Pewnego razu… w przeszłości. Czyli Tarantino i historia [SPOILERY z “Pewnego razu… w Hollywood” i “Bękartów Wojny”]

Mija już 12 lat od premiery ostatniego filmu Quentina Tarantino, którego akcja nie byłaby osadzona w realiach historycznych. Był to „Death Proof” z Kurtem Russelem. Obrazy historyczne stanowią już prawię połowę filmografii Tarantino. Nim się obejrzeliśmy, okazało się, że amerykański reżyser jest niezłym historycznym nerdem. Zaczęło się od opowiadających o II wojnie światowej “Bękartów wojny“, następnie były osadzone w realiach szeroko pojmowanego Dzikiego Zachodu “Django” i “Nienawistna ósemka“, a w tym roku będące hołdem dla amerykańskich lat sześćdziesiątych “Pewnego razu… w Hollywood“. Z niemal każdym z kolejnych filmów coraz bardziej uwidocznia się też jego specyficzny stosunek do historii. Wraz z obejrzeniem najnowszej jego produkcji doszedłem do wniosku, że Tarantino wykorzystuje historię, by zafundować nam coś, co można nazwać jedynym w swoim rodzaju katharsis. Katharsis, o którym nawet nie wiedzieliśmy, że go potrzebowaliśmy.

once upon a time 2

Żeby wyjaśnić, o co mi chodzi, musimy przestać się patyczkować i od razu przejść do spoilerów. Przypomnijmy: “Bękarty wojny” z 2009 r. opowiadają o specjalnym oddziale amerykańskiej armii, złożonym z żołnierzy żydowskiego pochodzenia. Zadanie jednostki jest proste. Jak wyjaśnia swoim podwładnym dowódca – grany przez Brada Pitta porucznik Aldo “Apacz” Raine – jest nim “tylko i wyłącznie… zabijanie nazistów”. Oddział, będący czystym wytworem wyobraźni reżysera (w rzeczywistości nigdy nie istniało coś podobnego), w trakcie trwania akcji filmu to właśnie czyni, dokonując brutalnych egzekucji niemieckich żołnierzy na tyłach wroga.

Już sam pomysł na opowieść jest interesujący. Oto Żydzi, będący najważniejszym i najliczniejszym celem starannie zaplanowanego i skutecznie przeprowadzonego przez nazistowskie Niemcy mordu, w filmie Tarantino dokonują na swoich oprawcach zemsty, nie tylko zabijając ich, ale robiąc to z typowym właśnie dla nazistów okrucieństwem. Z tą różnicą, że barbarzyństwo nazistowskich Niemiec skierowane było w ludzi niewinnych, a brutalność aliantów jest, w tym wypadku, karą za popełnione zbrodnie. Można powiedzieć, że wymierzają sprawiedliwość, kierując się zasadą “oko za oko, ząb za ząb”. Wiemy, że w rzeczywistości Żydzi nie mieli okazji wziąć odwetu na nazistach. Większość populacji europejskich Żydów została wymordowana, prawie nie stawiając przy tym oporu. Część przywódców nazistowskich Niemiec nawet jeśli została ukarana za swoje czyny, to raczej w humanitarny sposób. A przecież tysiące zbrodniarzy wojennych, nie tylko uniknęło kary śmierci czy wieloletniego więzienia, ale wręcz wiodło normalne życie, nawet nie próbując ukrywać się przed wymiarem sprawiedliwości i często nie spotykając się z nawet żadną formą ostracyzmu.

I tutaj wkracza Tarantino z “Bękartami wojny” ze swoją alternatywną wersją historii. W filmie nazistowska wierchuszka i sam Adolf Hitler giną w zamachu w paryskim kinie, zorganizowanym przez Żydów. Tym samym reżyser daje Żydom podmiotowość, której w dużej mierze byli pozbawieni w czasie II wojny światowej . Co więcej, specjalizującego się w polowaniach na ukrywających się Żydów pułkownika SS Hansa Landę spotyka niemiła niespodzianka. Choć dogadawszy się z aliantami, szykuje sobie spokojną emeryturę na terenie USA, w ostatniej chwili “Apacz” wydrapuje mu na czole swastykę. Landa, więc być może dożyje spokojnej starości, nigdy nie odpowiedziawszy za popełnione zbrodnie, ale już na zawsze pozostanie napiętnowany.

inglorious basterds 1

W tegorocznym “Pewnego razu… w Hollywood” również mamy do czynienia z alternatywnym zakończeniem powszechnie znanych, prawdziwych wydarzeń. W finałowych scenach filmu członkowie bandy Charlesa Mansona, zamiast zamordować ciężarną Sharon Tate i jej przyjaciół, trafiają do domu sąsiadów aktorki, gdzie sami zostają zabici przez byłego wojskowego, a obecnie kaskadera, Cliffa Bootha (w tej roli Brad Pitt) i aktora Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio). Wbrew historycznym faktom, Tate zostaje ocalona i wszystko kończy się dobrze, niczym w baśni czy staromodnym westernie (co zresztą sugeruje oryginalny tytuł filmu “Once Upon a Time in Hollywood”, który może być tłumaczony tak, jak zrobili to polscy dystrybutorzy filmu, ale także jako “Dawno temu w Hollywood”).

Podobnie jak w “Bękartach wojny” i tutaj Tarantino wykracza poza zwykły happy end, gdzie dobrzy wygrywają, a źli zostają ukarani. Booth i Dalton zabijają niedoszłych morderców Sharon Tate w sposób niemal tak krwawy, jak zbrodnia, której zapobiegli. I podobnie jak w przypadku nazistów, wyznawcy Mansona niejako zasłużyli sobie na swój los. Niejako – bo według logiki filmu – dopiero planowali morderstwo. Być może, gdyby nie zostali powstrzymani przez naszych bohaterów, wszedłszy do domu Sharon Tate, w ostatniej chwili opamiętaliby się i porzucili swe zbrodnicze zamiary. Tarantino zdaje się nie przejmować tutaj wewnętrzną logiką opowieści, bawiąc się z wiedzą widzów na temat opisywanych wydarzeń.

W “Pewnego razu… w Hollywood” idzie nawet dalej, niż w “Bękartach wojny” umieszczając w różnych momentach filmu kilka scen ukazujących niewinność i niemal anielską czystość Sharon Tate. W filmie nie ma ani jednej sceny, w której grana przez Margot Robbie aktorka zrobiłaby albo powiedziała coś, co mogłoby kogokolwiek zranić. Według relacji osób, które ją znały, właśnie taka była Sharon Tate. Kluczowa jest chyba scena, w której ufna i otwarta Tate podwozi swoim samochodem hippiskę, nieświadoma faktu, że autostopowiczka należy do tej samej sekty, której członkowie później udadzą się do jej domu z zamiarem zamordowania przebywających tam ludzi. To wszystko czyni podjęty przez bandę Mansona plan zamordowania aktorki jeszcze bardziej zbrodniczym, a samych jej członków jeszcze bardziej odrażającymi. W kulminacyjnych scenach produkcji widz nie może już pozostać obojętnym wobec zbrodni.

inglorious basterds

I dlatego też oglądanie, jak wyznawcy Charlesa Mansona są brutalnie bici przez Cliffa Bootha, rozszarpywani przez będącego jego pupilem pit bulla, a na koniec podpalani miotaczem ognia przez Ricka Daltona (przypadkiem jest to rekwizyt z planu filmu, w którym grana przez Daltona postać spopiela miotaczem ognia nazistów) sprawia taką przyjemność. Może i perwersyjną, ale jednak. Zarówno scenę, w której ginie Hitler w “Bękartach wojny”, jak i scenę, w której główni bohaterowie rozprawiają się z bandą Mansona, traktuję jako katharsis. Katharsis, o którym nawet nie wiedziałem, że go potrzebowałem.

Bo czy nie to właśnie daje nam Hollywood? Ucieczkę od świata pełnego niesprawiedliwości. W którym źli zbyt często wygrywają. W którym zbyt rzadko żyjemy długo i szczęśliwie. Zbyt rzadko odchodzimy ku zachodowi słońca trzymając za rękę ukochaną dziewczynę. Oferując te wszystkie happy endy, fabryka marzeń uwalnia nas – choćby na chwilę – od cierpienia egzystencji. A Tarantino robi hollywoodzkie kino. Tylko, że w swoim przesadzonym, przerysowanym i wyolbrzymionym stylu. Daje nam na chwilę poczuć satysfakcję, że zbrodniarze ponieśli karę stosowną do swoich zbrodni, a niewinni zostali pomszczeni lub wręcz uratowani.

Po tym, jak Booth i Dalton zabijają wyznawców Mansona, grany przez Pitta kaskader zostaje odwieziony do szpitala z niezbyt poważnymi ranami kłutymi, a grana przez DiCaprio gwiazda srebrnego ekranu, cała i zdrowa, przechadza się po cichej ulicy na wzgórzach Hollywood. Ulicy, która miała stać się widownią bezprecedensowej zbrodni. W końcu dociera pod dom Sharon Tate i rozmawia z nią przez interkom. Internet roi się od różnych interpretacji faktu, że w epilogu filmu Tate nie została pokazana, a jedynie słyszymy ją. Jedna z tych interpretacji mówi, że jej głos ma być głosem ducha, przemawiającego z zaświatów. Ja wolę czytać tę scenę w ten sposób, że niewinność Tate została zachowana w pełni. Nie tylko sama nie padła ofiarą makabrycznej zbrodni, ale nawet nie była zmuszona być świadkiem brutalnego rozprawienia się ze zbrodniarzami. Może spać spokojnie, będąc całkowicie odizolowana od zła, które się wydarzyło. Zło – uosobione przez bandę Mansona – zostało pokonane i zniszczone. Mordercy nie tylko zostali powstrzymani, nie tylko cierpieli katusze, ale też zostali ośmieszeni, bo Tarantino bynajmniej nie portretuje ich jako łotrów, którzy posiadają jakiś urok i mogą wzbudzić fascynację, raczej jako groteskowych nieudaczników, którym nikt nie będzie współczuł. Tym samym odbiera potworom ich moc. Dobro zaś – uosobione przez Sharon Tate – jest nie tylko ocalone, ale też pozostaje niezbrukane.

once upon a time
Oczyszczenie (bo w końcu taka właśnie jest etymologia pochodzącego z greki słowa katharsis – dosłownie oznaczającego oczyszczenie z negatywnych emocji i bólu), które przeżywamy dzięki tym scenom, spycha nawet na dalszy plan moralne wątpliwości. Czy rzeczywiście powinniśmy odpłacać się za zło takim samym złem? Czy faktycznie żołnierze służący w niemieckiej armii powinni być ofiarami odpowiedzialności zbiorowej, egzekucji, tortur i piętnowania za zbrodnie nazistowskiej machiny zagłady? Czy wymierzanie sprawiedliwości bez sądu jest w porządku? No i odwieczne pytanie: czy tak charakterystyczne dla filmów Tarantino epatowanie przemocą, estetyzowanie jej i fascynacja nią nie zainspiruje kogoś do użycia jej w świecie rzeczywistym?

Swoją drogą sam reżyser zdaje się do tego nawiązywać, kiedy w “Pewnego razu… w Hollywood” wyznawcy Mansona jadący do domu Sharon Tate spotykają po drodze Ricka Daltona i rozpoznają w nim gwiazdę pełnych przemocy telewizyjnych westernów, na których się wychowali. Członkini sekty Susan Atkins, będącej pod wpływem dużej ilości narkotyków “poszerzających świadomość”, zaczyna zdawać się spójne i logiczne, że należy ukarać gwiazdę owych filmów za to, że nauczyły jej pokolenie przemocy. Dla pozostałych członków bandy, równie odurzonych LSD i zaczadzonych obłąkańczą ideologią Mansona, również zaczyna mieć to sens. Tym samym mordercy – w swoim mniemaniu – sami siebie zwalniają z odpowiedzialności za zbrodnię, którą zamierzają zaraz popełnić. Trudno nie odczytywać tego, jako komentarza Tarantino do licznie formułowanych pod jego adresem oskarżeń o inspirowanie realnych aktów przemocy. Twórca odpowiada niemalże wprost: to tylko fantazja – możecie o przemocy fantazjować, tak jak ja i cieszyć się nią na ekranie, a możecie też – używać jej w prawdziwym życiu – ale róbcie to tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Wracając jednak do sedna: Tarantino niewątpliwie bawi się historią, jak wielu twórców przed nim. Ale co jest w jego przypadku oryginalne – poprawcie mnie, jeśli się mylę – to, że gdy inni bawią się po prostu w alternatywne scenariusze, co-by-było-gdyby, by zaintrygować odbiorców, on czyni z historii narzędzie do leczenia traum. W “Bękartach wojny” jest to trauma II wojny światowej i Holocaustu. W “Django”, osadzonym w czasach przed amerykańską wojną secesyjną, opowiadającym o czarnym niewolniku krwawo mszczącym się na białych plantatorach, jest to trauma niewolnictwa i dyskryminacji Afroamerykanów. W “Pewnego razu… w Hollywood” to trauma bezsensownych i groteskowych morderstw popełnionych przez sektę Mansona. Czasami są to traumy, o których nawet nie wiedzieliśmy, że je mamy. Dopóki Tarantino nas z nich nie wyleczył. Taka przynajmniej jest moja interpretacja.

Blade Runner 2049. Czyli film smutny i piękny [SPOILERY]

Uważam, że – dla odmiany – tytuł tego tekstu wcale nie jest pretensjonalny. Jeśli sądzicie inaczej, to – no cóż – tkwicie w błędzie. W każdym razie w tej notce chciałbym napisać o jednym z aspektów filmu, który bardzo mi się podobał, a o którym nie za bardzo potrafiłem napisać, nie zdradzając fabuły i dlatego nie wspomniałem o tym poprzednim tekście. A chciałem napisać o tym, jak pięknie smutny jest ten film.e_dtr_076_0030_bg02_PR_v004.1001.tiff

Chyba najlepszym przykładem jest główny bohater, grany przez Ryana Goslinga, K, pracuje w policji i jest – żeby posłużyć się efektem prac polskich dystrybutorów amerykańskich filmów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – łowcą androidów (tudzież replikantów). Robi to, choć sam jest replikantem, co jest dosyć smutne. Zresztą nie ma zbyt wiele do powiedzenia na ten temat, bo jego mózg jest zaprogramowany tak, aby nie mógł się sprzeciwić swoim przełożonym. Jest niewolnikiem, który nie może nawet spróbować uciec. Nie jest jednak pozbawioną uczuć maszyną, w jego głowie umieszczono wspomnienia, tak aby reagował, jak zwykli, prawdziwi ludzie, czuł tak jak oni. Dlatego może odczuwać dyskomfort, kiedy gnoją go koledzy z pracy, a szefowa go molestuje go. Jedynym światłem, które rozjaśnia jego marną egzystencję jest jego dziewczyna-hologram. I wóda.

Więc ten smutny gość rozpoczyna pewne śledztwo, w wyniku którego, zaczyna podejrzewać, że może jego życie ma trochę więcej sensu, niż myślał. Być może jest pierwszym replikantem urodzonym przez replikantkę (replikantka… jest takie słowo? jeśli nie, to właśnie je wymyśliłem), a jego wspomnienia być może wcale nie są sztuczne. Być może zapoczątkuje tę rewolucję, o której jego szefowa bełkocze, gdy popije. I być może… pozna swojego ojca. No i to wszystko okazuje się być prawdą. K jest wyjątkowy, poznaje swojego ojca. Tylko, że nie. Bo znowu zaraz okazuje się, że to jednak nieprawda. Wszystko, co miało nadać egzystencji K nieco więcej znaczenia, okazuje się być kłamstwem. Wcale nie jest wyjątkowy. Grany przez Harrisona Forda Rick Deckard nie jest jego ojcem. W dodatku jeszcze zostaje zabita jego dziewczyna-hologram. A K chwilę później przechadza się po ulicy i natyka się na reklamę przedstawiającą identyczną hologramową dziewczynę, którą każdy może sobie kupić. Co przypomni mu, że najprawdziwsza oprócz wódy rzecz w życiu bohatera granego przez Ryana Goslinga także okazuje się być kłamstwem. No, po prostu świetnie. A wy myśleliście, że wasz dzień był do dupy?

W momencie, gdy K dowiaduje się, że jego życie wcale nie miało większego znaczenia, jak tylko bycie bezwolnym narzędziem do wykonywania brudnej roboty, że nie jest żadnym cudownym zaginionym dzieckiem, które ma dać początek nowej erze, replikancki ruch wyzwoleńczy proponuje mu nadać swojemu życiu nowe przeznaczenie. Nie chcąc, aby poddany torturom Deckard wydał Wallace’owi informacje na temat pierwszego cudownego replikanckiego dziecka, co zaszkodziłoby sprawie emancypacji replikantów, przywódczyni ruchu oporu, Freysa, mówi K, że “poświęcić życie w słusznej sprawie, to najbardziej ludzka rzecz, jaką można zrobić”. Nie jest jasne, czy to Deckard z małą pomocą K ma poświęcić życie, czy też ma to zrobić sam K. Ja wolę wierzyć, że Freysa ma na myśli Deckarda. Ale K. decyduje się zrobić coś innego, chyba jego zdaniem również bardzo ludzkiego, to znaczy samemu dokonać wyboru. Dlatego nie zabija Deckarda, lecz henchmenkę (henchwomenkę?) Wallace’a, Luv, ratując tym samym Harrisona Forda zarówno przed Wallacem, jak i przed ruchem wyzwoleńczym. I poświęca swoje własne życie, by to zrobić. Następnie doprowadza do spotkania Deckarda z prawdziwym cudownym dzieckiem, czyli specjalistką od wymyślania sztucznych wspomnień, Aną Stelline. Tym samym daje jej to, co sam prawie, prawie miał: możliwość poznania swojego ojca. Uczyniwszy to, K poddaje się swemu losowi i wykrwawia się, zapewne na śmierć.

Więc nasz główny bohater nie jest żadnym wybrańcem, żadnym mesjaszem. Nie przejmuje pałeczki w heroicznej sztafecie, wciąż dzierży ją Rick Deckard. Nie odchodzi ku zachodowi słońca trzymając za rękę dziewczynę, którą uratował z opresji. Na pewno nie będzie żył długo i szczęśliwie. Głównemu złoczyńcy tej opowieści, Nianderowi Wallace’owi, nie spada włos z brody. K kończy swój smutny pobyt na tym łez padole jedynie z małą odrobinką satysfakcji, że pomścił śmierć swojej hologramowej niby-dziewczyny, jakimś tam rodzajem poczucia spełnionego obowiązku wobec innych replikantów, czyli wobec swoich, wreszcie z poczuciem, że choć przez chwilę nie był niewolnikiem. Aż tyle i tylko tyle. Niewiele. Smutne to. Ale biorąc pod uwagę współczesną popkulturę i tę jej część, którą mi udaje się pożreć, to smutek naprawdę piękny. Bo ten film nie jest smutny w depresyjny, nihilistyczny sposób, jak dzisiejsze seriale o socjopatach w rodzaju Franka Underwooda, nie wiedzieć czemu tak uwielbiane. Są smutne w sposób dający promyk nadziei, na pewno w sposób oczyszczający widza (pamiętacie katharsis?).

Zwłaszcza, że ten smutek jest też piękny od strony wizualnej. Nie wiem, może ja mam po prosty słabość do tych fikcyjnych, nieludzkich megamiast przyszłości, w których jest wiecznie ciemno i pada deszcz. Faktycznie, najprawdopodobniej są to miejsca, w których nikt – łącznie ze mną – nie chciałby żyć. Ale przynajmniej są estetyczne. Kiedy K jedzie do Las Vegas, to zastaje wielkie ruiny żelbetowych pomników, a nie Wenecję czy Paryż ze styropianu. Kiedy jedzie do San Diego, które jest wysypiskiem śmieci, to na tym wysypisku nie widzi foliowych torebek i plastikowych butelek. Wszystko jest z metalu i wygląda o wiele bardziej szlachetnie. Powiedzieć, że wizja przyszłości przedstawiona w “Blade Runnerze” to wizja pesymistyczna, to nie powiedzieć nic. A mimo to przyjemnie mi się na nią patrzy. Aż chcę to zobaczyć jeszcze raz. Oczywiście tylko na ekranie.

Blade Runner 2049. Czyli slow food dla duszy [bez spoilerów]

Mam nadzieję, że wybaczycie mi ekstremalnie pretensjonalny tytuł tego tekstu, gdy w trakcie jego lektury uświadomicie sobie, że ma on spory sens. Bo “Blade Runner 2049” to w erze popkulturowego fast foodu prawdziwie wyrafinowany slow food. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam śmieciowe jedzenie – ale dobrze jest czasem pójść do fancy restauracji, by zjeść coś eleganckiego i wyszukanego. Czego nie należy mylić z czymś snobistycznym i pozerskim. “Blade Runner 2049” jest bowiem filmem wysmakowanym i subtelnym, ale równocześnie autentycznym.

blade runner

Obejrzałem film w momencie, w którym był on na ekranach kin już od kilku tygodni, więc – choć starałem się unikać czytania recenzji i tak dalej – dotarło już do mnie sporo opinii na jego temat. Wszystkie były zgodne co do jednego – akcja filmu toczy się wolno. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach. Tylko czy to źle, że fabuła nie zasuwa na łeb, na szyję? Wolne tempo tego filmu jest czymś niesamowicie odświeżającym. Szczerze mówiąc, nie jestem osobą jakoś szczególnie bystrą i nie nadążam za większością współczesnych filmów. Jeszcze ogólną fabułę jestem w stanie jakoś ogarnąć, ale żeby dostrzec jakiekolwiek detale czy smaczki? Nope. Za to na seansie “Blade Runnera” miałem czas, by w jednej scenie rozejrzeć się po całym kadrze i zanurzyć się w świat filmu. A jeżeli chodzi o estetykę, to ten film jest godnym następcą oryginału. Twórcy nie tylko – czego się obawiałem – nie pozbawili uniwersum “Łowcy androidów” charakterystycznego pazura, ale – oddając klimat oryginalnego filmu – wprowadzili wiele nowości. Propsy dla scenografów, kostiumografów, makijażystów i speców od efektów komputerowych, bo bycie wiernym duchowi franczyzy i jednoczesne wprowadzenie zupełnie nowych pomysłów, to jak chodzenie po linie między wieżami World Trade Center. Ekipie “Blade Runnera 2049” udało się nie skończyć jako mokra plama na chodniku. Ba, pod względem wizualnym reżyser filmu Denis Villeneuve totalnie dorównuje Ridley’owi Scottowi, o którym można powiedzieć bardzo wiele złego, ale w wizualność to Scott potrafi, jak chyba nikt inny we współczesnym kinie. “Blade Runner 2049” ma tyle samo klasy i elegancji, co jego poprzednik z 1982 roku.

Drugą moją obawą – obok tego, że film będzie nijaki i bezpłciowy pod względem estetycznym – było to, że usłyszę w filmie Harrisona Forda mówiącego coś w stylu “It’s true. Replicants. Tyrell… All of it.” i że to będzie kolejny opierający się tylko i wyłącznie na nostalgii soft reboot. Jasne, łyknąłem “Przebudzenie mocy”, “Jurrasic World”, a nawet “Terminator: Genisys” jak pelikan, ale po 2 czy 3 latach wskrzeszania starych, zakurzonych franczyz i pokazywania ich „nowemu pokoleniu fanów”, zaczyna być to nieco męczące. Tymczasem nie otrzymaliśmy sformatowanego do potrzeb statycznego współczesnego widza produktu (vide wolne tempo akcji), ale otrzymaliśmy wiele nowych konceptów i – przede wszystkim – nową historię. Fabuła wiąże się ściśle z opowieścią i postaciami z pierwszego “Łowcy androidów”, ale zamiast mielić w kółko te same schematy, jest rzeczywistą kontynuacją narracji z poprzedniej części. Wiele nowych idei, pomysłów i konceptów pokazuje, że Villeneuve umie w science fiction (po raz kolejny, po świetnym “Arrival”, jestem ciekaw “Diuny” w jego reżyserii) i że w science fiction umią też scenarzyści, Hampton Fancher (współautor pierwszego “Blade Runnera”) i Michael Green (scenarzysta dobrze przyjętego “Logana”). Fakt, że Green jest także autorem konceptu “Alien: Covenant” każe mi myśleć, że wiele pomysłów na fabułę jest może dobrych, dopóki producenci nie pozwolą zbytnio w nich gmerać Ridley’owi Scottowi. Jego wpływ – na liście płac „2049” figuruje jako producent – udało się chyba Villeneuve’owi ograniczyć do minimum.

Skoro znów wracamy do Scotta, to zwraca mocno uwagę fakt, że w porównaniu z ostatnimi produkcjami sci-fi tego zasłużonego reżysera, pełnymi naprawdę debilnych luk fabularnych, “Blade Runner 2049” jest zaskakująco logiczny. Filmy fantastyczno-naukowe są idealnym chłopcem do bicia internetowych mądrali i nie wątpię, że i ten konkretny obraz zostanie przez nich rozebrany na części pierwsze. Ja sam coraz częściej uświadamiam sobie, jak bardzo czepialski się stałem. Ale ilekroć podczas oglądania filmu Villeneuve’a mój mózg mówił coś w stylu “to nielogiczne”, “bez sensu”, “nie trzyma się kupy”, za kilka sekund, w kolejnym dialogu czy scenie moje wątpliwości były rozwiewane. Na przykład, gdy grający ekscentrycznego magnata przemysłowego, “produkującego” replikantów, Jared Leto ma dokonać “przeglądu” jednego ze swoich “produktów”, pomyślałem sobie tak: “Facet jest niewidomy, ale pewnie ma jakiś sposób, by sprawdzać ‘jakość’ replikantów. Swoją drogą, to głupie, że koleś wykorzystuje inżynierię genetyczną, by tworzyć zaprojektowanych od początku do końca według swoich życzeń niewolników, a nie potrafi tej technologii użyć, by przywrócić sobie wzrok. Ta jego ociemniałość posłużyła scenarzystom wyłącznie do podkręcenia wizerunku szalonego naukowca, bo przecież wiadomo, że w filmach fizycznej ułomności zawsze towarzyszy niezwykła inteligencja”. W momencie, gdy ta tyrada wybrzmiała w mojej głowie, asystentka Jareda Leto przyczepiła mu do szyi czip, który okazał się przekazywać do jego mózgu obraz z malutkich dronów. Pomyślałem sobie wtedy: “Ten film jest całkiem CinemaSins-odporny”. Praktycznie każda potencjalna luka fabularna została przez scenarzystów w elegancki sposób zaszyta.

Także “Blade Runner 2049” – przynajmniej jak dla mnie – jest obrazem inteligentnym. Może to dlatego jest totalną porażką finansową? Według mojej wiedzy w ciągu dwóch tygodni od premiery nawet nie zwrócił się budżet filmu. Może ludzie nie zrozumieli, o co chodzi i odradzili innym pójście na “Blade Runnera”? Co przypomina mi o innej kwestii. Czy żeby obejrzeć nowy film, trzeba najpierw obejrzeć pierwszą część? Moim zdaniem nie, bo fabuła – choć inteligentna – nie jest jakoś szczególnie zawiła czy niejednoznaczna. Więc “2049” można obejrzeć i dobrze się bawić, a nawet zrozumieć bez oglądania oryginału. Ale ja bym polecał jednak obejrzeć film z 1982 roku. Bo w sumie po co odmawiać sobie przyjemności oglądania klasyki? Tak czy siak, obejrzyjcie “Blade Runner 2049”. Polecam. Idąc na ten film do kina pozwalacie naszej współczesnej cywilizacji zachować twarz. Im mniejsza różnica między box officem dzieła Villeneuve’a a box officem kolejnej części przygód pierdolonych Minionków, tym większa nadzieja dla ludzkości.

Barry Seal: król przemytu [bez spoilerów]

Po “Barrym Sealu” spodziewałem po prostu dobrego, hollywoodzkiego kina akcji. Po prostu kolejnego zwykłego, lekkiego filmu z Tomem Cruisem. I w sumie właśnie to dostałem. Ale zaskoczyła mnie jedna rzecz, jeden z artystycznych wyborów twórców filmu, a mianowicie atmosfera filmu. Może powinienem się tego spodziewać po trailerze, ale problem jest taki, że go nie widziałem. Właściwie poszedłem do kina wiedząc o tym filmie tylko tyle, że Tom Cruise gra w nim przemytnika. Ciekawie jest czasem obejrzeć jakiś obraz, nie mając o nim pojęcia wybiegającego poza własne domysły.

barry-seal-krol-przemytu-1000x600

Wiedzcie, że ten tekst jest pisany przez człowieka, który nie widział ani jednego odcinka “Narcos“. Więc nie powiem Wam, jak portret kartelu Medellín przedstawiony w “Barrym Sealu” wygląda w perspektywie tego serialu. Jedyne czego się domyślam (ależ jestem mądry!), to że jednym z powodów powstania filmu o słynnym przemytniku jest fakt dużej popularności netfliksowej serii o kolumbijskiej mafii. No, ale po tym przydługim disclaimerze, wypada przejść do rzeczy.

“Barry Seal: król przemytu” to film bardzo luźno inspirowany biografią pilota, który przemycał do USA kokainę dla kolumbijskiego kartelu Pablo Escobara. Filmowy Seal, grany przez Cruise’a, to znudzony pilot samolotów pasażerskich, zwykły facetem z Luizjany, mąż i ojciec. Wyróżnia się jedynie tym, że jest utalentowanym pilotem, najwyraźniej spalającym się w rejsowych lotach. Kiedy z propozycją współpracy przychodzi do niego, grany przez Domhnalla Gleesona, agent CIA, godzi się na nią natychmiast. Motywacją Barry’ego jest bardziej chęć przełamania rutyny dnia codziennego i przeżycia przygody, niż oferowane przez amerykański wywiad pieniądze. Twórcy filmu dość jednoznacznie pokazują, że Sealowi i jego rodzinie na niczym nie zbywa. Początkowo zadaniem pilota ma być fotografowanie baz komunistycznej partyzantki w Ameryce Południowej. Ale w miarę rozwoju fabuły, Barry Seal zostaje wciągnięty – fakt, że bez zbytnich protestów – najpierw w dostarczanie przesyłek przywódcy wojskowej junty Manuelowi Noriedze, potem w szmuglowanie do USA kolumbijskiej kokainy na zlecenie Escobara. Działalnosć Seala rozwija się szybciuteńko i wkrótce zakłada on przedsiębiorstwo wielobranżowe operujące w takich dziedzinach, jak szmuglowanie informacji wywiadowczych, dragów, broni i ludzi oraz pranie brudnych pieniędzy zarobionych na tych wszystkich operacjach.

Może wynika to z faktu, że nie widziałem zbyt wielu filmów tego rodzaju, ale co wydało mi się interesujące, to opowiadanie o tym wszystkim w niezmiennie lekkim, humorystycznym tonie. Mówimy jednak tutaj o brudnych operacjach amerykańskiego wywiadu i rządu, czy o mających na koncie sporo zbrodni potężnych, bezwzględnych kartelach narkotykowych, czy wreszcie skorumpowanych reżimach i krwawych juntach. Jak już zaznaczyłem na początku, nie spodziewałem się przecież filmu ciężkiego. Mieści mi się w głowie opowiadanie o porachunkach gangów czy wojnie w sposób przesycony żartem czy ironią. Ale film nie traci tego pogodnego tonu właściwie ani na chwilę. Jasne, bohaterowi granemu przez Toma Cruise’a, kilkakrotnie nie jest do śmiechu, kiedy spogląda w oczy śmierci. Ale zawsze pozostaje to w konwencji wesołej, zabawnej przygody.

Jak wspominałem w innych moich tekstach, nie jestem gościem, który by lubił kibicować bohaterom negatywnym. Barry Seal nie jest zdecydowanie moim idolem, podobnie jak nie jest nim Jordan Belfort. A jednak humorystyczny, lekki ton, który utrzymuje się przez większość “Wilka z Wall Street” nie spowodował u mnie zbytniego dysonansu. Ostatecznie facet tylko oszukał kilka milionów ludzi na kasę. Nie wykonywał zleceń dla mafii, nie zbroił zbrodniczych partyzantek. Nie twierdzę, że atmosfera żartu utrzymująca się aż do ostatniej sceny filmu (kiedy to teoretycznie nikomu nie powinno być do śmiechu), to od razu coś złego. Przecież kręcono już nawet komedie o holocauście, czego nie uważam za nieodpowiednie. Po prostu zaskoczył mnie taki zabieg artystyczny w typowym oglądanym na środzie z orendż, popcornowym filmie, którego targetem są pewnie przede wszystkim zwykli przedstawiciele klasy średniej, wieczory spędzający oglądając “Narcos” na kompie i miłośniczki gasnącej powoli urody Toma Cruise’a.

Nie wiem, jaka była intencja twórców filmu. Czy pokazanie wydarzeń z najnowszej historii obu Ameryk w krzywym zwierciadle, to puszczanie oka do widza doskonale tę historię znającego, choćby z serialu “Narcos”? A może w erze “House of Cards” po prostu uznali, że nikogo nie zaszokuje fakt, że nikaraguańscy partyzanci, zamiast walczyć z komunizmem, wolą handlować narkotykami i nikt się tym specjalnie nie przejmuje?

Muszę jednak przyznać, że twórcy filmu z równą lekkością, co narkotykową mafię i wojskowe dyktatury, traktują również samego bohatera. Nie jest on dla nich wyjątkowy, nie ma dla niego taryfy ulgowej. W bezlitosnej logice satyry, w której generał osobiście rąbiący na kawałki nieposłusznych podwładnych maczetą jest pokazany jako śmieszny prowincjonalny urzędniczyna przyjmujący w łapówce ptasie mleczko, Barry Seal, bądź co bądź główny bohater, z którym publiczność chce się identyfikować, jest tak samo wzięty w nawias, jak generał Noriega, Pablo Escobar czy Ronald Reagan. Gdy już mamy potraktować go śmiertelnie poważnie, jak człowieka z krwi i kości, okazuje się, że to tylko komiksowa karykatura. Konsekwentnie. Aż do ostatniej sceny.