Najfajniejsze płyty 2019 roku

Tradycyjnie już przedstawiam listę moich ulubionych albumów mijającego roku. I jak zwykle przypominam, że jest to zestawienie całkowicie subiektywne i niemiarodajne. Oraz że albumy prezentuję w kolejności chronologicznej. Gotowi? Zatem nie przedłużajmy – do rzeczy!

Rival Sons – Feral Roots

Rival_Sons_-_Feral_Roots

Album “Feral Roots” udowadnia, że jeśli już koniecznie musimy szukać wśród współczesnych zespołów jakichś “godnych następców” Led Zeppelin, to są nimi Rival Sons. I to nie dlatego, że grają tak, jak się grało “kiedyś”, bo z szufladki retro/vintage/klasycznego rocka udało się kalifornijczykom wydostać już jakiś czas temu. Nie chodzi tu też o wirtuozerską zręczność, bo nią Rival Sons wcale nie próbują jakoś nachalnie wymachiwać odbiorcom przed oczami.

To co moim zdaniem łączy Rival Sons z Led Zeppelin, to coś co nazwałbym muzyczną wyobraźnią. Amerykanie mają wystarczająco dużo polotu i fantazji, by do klasycznego rocka – gatunku, który wielu kojarzy się z zabetonowanymi schematami – wprowadzić sporo świeżości. Rival Sons nie zaprząta sobie głowy faktem, że rock and roll już jakiś czas temu zakończył swoje władanie nad masową wyobraźnią. A jednocześnie nie klęka w czołobitnym hołdzie przed kanonami powstałymi pół wieku temu. Nie zadowala się tylko kopiowaniem ustalonych schematów, ale poszukuje wciąż czegoś nowego, nagrywając płyty charakteryzujące się niesamowitym rozmachem i klimatem. A przy tym cały czas kopie dupę. Czyli robi dokładnie to, co robili Zeppelini.

 

Sorry Boys – Miłość

milosc-b-iext54317572

Sorry Boys to zespół, w którym niezależnie od wielkiego wkładu w kompozycje, jaką mają współtwórcy piosenek i naprawdę świetni multiinstrumentaliści Tomasz Dąbrowski i Piotr Blak, zawsze będą oni pozostawać w cieniu głosu i charyzmy wokalistki Beli Komoszyńskiej. Z czym zresztą panowie wydają się być pogodzeni.

Bo chyba każdy przyzna, że to osobowość wokalistki jest siłą napędową zespołu. Nie inaczej jest na najnowszym krążku zespołu. Słuchając Beli mam wrażenie, że jest ona istotą unoszącą się kilka centymetrów nad ziemią. Jakby oderwaną od cynizmu i fałszu paskudnego świata, w którym przychodzi nam na co dzień funkcjonować. Próbującą wziąć nas za rękę i zabrać nas na chwilę do nieco bardziej metafizycznego świata, w którym takie rzeczy, jak dobro, piękno i – będąca także tytułem tego albumu – miłość, nie są tylko zszarganymi sloganami. Może i zabrzmię głupio, ale trudno: uważam, że gdybyśmy wszyscy choć raz na jakiś czas myśleli i czuli, tak jak Bela Komoszyńska, to ten świat byłby lepszym miejscem.

Każdy z dotychczasowych albumów Sorry Boys to właśnie taka podróż po jedynym w swoim rodzaju uniwersum Beli. A na albumie “Miłość” po prostu poznajemy ten świat jeszcze lepiej, docieramy w tej podróży jeszcze dalej.

 

Iggy Pop – Free

Iggy_Pop_-_Free

Fascynujące, jak rzeczy, które na papierze działają, w praktyce totalnie się nie sprawdzają. Ale jeszcze bardziej fascynuje mnie, kiedy coś, co na papierze nie działa, działa w praktyce. Tak jest z nową płytą Iggy’ego Popa. Gdy przeczytałem, że składać się na nią będą wykonane przez frontmana The Stooges melorecytacje i ambient jazzowe podkłady, pomyślałem sobie: ale to będzie pretensjonalny, snobistyczny i całkowicie nienadający się dosłuchania album.

Ale coś sprawiło, że jednak wcisnąłem przycisk “Odtwórz” na Spotify. I od razu pozwoliłem Iggy’emu udowodnić, że nie mam racji. I to pozwoliłem mu to zrobić kilka razy pod rząd! Mieszanka hypnotyzującego głosu wokalisty z elektronicznymi podkładami i partiami trąbki w wykonaniu Lerona Thomasa (mam chyba słabość do plumkania na wszelkiego rodzaju instrumentach dętych) tworzą naprawdę klimatyczny i wciągający miks.

Zakładając z góry, że z tego albumu wyjdzie jakiś snobistyczny gargamel zapomniałem chyba, że mamy przecież do czynienia z Iggym Popem. Bo jeśli miał bym wymienić tylko jeden talent tego artysty, to jest nim właśnie zdolność do bycia bezpretensjonalnym. Dlatego właśnie udaje mu się, to co nie udaje się tak wielu: sprawić, że to co nie działa na papierze, działa w praktyce.

 

Tides From Nebula – From Voodoo To Zen

70587822_10156906392956032_8522551644662005760_o

Tides From Nebula to trochę taki zespół, z którego się wyrasta. Bo to nie jest tak, że od swojej debiutanckiej płyty warszawska ekipa jakoś obniżyła poziom czy zaczęła zjadać swój własny ogon. Po prostu ten debiut miał miejsce dziesięć lat temu. Więc przez te dziesięć lat to ja stałem się innym człowiekiem. I po prostu już się tak Tidesami nie jaram, jak wtedy, gdy wprowadzali post-rockową estetykę na polski rynek. It’s not you, it’s me.

Ale z sentymentu nadal sprawdzam nowe wydawnictwa zespołu. I tak też zrobiłem, gdy pojawiło się “From Voodoo To Zen”. I już od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że to jest dobra płyta. Wzbudza mój podziw fakt, że do niezbyt pojemnej, a eksploatowanej już od dłuższego czasu formuły można jeszcze wprowadzić jakiś powiew świeżości. A Tides From Nebula nie tylko się to udało, ale jeszcze potrafili przy okazji nagrać album, który wpada w ucho i nie wypada od razu drugim. Co jest w gatunku takim, jak post-rock – pozwolę sobie tutaj na brutalną szczerość – godnym podziwu osiągnięciem.

 

Nick Cave & The Bad Seeds – Ghosteen

Ghosteen_-_Nick_Cave_and_the_Bad_Seeds

Nie do końca wiem dlaczego, ale trudno mi słuchać dwóch ostatnich płyt Nicka Cave’a nie patrząc na nie przez pryzmat śmierci jego piętnastoletniego syna. Jeśli o tym wydarzeniu nie wiedzieliście, to teraz już wiecie. Teraz już nigdy nie usuniecie tej informacji z głowy i będziecie słuchać wydanych po tej tragedii albumów “Skeleton Tree” i “Ghosteen” z tym samym bagażem, co ja. Sorry.

Piszę o tym wszystkim, bo wydanej rok po śmierci syna Cave’a “Skeleton Tree”, mimo dobrych chęci, nie byłem w stanie pokochać. Chyba znów wpadłem w pułapkę niemożliwych do spełnienia oczekiwań. Może zabrzmi to strasznie i okrutnie, ale taka trauma musi, po prostu musi zainspirować takiego artystę, jak Cave, do stworzenia czegoś tak pięknego i pełnego głębi, że aż przekraczającego ludzkie pojęcie. Tak przynajmniej – czy tego chciałem, czy nie – myślałem w 2016 roku, kiedy ukazywało się “Skeleton Tree”. Jak się domyślacie, tamten album nie stał się dla mnie doświadczeniem transcendentnym i metafizycznym. Wiem, że to głupie, ale podkreślam: te wygórowane oczekiwania zbudowałem mimowolnie, niejako podświadomie. Pewnie były one tak wysokie także dlatego, że poprzednik “Skeleton Tree” – wydany w 2013 roku “Push The Sky Away” – zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko.

Tymczasem Nick Cave okazał się być tylko człowiekiem. A “Skeleton Tree” zwykłym albumem – ani bardzo złym, ani bardzo dobrym. Który może w innych okolicznościach wylądowałby na mojej plejliście na dłużej. Ale niestety czasem niewiedza o kontekście jest błogosławieństwem.

Tegoroczny “Ghosteen” w warstwie lirycznej eksploruje podobną tematykę, co poprzednie wydawnictwo. Utwory nadal opowiadają o stracie i bólu oraz o sposobach radzenia sobie z nimi. Niemniej, minęło już kilka lat, co chyba pozwoliło nabrać Cave’owi nieco dystansu. To wciąż mroczny, melancholijny album, ale jednak przebrzmiewa w nim nutka nadziei. Na pewno czas sprawił, że dystansu nabrałem ja. I mogę się teraz spokojnie zachwycać tym albumem. Jego minimalistycznymi aranżami, doskonałą produkcją, medytacyjnym spokojem i mantrową powtarzalnością. No i tym smutkiem, który nie przygnębia, lecz oczyszcza. Kto wie, może ten album przynosi właśnie coś na kształt tego, czego oczekiwałem od “Skeleton Tree”? Może to jest właśnie to nieuchwytne, metafizyczne coś?

Fink – Bloom Innocent

bloom-innocent-b-iext55251132

Album został wydany 25 października i trzeba przyznać, że brytyjski songwriter wybierając datę premiery swojego najnowszego krążka, trafił w dziesiątkę. Bo ta płyta to perfekcyjny soundtrack do chłodnych i ciemnych jesienno-zimowych dni.

Bloom Innocent” to album, który jest czasem ambientowo cichy, czasem nieco bardziej dynamiczny, ale nigdy nie przekracza pewnego poziomu głośności. Choć instrumentarium jest dość bogate, nie ma ani jednego momentu, w którym aranże byłyby przeładowane. To osiem niespiesznych kompozycji, które sprawiają, że jadąc samochodem jakąś szosą poza miastem, zdejmujesz nogę z gazu i nagle zaczynasz doceniać szare niebo i zimne powietrze. Zaczynasz stapiać się z polami i lasami, które mijasz. Zaczynasz stapiać się z nocą.

 

Spaceslug – Reign of the Orion

a2980154693_10

Spaceslug to jeden z tych zespołów, który nie utrudnia ludziom życia. Widzisz nazwę, widzisz tytuł oraz okładkę płyty i od razu wiesz, czego się po nich spodziewać. Dlatego zawartość “Reign of the Orion” nie jest wielką niespodzianką. Dostajemy odpowiednią dawkę ciężkich doomowych riffów i dobrze wymierzoną działkę space rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dużo delay’ów, dużo wah-wahów, dużo flangerów – czyli wszystko, co tygrysy lubią najbardziej. Także tak, jak wspomniałem wyżej, tego właśnie się spodziewałem i to dostałem. I to by wystarczyło na dobry album.

Ale na tym wrocławskie trio nie poprzestaje – i tutaj mamy jednak trochę niespodziewaną niespodziewajkę – dorzuca w bonusie jeszcze parę fajnych rzeczy. Są zatem zapadające w pamięć melodie, naprawdę zawodowa produkcja, motywy grane na pianinie, a nawet trochę ejtisowych synthów (tak!). A na czubku tego tortu słodka i nasączona spirytusem wisienka w postaci sampla z monologiem Rutgera Hauera z “Blade Runnera“. Dosłownie jakby ten album został nagrany specjalnie dla mnie! Ale nawet bez cytatów z kultowych klasyków, “Reign of the Orion” ma ciężkawy, dystopijny klimat mrocznego filmu science fiction. I właśnie dla tej atmosfery warto ten album sprawdzić.

Moje ulubione filmy 2017 roku [bez spoilerów]

Nadejszła wiekopomna chwila, w której w końcu, W KOŃCU publikuję listę moich ulubionych filmów 2017 roku. Tak – wiem, że jest kwiecień. Późna data publikacji tego rankingu wynika z faktu, że próbowałem – z niewielką skutecznością – nadrobić braki spowodowane moją nieobecnością w kinie na kilku produkcjach, które chciałem obejrzeć. I ta właśnie nieobecność w kinie i nieumiejętność nadrobienia braków może być powodem, dla którego w rankingu nie znalazły się taki obrazy, jak “Logan“, “Baby Driver” czy “Twój Vincent“. Pragnę też dodać, że jako filmy z 2017 roku rozumiem te, które swoją premierę miały w 2017 roku w Polsce, stąd na pewno nie uświadczycie tutaj “Kształtu Wody” czy “Lady Bird“, które do kin weszły u nas już w roku 2018. No, ale dobra, nie przedłużajmy już, czekaliście wystarczająco długo (bo czekaliście, co nie?), here we go!

Wonder Womanwonder woman
Wahałem się czy umieścić ten film w tym zestawieniu. Bo ufając mędrca szkiełku i oku, trzeba przyznać, że wybitnym obrazem “Wonder Woman” bynajmniej nie jest. Więc umieszczanie go w rankingu najlepszych filmów 2017 roku może być co najwyżej swego rodzaju nagrodą motywacyjną, wysłaniem sygnału w stylu “w końcu w tym kinowym uniwersum DC, będącym nieudolną próbą powtórzenia sukcesu Marvela, udało wam się nakręcić coś, co nie jest totalnym gównem”. Wypada jednak zauważyć, że decydenci posiadającej prawa do ekranizacji komiksów DC wytwórni Warner Brothers kierują się raczej zestawieniami sprzedaży biletów kinowych, niż moją listą ulubionych filmów. Poza tym – no, właśnie – to jest lista moich ULUBIONYCH filmów, nie NAJLEPSZYCH filmów. A ja jednak “Wonder Woman” – mimo licznych wad – lubię.

I lubię tę produkcję, nie tylko ze względu na niewątpliwy urok wcielającej się w rolę Diany Prince izraelskiej aktorki Gal Gadot czy na doskonałą chemię pomiędzy nią a jej ekranowym partnerem Chrisem Pinem, wcielającym się w rolę Steve’a Trevora. Najważniejsza jest chyba prostota i pewna naiwność tej historii. Film nie próbuje być na siłę poważny, jak większość obrazów z uniwersum DC, nie próbuje być na siłę śmieszny, jak wiele filmów z uniwersum Marvela. Nie epatuje ilością pobocznych wątków, których jedyną rolą jest powiązanie opowieści z innymi filmami franczyzy, nie sili się na mruganie okiem do fanów popkultury. Jest obrazem zrobionym na poważnie, ale na tyle poważnie, na ile można zrobić film o antycznej bogini rozwalającej żołnierzy kaisera przy pomocy lassa.

Spider-Man: Homecomingspiderman
Wielu chwaliło ten film za to, że oprócz bycia filmem superbohaterskim i to filmem z marvelowskiego uniwersum, jest też po prostu komedią o nastolatkach, w duchu “Powrotu do przyszłości” i “Wolnego dnia Ferrisa Buellera“. Za ludzką skalę tego filmu, w którym główny bohater jest zwykłym dzieciakiem, który przypadkiem supermoce i przypadkiem spotkał parę miesięcy temu Avengersów i nie może przestać się tym jarać. Dzieciakiem, który nie walczy z zagrażającym całemu Nowemu Jorkowi superłotrem, ale z lokalnym gangsterem. No, dobra, supergangsterem. Który to gangster nota bene jest postacią wyjątkowo jak na filmy superbohaterskie niejednowymiarową. Wszystko w tej produkcji wydaje się jakieś takie mniejsze, przytulne i bardziej swojskie. “Homecoming” niewątpliwie pobudza we mnie nostalgię za czasami, gdy sam byłem nastolatkiem z supermocami, które musiałem ukrywać przed dziewczynami, do których zarywałem i dlatego udawałem przegrywa.

Oprócz świetnych kreacji Toma Hollanda i Michaela Keatona oraz zawsze niezawodnego Roberta Downey’a Jr., na uwagę zasługuje wcielająca się w rolę szkolnej koleżanki Petera Parkera Zendaya. Absolutnie doskonale zagrana, świetna postać. A jeśli już oglądaliście “Homecoming”, to oglądając kolejny raz przyjrzycie się jej uważnie, na pewno zauważycie bardzo dyskretne zapowiedzi wątku, który pojawi się w kontynuacji.

Te wszystkie elementy, które tak często (mniej lub bardziej słusznie) są krytykowane w uniwersum Marvela, w tym filmie działają właściwie bezbłędnie. Wielość komicznych kwestii i sytuacji; występy gościnne innych postaci z franczyzy; meta-znaczenie faktu obsadzenia Micheala Keatona, wcielającego się wcześniej w rolę Batmana i Birdmana, w rolę Sępa. Ale najbardziej podoba mi się urok świata przedstawionego. To liceum w Queens, do którego chodzi Peter Parker są uniwersum, w którym chciałbym zamieszkać. Przynajmniej na trochę.

Dunkierkadunkirk
Sorry, jeśli będzie przez chwilę trochę politycznie, ale to jest zbyt dobre, bym mógł się powstrzymać! W Polsce wiele osób wygłasza pogląd, że nasza historia pęka w szwach od tematów, z których można by zrobić film albo serial, który spokojnie można by było sprzedać światowej publiczności, wreszcie przydać naszemu narodowi należnej mu glorii, zerwać z “pedagogiką wstydu”, poprawić nasz wizerunek na świecie i przy okazji na tym zarobić. Podobno wystarczy otworzyć podręcznik dziejów Polski na losowo wybranej stronie i tam będzie historia, która właściwie sama zmieni się w scenariusz, sama się nakręci i pozwoli upiec te wszystkie sroki na jednym ogniu. Jedyne, co stoi Polsce na przeszkodzie w drodze do stania się największym eksporterem historycznych blockbusterów, to spisek różnych grup interesu, którym zależy, by nasz kraj wciąż ponosił klęskę na wszelkich możliwych polach. Niskie budżety, kiepskie scenariusze i drewniane aktorstwo w naszych historycznych superprodukcjach nie mają tutaj oczywiście nic do rzeczy.

Oglądając “Dunkierkę” można chwilami odnieść wrażenie, że kręcąc ją Christopher Nolan chciał pokazać przedstawionej powyżej mentalności wielkiego fucka. Zupełnie jakby pomyślał: wezmę na warsztat totalnie nieseksowny temat i zrobię z niego seksowny film.

Gdyby jeszcze ci nieszczęśni alianccy żołnierze oblężeni w francuskim forcie mieli chociaż tyle przyzwoitości co Spartanie pod Termopilami i wszyscy romantycznie zginęli. Ale nie, oni stamtąd uciekli. To jest film o ewakuacji. Ewakuacji. A jednak jest to bardzo dobry, trzymający w napięciu film, ze świetnymi zdjęciami i doskonałą muzyką. I sprawiający, że widz przejmuje się losem bohaterów mimo, że wie o nich naprawdę niewiele.

Zarzuty, że twórcy ulegli presji poprawności politycznej i unikali używania terminu “Niemcy”, są raczej nietrafione. Jasne, to że w filmie najczęściej występuje bliżej nieokreślony “wróg”, a nie np. “Niemcy” czy choćby “naziści” i to, że rzadko tego wroga widujemy, a jeśli nawet to nie widzimy jego chorągwi czy mundurów, to wszystko nie jest przypadkiem. Ale sądzę, że jednak chodzi tutaj o pewne przeniesienie akcentu. Wrogiem są tu oczywiście także narodowo-socjalistyczne Niemcy, ale przede wszystkim jest nim sama wojna. Ten film jak nic pokazuje, że wojna nie jest fajną przygodą, ale koszmarem, od którego desperacko próbuje uciec większość głównych bohaterów. Fakt, że wróg – w pewnym sensie – nie ma narodowości, twarzy, nazwisk, nie tyle służy rozmyciu odpowiedzialności za II wojnę światową, ale właśnie spotęgowaniu strachu wśród widzów, a więc i zwiększeniu współodczuwania wobec bohaterów filmu. Wszak stara reguła kina (i nie tylko kina) jest prosta, najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. A ja osobiście uważam, że gdyby więcej produktów popkultury zohydzało swoim odbiorcom wojnę, zamiast pokazywać ją jako romantyczną przygodę, to może mniej ludzi byłoby skłonnych ku takiej romantycznej przygodzie wyruszać, względnie wysyłać na nią bliźnich. I świat miałby szansę stać się lepszym miejscem.

Valerian i miasto tysiąca planetvalerianPrzewidywalna i pełna luk fabuła. Dość drewniana gra aktorska. Nawet ze strony takich tuzów, jak Clive Owen czy Ethan Hawke. Jasne, wiele aspektów tego filmu sprawia, że trudno nazwać go doskonałym. Ale też wiele aspektów tego obrazu sprawia, że wciąż miło wspominam seans “Valeriana i miasta tysiąca planet” i wcale nie chodzi tutaj o obecność Cary Delevigne na ekranie. Efekty specjalne w tym filmie były bezbłędne – dzieło Luca Bessona to prawdziwa uczta dla oczu każdego fana fantastyki (naukowej) i kina akcji. Świat przedstawiony zadziwia niezmierzonym bogactwem idei, konceptów, pomysłów, miejsc które z chęcią bym odwiedził, a cały czas ma się wrażenie, że zaledwie muskamy powierzchnię tego nieskończenie głębokiego uniwersum. Ale co najważniejsze, oglądając ten film czujemy pasję i miłość w jaką w niego włożyli twórcy, przede wszystkim Luc Besson, który komiksami o podróżującym w czasie i przestrzeni agencie Valerianie jara się od dzieciństwa, a nakręcenie adaptacji planował przynajmniej od czasów prac nad “Piątym elementem“, którego premiera miała miejsce blisko dwadzieścia lat temu. Francuski reżyser – wbrew obowiązującej obecnie modzie na outsourcing – uparł się, by kręcić film w swojej ojczyźnie (będącej także przecież ojczyzną twórców komiksu o Valerianie) i zatrudnić francuską ekipę, co jest bardzo sympatyczne, ale też spowodowało spore zwiększenie kosztów produkcji. Dlatego też “Valerian i miasto tysiąca planet” okazało się być finansową porażką, bo spory budżet filmu nie znalazł odzwierciedlenia w jego popularności w kasach biletowych. A szkoda, bo ten świat jest tak bogaty i ciekawy, że z chęcią obejrzałbym sequel. Odrobinę pozytywnego, naiwnego, utopijnego science fiction jeszcze nikomu nie zaszkodziło, zwłaszcza w świecie, w którym przeważa science fiction mroczne, pesymistyczne i dystopijne.

Blade Runner 2049 blade runner
A skoro już mówimy o mrocznym, pesymistycznym i dystopijnym science fiction… Tak jak wspomniałem wyżej, mam wrażenie (a wrażenie z natury swej jest subiektywne, więc proszę mnie tutaj nie zarzucać tytułami, które przeczą mojej tezie), że przeważa ono we współczesnym kinie (oraz w telewizji i na platformach streamingowych). Dlatego jeśli już robić kolejną mroczną, pesymistyczną i dystopijną produkcję SF, to robić ją tak, jak Denis Villeneuve zrobił kontynuację kultowego “Łowcy Androidów“. Bo choć wizja świata przedstawionego przez kanadyjskiego reżysera jest chyba jeszcze bardziej przykra, niż ta pokazana w filmie Ridley’a Scotta w 1982 roku, to ja z kina nie wyszedłem przytłoczony czy przygnębiony. Być może to z powodu piękna bladerunnerowego uniwersum, którego klimat udało się Villeneuve’owi uchwycić bezbłędnie, a do tego zdołał do niego wprowadzić nowe elementy, zachowując pełną spójność. A być może dlatego, że ta opowieść mimo, że jest niewesoła, to jednak niesie jakieś oczyszczenie, katharsis, nie zaś wyłącznie pustkę i nihilizm.

Coco coco
Po raz kolejny Disney/Pixar serwuje nam ten sam przepis na rozrywkę, emocje, śmiech i wzruszenia. I po raz kolejny to oczywiście działa, niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, której mechanizm zaprojektował niemiecko-japoński zespół ekspertów, za design odpowiedzialni byli Włosi, a za marketing Amerykanie. Nie oszukujmy się, to działa za każdym razem. Ale tym razem historia opowiedziana w “Coco” zadziałała na mnie nawet mocniej, niż zwykle. Może to dlatego, że to opowieść o małym chłopcu, który wbrew przeciwnościom chce być muzykiem, grać na gitarze i sięgnąć po nieśmiertelną sławę. Historia Miguela Rivery poruszyła – że tak powiem – odpowiednie struny w mojej duszy. Cóż, jest to przepięknie ilustrowana (te kolory i w ogóle to, jak przedstawione zostały zaświaty) opowieść o miłości, muzyce, marzeniach, rodzinie, sławie, zapomnieniu, śmierci i nieśmiertelności. A przede wszystkim chyba o szczęściu i o tym, gdzie tak naprawdę ludzie powinni go szukać. Pod względem przewijających się w filmie motywów, trochę mi się “Coco” skojarzyło z “AmadeuszemMiloša Formana, z tą różnicą, że tam gdzie “Amadeusz” jest filmem cynicznym i pesymistycznym, “Coco” jest filmem naiwnym i optymistycznym.

Wiek to tylko liczba. Czyli o ludziach, którzy odnieśli sukces po trzydziestce

Rozmawiając ostatnio z moimi znajomymi, mam coraz częściej wrażenie, że dominuje pogląd o tym, że jeśli przed trzydziestym rokiem życia nie osiągnęło się sukcesu życiowego (rozumianego zarówno jako sukces zawodowy, jak i w życiu prywatnym), to jest się totalnym przegrywem. Człowiek po trzydziestce to już właściwie człowiek z wiekiem do trumny, powinien spisywać już testament, tylko właściwie po co, skoro nie ma żadnego (materialnego lub niematerialnego) dorobku? Osobiście uważam, że jeśli w ciągu pierwszych 12 lat swojego dorosłego życia nie zostałeś gwiazdą rocka, nie zbudowałeś domu, nie zrobiłeś doktoratu, nie zarobiłeś pierwszego miliona i nie założyłeś rodziny, to jeszcze nie znaczy, że powinieneś żyć ze świadomością życiowej porażki.

Uważam, że przekonanie, iż sukces życiowy może przyjść wyłącznie przed trzydziestką, to wynik z jednej strony późnokapitalistycznej presji na to, by być chomikiem obracającym swoim kołowrotkiem szybciej, niż inne chomiki, a z drugiej strony nowoczesnego kultu młodości według którego należy zaszokować ludzkość swoim talentem, a potem umrzeć mając góra 27 lat. I jest ono całkowicie błędne. Na poparcie mojej tezy przedstawiam subiektywny ranking osób, których kariera ruszyła na dobre dopiero po trzydziestce.

Sylvester Stallone

rocky_pub01_-_h_2015

W wieku 30 lat Sylvester Stallone nie osiągnął wiele. Marzenia o błyskotliwej karierze raczej się nie spełniały. Mógł pochwalić się niewielkim dorobkiem obejmującym występ w filmie pornograficznym, do którego angaż przyjął, by nie wylądować na ulicy. W końcu jednak postanowił sam napisać scenariusz filmu, samemu go nakręcić i wystąpić w nim w roli głównego bohatera. Film opowiadał o uderzająco podobnym do samego Stallone’a życiowym przegrywie imieniem Rocky, który dostaje szansę na sukces i wykorzystuje ją. Resztę tej opowieści wszyscy znamy: “Rocky” stał się oscarowym hitem i doczekał się kilku sequeli, z których każdy zarobił miliony monet. Potem Stallone nakręcił jeszcze kilka części Rambo i parę innych filmów akcji, które może nie uzyskały poklasku krytyków, za to sprawiły, że Włoski Ogier mógł kupić rezydencję ze stajnią, w której utrzymywał 80 koni. Osiemdziesiąt.

J.K. Rowling

jk-rowling-image

Gdy pierwsza część przygód Harry’ego Pottera trafiła na półki księgarń, J.K. Rowling miała 32 lata. Ale był to chyba akurat najmniejszy jej problem, biorąc pod uwagę, że była wówczas samotną matką żyjącą z zasiłku.

Lemmy Kilmister

rs-222649-GettyImages-85513871

Lemmy zaczął parać się graniem rock and rolla, gdy jeszcze był nastolatkiem. Później grał w zespole Hawkwind, który dzisiaj jest dość znany i uważany za kultowy. Ale nie oszukujmy się – prawdziwy sukces przyszedł dopiero, gdy założył Motörhead. Kiedy listy przebojów zostały zaatakowane przez pędzący niczym tornado “Overkill“, Lemmy miał 34 lata.

Harrison Ford

han-solo-return-of-the-jedi_612x380

O karierze Harrisona Forda wie każdy, każdy chyba słyszał o tym, jak był stolarzem w Hollywood, bezskutecznie próbując przebić się jako aktor. Wprawdzie grywał tu i tam, ale w momencie, gdy zagrał swoją pierwszą naprawdę dużą rolę w filmie niejakiego George Lucasa (fun fact – Lucas jest od Forda 2 lata młodszy, nie potrafię sobie wyobrazić, że George Lucas jest od kogokolwiek młodszy), zatytułowanym “Gwiezdne Wojny“, miał 35 lat. Potem już chyba nie mógł narzekać na brak propozycji, raczej zaczął narzekać na ich nadmiar. Bycie Hanem Solo, Indianą Jonesem, Rickiem Deckardem i Ściganym musi być dość czasochłonne.

Dave Kushner

23182_artist

Gitarzysta Velvet Revolver, podobnie jak Lemmy, grał w zespołach odkąd był nastolatkiem. Żaden z tych zespołów nie odniósł jednak zbyt wielkiego sukcesu. Ale nigdy nie wiadomo, kiedy los się odmieni. W wieku 36 lat Kushner został zaproszony przez Slasha, kumpla z liceum, który w między czasie osiągnął spory komercyjny sukces w zespole Guns N’ Roses, do udziału w nowym projekcie, jeszcze przez kilka miesięcy dojeżdżał na próby z roboty na budowie.

Stan Lee

7086434

Dzisiaj każdy wie, kim jest Stan Lee. Miliony ludzi w kinach na całym świecie oklaskuje kolejne cameo 94-letniego autora komiksów w kolejnych filmach Marvela. Ale nie zawsze było tak różowo – pierwszym komiksem, według scenariusza Lee, który odniósł sukces, była “Fantastyczna Czwórka“. Gdy ukazał się pierwszy zeszyt serii, Stan Lee miał 39 lat. Także następnym razem, kiedy pomyślicie, że ktoś, kto zbliża się do czterdziestki z pewnością jest nudziarzem, przypomnijcie sobie, że ktoś kiedyś wymyślił Spidermana i X-Menów wchodząc w piątą dekadę swojego życia.

Dave Wyndorf

7092256ff32a627ed0434a54d4cea3ed

Dave Wyndorf to wokalista i lider stoner rockowego Monster Magnet – jednego z moich najulubieńszych zespołów ever. Wyndorf przez lata grał koncerty dla trzydziestu osób, nagrywał demówki, płyty, a przy tym zatrudniał się w różnych prestiżowych miejscach, takich jak stacje benzynowe. Tytuły pierwszych EP-ek Monster Magnet, takie jak “Forget About Life, I’m High on Dope” czy “We’re Stoned, What Are You Gonna Do About It?” są chyba najlepszym świadectwem, że podchodzili do wolnego tempa rozwoju swojej kariery z dużą dozą dystansu i stoickiego spokoju. Może to dlatego mainstreamowy, komercyjny sukces przyniosła im dopiero ich czwarta studyjna płyta zatytułowana “Powertrip“. Wydana w momencie, gdy Dave Wyndorf miał 42 lata.

Samuel L. Jackson

1xRW0_f-thumbnail-100-0

Jak myślicie: ile lat ma Samuel L. Jackson? No, jest już pewnie jakoś po pięćdziesiątce…? You’re motherfuckin’ right, jest po pięćdziesiątce. Bo ma 69 lat. A to oznacza, że kiedy zagrał w “Pulp Fiction” 23 lata temu, chyba swoim pierwszym naprawdę znanym filmie, miał 46 lat. Czterdzieści sześć!

Sixto Rodriguez

top-49-influential-men-sixto-rodriguez-36-1088600-TwoByOne

Faktem jest, że amerykański piosenkarz odniósł pewne sukcesy będąc jeszcze dwudziestokilkulatkiem. Wydał dwie płyty, koncertował nawet w Australii. Ale jego kariera szybko przygasła, a Rodriguez wiódł zwykłe życie człowieka klasy pracującej. Musiał być mocno zaskoczony, gdy w wieku 55 lat odkrył, że z jakiegoś powodu jego popularność w Republice Południowej Afryki porównać można z popularnością Elvisa Presley’a w Stanach. Rodriguez zaczął na nowo koncertować i cieszyć się sławą. Nie wiedział jeszcze wtedy, że czeka go co najmniej jeszcze jedno miłe zaskoczenie. W 2012 roku, gdy piosenkarz miał już lat 70, na ekrany kin wszedł film zatytułowany “Sugar Man” opowiadający jego niesamowitą historię. W ciągu kilku miesięcy po jego premierze, Rodriguez z gwiazdy RPA awansował na gwiazdę formatu światowego.

Także… Następnym razem, gdy stwierdzicie, że jeśli nie osiągnęliście nic spektakularnego przed trzydziestym, albo czterdziestym, albo pięćdziesiątym rokiem życia, przeczytajcie jeszcze raz powyższą listę. Bo – zabrzmi to może jak farmazony trenerów rozwoju osobistego, ale trudno – sukces często przychodzi później, niż się go spodziewamy. I to czy masz 27, 30, 35 czy 50 lat nie ma tu żadnego znaczenia. No, chyba, że chcesz zrobić karierę w sporcie. Tutaj niestety wiek chyba akurat ma znaczenie.

Blade Runner 2049. Czyli film smutny i piękny [SPOILERY]

Uważam, że – dla odmiany – tytuł tego tekstu wcale nie jest pretensjonalny. Jeśli sądzicie inaczej, to – no cóż – tkwicie w błędzie. W każdym razie w tej notce chciałbym napisać o jednym z aspektów filmu, który bardzo mi się podobał, a o którym nie za bardzo potrafiłem napisać, nie zdradzając fabuły i dlatego nie wspomniałem o tym poprzednim tekście. A chciałem napisać o tym, jak pięknie smutny jest ten film.e_dtr_076_0030_bg02_PR_v004.1001.tiff

Chyba najlepszym przykładem jest główny bohater, grany przez Ryana Goslinga, K, pracuje w policji i jest – żeby posłużyć się efektem prac polskich dystrybutorów amerykańskich filmów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – łowcą androidów (tudzież replikantów). Robi to, choć sam jest replikantem, co jest dosyć smutne. Zresztą nie ma zbyt wiele do powiedzenia na ten temat, bo jego mózg jest zaprogramowany tak, aby nie mógł się sprzeciwić swoim przełożonym. Jest niewolnikiem, który nie może nawet spróbować uciec. Nie jest jednak pozbawioną uczuć maszyną, w jego głowie umieszczono wspomnienia, tak aby reagował, jak zwykli, prawdziwi ludzie, czuł tak jak oni. Dlatego może odczuwać dyskomfort, kiedy gnoją go koledzy z pracy, a szefowa go molestuje go. Jedynym światłem, które rozjaśnia jego marną egzystencję jest jego dziewczyna-hologram. I wóda.

Więc ten smutny gość rozpoczyna pewne śledztwo, w wyniku którego, zaczyna podejrzewać, że może jego życie ma trochę więcej sensu, niż myślał. Być może jest pierwszym replikantem urodzonym przez replikantkę (replikantka… jest takie słowo? jeśli nie, to właśnie je wymyśliłem), a jego wspomnienia być może wcale nie są sztuczne. Być może zapoczątkuje tę rewolucję, o której jego szefowa bełkocze, gdy popije. I być może… pozna swojego ojca. No i to wszystko okazuje się być prawdą. K jest wyjątkowy, poznaje swojego ojca. Tylko, że nie. Bo znowu zaraz okazuje się, że to jednak nieprawda. Wszystko, co miało nadać egzystencji K nieco więcej znaczenia, okazuje się być kłamstwem. Wcale nie jest wyjątkowy. Grany przez Harrisona Forda Rick Deckard nie jest jego ojcem. W dodatku jeszcze zostaje zabita jego dziewczyna-hologram. A K chwilę później przechadza się po ulicy i natyka się na reklamę przedstawiającą identyczną hologramową dziewczynę, którą każdy może sobie kupić. Co przypomni mu, że najprawdziwsza oprócz wódy rzecz w życiu bohatera granego przez Ryana Goslinga także okazuje się być kłamstwem. No, po prostu świetnie. A wy myśleliście, że wasz dzień był do dupy?

W momencie, gdy K dowiaduje się, że jego życie wcale nie miało większego znaczenia, jak tylko bycie bezwolnym narzędziem do wykonywania brudnej roboty, że nie jest żadnym cudownym zaginionym dzieckiem, które ma dać początek nowej erze, replikancki ruch wyzwoleńczy proponuje mu nadać swojemu życiu nowe przeznaczenie. Nie chcąc, aby poddany torturom Deckard wydał Wallace’owi informacje na temat pierwszego cudownego replikanckiego dziecka, co zaszkodziłoby sprawie emancypacji replikantów, przywódczyni ruchu oporu, Freysa, mówi K, że “poświęcić życie w słusznej sprawie, to najbardziej ludzka rzecz, jaką można zrobić”. Nie jest jasne, czy to Deckard z małą pomocą K ma poświęcić życie, czy też ma to zrobić sam K. Ja wolę wierzyć, że Freysa ma na myśli Deckarda. Ale K. decyduje się zrobić coś innego, chyba jego zdaniem również bardzo ludzkiego, to znaczy samemu dokonać wyboru. Dlatego nie zabija Deckarda, lecz henchmenkę (henchwomenkę?) Wallace’a, Luv, ratując tym samym Harrisona Forda zarówno przed Wallacem, jak i przed ruchem wyzwoleńczym. I poświęca swoje własne życie, by to zrobić. Następnie doprowadza do spotkania Deckarda z prawdziwym cudownym dzieckiem, czyli specjalistką od wymyślania sztucznych wspomnień, Aną Stelline. Tym samym daje jej to, co sam prawie, prawie miał: możliwość poznania swojego ojca. Uczyniwszy to, K poddaje się swemu losowi i wykrwawia się, zapewne na śmierć.

Więc nasz główny bohater nie jest żadnym wybrańcem, żadnym mesjaszem. Nie przejmuje pałeczki w heroicznej sztafecie, wciąż dzierży ją Rick Deckard. Nie odchodzi ku zachodowi słońca trzymając za rękę dziewczynę, którą uratował z opresji. Na pewno nie będzie żył długo i szczęśliwie. Głównemu złoczyńcy tej opowieści, Nianderowi Wallace’owi, nie spada włos z brody. K kończy swój smutny pobyt na tym łez padole jedynie z małą odrobinką satysfakcji, że pomścił śmierć swojej hologramowej niby-dziewczyny, jakimś tam rodzajem poczucia spełnionego obowiązku wobec innych replikantów, czyli wobec swoich, wreszcie z poczuciem, że choć przez chwilę nie był niewolnikiem. Aż tyle i tylko tyle. Niewiele. Smutne to. Ale biorąc pod uwagę współczesną popkulturę i tę jej część, którą mi udaje się pożreć, to smutek naprawdę piękny. Bo ten film nie jest smutny w depresyjny, nihilistyczny sposób, jak dzisiejsze seriale o socjopatach w rodzaju Franka Underwooda, nie wiedzieć czemu tak uwielbiane. Są smutne w sposób dający promyk nadziei, na pewno w sposób oczyszczający widza (pamiętacie katharsis?).

Zwłaszcza, że ten smutek jest też piękny od strony wizualnej. Nie wiem, może ja mam po prosty słabość do tych fikcyjnych, nieludzkich megamiast przyszłości, w których jest wiecznie ciemno i pada deszcz. Faktycznie, najprawdopodobniej są to miejsca, w których nikt – łącznie ze mną – nie chciałby żyć. Ale przynajmniej są estetyczne. Kiedy K jedzie do Las Vegas, to zastaje wielkie ruiny żelbetowych pomników, a nie Wenecję czy Paryż ze styropianu. Kiedy jedzie do San Diego, które jest wysypiskiem śmieci, to na tym wysypisku nie widzi foliowych torebek i plastikowych butelek. Wszystko jest z metalu i wygląda o wiele bardziej szlachetnie. Powiedzieć, że wizja przyszłości przedstawiona w “Blade Runnerze” to wizja pesymistyczna, to nie powiedzieć nic. A mimo to przyjemnie mi się na nią patrzy. Aż chcę to zobaczyć jeszcze raz. Oczywiście tylko na ekranie.

Blade Runner 2049. Czyli slow food dla duszy [bez spoilerów]

Mam nadzieję, że wybaczycie mi ekstremalnie pretensjonalny tytuł tego tekstu, gdy w trakcie jego lektury uświadomicie sobie, że ma on spory sens. Bo “Blade Runner 2049” to w erze popkulturowego fast foodu prawdziwie wyrafinowany slow food. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam śmieciowe jedzenie – ale dobrze jest czasem pójść do fancy restauracji, by zjeść coś eleganckiego i wyszukanego. Czego nie należy mylić z czymś snobistycznym i pozerskim. “Blade Runner 2049” jest bowiem filmem wysmakowanym i subtelnym, ale równocześnie autentycznym.

blade runner

Obejrzałem film w momencie, w którym był on na ekranach kin już od kilku tygodni, więc – choć starałem się unikać czytania recenzji i tak dalej – dotarło już do mnie sporo opinii na jego temat. Wszystkie były zgodne co do jednego – akcja filmu toczy się wolno. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach. Tylko czy to źle, że fabuła nie zasuwa na łeb, na szyję? Wolne tempo tego filmu jest czymś niesamowicie odświeżającym. Szczerze mówiąc, nie jestem osobą jakoś szczególnie bystrą i nie nadążam za większością współczesnych filmów. Jeszcze ogólną fabułę jestem w stanie jakoś ogarnąć, ale żeby dostrzec jakiekolwiek detale czy smaczki? Nope. Za to na seansie “Blade Runnera” miałem czas, by w jednej scenie rozejrzeć się po całym kadrze i zanurzyć się w świat filmu. A jeżeli chodzi o estetykę, to ten film jest godnym następcą oryginału. Twórcy nie tylko – czego się obawiałem – nie pozbawili uniwersum “Łowcy androidów” charakterystycznego pazura, ale – oddając klimat oryginalnego filmu – wprowadzili wiele nowości. Propsy dla scenografów, kostiumografów, makijażystów i speców od efektów komputerowych, bo bycie wiernym duchowi franczyzy i jednoczesne wprowadzenie zupełnie nowych pomysłów, to jak chodzenie po linie między wieżami World Trade Center. Ekipie “Blade Runnera 2049” udało się nie skończyć jako mokra plama na chodniku. Ba, pod względem wizualnym reżyser filmu Denis Villeneuve totalnie dorównuje Ridley’owi Scottowi, o którym można powiedzieć bardzo wiele złego, ale w wizualność to Scott potrafi, jak chyba nikt inny we współczesnym kinie. “Blade Runner 2049” ma tyle samo klasy i elegancji, co jego poprzednik z 1982 roku.

Drugą moją obawą – obok tego, że film będzie nijaki i bezpłciowy pod względem estetycznym – było to, że usłyszę w filmie Harrisona Forda mówiącego coś w stylu “It’s true. Replicants. Tyrell… All of it.” i że to będzie kolejny opierający się tylko i wyłącznie na nostalgii soft reboot. Jasne, łyknąłem “Przebudzenie mocy”, “Jurrasic World”, a nawet “Terminator: Genisys” jak pelikan, ale po 2 czy 3 latach wskrzeszania starych, zakurzonych franczyz i pokazywania ich „nowemu pokoleniu fanów”, zaczyna być to nieco męczące. Tymczasem nie otrzymaliśmy sformatowanego do potrzeb statycznego współczesnego widza produktu (vide wolne tempo akcji), ale otrzymaliśmy wiele nowych konceptów i – przede wszystkim – nową historię. Fabuła wiąże się ściśle z opowieścią i postaciami z pierwszego “Łowcy androidów”, ale zamiast mielić w kółko te same schematy, jest rzeczywistą kontynuacją narracji z poprzedniej części. Wiele nowych idei, pomysłów i konceptów pokazuje, że Villeneuve umie w science fiction (po raz kolejny, po świetnym “Arrival”, jestem ciekaw “Diuny” w jego reżyserii) i że w science fiction umią też scenarzyści, Hampton Fancher (współautor pierwszego “Blade Runnera”) i Michael Green (scenarzysta dobrze przyjętego “Logana”). Fakt, że Green jest także autorem konceptu “Alien: Covenant” każe mi myśleć, że wiele pomysłów na fabułę jest może dobrych, dopóki producenci nie pozwolą zbytnio w nich gmerać Ridley’owi Scottowi. Jego wpływ – na liście płac „2049” figuruje jako producent – udało się chyba Villeneuve’owi ograniczyć do minimum.

Skoro znów wracamy do Scotta, to zwraca mocno uwagę fakt, że w porównaniu z ostatnimi produkcjami sci-fi tego zasłużonego reżysera, pełnymi naprawdę debilnych luk fabularnych, “Blade Runner 2049” jest zaskakująco logiczny. Filmy fantastyczno-naukowe są idealnym chłopcem do bicia internetowych mądrali i nie wątpię, że i ten konkretny obraz zostanie przez nich rozebrany na części pierwsze. Ja sam coraz częściej uświadamiam sobie, jak bardzo czepialski się stałem. Ale ilekroć podczas oglądania filmu Villeneuve’a mój mózg mówił coś w stylu “to nielogiczne”, “bez sensu”, “nie trzyma się kupy”, za kilka sekund, w kolejnym dialogu czy scenie moje wątpliwości były rozwiewane. Na przykład, gdy grający ekscentrycznego magnata przemysłowego, “produkującego” replikantów, Jared Leto ma dokonać “przeglądu” jednego ze swoich “produktów”, pomyślałem sobie tak: “Facet jest niewidomy, ale pewnie ma jakiś sposób, by sprawdzać ‘jakość’ replikantów. Swoją drogą, to głupie, że koleś wykorzystuje inżynierię genetyczną, by tworzyć zaprojektowanych od początku do końca według swoich życzeń niewolników, a nie potrafi tej technologii użyć, by przywrócić sobie wzrok. Ta jego ociemniałość posłużyła scenarzystom wyłącznie do podkręcenia wizerunku szalonego naukowca, bo przecież wiadomo, że w filmach fizycznej ułomności zawsze towarzyszy niezwykła inteligencja”. W momencie, gdy ta tyrada wybrzmiała w mojej głowie, asystentka Jareda Leto przyczepiła mu do szyi czip, który okazał się przekazywać do jego mózgu obraz z malutkich dronów. Pomyślałem sobie wtedy: “Ten film jest całkiem CinemaSins-odporny”. Praktycznie każda potencjalna luka fabularna została przez scenarzystów w elegancki sposób zaszyta.

Także “Blade Runner 2049” – przynajmniej jak dla mnie – jest obrazem inteligentnym. Może to dlatego jest totalną porażką finansową? Według mojej wiedzy w ciągu dwóch tygodni od premiery nawet nie zwrócił się budżet filmu. Może ludzie nie zrozumieli, o co chodzi i odradzili innym pójście na “Blade Runnera”? Co przypomina mi o innej kwestii. Czy żeby obejrzeć nowy film, trzeba najpierw obejrzeć pierwszą część? Moim zdaniem nie, bo fabuła – choć inteligentna – nie jest jakoś szczególnie zawiła czy niejednoznaczna. Więc “2049” można obejrzeć i dobrze się bawić, a nawet zrozumieć bez oglądania oryginału. Ale ja bym polecał jednak obejrzeć film z 1982 roku. Bo w sumie po co odmawiać sobie przyjemności oglądania klasyki? Tak czy siak, obejrzyjcie “Blade Runner 2049”. Polecam. Idąc na ten film do kina pozwalacie naszej współczesnej cywilizacji zachować twarz. Im mniejsza różnica między box officem dzieła Villeneuve’a a box officem kolejnej części przygód pierdolonych Minionków, tym większa nadzieja dla ludzkości.