem sobie jedną kwestię na post scriptum, bo nie wiem, czy ktoś nie uzna tego za spoiler. Ja tego nie uważam za zbytni spoiler, bo było to zaspoilerowane już w drugim trailerze. Ale na wypadek, gdyby ktoś był bardzo spoilerowrażliwy, to dmucham na zimne i ostrzegam: możliwe SPOILERY.

Ale do rzeczy! Czy tylko mnie denerwuje, że w filmach czarne charaktery mogą odkupić swoje grzechy bez jakiejś szczególnie dotkliwej pokuty? W “Avengersach” Loki sprowadził na ziemię inwazję kosmitów, sam zabił co najmniej kilku niewinnych cywili, a pośrednio doprowadził do śmierci setek, może tysięcy ludzi i do strat materialnych opiewających na gazyliardy dolarów. I co? I nic. Jego brat mu wybaczył i teraz walczą razem z kimś znacznie gorszym. I wszystko jest ok. Wkurza mnie to, niezależnie od tego, jak wiele uroku ma Loki w wykonaniu Hiddelstona.

Blade Runner 2049. Czyli film smutny i piękny [SPOILERY]

Uważam, że – dla odmiany – tytuł tego tekstu wcale nie jest pretensjonalny. Jeśli sądzicie inaczej, to – no cóż – tkwicie w błędzie. W każdym razie w tej notce chciałbym napisać o jednym z aspektów filmu, który bardzo mi się podobał, a o którym nie za bardzo potrafiłem napisać, nie zdradzając fabuły i dlatego nie wspomniałem o tym poprzednim tekście. A chciałem napisać o tym, jak pięknie smutny jest ten film.e_dtr_076_0030_bg02_PR_v004.1001.tiff

Chyba najlepszym przykładem jest główny bohater, grany przez Ryana Goslinga, K, pracuje w policji i jest – żeby posłużyć się efektem prac polskich dystrybutorów amerykańskich filmów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – łowcą androidów (tudzież replikantów). Robi to, choć sam jest replikantem, co jest dosyć smutne. Zresztą nie ma zbyt wiele do powiedzenia na ten temat, bo jego mózg jest zaprogramowany tak, aby nie mógł się sprzeciwić swoim przełożonym. Jest niewolnikiem, który nie może nawet spróbować uciec. Nie jest jednak pozbawioną uczuć maszyną, w jego głowie umieszczono wspomnienia, tak aby reagował, jak zwykli, prawdziwi ludzie, czuł tak jak oni. Dlatego może odczuwać dyskomfort, kiedy gnoją go koledzy z pracy, a szefowa go molestuje go. Jedynym światłem, które rozjaśnia jego marną egzystencję jest jego dziewczyna-hologram. I wóda.

Więc ten smutny gość rozpoczyna pewne śledztwo, w wyniku którego, zaczyna podejrzewać, że może jego życie ma trochę więcej sensu, niż myślał. Być może jest pierwszym replikantem urodzonym przez replikantkę (replikantka… jest takie słowo? jeśli nie, to właśnie je wymyśliłem), a jego wspomnienia być może wcale nie są sztuczne. Być może zapoczątkuje tę rewolucję, o której jego szefowa bełkocze, gdy popije. I być może… pozna swojego ojca. No i to wszystko okazuje się być prawdą. K jest wyjątkowy, poznaje swojego ojca. Tylko, że nie. Bo znowu zaraz okazuje się, że to jednak nieprawda. Wszystko, co miało nadać egzystencji K nieco więcej znaczenia, okazuje się być kłamstwem. Wcale nie jest wyjątkowy. Grany przez Harrisona Forda Rick Deckard nie jest jego ojcem. W dodatku jeszcze zostaje zabita jego dziewczyna-hologram. A K chwilę później przechadza się po ulicy i natyka się na reklamę przedstawiającą identyczną hologramową dziewczynę, którą każdy może sobie kupić. Co przypomni mu, że najprawdziwsza oprócz wódy rzecz w życiu bohatera granego przez Ryana Goslinga także okazuje się być kłamstwem. No, po prostu świetnie. A wy myśleliście, że wasz dzień był do dupy?

W momencie, gdy K dowiaduje się, że jego życie wcale nie miało większego znaczenia, jak tylko bycie bezwolnym narzędziem do wykonywania brudnej roboty, że nie jest żadnym cudownym zaginionym dzieckiem, które ma dać początek nowej erze, replikancki ruch wyzwoleńczy proponuje mu nadać swojemu życiu nowe przeznaczenie. Nie chcąc, aby poddany torturom Deckard wydał Wallace’owi informacje na temat pierwszego cudownego replikanckiego dziecka, co zaszkodziłoby sprawie emancypacji replikantów, przywódczyni ruchu oporu, Freysa, mówi K, że “poświęcić życie w słusznej sprawie, to najbardziej ludzka rzecz, jaką można zrobić”. Nie jest jasne, czy to Deckard z małą pomocą K ma poświęcić życie, czy też ma to zrobić sam K. Ja wolę wierzyć, że Freysa ma na myśli Deckarda. Ale K. decyduje się zrobić coś innego, chyba jego zdaniem również bardzo ludzkiego, to znaczy samemu dokonać wyboru. Dlatego nie zabija Deckarda, lecz henchmenkę (henchwomenkę?) Wallace’a, Luv, ratując tym samym Harrisona Forda zarówno przed Wallacem, jak i przed ruchem wyzwoleńczym. I poświęca swoje własne życie, by to zrobić. Następnie doprowadza do spotkania Deckarda z prawdziwym cudownym dzieckiem, czyli specjalistką od wymyślania sztucznych wspomnień, Aną Stelline. Tym samym daje jej to, co sam prawie, prawie miał: możliwość poznania swojego ojca. Uczyniwszy to, K poddaje się swemu losowi i wykrwawia się, zapewne na śmierć.

Więc nasz główny bohater nie jest żadnym wybrańcem, żadnym mesjaszem. Nie przejmuje pałeczki w heroicznej sztafecie, wciąż dzierży ją Rick Deckard. Nie odchodzi ku zachodowi słońca trzymając za rękę dziewczynę, którą uratował z opresji. Na pewno nie będzie żył długo i szczęśliwie. Głównemu złoczyńcy tej opowieści, Nianderowi Wallace’owi, nie spada włos z brody. K kończy swój smutny pobyt na tym łez padole jedynie z małą odrobinką satysfakcji, że pomścił śmierć swojej hologramowej niby-dziewczyny, jakimś tam rodzajem poczucia spełnionego obowiązku wobec innych replikantów, czyli wobec swoich, wreszcie z poczuciem, że choć przez chwilę nie był niewolnikiem. Aż tyle i tylko tyle. Niewiele. Smutne to. Ale biorąc pod uwagę współczesną popkulturę i tę jej część, którą mi udaje się pożreć, to smutek naprawdę piękny. Bo ten film nie jest smutny w depresyjny, nihilistyczny sposób, jak dzisiejsze seriale o socjopatach w rodzaju Franka Underwooda, nie wiedzieć czemu tak uwielbiane. Są smutne w sposób dający promyk nadziei, na pewno w sposób oczyszczający widza (pamiętacie katharsis?).

Zwłaszcza, że ten smutek jest też piękny od strony wizualnej. Nie wiem, może ja mam po prosty słabość do tych fikcyjnych, nieludzkich megamiast przyszłości, w których jest wiecznie ciemno i pada deszcz. Faktycznie, najprawdopodobniej są to miejsca, w których nikt – łącznie ze mną – nie chciałby żyć. Ale przynajmniej są estetyczne. Kiedy K jedzie do Las Vegas, to zastaje wielkie ruiny żelbetowych pomników, a nie Wenecję czy Paryż ze styropianu. Kiedy jedzie do San Diego, które jest wysypiskiem śmieci, to na tym wysypisku nie widzi foliowych torebek i plastikowych butelek. Wszystko jest z metalu i wygląda o wiele bardziej szlachetnie. Powiedzieć, że wizja przyszłości przedstawiona w “Blade Runnerze” to wizja pesymistyczna, to nie powiedzieć nic. A mimo to przyjemnie mi się na nią patrzy. Aż chcę to zobaczyć jeszcze raz. Oczywiście tylko na ekranie.

Blade Runner 2049. Czyli slow food dla duszy [bez spoilerów]

Mam nadzieję, że wybaczycie mi ekstremalnie pretensjonalny tytuł tego tekstu, gdy w trakcie jego lektury uświadomicie sobie, że ma on spory sens. Bo “Blade Runner 2049” to w erze popkulturowego fast foodu prawdziwie wyrafinowany slow food. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam śmieciowe jedzenie – ale dobrze jest czasem pójść do fancy restauracji, by zjeść coś eleganckiego i wyszukanego. Czego nie należy mylić z czymś snobistycznym i pozerskim. “Blade Runner 2049” jest bowiem filmem wysmakowanym i subtelnym, ale równocześnie autentycznym.

blade runner

Obejrzałem film w momencie, w którym był on na ekranach kin już od kilku tygodni, więc – choć starałem się unikać czytania recenzji i tak dalej – dotarło już do mnie sporo opinii na jego temat. Wszystkie były zgodne co do jednego – akcja filmu toczy się wolno. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach. Tylko czy to źle, że fabuła nie zasuwa na łeb, na szyję? Wolne tempo tego filmu jest czymś niesamowicie odświeżającym. Szczerze mówiąc, nie jestem osobą jakoś szczególnie bystrą i nie nadążam za większością współczesnych filmów. Jeszcze ogólną fabułę jestem w stanie jakoś ogarnąć, ale żeby dostrzec jakiekolwiek detale czy smaczki? Nope. Za to na seansie “Blade Runnera” miałem czas, by w jednej scenie rozejrzeć się po całym kadrze i zanurzyć się w świat filmu. A jeżeli chodzi o estetykę, to ten film jest godnym następcą oryginału. Twórcy nie tylko – czego się obawiałem – nie pozbawili uniwersum “Łowcy androidów” charakterystycznego pazura, ale – oddając klimat oryginalnego filmu – wprowadzili wiele nowości. Propsy dla scenografów, kostiumografów, makijażystów i speców od efektów komputerowych, bo bycie wiernym duchowi franczyzy i jednoczesne wprowadzenie zupełnie nowych pomysłów, to jak chodzenie po linie między wieżami World Trade Center. Ekipie “Blade Runnera 2049” udało się nie skończyć jako mokra plama na chodniku. Ba, pod względem wizualnym reżyser filmu Denis Villeneuve totalnie dorównuje Ridley’owi Scottowi, o którym można powiedzieć bardzo wiele złego, ale w wizualność to Scott potrafi, jak chyba nikt inny we współczesnym kinie. “Blade Runner 2049” ma tyle samo klasy i elegancji, co jego poprzednik z 1982 roku.

Drugą moją obawą – obok tego, że film będzie nijaki i bezpłciowy pod względem estetycznym – było to, że usłyszę w filmie Harrisona Forda mówiącego coś w stylu “It’s true. Replicants. Tyrell… All of it.” i że to będzie kolejny opierający się tylko i wyłącznie na nostalgii soft reboot. Jasne, łyknąłem “Przebudzenie mocy”, “Jurrasic World”, a nawet “Terminator: Genisys” jak pelikan, ale po 2 czy 3 latach wskrzeszania starych, zakurzonych franczyz i pokazywania ich „nowemu pokoleniu fanów”, zaczyna być to nieco męczące. Tymczasem nie otrzymaliśmy sformatowanego do potrzeb statycznego współczesnego widza produktu (vide wolne tempo akcji), ale otrzymaliśmy wiele nowych konceptów i – przede wszystkim – nową historię. Fabuła wiąże się ściśle z opowieścią i postaciami z pierwszego “Łowcy androidów”, ale zamiast mielić w kółko te same schematy, jest rzeczywistą kontynuacją narracji z poprzedniej części. Wiele nowych idei, pomysłów i konceptów pokazuje, że Villeneuve umie w science fiction (po raz kolejny, po świetnym “Arrival”, jestem ciekaw “Diuny” w jego reżyserii) i że w science fiction umią też scenarzyści, Hampton Fancher (współautor pierwszego “Blade Runnera”) i Michael Green (scenarzysta dobrze przyjętego “Logana”). Fakt, że Green jest także autorem konceptu “Alien: Covenant” każe mi myśleć, że wiele pomysłów na fabułę jest może dobrych, dopóki producenci nie pozwolą zbytnio w nich gmerać Ridley’owi Scottowi. Jego wpływ – na liście płac „2049” figuruje jako producent – udało się chyba Villeneuve’owi ograniczyć do minimum.

Skoro znów wracamy do Scotta, to zwraca mocno uwagę fakt, że w porównaniu z ostatnimi produkcjami sci-fi tego zasłużonego reżysera, pełnymi naprawdę debilnych luk fabularnych, “Blade Runner 2049” jest zaskakująco logiczny. Filmy fantastyczno-naukowe są idealnym chłopcem do bicia internetowych mądrali i nie wątpię, że i ten konkretny obraz zostanie przez nich rozebrany na części pierwsze. Ja sam coraz częściej uświadamiam sobie, jak bardzo czepialski się stałem. Ale ilekroć podczas oglądania filmu Villeneuve’a mój mózg mówił coś w stylu “to nielogiczne”, “bez sensu”, “nie trzyma się kupy”, za kilka sekund, w kolejnym dialogu czy scenie moje wątpliwości były rozwiewane. Na przykład, gdy grający ekscentrycznego magnata przemysłowego, “produkującego” replikantów, Jared Leto ma dokonać “przeglądu” jednego ze swoich “produktów”, pomyślałem sobie tak: “Facet jest niewidomy, ale pewnie ma jakiś sposób, by sprawdzać ‘jakość’ replikantów. Swoją drogą, to głupie, że koleś wykorzystuje inżynierię genetyczną, by tworzyć zaprojektowanych od początku do końca według swoich życzeń niewolników, a nie potrafi tej technologii użyć, by przywrócić sobie wzrok. Ta jego ociemniałość posłużyła scenarzystom wyłącznie do podkręcenia wizerunku szalonego naukowca, bo przecież wiadomo, że w filmach fizycznej ułomności zawsze towarzyszy niezwykła inteligencja”. W momencie, gdy ta tyrada wybrzmiała w mojej głowie, asystentka Jareda Leto przyczepiła mu do szyi czip, który okazał się przekazywać do jego mózgu obraz z malutkich dronów. Pomyślałem sobie wtedy: “Ten film jest całkiem CinemaSins-odporny”. Praktycznie każda potencjalna luka fabularna została przez scenarzystów w elegancki sposób zaszyta.

Także “Blade Runner 2049” – przynajmniej jak dla mnie – jest obrazem inteligentnym. Może to dlatego jest totalną porażką finansową? Według mojej wiedzy w ciągu dwóch tygodni od premiery nawet nie zwrócił się budżet filmu. Może ludzie nie zrozumieli, o co chodzi i odradzili innym pójście na “Blade Runnera”? Co przypomina mi o innej kwestii. Czy żeby obejrzeć nowy film, trzeba najpierw obejrzeć pierwszą część? Moim zdaniem nie, bo fabuła – choć inteligentna – nie jest jakoś szczególnie zawiła czy niejednoznaczna. Więc “2049” można obejrzeć i dobrze się bawić, a nawet zrozumieć bez oglądania oryginału. Ale ja bym polecał jednak obejrzeć film z 1982 roku. Bo w sumie po co odmawiać sobie przyjemności oglądania klasyki? Tak czy siak, obejrzyjcie “Blade Runner 2049”. Polecam. Idąc na ten film do kina pozwalacie naszej współczesnej cywilizacji zachować twarz. Im mniejsza różnica między box officem dzieła Villeneuve’a a box officem kolejnej części przygód pierdolonych Minionków, tym większa nadzieja dla ludzkości.

Foo Fighters – Concrete & Gold. Czyli o człowieku, który wygrał życie

A więc… Foo Fighters wydali nową płytę. Pewnie już o tym słyszeliście, bo trąbią o tym wszędzie. Pewnie wiecie już też, że ta płyta jest zajebista. W sensie zaj#$%sta, bo niestety nie możemy napisać na billboardzie promującym rock and rollowy album, że jest zajebisty, bo jeszcze ktoś się przyj%&ie i będzie trzeba zdjąć, a włożone w to pieniądze pójdą się j%&$ć. Ale nieważne. Ważne, że ukazała się nowa płyta Foo Fighters i zewsząd, z internetów, z radia, z ulicznych reklam napływają pozytywne opinie o niej. Płyta jest świetna, jak wszystko, co robi Dave Grohl.

Concrete_and_Gold_Foo_Fighters_album

W sensie, Dave Grohl naprawdę wygrał życie. Jak dotąd grał w co najmniej trzech kultowych zespołach. Jednego dnia jammował z Lemmy’m i Slashem, następnego grał z Jimmy’m Pagem i Johnem Paulem Jonesem. Kolejnego dnia zagrał koncert na wyprzedanym do ostatniego miejsca stadionie i nie był to, pozwolę sobie dodać, pierwszy taki koncert w jego życiu. Za pewne także nie ostatni. Jeszcze następnego dnia wystąpił w teledysku zaprzyjaźnionego zespołu, co dało mu okazję do założenia głupkowatego stroju. Kolejnego dnia wziął udział w sesji nagraniowej innego zaprzyjaźnionego zespołu, którego efekt powędruje zaraz szybko na same szczyty list sprzedaży. Tak trzeba żyć. Życie Grohla to pasmo sukcesów, czego się nie dotknie, to zamienia złoto i – w przeciwieństwie do antycznego mitu o Midasie – nie wiąże się to z żadnym haczykiem, kruczkiem prawnym, nie ma żadnej ceny, którą człowiek musi zapłacić za sukces i szczęście. No bo Dave Grohl po zagraniu kolejnego koncertu, na którym jest oklaskiwany przez dziesiątki tysięcy ludzi, nie wraca do ciemnego pokoju hotelowego, by rozpocząć kolejny kilkudziesięciogodzinny heroinowo-kokainowy ciąg. Nie, facet ma rodzinę, mieszka w domu na przedmieściach, a w przylegającym do tego domu ogródku grilluje z przyjaciółmi. W sensie, nie z grupą interesownych, sztucznych, pretensjonalnych, fałszywych dupków, ale z tymi samymi ludźmi, z którymi kumplował się w liceum. Więc Grohl korzysta z zalet sławy i sukcesu zawodowego, a jednocześnie z uroków życia rodzinnego i osobistego szczęścia. Można powiedzieć, że zjada ciastko i nadal ma ciastko.

Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że facet ma po prostu farta. Z pewnością zasłużył na sukces godzinami spędzonymi nie tylko na ćwiczeniu gry na perkusji czy gitarze, ale i godzinami spędzonymi na pisaniu piosenek, dopieszczaniu ich w sali prób i w studio, czy wreszcie nie obijaniem się na ponad dwugodzinnych koncertach. Słuchając Foo Fighters nawet mało wyrobiony meloman uświadomi sobie z łatwością, że w te piosenki ktoś włożył ciężką pracę, rzemieślniczy kunszt i – last not least – serce. Słychać kreatywność i innowacyjność, chęć rozwoju, odkrywania nowych obszarów w sytuacji, w której można by już dawno odcinać kupony od minionej chwały.

A więc… Myślicie sobie pewnie: “Strasznie długi ten wstęp do recenzji nowego albumu Foo Fighters”. Po pierwsze – to nie jest recenzja. Ja w ogóle nie piszę recenzji. Po drugie – pewnie pocieszy Was fakt, że na razie jeszcze nie przejdę do wątku związanego z “Concrete & Gold”. Bo zanim napiszę cokolwiek o tym albumie chciałbym powiedzieć kilka słów o dwóch problemach, które mam z Foo Fighters i ich liderem.

Problem pierwszy wiąże się z uzyskaną z pomocą ciężkiej pracy, zaangażowania i pasji wysoką jakością wszystkiego, czego dotknie nasz rock and rollowy Midas. Jaram się różnymi numerami Foo Fighters od czasu, kiedy byłem gówniarzem. Wiadomo, wszyscy znają “Everlong” czy “Learn to Fly“. Moim faworytem swego czasu był “All My Life“. Kurczę, ten riff grany ciągle na jednym dźwięku. Właściwie cały utwór grany ciągle na jednym dźwięku. Facet po prostu wie – i udowadnia to światu raz za razem – jak się pisze numery, od których się nie możesz uwolnić. A przy tym wie – z małą pomocą Taylora Hawkinsa, który wali w te bębny, jak należy – jak zrobić numer, który bezlitośnie kopie w dupę nawet najbardziej wybrednych fanów ostrej muzyki. Więc generalnie mamy do czynienia ze świetną muzyką, którą doceniam. I przy której się dobrze bawię. Przynajmniej na początku. Bo – wiecie – po jakimś czasie doświadczam pewnego zmęczenia, znudzenia kawałkami Grohla i spółki. Oczywiście, wszystko się może przejeść, ale w przypadku Foo Fighters, znużenie następuje stosunkowo szybko.

Przejdźmy do problemu numer dwa. Jeśli Dave Grohl rzeczywiście wygrał życie, to dlaczego pisane przez niego piosenki są tak często przepełnione żalem i melancholią? Serio, czy jestem jedyną osobą, której muzyka Foo Fighters wydaje się smutna? “All my life I’ve been searching for something, something never comes, never leads to nothing, nothing satisfies, but I’m getting close, closer to the prize at the end of the rope, all night long I dream of the day, when it comes around, then it’s taken away” albo “I’ve got another confession my friend, I’m no fool, I’m getting tired of starting again, somewhere new”. Nawet jeśli nie w samych tekstach, to we wrzasku Grohla słychać jakiś ból, jakąś tęsknotę, jakąś stratę. Więc może nawet życie samego króla życia nie jest takie idealne?

“I don’t wanna be king, I just wanna sing a love song” – śpiewa Grohl na samym wstępie nowej płyty Foo Fighters, zatytułowanej “Concrete & Gold”, akompaniując sobie jeno na gitarze akustycznej. Po chwili jednak, całkiem znienacka, numer zmienia się w iście floydowską ścianę dźwięku. I miałem takie skojarzenie z Pink Floyd właśnie. Roger Waters również pisał o tym, jak codziennie imprezuje, jeździ luksusowym autem, zarywa panny i jak mu jest z tym wszystkim strasznie źle. Ale może to trop prowadzący totalnie donikąd. Choć oczywiście inspiracje Floydami słychać także w innych piosenkach na tej płycie, choćby w kawałku tytułowym. W singlowym “Run” Grohl śpiewa “In another perfect life…” i brzmi to, jak dla mnie gorzko i ironicznie. Tak, jakby muzyk zwracał się do tych słuchaczy, którzy sądzą, że jego życie jest perfekcyjne. Oczywiście, jak to często bywa z Foo Fighters, numer ten jest opatrzony prześmiewczym teledyskiem, jakby panowie chcieli swoje prawdziwe oblicze ukryć za tymi kostiumami, maskami, perukami i sztucznymi nosami. Ale – tu też – całkiem możliwe, że się mylę i należy ten numer interpretować zupełnie inaczej. No, ale jeszcze jest piosenka z dużo bardziej jednoznacznym linijkami: “Where is your Shangri-La now?” albo “There ain’t no superheroes now”.

W ogóle na tej płycie są goście. I to nie byle jacy. Jest Paul McCartney, jest Justin Timberlake. Niezbyt jednak słychać ich obecność. Gdybym nie wiedział, że brali udział w nagraniach, to bym się tego nie domyślił nigdy, przenigdy. Kiedy na poprzednim krążku “What Did I Do?/God as My Witness” solówkę zagrał Gary Clark Jr., to słuchacz od razu wiedział, że to Gary Clark Jr. Tutaj jakoś nie słychać, że to właśnie Paul McCartney gra na bębnach w jednym z numerów (sic). Nie zrozumcie mnie źle. Jakby w czasie nagrań do mojej płyty do studia wpadła Alison Mosshart, to na pewno też chciałbym, żeby dograła chórki do którejś z piosenek. Na pewno chłopaki dobrze bawili się nagrywając z tymi postaciami. I jeśli obecność gości coś dała tej płycie, to właśnie pewien luz, pewien organiczny chaos, jakąś ludzką niekonsekwencję. Bo tego brakowało chyba na innych płytach Foo Fighters. Były zbyt perfekcyjne, zbyt surowe. Zarówno pod względem konceptu, jak i wykonania. Jest jeszcze jeden mały plus związany z tym, że Paul McCartney gra na perkusji w jednym z kawałków. Dzięki temu słyszymy tam na wokalu Taylora Hawkinsa, co zawsze jest dobre, bo Hawkins to jest super gość.

Ale słuchanie Hawkinsa, jak gra na bębnach jest, ma się rozumieć, równie fajne, co słuchanie jego śpiewu. Jak na przykład w bardzo bluesowym “Make It Right”, gdzie zapodaje piękny bonhamowski groove. Jestem prostym człowiekiem i kiedy słyszę bonhamowski groove, klikam lajka. A propos bluesa, to obok typowo foofighterowskich numerów, takich, jak “Run”, “Arrows” czy “The Line”, rzucają się w oczy takie utwory, jak “Make it Right” czy “La Dee Da”, obydwa mocno bluesowe, w stylu old schoolowego, garażowego rock and rolla, spod znaku The Black Keys czy The White Stripes. Więc mamy już wpływy rocka progresywnego, , do tego dorzućmy jeszcze kobiece chórki w “The Sky is a Neighborhood” czy “Dirty Water” czy inspiracje brytyjskim indie rockiem w „Sunday Rain” i mamy jeden z najbardziej niezdyscyplinowanych albumów w karierze Foo Fighters.

I to może sprawić, że ten album tak szybko mi się nie znudzi. To i fakt pójścia w kilku kawałkach w bardziej artystowskim kierunku. Te chórki, smyczki, ściany gitar. Tego się nie spodziewałem po Foo Fighters, które wciąż postrzegam jako czterech gości rypiących na gitarach w garażu, zakłócających spokój amerykańskiej suburbii. A nawet jeśli mi się ten album znudzi tak szybko, jak poprzednie, to czy tak naprawdę jest w tym coś złego? Jabłkowa guma do żucia też bardzo szybko traci smak, ale czy to znaczy, że jest niedobra? Czasem człowiek potrzebuje takiej krótkotrwałej satysfakcji, jaką daje kwaśna i słodka guma do żucia. Ludzkość potrzebuje takiego zespołu, którego kawałki podgłaśniasz, kiedy słyszysz je w radio, choć nie koniecznie musisz ich słuchać z własnej inicjatywy.

Co do melancholii i smutku, to w muzyce Foo Fighters wciąż jest jej sporo. Ale i w tym nie ma dla mnie nic złego, bo przypomina mi to o dwóch rzeczach. Pierwsza to mądrość płynąca z antycznych mitów, takich jak ten, o wspomnianym już Midasie. Człowiek może przybijać piątkę z Lemmy’m i Slashem, grać dla wyprzedanych aren, wieść życie dorosłego nastolatka, dla którego przetrwanie do pierwszego nie jest problemem. Ale to nie znaczy automatycznie, że nie ma gorszych chwil, życiowych dołów, osobistych porażek, rzeczy, które go trapią. I o tym pisze, o tym śpiewa. Bo – i to jest ta druga rzecz – muzyka ma tę oczyszczającą moc, która pozwala zaakceptować te życiowe porażki i straty, których zaakceptować nie chcemy, a musimy. Jak na zespół, który powstał w czasach, gdy – tak się przynajmniej domyślam – Grohl był dość często pytany “Hej, więc… lider twojego zespołu strzelił sobie w łeb. Jakie są twoje plany na przyszłość?”, to ta muzyka mogłaby być dużo bardziej depresyjna.

PS. Serio, jak wam nie pozwalają pisać, że płyta jest “zajebista”, to napiszcie, że jest “fajna”, “świetna”, “doskonała”, “rewelacyjna”, “ekstraordynaryjna”, “fantasmagoryczna”. Tylko nie piszcie, że jest “zaj#$%sta”, bo jaki jest sens cenzurowania samego siebie?

Barry Seal: król przemytu [bez spoilerów]

Po “Barrym Sealu” spodziewałem po prostu dobrego, hollywoodzkiego kina akcji. Po prostu kolejnego zwykłego, lekkiego filmu z Tomem Cruisem. I w sumie właśnie to dostałem. Ale zaskoczyła mnie jedna rzecz, jeden z artystycznych wyborów twórców filmu, a mianowicie atmosfera filmu. Może powinienem się tego spodziewać po trailerze, ale problem jest taki, że go nie widziałem. Właściwie poszedłem do kina wiedząc o tym filmie tylko tyle, że Tom Cruise gra w nim przemytnika. Ciekawie jest czasem obejrzeć jakiś obraz, nie mając o nim pojęcia wybiegającego poza własne domysły.

barry-seal-krol-przemytu-1000x600

Wiedzcie, że ten tekst jest pisany przez człowieka, który nie widział ani jednego odcinka “Narcos“. Więc nie powiem Wam, jak portret kartelu Medellín przedstawiony w “Barrym Sealu” wygląda w perspektywie tego serialu. Jedyne czego się domyślam (ależ jestem mądry!), to że jednym z powodów powstania filmu o słynnym przemytniku jest fakt dużej popularności netfliksowej serii o kolumbijskiej mafii. No, ale po tym przydługim disclaimerze, wypada przejść do rzeczy.

“Barry Seal: król przemytu” to film bardzo luźno inspirowany biografią pilota, który przemycał do USA kokainę dla kolumbijskiego kartelu Pablo Escobara. Filmowy Seal, grany przez Cruise’a, to znudzony pilot samolotów pasażerskich, zwykły facetem z Luizjany, mąż i ojciec. Wyróżnia się jedynie tym, że jest utalentowanym pilotem, najwyraźniej spalającym się w rejsowych lotach. Kiedy z propozycją współpracy przychodzi do niego, grany przez Domhnalla Gleesona, agent CIA, godzi się na nią natychmiast. Motywacją Barry’ego jest bardziej chęć przełamania rutyny dnia codziennego i przeżycia przygody, niż oferowane przez amerykański wywiad pieniądze. Twórcy filmu dość jednoznacznie pokazują, że Sealowi i jego rodzinie na niczym nie zbywa. Początkowo zadaniem pilota ma być fotografowanie baz komunistycznej partyzantki w Ameryce Południowej. Ale w miarę rozwoju fabuły, Barry Seal zostaje wciągnięty – fakt, że bez zbytnich protestów – najpierw w dostarczanie przesyłek przywódcy wojskowej junty Manuelowi Noriedze, potem w szmuglowanie do USA kolumbijskiej kokainy na zlecenie Escobara. Działalnosć Seala rozwija się szybciuteńko i wkrótce zakłada on przedsiębiorstwo wielobranżowe operujące w takich dziedzinach, jak szmuglowanie informacji wywiadowczych, dragów, broni i ludzi oraz pranie brudnych pieniędzy zarobionych na tych wszystkich operacjach.

Może wynika to z faktu, że nie widziałem zbyt wielu filmów tego rodzaju, ale co wydało mi się interesujące, to opowiadanie o tym wszystkim w niezmiennie lekkim, humorystycznym tonie. Mówimy jednak tutaj o brudnych operacjach amerykańskiego wywiadu i rządu, czy o mających na koncie sporo zbrodni potężnych, bezwzględnych kartelach narkotykowych, czy wreszcie skorumpowanych reżimach i krwawych juntach. Jak już zaznaczyłem na początku, nie spodziewałem się przecież filmu ciężkiego. Mieści mi się w głowie opowiadanie o porachunkach gangów czy wojnie w sposób przesycony żartem czy ironią. Ale film nie traci tego pogodnego tonu właściwie ani na chwilę. Jasne, bohaterowi granemu przez Toma Cruise’a, kilkakrotnie nie jest do śmiechu, kiedy spogląda w oczy śmierci. Ale zawsze pozostaje to w konwencji wesołej, zabawnej przygody.

Jak wspominałem w innych moich tekstach, nie jestem gościem, który by lubił kibicować bohaterom negatywnym. Barry Seal nie jest zdecydowanie moim idolem, podobnie jak nie jest nim Jordan Belfort. A jednak humorystyczny, lekki ton, który utrzymuje się przez większość “Wilka z Wall Street” nie spowodował u mnie zbytniego dysonansu. Ostatecznie facet tylko oszukał kilka milionów ludzi na kasę. Nie wykonywał zleceń dla mafii, nie zbroił zbrodniczych partyzantek. Nie twierdzę, że atmosfera żartu utrzymująca się aż do ostatniej sceny filmu (kiedy to teoretycznie nikomu nie powinno być do śmiechu), to od razu coś złego. Przecież kręcono już nawet komedie o holocauście, czego nie uważam za nieodpowiednie. Po prostu zaskoczył mnie taki zabieg artystyczny w typowym oglądanym na środzie z orendż, popcornowym filmie, którego targetem są pewnie przede wszystkim zwykli przedstawiciele klasy średniej, wieczory spędzający oglądając “Narcos” na kompie i miłośniczki gasnącej powoli urody Toma Cruise’a.

Nie wiem, jaka była intencja twórców filmu. Czy pokazanie wydarzeń z najnowszej historii obu Ameryk w krzywym zwierciadle, to puszczanie oka do widza doskonale tę historię znającego, choćby z serialu “Narcos”? A może w erze “House of Cards” po prostu uznali, że nikogo nie zaszokuje fakt, że nikaraguańscy partyzanci, zamiast walczyć z komunizmem, wolą handlować narkotykami i nikt się tym specjalnie nie przejmuje?

Muszę jednak przyznać, że twórcy filmu z równą lekkością, co narkotykową mafię i wojskowe dyktatury, traktują również samego bohatera. Nie jest on dla nich wyjątkowy, nie ma dla niego taryfy ulgowej. W bezlitosnej logice satyry, w której generał osobiście rąbiący na kawałki nieposłusznych podwładnych maczetą jest pokazany jako śmieszny prowincjonalny urzędniczyna przyjmujący w łapówce ptasie mleczko, Barry Seal, bądź co bądź główny bohater, z którym publiczność chce się identyfikować, jest tak samo wzięty w nawias, jak generał Noriega, Pablo Escobar czy Ronald Reagan. Gdy już mamy potraktować go śmiertelnie poważnie, jak człowieka z krwi i kości, okazuje się, że to tylko komiksowa karykatura. Konsekwentnie. Aż do ostatniej sceny.

Valerian i miasto tysiąca planet [bez spoilerów]

Szkoda tego filmu. Projekt życiowy, spełnienie dziecięcych marzeń Luca Bessona, jakim była ekranizacja ukochanej komiksowej serii, okazało się być absolutną finansową porażką. I jestem zwolennikiem tezy, że stało się tak niezależnie od jakości samego filmu. Winna jest logika współczesnego przemysłu filmowego, która – czy gotowi jesteśmy to przyznać czy nie – rządzi także nami – głosującymi nogami wiodącymi nas do kin oraz hajsem wydanym na bilety i popcorn. Bo tak to już jest w rzeczywistości Anno Domini 2017, że jeśli kosztujący grube miliony monet blockbuster nie spełni dwóch kryteriów – tzn. 1) nie jest kolejną ekranizacją, rebootem, sequelem czy prequelem czegoś dobrze znanego publiczności 2) w główne role nie wcielają się absolutnie topowi aktorzy i aktorki, to nie odniesie sukcesu. Najprawdopodobniej. Zdarzają się wyjątki. Ale rzadko.

valerian-and-the-city-of-a-thousand-planets-international-poster-cropped

Film, który kosztował 200 milionów dolców, a zarobił trochę ponad 210, w erze sequeli, spinoffów i uniwersów nie ma szans na kontynuację, a sequel czy spinoff miałby spore uzasadnienie w przypadku adaptacji serii komiksowej o Valerianie i Laureline. Żadnego z tych komiksów nie miałem jak dotąd okazji przeczytać, ale już z samego filmu Bessona można wysnuć wyobrażenie o wielkości i złożoności świata, wielości wątków i konceptów jakie oferuje to komiksowe uniwersum. I właśnie dlatego żal mi francuskiego reżysera i jego dzieła, bo mam przekonanie graniczące z pewnością, że chciałby podróż w świat agentów Valeriana i Laureline kontynuować w kolejnych obrazach. I w ogóle wydaje mi się, że to właśnie fascynacja bogactwem i pięknem przedstawionego w komiksach świata były dla Bessona motorem napędzającym kreację jego najnowszego filmu.

Inne rzeczy, takie jak postacie, ich relacje i psychologia, dialogi, fabuła czy intryga są tylko koniecznym elementem albo pretekstem dla pokazania konceptów, które – jak rozumiem – zrodziły się w wyobraźni autorów komiksu Pierre’a Christina, Jean-Claude’a Mézièresa oraz Evelyn Tranlé i zostały przepuszczone przez wyobraźnie Bessona i ekipy tworzącej film.

Chwilami miałem wrażenie, że albo dialogi są drętwo napisane, albo wcielający się w główne role kosmicznych agentów Valeriana i Laureline Dane DeHaan i Cara Delevingne są naprawdę drewnianymi aktorami, albo Luc Besson po nakręceniu jednego podejścia do sceny dialogu mówił ekipie “Świetnie! A teraz nakręćmy następną scenę, w której pokażemy tę nową zajebistą planetę, albo tę nową zajebistą rasę kosmitów, albo ten nowy zajebisty wynalazek”. Stawiam jednak, że to trzecie. Nie dlatego, że nie chcę przyznać, że twórcy filmu są słabymi artystami czy nie znają rzemiosła, ale dlatego, że ten obraz ocieka wprost dziecięcą fascynacją niezmierzonymi galaktykami. Dlatego jestem w stanie wybaczyć Lucowi Bessonowi, że DeHaan i Delevigne nie grają jak Leonardo DiCaprio i Natalie Portman, że dialogi nie są tak perfekcyjne, jak w “Pulp Fiction“, a intryga nie jest uszyta równie misternie co w “Ocean’s Eleven“.

Bo co tu ukrywać, fabuła, przy dużym stopniu prostoty i przewidywalności (mogę chyba bez zbytniego spoilerowania powiedzieć, że żadnego “No, I am your father” spodziewać się nie należy), zawiera wiele luk (Cinema Sins będzie miało używanie). Nie znam za bardzo filmów z DeHaanem, ale Carę Delevigne – do której urody mam dziwną słabość – widziałem w niezbyt dobrze przyjętym (i słusznie!) “Suicide Squad”, gdzie jej gra została przez krytyków i publiczność obśmiana. A w “Valerianie” zarówno Delevigne, jak i DeHaan nie zagrali jakoś rewelacyjnie. Ale nie pastwmy się nad tymi młodymi aktorami, wszak występ Clive’a Owena też pozostawiał wiele do życzenia. Ethan Hawke czy John Goodman pojawili się na ekranie na tak krótki moment, że nawet trudno ocenić ich grę (ściślej rzecz biorąc z Johna Goodmana pojawił się tylko jego głos). Więc, tak jak już wspominałem, uważam, że fabuła, dialogi i postacie nie były priorytetem Bessona.

Za to efekty specjalne, sceny akcji, charakteryzacja i (wygenerowane chyba w większości komputerowo) plenery zwalają z nóg. I to wszystko nie dzieje się na zasadzie, że jeśli film z najlepszymi efektami specjalnymi i scenografią ma durną fabułę, to nadal jest durny, niezależnie od tego jakby się spece od grafiki komputerowej nie starali. Bo oglądając “Valeriana i miasto tysiąca planet” czuje się, że te wszystkie komputerowo wygenerowane efekty nie służą wyłącznie pustej rozrywce i bezmyślnej akcji, że nie są tylko owocem tego, że jakiś facet w garniturze powiedział na spotkaniu w sali konferencyjnej “Dajcie tu więcej wybuchów i statków kosmicznych, żeby było co pokazać w trailerze”. Nie, tutaj to wszystko służy eksplorowaniu fascynującego uniwersum i czuć w tym wszystkim pasję do jego zgłębiania. Widać, że film został nakręcony z miłością, nie ma tutaj zbyt wiele kalkulacji (co pewnie nie wyszło mu na dobre, skoro jest finansową klapą).

“Valerian” to film, którym strasznie bym się zajarał, gdybym oglądał go mając – nie wiem – 13 lat? Patrząc na ten film nie szkiełkiem i okiem, lecz czuciem i wiarą, byłbym bardziej otwarty na cuda w nim zawarte. Dość częste luki logiczne w fabule nie wytrącałyby mnie z całkowitego zanurzenia w fascynującym świecie, a rodzące się między głównymi bohaterami uczucie wzruszałoby mnie, mimo braku chemii między DeHaanem a Delevigne i kiepskich dialogów. Tak, jak jako dziecko obejrzałem “Mroczne widmo” (był to pierwszy mój film sagi “Gwiezdnych wojen”) i do dziś nie potrafię tego filmu hejtować, mimo jego wielu oczywistych wad. A to dlatego właśnie, że zadziwiła mnie oryginalność, inność, fantastyczność tamtego świata. I myślę, że gdybym nie był takim starym dziadem, jakim jestem, to “Valerian i miasto tysiąca planet” byłoby kandydatem na jeden z filmów mojego – jak to się czasem szumnie mówi – pokolenia. Na razie jednak nie zanosi się na to, by uniwersum “Valeriana” stało się światowym fenomenem na miarę “Star Wars” czy “Harry’ego Pottera”. Być może ma taki status we Francji – tego nie wiem. Na razie muszę się (choć trudniejsze to pewnie będzie dla Bessona) pogodzić z tym, że nie powstanie sequel (który mógłby być przecież takim “Imperium Kontratakuje” czy “Terminatorem II: Dniem sądu” – filmem, który wyniósł posiadającą wielki potencjał franczyzę na o wiele wyższy poziom). I na pewno muszę sięgnąć po komiksy opowiadające o przygodach Valeriana i Laureline.