Moje ulubione płyty (i EP-ki) z 2018 roku

Nadszedł nowy rok, a wraz z nim… No, cóż – spojrzenie w przeszłość i moje całkowicie subiektywne, egoistyczne i stronnicze podsumowanie roku poprzedniego w popkulturze. Może nawet w przeciwieństwie do podsumowań roku 2017, uda mi się zamknąć tę serię tekstów przed kwietniem. Może! A może nie. W każdym razie na pierwszy rzut oka idą albumy, które wyszły w minionym 2018 roku i z jakiegoś powodu wzbudziły moją sympatię.

Ponieważ w tym roku nie wpadło mi w oko zbyt wiele EP-ek, uznałem, że nie będę dla nich tworzył oddzielnej listy, tylko dołączą one do grona albumów pełnometrażowych. Zresztą, w epoce internetów i streamingów granica pomiędzy płytą długogrającą a minialbumem się zaciera, więc ten podział jest chyba troszkę sztuczny. Oczywiście przypominam, że nie przyznaję żadnych punktów, ani nie układam albumów w kolejności od najmniej fajnego do najbardziej fajnego – kolejność jest chronologiczna. No, dobra – dosyć tych wstępów. I tak nikt ich nie czyta.

Weedpecker III

a0077539398_10
Warszawska ekipa zawsze wyróżniała się spośród naszych rodzimych miłośników stonerowego grania. Nie żebym jakoś dogłębnie znał polską scenę, ale wydaje mi się, że gdy inni po prostu łoili tłuste fuzzowe riffy, Weedpecker zawsze wplatał w to wszystko sporo elementów space rocka, shoegaze’u czy post-rocka. Na najnowszym, trzecim już krążku, Weedpecker prawie (prawie!) całkowicie zrezygnował z czołobitnych hołdów dla Black Sabbath czy Electric Wizard i totalnie odleciał w kierunku tripowych muzycznych pejzaży.

I nie żebym nie lubił porządnego, toczącego się jak ruski czołg sabbathowskiego riffowania. No, bo powiedzmy sobie szczerze: kto nie lubi sobie odpalić albumu z pięknymi, palącymi zioło wiedźmami na okładce i posłuchać sobie czterdziestu minut zagruzowanego bardziej, niż moje biurko w pracy gitarowego brzmienia? Nie oszukujmy się, to jest zawsze dobry pomysł. Nieważne, ile razy już wcześniej słyszeliśmy takie granie.

Ale niemal całkiem porzucając bucząco-trzeszczące, przestrojone oktawę w dół gitary i idąc w kierunku brzmienia, które mi osobiście bardziej kojarzy się ze wczesnym Tame Impala, Weedpecker wykonał godny podziwu, odważny manewr. Udowodniając przy okazji, że jak na prawdziwie stonerowy zespół przystało, mają wyjebane na to, co sobie ludzie pomyślą i że – no, cóż – nikomu nie muszą nic udowadniać. Wreszcie na koniec trzeba powiedzieć, że “III” to kawał po prostu dobrej muzyki. I tyle.

Mikołaj PiechockiNo More Aces i No More Aces Outtakes

51eqn67dlyl._ss500

Lista projektów, w których wziął udział Mikołaj Piechocki jest imponująca. Oprócz koncertowania, nagrywania i komponowania z The Plantators, który można chyba nazwać jego macierzystą formacją czy występu w roli gitarzysty prowadzącego na pewnym nieco bardziej rockowym albumie, Mikołaja można usłyszeć na dziesiątkach koncertów i co najmniej tuzinie EP-ek czy singli różnych artystów. Co łączy wszystkie te projekty to fakt, że w większości z nich Miko zdaje się woleć pozostawać w cieniu innych muzyków. Co może być zaskakujące w kontekście jego ogromnego talentu.

W każdym razie w 2018 roku Mikołaj Piechocki postanowił wyjść z mroku i opublikować coś pod własnym imieniem i nazwiskiem. Wydał więc w tym roku dwie EP-ki. Pierwsza nosi tytuł “No More Aces“, druga zaś “No More Aces Outtakes” i zawiera – niespodzianka! – odrzuty z sesji do “No More Aces”. Jeśli miałbym pokusić się o odpowiedź na pytanie, dlaczego Miko nie wydał po prostu jednej EP-ki, to wskazałbym tutaj jego niechęć do autopromocji. Zapewne to właśnie skromność kazała Miko wybrać z siedmiu utworów cztery najlepsze, a resztę odrzucić jako niewystarczająco dobre. Gdy już je opublikował, ludzie zażądali więcej. A Mikołaj uległ prośbom i wrzucił do netu pozostałe piosenki. Tak właśnie sobie to wyobrażam. A piszę o tym dlatego, że “Outtakes” moim zdaniem w niczym nie ustępuje “No More Aces” i dlatego też traktuję obie EP-ki jako jedną całość.

Ale do rzeczy! Choć EP-ka jest utrzymana w stylistyce songwriterskiego indie folku, to od pierwszej piosenki wiadomo, że Mikołaj nie zamierza poprzestać na garści ogranych schematów i tworzyć nijakiego pitu pitu rodem z reklamy jeansów. Choć “No More Aces” charakteryzuje folkowa prostota, to słychać tutaj też inspiracje spoza tego gatunku. Oraz wysokiej klasy gitarowe rzemiosło. Nie spodziewajcie się jednak taniego efekciarstwa czy pustych wirtuozerskich popisów. Mimo, że “No More Aces” jest przykładem naprawdę wszechstronnych umiejętności technicznych Mikołaja, te najbardziej imponujące partie są celowo gdzieś ukryte, schowane za innymi, można powiedzieć, że… pozostają w cieniu. Zupełnie jakby Miko chciał powiedzieć: “No, wiecie, tutaj zagram solo, takie tam, nic wielkiego”. W każdym razie każda zagrywka, każdy efekt, każdy kompozycyjny czy producencki zabieg jest tutaj podporządkowany piosence. To piosenka jest tutaj najważniejsza.

Generalnie, gdy słucham tych melancholijnych, choć niepozbawionych pazura utworów, ciągle powraca do mojej głowy myśl: “Ale to jest dobre”. Pod każdym względem – piosenkopisarstwa, wykonania i produkcji. A przy tym nie jest to tylko starannie odrobiona przez wzorowego ucznia praca domowa, bo jest na tych EP-kach sporo feelingu, wyczuwalnego w przywodzącym na myśl Briana Molko głosie Mikołaja i jego naprawdę świetnych partiach gitarowych (wspominałem już, że to świetny gitarzysta?). Podsumowując, jedyną przyczyną dla której EP-ki przeszły bez rozgłosu, jest moim zdaniem wspomniana niechęć Mikołaja do wychodzenia z cienia. Ja jednak wbrew intencjom twórcy mówię Wam: posłuchajcie “No More Aces”, a potem powiedzcie o tym innym ludziom. I niech oni opowiedzą o tym kolejnym osobom.

Andrew W.K.You’re Not Alone

andrew-wk-youre-not-alone-1519655402-640x640
Jako dziecko MTV2 pamiętam doskonale lata dwutysięczne, gdy codziennie spędzałem godziny gapiąc się w telewizor i oglądając teledyski Eminema, Queens of the Stone Age, Toola, Gorillaz czy Slipknota i System of a Down. Pamiętam też Andrew W.K., człowieka który nie wiedział czym jest pralka, ale za to wiedział, jak dobrze imprezować. Podobały mi się te jego prostackie aranżacje i jeszcze bardziej prostackie teksty piosenek. Identyfikowałem się z domorosłym producentem, w jakiego wciela się Andrew w klipie do “She is Beautiful“, choć mój sprzęt był jeszcze skromniejszy, bo posiadałem tylko gitarę i dyktafon. Niedługo potem amerykański artysta zniknął z mojego radaru i pozostawał poza moim zasięgiem przez jakieś półtorej dekady.

Ale niedawno natknąłem się na najnowszy album, z ciekawości kliknąłem “Odtwarzaj” i niemalże od pierwszej piosenki ogarnął mnie zachwyt. Bo Andrew W.K. ogromnie się rozwinął, a jednocześnie nie zmienił się ani o jotę. Do surowej ściany dźwięku, złożonej tylko z wokalu, gitary, basu, pianina i perkusji zaprezentowanej na debiutanckim “I Get Wet” dołączył ścieżki smyczków i syntezatorów, a jednocześnie nie stracił nic z tego swojego punkowego prostactwa. Poza tym – a może przede wszystkim – muszę powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Jest coś niesamowicie kojącego w tym, że mimo, że minęło siedemnaście lat, świat pędzi na złamanie karku, człowiek ledwo nadąża za dynamicznymi zmianami, to Andrew wciąż imprezuje. I nie zanosi się na to, żeby przestał.

Monster MagnetMindfucker 

r-11750467-1521744472-7743.jpeg
Monster Magnet powróciło w pięknym stylu. Na nowe studyjne wydawnictwo zawierające całkowicie oryginalny, świeży materiał, ekipa Dave’a Wyndorfa kazała słuchaczom czekać pięć lat. W ogóle jakieś ostatnie dziesięć lat to nie był chyba dla Monster Magnet najlepszy okres. Wprawdzie mimo przedawkowania leków i dramatycznego przybrania na wadze, Wyndorf wciąż pracował i koncertował, to jednak nagrane w tym czasie albumy “Mastermind” i “Last Patrol” nie zostały przyjęte z entuzjazmem. A przynajmniej – przyznam się bez bicia – nie zostały przyjęte z entuzjazmem przeze mnie. To naprawdę dobre albumy, ale ja jakoś nie byłem w stanie ich pokochać. Z kolei z krążka “4-Way Diablo“, który osobiście uważam za naprawdę dobry, nie był zadowolony sam zespół, nie grając żadnego z numerów z tego albumu na promującej go trasie (!).

Ale to już przeszłość. W 2018 roku Monster Magnet powrócił z płytą zatytułowaną “Mindfucker” i od pierwszych dźwięków, od garażowego hihata nabijającego rytm i sprzęgających gitar, słuchacz wie, że to jest całkowicie złodupczy, rock and rollowy powrót. Nie zrywając z psychodelicznymi brzmieniami Wyndorf i spółka serwują tutaj przebojowe refreny, wpadające w ucho riffy i chyba jedne z najszybszych kawałków w historii bandu. Ale nawet z wolniejszych numerów przebija niesamowita energia i żywotność przywołująca na myśl płyty “Powertrip” i “Monolithic Baby!“, na których zespół z New Jersey wykonuje coś, co mój przyjaciel kiedyś celnie określił mianem “imprezowego rocka”. Nie wiem, czy to ma cokolwiek wspólnego ze zrzuconymi ostatnio przez Wyndorfa zbędnymi kilogramami, ale na “Mindfucker” słychać, że lider Monster Magnet jest w doskonałej formie. Radości ze słuchania tego krążka nie jest mi w stanie zepsuć nawet nieudany mastering nagrania. Po prostu odpalam płytę w aucie, otwieram okna i wciskam gaz. Ryk silnika zagłusza niepożądane trzaski. Zostaje tylko czysty rock and roll.

SuziaNie dzieje się nic 

6a19db40f92d863fa588a2634af4c1549a267295
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy podczas słuchania tej EP-ki, była taka, że osobowość Suzi, która wyłania się z jej najnowszego wydawnictwa, wyraźnie kontrastuje z osobowością, jaką znam z jej koncertów, konferansjerki na Open Micu w Harendzie czy vlogów na jej kanale na YouTubie. Z jej występów czy materiałów publikowanych w mediach społecznościowych, Suzia sprawia wrażenie osoby zawsze uśmiechniętej, wesołej, dowcipnej i traktującej wszystko z przymrużeniem oka. Tymczasem na “Nie dzieję się nic” serwuje nam pięć numerów w zdecydowanie minorowych tonacjach. Dominującymi w warstwie tekstowej motywami są samotność, rozstania i przemijanie. Nagle Suzia pokazuje słuchaczom swą bardziej melancholijną stronę, odsłania swoją wrażliwość. Mam pewną satysfakcję, bo potwierdza się moja teoria, że każdy z nas, nieważne jak wesoły i ekstrawertyczny wydaje się osobom postronnym, skrywa taką nieco bardziej smutną twarz. Także – a może nawet zwłaszcza – ludzie, którzy na co dzień zajmują się bawieniem i rozweselaniem bliźnich. A tym – i to z całkiem niezłym skutkiem – zajmuje się przecież Suzia. W każdym razie muszę przyznać, że bardzo mi się ta jej melancholijna twarz podoba.

Bo przecież życie nigdy nie jest tylko pasmem radosnych wydarzeń. I wszyscy tak naprawdę cholernie potrzebujemy smutnych piosenek. Są nam równie niezbędne, co te wesołe, a może nawet bardziej. Zdaję sobie sprawę, że wszystko, co tu piszę, może być gigantyczną nadinterpretacją, ale wydaje mi się, że debiutancka EP-ka Suzi to forma terapii, próby pozostawienia przykrych doświadczeń za sobą. Bo taką oczyszczającą moc mają smutne piosenki. Chodzi mi o piosenki smutne, co oczywiście nie musi wcale znaczyć depresyjne. Bo utwory na “Nie dzieje się nic” są trochę gorzkie, ale jednak też trochę słodkie. Tak jak refren tytułowego utworu, który przełamuje molową tonację i podnosi nas na duchu, jakby między wierszami dając do zrozumienia, że złamane serca jednak się goją i nie należy porzucać nadziei. I takie – przekazane za pośrednictwem wokalu, folkowej gitary akustycznej, jazzujących aranży doprawionych nostalgicznymi partiami instrumentów smyczkowych – przesłanie z tej EP-ki chcę wynieść. I uważam, że powinno pójść dalej i trafić do znacznie szerszej publiczności. Bo ostatecznie każda z tych pięciu kompozycji to bardzo dobra, wpadająca w ucho piosenka i materiał na przebój.

ThunderpussyThunderpussy 

71nta+rexol._sl1200_
Thunderpussy może zdawać się być fikcyjnym zespołem wymyślonym przez Quentina Tarantino na potrzeby jednego z jego filmów. Zespół z Seattle to cztery kobiety, które jeżdżą na motorach, noszą skórzane kurtki i spodnie, umawiają się na randki z innymi kobietami, lubią od czasu do czasu wdać się w barową bójkę, no i grają rock and rolla. Thunderpussy istnieje jednak naprawdę i funkcjonuje w naszym, nieco bardziej nudnym, niż fantazje Tarantino, uniwersum. I choć cała ta wyżej opisana otoczka na pewno przyciąga, to trzeba przyznać, że sama w sobie czyni Grzmiące Kociaki zaledwie ciekawostką. Dobrym powodem, żeby kliknąć przycisk play na Jutubie czy Spotifaju. To czy kilknąwszy, dobrniesz do końca albumu czy nawet do końca piosenki, to już jest zupełnie inna sprawa.

Na szczęście oprócz wymyślenia chwytliwej nazwy i stworzenia spójnego wizerunku dziewczyny ze Seattle nagrały też naprawdę dobrą płytę. “Thunderpussy” to ponad pięćdziesiąt minut dość zróżnicowanego materiału, oscylującego jednak wokół amerykańskiego indie rocka ze względu na produkcję i sposób śpiewania wokalistki przypominającego stworzoną przez Jacka White’a i Alison Mosshart supergrupę The Dead Weather. Sporo na tej płycie fuzzów i wintydżowych pogłosów, które wraz ze zręcznym poruszaniem się pomiędzy imprezowymi hiciorami i refleksyjnymi balladami, sprawiają, że Thunderpussy to takie znacznie seksowniejsze Kings of Leon. Połączenie tych brzmień z (nie tak znowu) prowokacyjnym (bo powoli zbliżamy się do trzeciej dekady XXI wieku) emploi sprawia, że mamy do czynienia z bardziej gitarową, bardziej amerykańską, bardziej rock and rollową wersją Spice Girls.

Smaczkiem, o którym warto wspomnieć jest fakt, że w numerze “Velvet Noose” gościnnie występuje Mike McCready, który odkrył zespół i pomógł w jego promocji, a przez członkinie zespołu nazywany jest Piątym Kociakiem lub Honorowym Kociakiem. Gitarzysta Pearl Jam wprowadza więcej hard rockowego przesteru, choć trzeba też zaznaczyć, że Thunderpussy jak najbardziej jest w stanie spuścić solidne lanie także i bez pomocy wujka Mike’a.

GhostPrequelle

r-12077712-1539378408-2330.jpeg
W internetach można znaleźć dużo memów, które są wyrazem frustracji fanów metalu wywołanej rozdźwiękiem pomiędzy wizerunkiem Ghost a ich muzyką. W sensie, że stylówa członków zespołu czy okładki ich płyt zapowiadają jakiś złowieszczy, satanistyczny, palący kościoły i składający dziewice w ofierze heavy metal. Tymczasem muzycznie, Ghost zamiast napierdalającej niczym młockarnia sekcji rytmicznej, gitar podłączonych do wzmacniaczy z przesterem rozkręconym up to 11 i rozrywającego bębenki uszne growlu, serwuje nam jakieś melodyjne pioseneczki i kościelne chórki. Jasne, większość osób zdaje sobie sprawę, że Ghost to jednak parodia, a co najmniej grupa, która traktuje konwencję z dużym przymrużeniem oka.

Lubię Ghost nie tylko dlatego, że nie schodzą poniżej pewnego poziomu jeśli chodzi o songwriting, wykonawstwo i last not least produkcję. Przede wszystkim cenię ich za użytek, jaki nieustannie robią z faktu, że metal to gatunek z definicji trochę operetkowy. A im bardziej demoniczny, mroczny i obrazoburczy, tym mniej poważnie należy go traktować. Pochodzący z regionu, w którym niektórzy zdają się traktować heavy metal aż nazbyt poważnie, Ghost zdaje się to rozumieć więcej, niż doskonale. I paradoksalnie z powodu braku jakichkolwiek widocznych wysiłków, by być jak najbardziej trv, Szwedzi brzmią w jakimś sensie bardziej spooky, bardziej diabolicznie, niż ci wszyscy poprzebierani w cekiny napinacze. W moich wyobrażeniach Lucyfer prędzej przemawiałby spokojnym głosem Papy Emeritusa, niż chrapliwym wrzaskiem Nergala. Innymi słowy sądzę, że Diabeł nie spina pośladów tak mocno, jak jego wyznawcy.

W każdym razie to już czwarty album, na którym Ghost z powodzeniem eksploruje świat gotyckiej grozy czy okultystycznego satanizmu i nie zanosi się na to, żeby ta konwencja się wyczerpała. Bo – nie oszukujmy się – takie zespoły jak kwintet z Linköping, oparte na jakimś mocno zdefiniowanym pomyśle, mają tendencję do szybkiego wypalania się. Kończy się to przeważnie albo rozpadem, albo zjadaniem własnego ogona, albo zmianą formuły i tym samym rozczarowaniem fanów, którzy oczekiwali, że zespół pozostanie wierny temu, co przyniosło mu popularność. Tymczasem Szwedzi dorzucili do tych swoich chorałów i klawikordów ejtisowe syntezatory, i to – z jakiegoś powodu – nadal działa. Jak oni to robią? Nie wiem. Może podpisali pakt z Diabłem? A skoro już o Diable mowa…

LuciferLucifer II 

8bfc0a2803aeb67803b7a7d14274cf23b8b6a3ce
Istnieje z pewnością jakiś alternatywny wszechświat, w którym Black Sabbath nie powstało w Birmingham, ale w Berlinie, zaś Ozzy był szwedzką blondynką, która od śpiewania w Abbie wolała cmentarze i doom metal. Zespół ten nazywa się Lucifer i wysyła do nas z równoległego wymiaru już drugi album, zatytułowany “Lucifer II“.

Zanim dopadną mnie jacyś puryści żądni ukrzyżowania mnie za porównanie jakiegoś retro rockowego zespoliku z jakąś gotycką panną na wokalu do Black Sabbath, od razu uściślę, że to porównanie jest oczywiście hiperboliczne, aczkolwiek całkiem uzasadnione. Tłumaczę się, bo wiem, że dla wielu ludzi (w tym dla mnie) irytujące bywają te próby sprzedania nowych zespołów jako “godnych spadkobierców” jakichś klasyków i powstrzymam się tutaj od powoływania się na przykład takiego jednego zespołu z Michigan, co gra zupełnie, jak taki jeden inny zespół z Londynu.

Wracając jednak do meritum, to Lucifer wzoruje się bardzo mocno na klasycznym hard rocku lat siedemdziesiątych i specjalnie się z tym nie kryje. Powiedziałbym wręcz, że niesie słowa “retro” i “classic” na swoich sztandarach. Zresztą germańsko-nordycki region, z którego rekrutują się członkowie Lucyfera zasłynął w ostatnich latach z niemal masowej produkcji takich zespołów. Co dla mnie wyróżnia najnowszy album Lucifera na tle naprawdę świetnych bandów z tego nurtu to fakt, że oprócz cudownego, oldschoolowego, starannie dopracowanego brzmienia, którego można słuchać godzinami, dowodzona przez Johannę Sadonis ekipa ma jeszcze wpadające w ucho riffy i refreny. Co wcale nie jest w klasycznym hard rocku grzechem. A nawet jeśli jest, to nawet lepiej, przecież zespół się nazywa Lucyfer. Hehe.

Jasne. Szwedzko-niemiecki kwintet to tylko kolejni epigoni, którzy robią to samo, co Deep Purple czy Blue Öyster Cult czterdzieści lat temu, tylko nagrywają to na lepszym sprzęcie. Ale co z tego, skoro tak dobrze się tego słucha? Niby dlaczego miałbym się pozbawiać tej przyjemności?

The DarknessLive at Hammersmith 

b7e52105305971148c4212f109ffa1fed3a28402.jpg
Stworzyć dobrej jakości album koncertowy nie jest rzeczą łatwą. Ale nie jest rzeczą jakoś szczególnie trudną. Zwłaszcza jeśli korzysta się z możliwości robienia dogrywek w studio i poprawiania partii instrumentów czy wokali. Można w studio nagrać pół albumu koncertowego. Ba, można nawet cały. Robiono to już w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jak proste musi być to teraz, przy dzisiejszej technologii? Także zrobienie koncertówki, która brzmi poprawnie i kompetentnie, to nie problem. Natomiast zrobić album live, który oddawałby energię grającego na żywo zespołu i atmosferę panującą w sali koncertowej to już zadanie znacznie bardziej karkołomne.

Na szczęście zespołowi The Darkness oraz realizatorom koncertu i producentom płyty “Live at Hammersmith” udało się je wykonać w stu procentach. Kiedyś się już rozpisywałem o tym, jak to już rzadko się spotyka takie rock and rollowe zespoły, jak The Darkness. Z całym ich absurdem i kiczem. Ale także z ich dziką energią, w której szał perkusisty nie jest spętany sztywnymi ramami metronomu, a dźwięk rozkręconych na maksa wzmacniaczy Marshalla nie jest w żadnym wypadku okiełznany przez bramki szumów i redukcję hałasu. Żeby utrzymać dobre brzmienie albumu, a jednocześnie nie utracić gdzieś po drodze tej surowej energii, trzeba się – wbrew pozorom – wiele napocić. A i tak wszystkie wysiłki mogą spalić na panewce. Ale nie w wypadku The Darkness.

Orange GoblinThe Wolf Bites Back

e070637b01b8143a7380b1653eb2b31e48188821
Orange Goblin jest jak Twój ulubiony bar albo restauracja, do której wciąż powracasz i oni od wejścia wiedzą, co zamówisz. Na nowym krążku londyński zespół po raz kolejny robi to samo, co robił na ostatnich kilku albumach. Czyli młóci przestrojony kilka tonów w dół i przesterowany jak stare radio stoner metal. Brytyjczycy pozostają wierni swoim ideałom i nie eksplorują za bardzo nowych terytoriów. I bardzo dobrze, bo to jeden z tych zespołów, od których nie oczekuje się eksperymentów czy artystycznych wolt. Panowie grają tak samo, jak w latach dziewięćdziesiątych, tylko, że lepiej. Bo już co najmniej od czasów płyty “A Eulogy for the Damned” z 2012 roku albumy Pomarańczowego Goblina są coraz lepsze pod względem wykonawczym i produkcyjnym. Nie tracąc przy tym niczego z naiwności paru nastolatków katujących ciężkie riffy w jakiejś śmierdzącej zwietrzałym piwem piwnicy. Wystarczy rzut oka na tytuły utworów: “Sons of Salem”, “Renegade”, “Swords Of Fire”, “Suicide Division” – it doesn’t get any more metal than this.

Orange Goblin to dla mnie idealne połączenie typowej dla metalu bezkompromisowości z wysoką jakością serwowanego produktu finałowego. Grzmiące sabbathowskie riffy londyńczyków brzmią jak szczere złoto, komponując się z przepitym głosem wokalisty w sposób tak perfekcyjny, że aż nie mogę przestać tego słuchać. A biorąc pod uwagę, że – jak już kiedyś pisałem – Orange Goblin to taki hard rock na sterydach, przez co nie ma tendencji do popadania w często spotykaną w heavy metalu śmieszność, to jeśli chodzi o ciężkie brzmienia jest to zespół niemalże idealny. I z tą płytą nie jest inaczej. “The Wolf Bites Back” dostarczył mi dokładnie tego, czego od niego oczekiwałem. Teraz pozostaje mi tylko słuchać tego albumu i czekać na kolejny, na którym Bill Ward i jego ekipa zrobią dokładnie to samo, co na tym.

Florence + The MachineHigh As Hope

51af90e85930b4c65a986d3ed3f4c1d8af228526
High As Hope” utrzymuje niezmiennie dobrą passę Florence Welch i jej zespołu. Być może brytyjska grupa nie wydaje płyt jakoś super często, ale trzeba podkreślić, że nie wydaje ich też jakoś super rzadko, a przy tym każdy z nich jest tak cholernie dobry!

Na najnowszym krążku Florence + The Machine kontynuuje drogę obraną na albumie “How Big, How Blue, How Beautiful” z 2015 roku. Mam tu na myśli coraz bardziej postępujące ściąganie z piosenek charakterystycznego barokowego płaszczyka, który był przecież tym, na czym brytyjski zespół zbudował swoją markę. Warstwa liryczna w porównaniu z debiutanckim “Lungs” niemal pozbawiona jest metafor, a w warstwie muzycznej jest zdecydowanie mniej patosu.

“High As Hope” brzmi trochę, jak wpisy z bloga nastolatki (jeśli ktoś po trzydziestce wciąż jest w głębi serca nastolatką, to jest to Florence Welch), która swoje zwierzenia postanowiła przerobić na piosenki, posługując się zaledwie kilkoma akordami i prostą rytmiką. Tylko, że ta nastolatka jest piekielnie utalentowana i dysponuje wielomilionowym budżetem na wynajem studia i zatrudnienie najlepszych producentów. No i mimo konsekwentnego ograniczania patosu, wciąż będącą w stanie nagrać płytę tak epicką, by nawrócić na stworzoną przez siebie religię jeszcze większą liczbę fanatycznych wyznawców.

Rock and roll will never die. Czyli o płycie Penny Dreadful zespołu Spitfish

spitfish

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem zespół Spitfish, pomyślałem sobie: polski Ghost! Skojarzenie to wywołał zarówno fakt ukrywania przez członków bandu swoich twarzy przed publicznością (a przynajmniej przed internetami), jak i to, że zarówno cały wizerunek, jak i muzyka grupy są zbudowane wokół dość jasno zdefiniowanego konceptu. Ale czekajcie! Nie myślcie bynajmniej, że Spitfish to po prostu chamska zrzynka z innego będącego aktualnie na topie zespołu czy jakaś tam polska odpowiedź na “Szybkich i wściekłych”! Trójmiejskie trio udowadnia bowiem, że ma swój własny głos i pomysł na siebie.

Tam gdzie szwedzki Ghost inspiruje się gotykiem, barokiem i satanistycznym okultyzmem, ich brzmieniowo znacznie ostrzejszy (tak!) sąsiad z przeciwnego brzegu Bałtyku zdaje się bardziej czerpać z XIX-wiecznej powieści grozy i oldschoolowych czarno-białych horrorów. Wskazuje na to wizerunek grupy, konsekwentnie budowany przez okładkę płyty, grafiki publikowane w social mediach czy teksty piosenek. Jednak wbrew temu, czego można by się obawiać, pod względem muzycznym “Penny Dreadful” nie jest tylko owiniętą w ładne opakowanie nijaką papką. Gotując swoją debiutancką płytę, panowie ze Spitfish wrzucili do kotła ilość składników wystarczającą, by nie zanudzić słuchaczy powtarzaniem w kółko tych samych rozwiązań, a jednocześnie na tyle niewielką, by zachować wyrazisty styl, ochrzczony przez samych muzyków mianem rock noir. Znajdziemy więc na “Penny Dreadful” sporo punkowej prostoty spod znaku Ramones, hard rockowego kopa, ciężar i brud w stylu Monster Magnet, intro przywodzące na myśl mroczny synthwave czy wokal w stylu najntisowego grandżu. A po środku tego wszystkiego cover “Hey Hey, My My (Into The Black)Neila Younga ze słynnym wersem “rock and roll will never die”.

Umieszczenie bardzo swobodnej (może nawet zagranej nieco ironicznie, z przymrużeniem oka) interpretacji tego numeru to krok śmiały, ale i przy tym przebiegły. Słuchaczy, którzy sięgnęli po “Penny Dreadful”, nawet jeśli nie pokochali pozostałych sześciu kompozycji od pierwszego usłyszenia, cover Neila Younga zaintryguje i przekona do ponownego przesłuchania całego albumu. Kawałek ten jest też ukłonem wobec bardziej konserwatywnych słuchaczy, dla których rock skończył się w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Bo mimo wielu klasycznych inspiracji, Spitfish to muzyka nowoczesna, nie żerująca jedynie na nostalgii za minionym złotym wiekiem rock and rolla.

Moją sympatię wzbudzają także – na tyle, na ile byłem w stanie je zgłębić – kulisy powstania zespołu Spifish. Mamy tutaj do czynienia z projektem muzycznym, za którym stoi wizja i marzenie jednej osoby – wokalisty i basisty Dawida Zwolana. Skomponował on sporą część materiału, która znalazła się na “Penny Dreadful”. Następnie nagrał w swoim domowym studio kilka demówek, które mógł zaprezentować gitarzystom i perkusistom zainteresowanym dołączeniem do zespołu. Odnalazłszy odpowiednich ludzi, zaczął koncertować i przystąpił do rejestracji finalnego materiału. Lubię się z takimi marzycielami/wizjonerami identyfikować, bo przecież mój zespół i jego debiutancki album powstał w podobny sposób i w podobnych okolicznościach.

Przy tym wszystkim szkoda jedynie, że produkcja i brzmienie “Penny Dreadful” nie dorównuje jej poziomowi artystycznemu. Słuchając kawałków Spitfish, mam świadomość, że na żywo ci goście spuszczają publiczności prawdziwe lanie. Tylko mam wrażenie, że nagranie nie jest w stanie tej energii uchwycić i w całości przekazać słuchaczowi. W którymś miejscu na linii muzycy-nagranie-słuchacz część wpierdolu gdzieś bezpowrotnie ulatuje. Ja wiem, że ta energia tam jest, szczególnie perkusista gra naprawdę ciekawe rzeczy, ale płyta jest zrealizowana tak, że słuchając jej tego kopa po prostu czuję mniej, niż poczułbym go słuchając zespołu na żywo.

Niemniej, Spitfish warto sprawdzić. Warto dać “Penny Dreadful” więcej, niż jedną szansę. Ostatecznie przecież chłopaki mówią wprost, że rock and roll nie umrze. I ja – słuchając ich debiutu – wierzę im nie tylko na słowo.

[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Orange Goblin – A Eulogy For The Damned

R-3405908-1329145377.jpeg.jpg

Orange Goblin to zespół, który łączy wszystko, co najlepsze w hard rocku z tym co najlepsze w metalu. Z jednej strony muzyka brytyjczyków jest wystarczająco rock and rollowa, by nie wpadać w typową dla metalu operetkowość, z drugiej strony zaś jest wystarczająco ciężka, by uniknąć wszelkich zarzutów o to, że jest zbyt miękka czy delikatna, jak na heavy metal. A ponieważ myślenie o metalu jako o jedynie słusznej muzyce porzuciłem już gdzieś tak w gimazjum, Orange Goblin to dla mnie idealny zespół metalowy. Z fajnymi riffami i fajnymi melodiami, z chrypką wokalisty, która moje uszy bardziej zachęca do słuchania, niż zniechęca. A przy tym wystarczająco ciężki, by sobie poheadbangować i powkurzać sąsiadów.

A Eulogy For The Damned” to album, dzięki któremu na dobre wkręciłem się w Orange Goblin. Chyba ze wszystkich płyt grupy charakteryzuje się najlepszą produkcją, co pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale mi się akurat te selektywne, czyste brzmienie podoba. Zresztą jednym z moich ulubionych kawałków jest zamykający płytę utwór tytułowy, z dość spokojnym, akustycznym wstępem, który stopniowo rozwija się w charakterystyczny dla Goblinów rozpierdol, wciąż jednak zachowujący melodyjność i bogate brzmienie łączące sobie dźwięk przesterowanych gitar, ciężkich bębnów, delikatnych organów hammonda i sezonowanych tanim piwskiem strun głosowych Bena Warda. Drugim moim faworytem jest utwór “Stand for Something“, którego nie zawaham się nazwać przebojowym i – jakby to dziwnie nie zabrzmiało – naładowanym pozytywną energią. W sumie właśnie taka jest muzyka londyńczyków: naładowana energią i – chociaż płyta została zatytułowana “Mowa pogrzebowa dla potępionych” – pełna życia, niczym okrzyk wokalisty przedstawiającego zespół na scenie: “We are Orange fuckin’ Goblin”. Co będziemy mogli usłyszeć już we wrześniu w Aleksandrowie Łódzkim.

Moje ulubione piosenki z 2017 roku

Mastodon – Show Yourself

R-11027874-1508525396-1265.jpeg
W ten queensofthestoneage’owo prosty, toporny wręcz numer Mastodonci zdołali jakoś wpleść swoje znaki firmowe – połamane bębny Branna Dailora i pokręcone solówki gitarowe Brenta Hindsa. I to wszystko klei się w jedną zaskakująco spójną całość. Choć tegoroczny album Mastodona “Emperor of Sand” z początku nie przypadł mi do gustu, to pochodzący z niego utwór “Show Yourself” polubiłem od razu. I wygląda na to, że numer ten sprawi, że jeszcze nie raz spróbuję dać szansę całej płycie. Fakt, że dzięki tej piosence grają Mastodona w komercyjnych stacjach radiowych jest bardzo miłym dodatkiem do jego czysto muzycznej strony. A ból dupy metalczyków z powodu tego, że Mastodon się sprzedał i nie gra już prawdziwego metalu jest prawdziwą wisienką na torcie.

Deep Purple – Birds of Prey

R-10098237-1493065944-4487.jpeg
Przyznam, że postawiłem już krzyżyk na Deep Purple. Do niedawna myślałem, że bohaterowie mojego dzieciństwa, będący jednym z najważniejszych elementów mojego muzycznego DNA po prostu się skończyli. I to już dawno, gdzieś w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nawet pogodziłem się z faktem artystycznej śmierci (no, dobrze – emerytury) moich idoli. Bo przecież starych płyt Deep Purple nikt mi nie odbierze, a panowie są tak zasłużeni, że mają pełne prawo odcinać kupony od dawnej chwały.

Aż tu nagle w radiu usłyszałem “Birds of Prey” i pomyślałem sobie: ale fajny kawałek. Nie pamiętam, czy sam się zorientowałem, że to Deep Purple, czy oświecił mnie spiker radiowy. W każdym razie ten numer jest inny, niż stare Deep Purple, ale pozbawiony jest wszystkiego, co złe w nowym Deep Purple. Czyli wprawdzie brzmi to trochę jak współczesny rock progresywny (który delikatnie mówiąc niezbyt mi podchodzi), ale pozbawiony jest tych pustych, nie prowadzących do niczego popisów wirtuozerii (w których przoduje obecny gitarzysta grupy Steve Morse). “Birds of Prey” to kawałek napisany kunsztownie, ale zagrany na luzie.

Nothing but Thieves – Amsterdam

R-10357611-1500408406-5058.jpeg
Kolejny dowód na to, że dzięki radiu można poznać coś wartościowego. Muza Nothing but Thieves to rock zdecydowanie zbyt nowoczesny jak dla takiego starego dziada jak ja, wciąż jeszcze po szyję tkwiącego w XX-wiecznym hard rocku. Brzmienie zdecydowanie zbyt podrasowane i wyszlifowane na błysk, gitarowa muza powinna być bardziej organiczna. A jednak główny riff w “Amsterdam” porywa do headbangowania, a gdy wokal frontmana brytyjskiej ekipy wpada w ten swój overdrive, to aż mam ciary.

The Darkness – Buccaneers of Hispaniola

R-10950661-1507314196-4003.jpeg
Lubię The Darkness nie tylko dlatego, że 15 lat temu mieli jeden śmieszny kawałek i jeden śmieszny teledysk. Lubię The Darkness, bo to absolutnie wyjątkowa mieszanka Queen, AC/DC i The Cure. Ale jest coś jeszcze. Takich zespołów, jak The Darkness już nie robią. Nie ma już takich przesadzonych hard rockowych bandów, noszących absurdalne stroje i fryzury, których koncerty to prawdziwe widowisko. Jasne, Aerosmith czy Kiss nadal istnieją i koncertują, ale to zespoły, które trudno nazwać współczesnymi. W pokoleniu The Darkness nie ma takiego zespołu. Ja przynajmniej takiego nie znam. Ktoś może zapytać: a Steel Panther? Uważam jednak, że Steel Panther to zespół na wskroś komediowy, a ekipa z Lowestoft nie do końca. Jasne, The Darkness często są groteskowi, operetkowi, komiczni, ale też zza maski klauna wygląda pewna melancholia. Gdzieś tam w absurdalnym falsecie Justina Hawkinsa przebrzmiewają echa burzliwej biografii zespołu (który nie udźwignął nagłego sukcesu i rozpadł się po dwóch płytach, by zejść się dopiero po kilku latach) i jego lidera (walka z uzależnieniem od koki i anoreksją). I te łzy klauna też są chyba jednym z powodów, dla których lubię The Darkness.

Buccaneers of Hispaniola” nie jest może najbardziej nostalgicznym numerem The Darkness, ale niewątpliwie ma pewną domieszkę tego melancholijnego pierwiastka. Poza tym ma wszystko co najlepsze. Wirtuozerię i rzadką dzisiaj w hard rocku, a będącą przecież fundamentem twórczości takich zespołów, jak choćby Led Zeppelin odwagę eksperymentowania. Jest energetyczny i liryczny zarazem. Łączy tradycję i nowoczesność. Nie robi się już dzisiaj takich kawałków. Ale na szczęście jest The Darkness.

Natalia Nykiel – Total Błękit

R-11032354-1508601092-6101.jpeg
Nie siedzę w klimatach muzyki uprawianej przez Natalię Nykiel i nie śledzę za bardzo jej kariery. Wiem tylko, że kilka lat temu listami przebojów rządził kawałek, w którym dwudziestoletnia piosenkarka namawiała kogoś do tego, żeby stał się dorosły i o tym, że nie umie być suką. Był to całkiem niezły, łatwo przyswajalny popowy numer. Potem jednak Natalia Nykiel odpłynęła w kierunku dyskotekowego electro, który to gatunek niezbyt do mnie przemawia.

W nowym singlu zatytułowanym “Total Błękit” wciąż mamy do czynienia z electro, ale nieco bardziej radiowym. Numer wpada w ucho, a przede wszystkim posiada coś nieoczywistego: organiczność, prawdę, niedoskonałość. To rzeczy coraz rzadziej spotykane, nie tylko w muzyce elektronicznej, nie tylko w popie, ale także rocku, od którego jednak zazwyczaj oczekuje się autentyzmu. Tymczasem w “Total Błękit” śpiew Natalii przeradza się w krzyk albo zawodzenie, wokalistka traci oddech, jej głos staje się zachrypnięty. Wszystko to zaskakująco dobrze komponuje się z dźwiękiem syntezatorów i tworzy całość, której chce się słuchać w kółko.

Moje ulubione EP-ki z 2017 roku

Highfly – Or Die

highfly

Pochodzący z Warszawy mistrzowie amatorskich, niskobudżetowych teledysków na swojej debiutanckiej EP-ce brzmią jak goście znający się od dzieciństwa, siedzący w piwnicy i grający rock and rolla popijając przy tym browary i jarając zioło. Zresztą tak pewnie mniej więcej proces powstawania “Or Die” wyglądał. Oczywiście istnieją tysiące bandów, które siedzą w piwnicy i tworzą muzykę pijąc piwo i paląc trawę. Ale Highfly przy okazji robi tę muzykę bardzo dobrze, co już nie każdemu się udaje. Może “Or Die” brzmiałoby lepiej, gdyby zostało nagrane w profesjonalnym studio pod okiem doświadczonego realizatora. Ale straciłoby też sporo ze swojej rock and rollowej spontaniczności, charakterystycznego garażowego luzu, który jest głównym atutem tej EP-ki i chyba muzyki Highfly w ogóle.

White Highway – City Lights white highway

Większość osób zapytanych, co stanowi najmocniejszą stronę zespołu White Highway, wspomni zapewne charakterystyczny i mocny głos wokalistki. Pewnie jest w tym wiele prawdy. Uważam jednak, że utalentowana frontmenka (frontwomenka?) nie wystarczy, by odtrąbić sukces. Najwyraźniej White Highway też tak uważają, bo ich materiał jest dopracowany pod każdym względem, zarówno wykonawstwa, jak i songwritingu. Zwłaszcza, że hard rock lat osiemdziesiątych, którym się inspirują, pełen jest mielizn, na które łatwo wpłynąć. Można popaść w tandetną, plastikową łzawość albo w bezpłodne popisywanie się umiejętnościami przez gitarzystę prowadzącego. White Highway nie wdepnęło na żadną z tych min.

Mastodon – Cold Dark Place81HvFh6hNxL._SL1200_

Jeśli miałbym opisać tę EP-kę jednym słowem, to byłoby to “nastrój” i “klimat”. A nie – to dwa słowa! Ekhm… Więc gdybym miał opisać tę EP-kę dwoma słowami, byłyby to “nastrój”, “klimat” i “atmosfera”. Cholera – to trzy słowa! Nieważne… W każdym razie zaczynając od okładki, a na aranżach kończąc, “Cold Dark Place” pozwala zanurzyć się całkowicie w wykreowanym przez kwartet z Atlanty ciemnym i zimnym świecie. Materiał jest tak spójny (co nie znaczy, że jest nudny), że aż trudno uwierzyć, że utwory na tę EP-kę powstawały przy okazji sesji do płyt “Once More ‘Round the Sun” z 2014 roku i zeszłorocznego “Emperor of Sand“, czyli wydawnictw, które dzieli znacznie więcej, niż tylko dystans czasowy.

Queens of the Stone Age – Villains

Uczciwie z mojej strony będzie na samym wstępie oświadczyć, że uważam, że Queens of the Stone Age to najbardziej innowacyjny zespół hard rockowy od czasów Black Sabbath. Ilekroć ktoś mi mówi “stary, kiedyś to był rock and roll, teraz to nawet jeśli coś jest dobre, to jest wtórne”, odpowiadam: “słyszałeś QOTSA”? Można ich nie lubić, ale trudno dyskutować z tym, że jest to zespół, który a) wprowadził nową jakość b) tworzy muzykę rozpoznawalną na pierwszy rzut ucha c) posiada wiarygodność potrzebną, by zostać zaakceptowanym jako wystarczająco badassowy.

Villains_cover_artwork

Co ciekawe, to ostatnie udaje im się, mimo że QOTSA niezbyt epatują charakterystycznym dla hard rockowych napinaczy maczyzmem. Mam na myśli to, że lider i główny architekt brzmienia zespołu Josh Homme nigdy nie wydarł japy w żaden sposób, jak to czynią często Dave Grohl czy Steven Tyler, nie wspominając nawet śpiewaków z kręgów bardziej heavy metalowych, niż Foo Fighters czy Aerosmith. Ba, Homme dość często śpiewa falsetem. I jakoś nikt mu nie powie, że jest pizdą. Może to mieć coś wspólnego z faktem, że wokalista QOTSA ma jakieś trzy metry wzrostu i jest w stanie przydzwonić ci w zęby tak, że polecisz stąd do Palm Desert. Nawet jeśli powiedziałeś to w internecie. Odarcie muzyki Queens of the Stone Age z otoczki napinania muskułów i udowadniania, kto ma dłuższego penisa i w związku z tym jest bardzie trve jest zabiegiem celowym. Zadeklarowanym już na samym wstępie poprzez nazwę zespołu. Jak powiedział sam Homme: “The Kings of the Stone Age wear armor and have axes and wrestle. The Queens of the Stone Age hang out with the Kings of the Stone Age’s girlfriends when they wrestle… Rock should be heavy enough for the boys and sweet enough for the girls. That way everyone’s happy and it’s more of a party”.

Nie sposób nie zauważyć, że muzyka QOTSA zaczyna być coraz bardziej “sweet” i coraz mniej “heavy”. Moim zdaniem trend ten zauważalny jest nie – jak sądzi wielu – od albumu “…Like Clockwork” z 2013 r., ale mniej więcej od czasów “Era Vulgaris” z roku 2007. Wtedy to właśnie pełne brudnego pustynnego piachu, grane na obniżonych strojach riffy z ery “Songs for the Deaf” ustąpiły szklistemu brzmieniu z dużą ilością pogłosu ery “Ery Vulgaris” (sic!), z jakim mieliśmy do czynienia nie tylko na albumach Queensów, ale także w innych projektach Josha, czy to w Them Crooked Vultures czy na ostatniej płycie Iggy’ego Popa (w obydwu projektach po kilku nutach można zauważyć, że Homme miał znacznie większy wpływ na efekt ostateczny, niż pozostali muzycy). Lider Queens of the Stone Age coraz mniej pragnie być Tonym Iommi, a coraz bardziej chce być Davidem Bowie.

O ile jednak wcześniej – nawet na “…Like Clockwork” – był to Bowie ze sporą domieszką wysokooktanowego doom metalowego paliwa, o tyle na “Villains” nie ma nic, co można by podciągnąć pod prężenie muskułów. Co pokazuje, że Homme nie musi już niczego udowadniać, bo w sumie to nigdy nie musiał. Poziom głośności i ciężar riffów skacze tutaj najwyżej do poziomu garażowego rock and rolla spod znaku Eagles of Death Metal. Nawet w najszybszych i najostrzejszych, utrzymanych mocno w stylu znanym z “Ery Vulgaris” piosenkach, jakimi są “Head Like a Haunted House” czy “The Evil Has Landed” (w którym Homme ukradł groove z mojego kawałka, ale lepiej nie będę mu tego wypominał, bo przyjedzie i mnie zbije). Dlatego też fani, którzy liczą na mocne ciosy w twarz w stylu “A Song for the Dead” czy “Feel Good Hit of the Summer” będą zapewne rozczarowani tą płytą. Ale fakt, że QOTSA nagrali płytę zdecydowanie mniej hałaśliwą, mniej przesterowaną i mniej heavymetalową, to jeszcze nie znaczy, że jest to album, który możecie puścić swojej babci. Wciąż Homme i spółka epatują tą samą, co zawsze psychodelią, tą samą mantrową monotonią, które zdefiniowały ich styl na debiutanckim albumie.

“Villains” zawiera o wiele mniej chwytliwych, łatwo zapamiętywalnych numerów, niż “…Like Clockwork”. Nie wspominając już o takich samograjach jak “The Lost Art of Keeping a Secret“, “Monsters in the Parasol“, “Make It wit Chu” czy o przebojowym el dorado, jakim była cała płyta “Songs for the Deaf”. Ale za to chyba nigdy wcześniej na żadnym albumie QOTSA nie było tyle melodii: zamykający album numer “Villains of Circumstance”; “Fortress”, które mogłoby być równie dobrze napisane przez Grega Dulli’ego; czy mój faworyt “Un-Reborn Again” (posłuchajcie tych dęciaków i tego “tu tu ru tu tu”, no kurde!) to tylko najbardziej skrajne przypadki.

Gdzieś w jakimś wywiadzie Homme powiedział, że na “Villains” kontynuuje kierunek z poprzedniej płyty, jednak będzie ona o wiele mniej smutna i depresyjna, niż “…Like Clockwork”. Stąd pewnie obecność bardziej tanecznych kawałków, takich jak singlowe “The Way You Used to Do”, czy obecność motywów funkowych, czy synthpopowych. Jak w otwierającym płytę “Feet Don’t Fail Me”, które choć zaczyna się trochę, jak “The Thing That Should Not Be” Metalliki, by po chwili, zamiast ciężkim jak pociąg pancerny riffom, ustąpić syntezatorom i skocznemu basowi. Muszę powiedzieć, że o ile nie dodawałem żadnych sensacyjnych wykrzykników przy słowach “funkowy” i “synthpopowy” (przecież staram się od początku tego tekstu udowodnić, że Homme nie ma absolutnie żadnego problemu z robieniem kolejnych stylistycznych wolt), to słowo “skoczny” brzmi w tekście o Queens of the Stone Age trochę… nietypowo. Ale co robić, kiedy nie potrafię znaleźć lepszego słowa. Zresztą skoczność ta jest też chyba trochę ironiczna, jak cała twórczość QOTSA, w której nigdy nie wiadomo, czy oni tak na poważnie, czy to tylko konwencja.

Przez to, że nie potrafię odróżnić, kiedy w muzyce ekipy Josha kończy się żart, a zaczyna się poważka, trudno mi jest powiedzieć cokolwiek o tekstach z “Villains”. Bo i tu, tak jak w przypadku innych artystów zmieniających ciągle maski i skaczących z konwencji na konwencję, trudno stwierdzić, czy to ironia, czy szczerość. Niemniej można przecież, olewając intencje autora, zawsze interpretować je po swojemu. Tak robię z Nickiem Cavem, tak mogę też robić z Homme. I tak jak pozwalałem sobie rozumieć dosłownie słowa “if life is but a dream, then wake me up” z otwierającego poprzednią płytę “Keep Your Eyes Peeled”, bo wokalista miał wtedy problemy ze zdrowiem i dragami, tak teraz pozwolę sobie uznać, że “The Way You Used to Do” jest po prostu love songiem. No, bo skoro już wyszedł z depresji?

Najnowszy krążek Queens of the Stone Age nie jest dziełem wybitnym. Niektóre numery wymagają czasu, by je docenić, inne pewnie zostaną zapomniane. Być może ta płyta jest jedną z tych, których z początku fajnie się słucha, a potem się nudzą. Zresztą muzyka Queens of the Stone Age ryje mój mózg na tyle, że jestem w stanie słuchać ich tylko przez pewien czas, potem jednak muszę zrobić przerwę. Czy do niej po tej przerwie wrócę? Na razie nie jestem w stanie powiedzieć.

Co mi się podoba w tej płycie to właśnie ten bezkompromisowy kierunek obrany przez Homme. Ta obojętność na ewentualne oczekiwania fanów, krytyków czy kogokolwiek, dająca realną wolność twórczą. Bo mam wrażenie, że wielu artystów jest w swej kreatywnej swobodzie ograniczana nie przez krwiopijcze wytwórnie płytowe czy skomercjalizowaną scenę, ale właśnie przez siebie samych i swoją własną potrzebę bycia akceptowanym. A jak się ma trzy metry wzrostu, to nie trzeba zabiegać o akceptację u rówieśników. Choć pewnie wielu trzymetrowców i tak to robi, prężąc muskuły i udowadniając, kto ma dłuższego penisa. Ale nie Josh Homme. On ma to w dupie. W sensie, ma w dupie oczekiwania wobec siebie i swojej muzyki. I bardzo dobrze.