Końca nie widać. Czyli o ludziach, którym wolno idzie robota

Macie czasem wrażenie, że praca idzie Wam jak po grudzie? Zdaje się Wam, że cel, który próbujecie osiągnąć, wciąż wymyka Wam się z rąk, w momencie, gdy już byliście tak blisko? Czujecie, że nigdy nie zrealizujecie swojego projektu? Ja mam takie wrażenie bardzo często. Ostatnio udało się mojemu zespołowi skończyć nagrywanie nowego utworu i teledysku do niego. Ścieżki perkusji nagraliśmy ponad rok temu, a miks i mastering zakończyliśmy kilka tygodni temu. Przy czym jeśli posłuchacie tej piosenki, to zrozumiecie, że nie jest to numer w stylu “Bohemian Rhapsody” czy coś równie ambitnego. Niestety, wiele rzeczy trwało dłużej, niż sądziliśmy, część z naszej winy, część nie. Ale to jeszcze nie oznacza (a przynajmniej tak to sobie tłumaczymy), że jesteśmy totalnymi nieudacznikami. Wszak wiele wielkich (i małych) projektów powstawało długimi latami, a ich ukończenie ciągle się opóźniało. Poniżej kilka pochodzących ze świata popkultury przykładów osób, którym stworzenie jakiegoś dzieła pochłonęło pewnie więcej czasu, niż zakładali.

Ryan Reynolds (12 lat by nakręcić Deadpoola)

deadpool-ryan-reynolds-petition
Znany (przynajmniej do niedawna) głównie z komedii romantycznych kanadyjski aktor od dziecka był fanem komiksów, a jednym z jego ulubionych były przygody wyszczekanego najemnika Deadpoola. Mogłoby się nawet wydawać, że Ryan Reynolds w roli Deadpoola to przedsięwzięcie skazane na sukces, wszak w jednym z komiksów sam superbohater określa swój wygląd jako skrzyżowanie Ryana Reynoldsa z psem rasy shar pei.

Ale choć poważne rozmowy na temat realizacji filmu o Deadpoolu z Reynoldsem w roli tytułowej rozpoczęły się już w 2005 roku, to miało upłynąć jeszcze wiele wody w Rzece Świętego Wawrzyńca zanim pojawił się solowy film. Bo wprawdzie postać Wade’a Wilsona pojawiła się na srebrnym ekranie w produkcji “X-Men Geneza: Wolverine“, ale w wersji, którą zarówno fani, jak i krytycy zmieszali z błotem. W międzyczasie Reynolds najadł się też wstydu występując w ekranizacji komiksu DCGreen Lantern“, gdzie również grał postać tytułową – produkcja okazała się być klapą finansową. Słowem: droga do nakręcenia filmu “Deadpool” w takiej postaci, w jakiej wymarzył ją sobie Reynolds, wiernej komiksowemu pierwowzorowi i zgodnej z oczekiwaniami fanów, była usiana licznymi przeszkodami.

Tym bardziej satysfakcję musiał aktorowi przynieść sukces blockbustera z 2016 roku. Film oprócz dobrych recenzji pobił kilka rekordów finansowych: zdobył tytuł najbardziej kasowego filmu z kategorią R (zabraniającą wstępu na salę kinowa osobom niepełnoletnim, co zawsze uszczupla liczebność widowni i dochody z biletów) oraz najbardziej kasowego filmu z uniwersum X-Menów (co też jest niezłym sukcesem biorąc pod uwagę, że Deadpool nie był bynajmniej postacią tak znaną, jak Profesor X, Magneto, Wolverine czy Mystique).

James Cameron (15 lat by nakręcić Avatar)

small_1051127404
Cameron to niewątpliwie wizjoner wyprzedzający swoją epokę. Gdy w 1984 kręcił pierwszego Terminatora chciał, aby pojawiał w nim się stworzony z płynnego metalu, zmieniający kształt cyborg. Nie istniała jednak wówczas technologia, która przeniosłaby tę wizję na ekran w zadowalający sposób. Był w stanie zrobić to dopiero w 1991 roku, kręcąc drugą część sagi z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli tytułowej. Po premierze drugiego Terminatora Cameron dysponował właściwie nieograniczonymi środkami, by realizować swoje pomysły. Wszak “Terminator 2: Judgment Day” pobił (pierwszy i nie ostatni w życiu kanadyjskiego reżysera) rekord najbardziej kasowego filmu wszech czasów. Nakręcenie najlepiej zarabiającego filmu ever umożliwiło Cameronowi otrzymanie również największego budżetu w historii, czego dowodem był “Titanic“.

Niemniej nawet będąc kinematograficznym Midasem, Cameron przez wiele lat nie dysponował technologią i środkami, by zrealizować “Avatar“. Mimo że pierwszy szkic scenariusza powstał już w 1994 roku, film powstał dopiero półtorej dekady później. Nakręcony przy wykorzystaniu najbardziej innowacyjnych technologii “Avatar” pobił już trzeci w życiu Camerona rekord finansowy i po dziś dzień cieszy się statusem najlepiej zarabiającej produkcji wszech czasów.

Axl Rose (15 lat by nagrać Chinese Democracy)

8712d26d187dff606156def897f29b6b
Nie jest tajemnicą, że pewne czynności wokaliście Guns N’ Roses zajmują sporo czasu. Na przykład czas potrzebny na dotarcie na scenę w jego wykonaniu stał się wręcz legendarny, swego czasu opóźnione o trzy godziny koncerty były codziennością fanów Gunsów. Zresztą odkładając żarty na bok, już produkcja albumów “Use Your Illusion I” i “Use Your Illusion II” opóźniła się znacząco ponieważ Axl przeciągał prace nad aranżacjami sekcji smyczkowej w takich numerach, jak “November Rain“. Chyba zresztą z korzyścią dla tych piosenek.

Niemniej, przy albumie “Chinese Democracy” muzyk przeszedł samego siebie. Ostatecznie nagrywanie ostatniej płyty zespołu trwało dłużej, niż całe istnienie zespołu przed rozpoczęciem prac nad krążkiem. Przy okazji całkowicie rozsypał się oryginalny skład Gunsów, którzy byli jednak – umówmy się – jednym z tych zespołów działających drużynowo, nie zaś ciągniętych przez jedną osobowość. Nagrywanie “Chinese Democracy” trwało tak długo, że stało się równie archetypiczne, co opóźnienia koncertów Guns N’ Roses. Właściwie wszyscy już stracili wiarę, że album zostanie kiedykolwiek ukończony. Producent Dr Peppera zaoferował nawet każdemu obywatelowi USA (oprócz byłych gitarzystów GN’R Slasha i Bucketheada) darmową puszkę napoju, jeśli Axl ukończy album przed końcem 2008 roku. Ostatecznie nikt nie dostał darmowego Dr Peppera, mimo że Rose akurat tego terminu dotrzymał. Szkoda.

Efekt piętnastu lat prac i Bóg wie ilu milionów dolarów wpakowanych w wynajmowanie studiów nagraniowych może się podobać albo nie, ale jedno trzeba Axlowi przyznać. Realizuje swoją artystyczną wizję, a recenzje i w ogóle odbiór swojej osoby przez opinię publiczną ma bardzo głęboko w dupie.

Luc Besson (22 lata by nakręcić Piąty Element)

Screen-Shot-2016-05-12-at-12.59.29-PM-1024x554
Francuski reżyser i producent Luc Besson, zaczął pisać scenariusz do filmu, który miał stać się “Piątym Elementem“, mając zaledwie 16 lat. Kiedy obraz wchodził do kin, Besson miał lat 38, a na koncie takie hity, jak “Nikita” czy “Leon zawodowiec“. Wśród artystów przygotowujących koncepcję wizualną “Piątego Elementu” znalazł się rysownik jednej z ulubionych serii komiksów Bessona opowiadającej o przygodach czasoprzestrzennego agenta Valeriana i jego partnerki LaurelineJean-Claude Mézieres. Natomiast projektowaniem strojów zajął się rozchwytywany kreator mody Jean-Paul Gaultier. Chyba więc warto było zaczekać, bo być może nie wszyscy krytycy zachwycili się efektem końcowym dwudziestodwuletniej podróży rozpoczętej przez zafascynowanego komiksami science fiction dzieciaka, ale zdobył on sobie status kultowego i miejsce w kanonie popkultury. A samemu Bessonowi dał szansę na to, by ożenić się z Millą Jovovich. Chociaż tylko na dwa lata. Ale to zawsze coś.

Brian Wilson (37 lat by nagrać Smile)

419242.jpg
Kalifornijski zespół The Beach Boys podbił w latach sześćdziesiątych listy przebojów wpadającymi w ucho piosenkami o surfowaniu i pięknych dziewczynach. Zespół został założony przez braci Briana, Dennisa i Carla Wilsonów, ich kuzyna Mike’a Love’a i przyjaciela Ala Jardine’a. Jednak z zespołu i spośród braci od początku najbardziej wyróżniał się Brian. Jego wkład w pisanie piosenek i aranżowanie będących znakiem firmowym Beach Boysów harmonii wokalnych przewyższał udział pozostałych.

W połowie lat sześćdziesiątych z inicjatywy Briana grupa dokonała korekty artystycznego kursu, porzucając niewinne kalifornijskie plaże na rzecz kontrkultury. W tym czasie Brian Wilson stał się prawdziwą instytucją: nie tylko komponował, ale także sam aranżował, nagrywał i produkował swe utwory, co dziś może nie wydawać się zbyt imponujące, ale w latach sześćdziesiątych nie było bynajmniej normą.

Podejmowanie się coraz ambitniejszych projektów studyjnych zbiegło się w przypadku Wilsona z coraz większą konsumpcją dragów i coraz częściej objawiającą się chorobą psychiczną. W pewnym momencie muzyk przestał wyruszać z zespołem w trasy, całkowicie poświęcając się pisaniu nowych piosenek i nagrywaniem ich w studio, w którym – co nie bez znaczenia – zaczęło pojawiać się coraz więcej dziwacznych osobowości w postaci astrologów czy mistyków, tudzież po prostu dilerów narkotyków. “Smile“, najbardziej pionierski, ambitny i innowacyjny album Beach Boysów/Wilsona, zaczął powstawać właśnie w takiej atmosferze. Nie jest więc niespodzianką, że prace nad krążkiem zostały zarzucone po roku. Do coraz większego oderwania się Wilsona od rzeczywistości doszły inne problemy: spadająca popularność Beach Boysów i konflikt z wytwórnią płytową. Przez kolejne kilka dekad spadał stopień zaangażowania Briana w działalność zespołu zarówno na scenie, jak i w studio (które dotychczas było jego domeną i miejscem, w którym czuł się najlepiej). Z czasem pogłębiały się też konflikty między braćmi, owocujące rozpadem zespołu i zjazdami rodzinnymi odbywającymi się w asyście adwokatów i sędziów.

Dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku stan psychiczny cierpiącego na zaburzenia schizo-afektywne i chorobę dwubiegunową Wilsona poprawił się, umożliwiając mu powrót do życia towarzyskiego i zawodowego. Brian postanowił odkurzyć nigdy nieukończony materiał, najpierw w formie koncertów, później zaś w studio. Album został nagrany właściwie od początku i – jak przyznaje sam muzyk – różni się nieco od pierwotnego zamysłu. W każdym razie, po trzydziestu siedmiu latach odkąd po raz pierwszy zasiadł za konsoletą, Wilson zrealizował swoje marzenie.

Bonus:
George R.R. Martin (7+ lat by napisać Wichry Zimy)

George-R-R-Martin-1180x787
Powieści z cyklu “Pieśni Lodu i OgniaGeorge R.R. Martin pisze już ponad ćwierć wieku (pierwsza ukazała się drukiem w 1996 roku). W kwietniu 2011 roku miała miejsce premiera pierwszego sezonu serialu nakręconego na jego podstawie, zatytułowanego “Gra o Tron“. W lipcu tego samego roku ukazała się ostatnia z ukończonych części sagi, zatytułowana “Taniec smoków“. Nie jest tajemnicą, że planowane są jeszcze dwie powieści, które zamkną zaplanowaną przez Martina narrację. Tymczasem wydarzenia przedstawione niedawno w siódmym już sezonie serialu wyprzedziły te opisane w dotychczas powstałych książkach. A po 7 latach od premiery “Tańca smoków” GRRM wciąż nie ukończył nawet pierwszej z nich.

Na 2019 rok planowana jest premiera ósmego i zamykającego historię sezonu “Gry o Tron”. Prawie na pewno więc poznamy zakończenie sagi za pośrednictwem serialu, nie zaś za pośrednictwem literatury, która była dla niego pierwowzorem. Niektórzy wątpią nawet czy Martin kiedykolwiek ukończy serię. Część internetów posunęła się nawet do wskazywania, że kombinacja wieku i tuszy pisarza zaowocuje jego rychłą śmiercią, więc nawet jakby chciał, “Wichrów Zimy” i “Snu o Wiośnie” napisać nie zdąży. Na niezbyt eleganckie komentarze dotyczące swojego stanu zdrowia, będący w stałym kontakcie z fandomem i na co dzień używający internetu autor reaguje zwykle w sposób, na którego streszczenie najlepiej pasuje chyba wyrażenie “odpierdolcie się”.

Niecierpliwie wyczekiwane przez fanów “Wichry zimy” na pewno powstają, bo co jakiś czas publikowane są nawet fragmenty powieści. Ale GRRM ewidentnie się nie śpieszy. Pisze nowele, opowiadania i inne książki czasem związane z uniwersum Westeros, czasem nie. Jeździ po świecie, biorąc udział w konwentach i spotkaniach z czytelnikami. A przede wszystkim chyba cieszy się życiem, bo – nie ukrywajmy – popularność “Pieśni Lodu i Ognia” i serialu “Gra o tron” materialnie zabezpieczyły Martina na resztę życia, nawet jeśli diagnozy prognozujących jego przedwczesną śmierć internautów są mylne. Jeśli więc GRRM pisze kolejne rozdziały “Wichrów zimy”, to robi to tylko i wyłącznie z potrzeby serca i dla własnej satysfakcji.

***

Jak więc widzicie jest całkiem sporo przykładów ludzi, którzy albo nie śpieszą się z realizowaniem swoich zamierzeń, albo spotykają się z przeszkodami, które spowalniają proces twórczy, a czasem wstrzymują go nawet na dziesięciolecia. Średniowieczne katedry i renesansowe bazyliki powstawały setki lat, Dante Aligheri pisał swoją “Boską komedię” lat dwanaście. Dzisiaj jednak żyjemy w czasach kultu wydajności. Jeśli nie jesteśmy wydajni, nie robimy czegoś szybko i sprawnie to znaczy, że jesteśmy nieprzydatni dla społeczeństwa. Ma być zrobione. Najlepiej tanio, szybko i dobrze. Inaczej jesteśmy porażką. Nie chcę promować lenistwa i prokrastynacji, ale żyjemy pod taką presją, by zrealizować projekt szybko, sprawnie i odnieść sukces za pierwszym podejściem, że czasami możemy sobie to powiedzieć. Nie będzie tanio, szybko i dobrze. Będzie drogo, nieterminowo i źle. Czasami tak po prostu jest. I co nam pan zrobi?

Solo: A Star Wars Story. Czyli o błogosławieństwie niewiedzy [SPOILERY]

“Solo” to film, który reklamowano jako opowieść o tym “jak Han Solo stał się cwaniaczkiem, na którego Luke Skywalker i Obi-Wan Kenobi natknęli się w kantynie w pierwszych “Gwiezdnych Wojnach” z 1977 roku”. Oglądając ten film, zastanawiałem się, czy naprawdę, rzeczywiście muszę to wiedzieć? Czy muszę zobaczyć na własne oczy, jak Han poznał Chewbaccę? Czy muszę wiedzieć, jak przebył drogę na Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków? I czy naprawdę to zrobił, czy nie jest to tylko przechwałka?

solo 1

Niemal zawsze, kiedy udajemy się do kina, to widzianemu przez nas obrazowi towarzyszą nieobecne na ekranie postacie, światy i historie. Tworzą tło, w którym żyją nasi bohaterowie i w którym dzieje się opowiadana przez film fabuła. Fascynujące i wywołujące pytania, na które często nie otrzymujemy odpowiedzi. Te poboczne wątki, zaprzeszłe wydarzenia, nieodwiedzone miejsca, niewyjaśnione zagadki to tlen, którym oddycha oglądana przez nas historia. Kiedy się to wszystko rozłoży na części pierwsze, to taka jest przede wszystkim ich funkcja – są życiodajną substancją służącą stwarzaniu głębi głównych bohaterów i popychaniu fabuły naprzód. A jednak, mimo swej często wyłącznie służebnej natury, fascynują nas same w sobie. Chcemy dowiedzieć się o nich więcej. A kiedy już je poznajemy, jesteśmy rozczarowani. Bo przecież gdzieś z tyłu naszych głów wyobraźnia mniej lub bardziej wyraźnie wizualizowała te wydarzenia, te wątki. A to jak zostały przedstawione nie jest zgodne z naszą imaginacją czy równie dobre, co ona. Albo po prostu aura tajemniczości i niedopowiedzeń sprawiała, że były bardziej atrakcyjne, bo najbardziej podoba nam się to, czego nie widać. Więc czy gdy zobaczymy na własne oczy coś, co – często przez lata – fascynowało nas swoją tajemnicą, to zawsze skazani jesteśmy na rozczarowanie? Może po prostu wolimy gonić króliczka, niż go złowić?

Zanim przejdę do dalszej części moich dumań i rozważań – choć to chyba oczywiste – chciałbym zaznaczyć, że oprócz “Solo”, będę spoilerował także inne długometrażowe filmy z uniwersum “Star Wars”.

Wróćmy na chwilę do roku 1977, kiedy to wszedł na ekrany film zatytułowany “Gwiezdne Wojny” i rozbił bank. Szczerze mówiąc, to rozbił wszystkie możliwe banki w mieście. Był to film, który – wydaje mi się konieczne zaznaczenie tego – był sam w sobie skończoną całością. Jasne, zakończenie jest na tyle otwarte, że stwarzało możliwość kontynuowania historii, ale jednocześnie na tyle konkluzywne, że cała “saga” mogłaby zostać zamknięta tym jednym filmem. Niezależnie czy kręcąc “Star Wars”, George Lucas już miał w głowie te wszystkie pomysły, że Darth Vader jest ojcem Luke’a Skywalkera, czy też nie – w momencie zakończenia zdjęć do filmu, nakręcenie jakiegokolwiek sequelu stało pod wielkim, tłustym znakiem zapytania. Lucas był wówczas przekonany, że film okaże się totalną klapą, o czym świadczy fakt, że nie pojawił się nawet na oficjalnej premierze filmu. Dopiero wkrótce po niej, okazało się, że “Nowa nadzieja” (choć tej nazwy nikt jeszcze nie używał, została ona nadana filmowi później) to żyła złota, a zatem warto kontynuować tę historię na ekranie. Zmierzam do tego, że w latach siedemdziesiątych myślenie kategoriami budowania współdzielonego uniwersum było zdecydowanie mniej oczywiste, niż dzisiaj. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza komiksami superbohaterskimi, jedynym precedensem dla Star Wars expanded universe w tej sferze był chyba wysyp fan fiction zainspirowanego serialem Star Trek.

W każdym razie, kiedy Han chwali się, że jego Sokół Millenium przebył drogę do Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków, to był po prostu sposób scenarzysty, by przekazać widzom, że a) Millenium Falcon jest raczej szybkim środkiem transportu b) albo tak przynajmniej uważa jego właściciel, cwaniaczkowaty zarozumialec. Całe to wydarzenie miało służyć budowaniu postaci granej przez Harrisona Forda. Nikt nie stwarzał tutaj żadnej szczególnie głębokiej mitologii. Zbudowali ją fani przez dekady fascynacji “Gwiezdymi wojnami” i każdym ich detalem. Teraz przyszedł czas, by film “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” (powinna powstać jakaś spec-jednostka policji do zwalczania zbrodni przeciwko językowi polskiemu, jakimi są dokonywane przez dystrybutorów przekłady tytułów filmów) pokazał każdy z mitów, którymi Han Solo obrósł przez wszystkie filmy sagi. Oglądając drogę na Kessel czy też moment, w którym Lando przestał być właścicielem Sokoła Millenium, a stał się nim Han, nie czułem rozczarowania czy oburzenia sposobem, w jaki zostało to przedstawione. Pewnie dlatego, że nie miałem wobec tych właśnie wydarzeń jakichś szczególnych oczekiwań. Scenę pokazująca, jak Han i Chewie zostali przyjaciółmi uważam za dowcipną i uroczą, niby nic zaskakującego, a jednak fajny moment. Scenę nadania głównemu bohaterowi nazwiska przez imperialnego urzędasa z litości zmilczę, wszak to zaledwie mały detalik. Jeśli coś zadziałało w odczuwalnym stopniu na moje emocje, to wątek który akurat nie był sygnalizowany w żadnej z dotychczas nakręconych części sagi (zaznaczam, że cały czas odwołuję się do długometrażowych filmów, nie do książek, komiksów czy seriali animowanych). Mam tu na myśli dziewczynę Hana – graną przez Emilię Clarke postać imieniem Qi’ra. Nie żebym się spodziewał, że Leia była pierwszą przedstawicielką płci pięknej, z którą Solo miał kiedykolwiek do czynienia. Jednak wyobrażałem sobie, że wcześniejsze kontakty Hana z kobietami były raczej powierzchowne i przelotne. Wiecie, to raczej gość, który po wspólnie spędzonej nocy nie oddzwania, by umówić się na kolejną randkę. Tymczasem okazuje się, że nie tylko miał dziewczynę, ale także, że bardzo ją kochał. Bez kitu, on spędził trzy lata nie myśląc o niczym innym, jak tylko o tym, żeby po nią wrócić i ją uwolnić.

I to naprawdę piękne z jego strony. Tylko, że w tym świetle nagle związek Hana z Leią traci na wyjątkowości. Chyba jednak wolałem myśleć, że to właśnie ona była tą jedyną, prawdziwą miłością Hana. Że tylko ona była w stanie rozmiękczyć serce tego cynicznego drania. Przez wydarzenia z “Solo”, teraz jakoś wydarzenia “Nowej nadziei”, “Imperium Kontratakuje“, “Powrotu Jedi” czy “Przebudzenia mocy” tracą jednak trochę na emocjonalnej wadze. No, ale to tylko moje wyobrażenia. Istniejąca zapewne tylko i wyłącznie w mojej głowie opowieść została zdemitologizowana. Ale przecież “Solo” to nie pierwszy gwiezdnowojenny film, w którym odarto różne wątki z płaszczyku tajemnicy. Wszak uczyniły to już blisko dwie dekady temu prequele.

W oryginalnej trylogii mieliśmy do czynienia z wieloma wzmiankami, które pobudzały ciekawość wielu widzów. Co to właściwie były wojny klonów? Kim byli rycerze Jedi i jak właściwie wyglądała Galaktyczna Republika, zanim władzę przejął Imperator? I kim właściwie jest ten Imperator? No i chyba najważniejszy wątek. Jak Anakin Skywalker stał się Lordem Vaderem i dlaczego musi nosić tą za-je-bi-stą zbroję i ten za-je-bis-ty hełm? Ja sam rozpocząłem swoją przygodę z “Gwiezdnymi Wojnami” właśnie od prequeli, dlatego nie wiem, co czuli ludzie, którzy widzieli oryginalną trylogię w przeddzień premiery “Mrocznego Widma“. Ale sądzę, że musieli sobie myśleć coś w stylu: “niedługo zobaczymy Galaktyczną Republikę, w której miecze świetlne są równie często spotykane, co rewolwery na Dzikim Zachodzie; zobaczymy słynny pojedynek Anakina i Obi-Wana – ale to będzie badassowe”! No, cóż… jak wyszło, każdy widział… Miliony widzów opuściły sale kinowe rozczarowane, rozgoryczone i zwyczajnie wściekłe – to na to czekali dwie dekady? I teraz pytanie: czy gdyby prequele nie były po prostu tak złe same w sobie; gdyby George Lucas pozwolił komuś przejrzeć swój scenariusz, zanim ruszyły zdjęcia; gdyby nie poszedł na całość z green screenami i stworzył lepsze efekty specjalne; gdyby gra aktorska była mniej drewniana; gdyby nie było Jar Jar Binksamidi-chlorianów – czy bylibyśmy zadowoleni? Czy dobrze pokazana ścieżka Anakina ku ciemnej stronie Mocy nadal byłaby rozczarowująca, bo już pozbawiona nimbu tajemniczości? Czy dobrze nakręcona scena, w której Anakin ulega poparzeniom, które zmuszają go do przywdziania zbroi, sprostałaby zbudowanym przez blisko trzydzieści lat oczekiwaniom? Czy gdyby trylogię prequeli nakręcił np. Chrisopher Nolan, to byłyby to dobre filmy, czy też nadal bylibyśmy niezadowoleni, tylko i wyłącznie dlatego, że odkryto przed nami coś, co nigdy nie powinno zostać odkryte i istnieć tylko w naszej wyobraźni? Nie dowiemy się chyba nigdy.

Bo prawda jest taka, że mamy tutaj chyba po prostu do czynienia z syndromem koca. Kiedy podciągniesz go pod szyję – marzną ci stopy. Gdy przykryjesz stopy – marznie ci szyja. W latach dwutysięcznych, gdy tryumfy popularności świecił serial “Zagubieni“, ten paradoks mogliśmy podziwiać w całej jego okazałości. “Lost” był pierwszym serialem masowo komentowanym i analizowanym przez internautów. Co więcej – jego twórcy byli z fanami w stałym kontakcie. Istniały fora i podcasty poświęcone serialowi, więc showrunnerzy doskonale znali reakcje na kolejne odsłony przygód rozbitków. W “Zagubionych” z odcinka na odcinek pojawiały się kolejne fascynujące tajemnice. Jednak z sezonu na sezon, odpowiedzi na mnożące się nurtujące widzów pytania zdawały się w ogóle nie pojawiać. Co spotykało się z coraz większym zniecierpliwieniem fanów serialu. Domagali się wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi. Jednak gdy scenarzyści “Zagubionych” zaczęli w ostatnich sezonach wyjaśniać zagadki i zdradzać coraz więcej sekretów tajemniczej wyspy, spotkało się to znowuż z rozczarowaniem. Duża część fanów zinterpretowała “Lost” jako pozbawioną sensu papkę, w której suspens służy jedynie utrzymywaniu uwagi widzów, a fabuła nie ma głębokiego, satysfakcjonującego rozwiązania.

Mi osobiście zakończenie “Zagubionych” całkiem się podobało. Uważam, że twórcy sprytnie wybrnęli z pułapki, którą sami na siebie nastawili. Bo jest raczej jasne, że mnożąc kolejne tajemnice i zagadki, wiedzieli o ich prawdziwej naturze niewiele więcej, niż bohaterowie i widzowie. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do pilota podobno spisano wprawdzie “lostową” mitologię, ale sądzę, że była ona bardzo mętna i nie odpowiadała na wiele pytań, a sporo wątków, jak i samo zakończenie, zostały wymyślone później. Ale tak naprawdę nie ma w tym nic złego, bo w tym serialu najciekawsze było właśnie zadawanie sobie kolejnych pytań, a nie otrzymywanie na nie odpowiedzi. Odpowiedzi na pytania okazywały się być z czasem coraz mniej satysfakcjonujące. “Zagubieni” najlepiej działali, kiedy korzystali z faktu, że najbardziej fascynuje nas to, czego nie widać.

Powyższe opiera się trochę na tej samej logice, co zasada, że najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy, nie znamy. Tak przecież było w “Obcym” z 1979 roku. Tytułowy obcy był przerażający najbardziej wtedy, gdy nie było go widać. Owszem, jego sylwetka i wygląd same w sobie są przerażające, ale przyczyną, dla której ten film po blisko czterdziestu latach niemal w ogóle się nie zestarzał, była decyzja twórców, by pokazywać obcego jak najrzadziej i w jak najmniejszym fragmencie. Podobnie było w kontynuacji obrazu nakręconej przez Jamesa Camerona, zatytułowanej “Obcy: ostateczne starcie“, w której jedną z najbardziej przerażających momentów jest scena, w której główni bohaterowie nie widzą, lecz jedynie słyszą ksenomorfy przez radio, nie wiedząc dokładnie ile ich jest.

Tak, jak “Gwiezdne wojny” czy “Zagubieni”, również “Obcy” obrósł w swoje własne uniwersum i w swoją własną mitologię. Za dalszą jej eksplorację zabrał się po trzydziestu latach reżyser pierwszego filmu – Ridley Scott. Jego “Prometeusz” z 2012 roku był historią opowiedzianą niejako na marginesie uniwersum ksenomorfów. I dlatego właśnie mi się podobał mimo, że krytycy i kinomani nie zostawili na obrazie suchej nitki, głównie ze względu na luki fabularne. Ale “Prometeusz”, choć reklamowany jako prequel “Obcego” nie próbował odhaczyć wszystkich punktów z pytaniami, które pojawiły się od 1979 roku. Po prostu delikatnie uchylił rąbka tajemnicy, snując opowieść na obrzeżach świata wykreowanego w “Alienie”. Tymczasem najnowsza odsłona – “Alien: Covenant” – zdaje się zdradzać genezę ksenomorfów krok po kroku. I – cóż za niespodzianka – obcy odarty z tajemnicy staje się mniej fascynujący i mniej przerażający.

Czy to znaczy, że wkrótce znudzą nam się te wszystkie origin stories, prequele i spin-offy? Może na chwilę. Umiarkowany sukces finansowy “Solo” pokazuje chyba, że nastąpiło pewne zmęczenie odkrywaniem ukrytych dotąd rozdziałów znanych i lubianych bohaterów popkultury. Choć równie dobrze kiepski box office obrazu może być wynikiem wielu innych czynników, takich jak rozbuchany budżet filmu spowodowany koniecznością powtórnego nakręcenia niektórych scen, z uwagi na zmianę reżysera w połowie prac nad filmem, czy też nieprzychylną – delikatnie mówiąc – reakcją wielu fanów na “Ostatniego Jedi“. Sądzę jednak, że w długim trwaniu pokusa poznania tego, jak nasz bohater stał się tym, kim jest, będzie nas skłaniała do kupienia biletu do kina czy kolejnego miesiąca abonamentu na platformie streamingowej. Nieważne, ile razy już widzieliśmy rozsypujące się w ciemnym zaułku perły Marthy Wayne, wciąż będziemy oglądać kolejne wersje tej sceny w  serialu “Gotham” czy w filmie “Batman Begins“.

W sumie w “Solo” ciekawszy od Lando Calrissiana, drogi na Kessel i Sokoła Millenium był wątek relacji granej przez Khaleesi dziewczyny Hana z Darthem Maulem. Jaki jest cel Dartha Maula po tym, jak już przestał być uczniem Dartha Sidiousa, który akurat – tak się składa – właśnie trzęsie całą galaktyką? Czy Qi’ra będzie teraz pod kierunkiem Maula zgłębiać tajniki ciemnej strony Mocy czy będzie tylko szefem przestępczego syndykatu? O TYM chcę zobaczyć film… Ale czy na pewno? A może lepiej pozostawić to na zawsze w sferze spekulacji i teorii? Może jednak uznać niewiedzę za błogosławieństwo i nigdy nie dowiedzieć się, co jest w teczce Marsellusa Wallace’a z “Pulp Fiction“?