Solo: A Star Wars Story. Czyli o błogosławieństwie niewiedzy [SPOILERY]

“Solo” to film, który reklamowano jako opowieść o tym “jak Han Solo stał się cwaniaczkiem, na którego Luke Skywalker i Obi-Wan Kenobi natknęli się w kantynie w pierwszych “Gwiezdnych Wojnach” z 1977 roku”. Oglądając ten film, zastanawiałem się, czy naprawdę, rzeczywiście muszę to wiedzieć? Czy muszę zobaczyć na własne oczy, jak Han poznał Chewbaccę? Czy muszę wiedzieć, jak przebył drogę na Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków? I czy naprawdę to zrobił, czy nie jest to tylko przechwałka?

solo 1

Niemal zawsze, kiedy udajemy się do kina, to widzianemu przez nas obrazowi towarzyszą nieobecne na ekranie postacie, światy i historie. Tworzą tło, w którym żyją nasi bohaterowie i w którym dzieje się opowiadana przez film fabuła. Fascynujące i wywołujące pytania, na które często nie otrzymujemy odpowiedzi. Te poboczne wątki, zaprzeszłe wydarzenia, nieodwiedzone miejsca, niewyjaśnione zagadki to tlen, którym oddycha oglądana przez nas historia. Kiedy się to wszystko rozłoży na części pierwsze, to taka jest przede wszystkim ich funkcja – są życiodajną substancją służącą stwarzaniu głębi głównych bohaterów i popychaniu fabuły naprzód. A jednak, mimo swej często wyłącznie służebnej natury, fascynują nas same w sobie. Chcemy dowiedzieć się o nich więcej. A kiedy już je poznajemy, jesteśmy rozczarowani. Bo przecież gdzieś z tyłu naszych głów wyobraźnia mniej lub bardziej wyraźnie wizualizowała te wydarzenia, te wątki. A to jak zostały przedstawione nie jest zgodne z naszą imaginacją czy równie dobre, co ona. Albo po prostu aura tajemniczości i niedopowiedzeń sprawiała, że były bardziej atrakcyjne, bo najbardziej podoba nam się to, czego nie widać. Więc czy gdy zobaczymy na własne oczy coś, co – często przez lata – fascynowało nas swoją tajemnicą, to zawsze skazani jesteśmy na rozczarowanie? Może po prostu wolimy gonić króliczka, niż go złowić?

Zanim przejdę do dalszej części moich dumań i rozważań – choć to chyba oczywiste – chciałbym zaznaczyć, że oprócz “Solo”, będę spoilerował także inne długometrażowe filmy z uniwersum “Star Wars”.

Wróćmy na chwilę do roku 1977, kiedy to wszedł na ekrany film zatytułowany “Gwiezdne Wojny” i rozbił bank. Szczerze mówiąc, to rozbił wszystkie możliwe banki w mieście. Był to film, który – wydaje mi się konieczne zaznaczenie tego – był sam w sobie skończoną całością. Jasne, zakończenie jest na tyle otwarte, że stwarzało możliwość kontynuowania historii, ale jednocześnie na tyle konkluzywne, że cała “saga” mogłaby zostać zamknięta tym jednym filmem. Niezależnie czy kręcąc “Star Wars”, George Lucas już miał w głowie te wszystkie pomysły, że Darth Vader jest ojcem Luke’a Skywalkera, czy też nie – w momencie zakończenia zdjęć do filmu, nakręcenie jakiegokolwiek sequelu stało pod wielkim, tłustym znakiem zapytania. Lucas był wówczas przekonany, że film okaże się totalną klapą, o czym świadczy fakt, że nie pojawił się nawet na oficjalnej premierze filmu. Dopiero wkrótce po niej, okazało się, że “Nowa nadzieja” (choć tej nazwy nikt jeszcze nie używał, została ona nadana filmowi później) to żyła złota, a zatem warto kontynuować tę historię na ekranie. Zmierzam do tego, że w latach siedemdziesiątych myślenie kategoriami budowania współdzielonego uniwersum było zdecydowanie mniej oczywiste, niż dzisiaj. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza komiksami superbohaterskimi, jedynym precedensem dla Star Wars expanded universe w tej sferze był chyba wysyp fan fiction zainspirowanego serialem Star Trek.

W każdym razie, kiedy Han chwali się, że jego Sokół Millenium przebył drogę do Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków, to był po prostu sposób scenarzysty, by przekazać widzom, że a) Millenium Falcon jest raczej szybkim środkiem transportu b) albo tak przynajmniej uważa jego właściciel, cwaniaczkowaty zarozumialec. Całe to wydarzenie miało służyć budowaniu postaci granej przez Harrisona Forda. Nikt nie stwarzał tutaj żadnej szczególnie głębokiej mitologii. Zbudowali ją fani przez dekady fascynacji “Gwiezdymi wojnami” i każdym ich detalem. Teraz przyszedł czas, by film “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” (powinna powstać jakaś spec-jednostka policji do zwalczania zbrodni przeciwko językowi polskiemu, jakimi są dokonywane przez dystrybutorów przekłady tytułów filmów) pokazał każdy z mitów, którymi Han Solo obrósł przez wszystkie filmy sagi. Oglądając drogę na Kessel czy też moment, w którym Lando przestał być właścicielem Sokoła Millenium, a stał się nim Han, nie czułem rozczarowania czy oburzenia sposobem, w jaki zostało to przedstawione. Pewnie dlatego, że nie miałem wobec tych właśnie wydarzeń jakichś szczególnych oczekiwań. Scenę pokazująca, jak Han i Chewie zostali przyjaciółmi uważam za dowcipną i uroczą, niby nic zaskakującego, a jednak fajny moment. Scenę nadania głównemu bohaterowi nazwiska przez imperialnego urzędasa z litości zmilczę, wszak to zaledwie mały detalik. Jeśli coś zadziałało w odczuwalnym stopniu na moje emocje, to wątek który akurat nie był sygnalizowany w żadnej z dotychczas nakręconych części sagi (zaznaczam, że cały czas odwołuję się do długometrażowych filmów, nie do książek, komiksów czy seriali animowanych). Mam tu na myśli dziewczynę Hana – graną przez Emilię Clarke postać imieniem Qi’ra. Nie żebym się spodziewał, że Leia była pierwszą przedstawicielką płci pięknej, z którą Solo miał kiedykolwiek do czynienia. Jednak wyobrażałem sobie, że wcześniejsze kontakty Hana z kobietami były raczej powierzchowne i przelotne. Wiecie, to raczej gość, który po wspólnie spędzonej nocy nie oddzwania, by umówić się na kolejną randkę. Tymczasem okazuje się, że nie tylko miał dziewczynę, ale także, że bardzo ją kochał. Bez kitu, on spędził trzy lata nie myśląc o niczym innym, jak tylko o tym, żeby po nią wrócić i ją uwolnić.

I to naprawdę piękne z jego strony. Tylko, że w tym świetle nagle związek Hana z Leią traci na wyjątkowości. Chyba jednak wolałem myśleć, że to właśnie ona była tą jedyną, prawdziwą miłością Hana. Że tylko ona była w stanie rozmiękczyć serce tego cynicznego drania. Przez wydarzenia z “Solo”, teraz jakoś wydarzenia “Nowej nadziei”, “Imperium Kontratakuje“, “Powrotu Jedi” czy “Przebudzenia mocy” tracą jednak trochę na emocjonalnej wadze. No, ale to tylko moje wyobrażenia. Istniejąca zapewne tylko i wyłącznie w mojej głowie opowieść została zdemitologizowana. Ale przecież “Solo” to nie pierwszy gwiezdnowojenny film, w którym odarto różne wątki z płaszczyku tajemnicy. Wszak uczyniły to już blisko dwie dekady temu prequele.

W oryginalnej trylogii mieliśmy do czynienia z wieloma wzmiankami, które pobudzały ciekawość wielu widzów. Co to właściwie były wojny klonów? Kim byli rycerze Jedi i jak właściwie wyglądała Galaktyczna Republika, zanim władzę przejął Imperator? I kim właściwie jest ten Imperator? No i chyba najważniejszy wątek. Jak Anakin Skywalker stał się Lordem Vaderem i dlaczego musi nosić tą za-je-bi-stą zbroję i ten za-je-bis-ty hełm? Ja sam rozpocząłem swoją przygodę z “Gwiezdnymi Wojnami” właśnie od prequeli, dlatego nie wiem, co czuli ludzie, którzy widzieli oryginalną trylogię w przeddzień premiery “Mrocznego Widma“. Ale sądzę, że musieli sobie myśleć coś w stylu: “niedługo zobaczymy Galaktyczną Republikę, w której miecze świetlne są równie często spotykane, co rewolwery na Dzikim Zachodzie; zobaczymy słynny pojedynek Anakina i Obi-Wana – ale to będzie badassowe”! No, cóż… jak wyszło, każdy widział… Miliony widzów opuściły sale kinowe rozczarowane, rozgoryczone i zwyczajnie wściekłe – to na to czekali dwie dekady? I teraz pytanie: czy gdyby prequele nie były po prostu tak złe same w sobie; gdyby George Lucas pozwolił komuś przejrzeć swój scenariusz, zanim ruszyły zdjęcia; gdyby nie poszedł na całość z green screenami i stworzył lepsze efekty specjalne; gdyby gra aktorska była mniej drewniana; gdyby nie było Jar Jar Binksamidi-chlorianów – czy bylibyśmy zadowoleni? Czy dobrze pokazana ścieżka Anakina ku ciemnej stronie Mocy nadal byłaby rozczarowująca, bo już pozbawiona nimbu tajemniczości? Czy dobrze nakręcona scena, w której Anakin ulega poparzeniom, które zmuszają go do przywdziania zbroi, sprostałaby zbudowanym przez blisko trzydzieści lat oczekiwaniom? Czy gdyby trylogię prequeli nakręcił np. Chrisopher Nolan, to byłyby to dobre filmy, czy też nadal bylibyśmy niezadowoleni, tylko i wyłącznie dlatego, że odkryto przed nami coś, co nigdy nie powinno zostać odkryte i istnieć tylko w naszej wyobraźni? Nie dowiemy się chyba nigdy.

Bo prawda jest taka, że mamy tutaj chyba po prostu do czynienia z syndromem koca. Kiedy podciągniesz go pod szyję – marzną ci stopy. Gdy przykryjesz stopy – marznie ci szyja. W latach dwutysięcznych, gdy tryumfy popularności świecił serial “Zagubieni“, ten paradoks mogliśmy podziwiać w całej jego okazałości. “Lost” był pierwszym serialem masowo komentowanym i analizowanym przez internautów. Co więcej – jego twórcy byli z fanami w stałym kontakcie. Istniały fora i podcasty poświęcone serialowi, więc showrunnerzy doskonale znali reakcje na kolejne odsłony przygód rozbitków. W “Zagubionych” z odcinka na odcinek pojawiały się kolejne fascynujące tajemnice. Jednak z sezonu na sezon, odpowiedzi na mnożące się nurtujące widzów pytania zdawały się w ogóle nie pojawiać. Co spotykało się z coraz większym zniecierpliwieniem fanów serialu. Domagali się wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi. Jednak gdy scenarzyści “Zagubionych” zaczęli w ostatnich sezonach wyjaśniać zagadki i zdradzać coraz więcej sekretów tajemniczej wyspy, spotkało się to znowuż z rozczarowaniem. Duża część fanów zinterpretowała “Lost” jako pozbawioną sensu papkę, w której suspens służy jedynie utrzymywaniu uwagi widzów, a fabuła nie ma głębokiego, satysfakcjonującego rozwiązania.

Mi osobiście zakończenie “Zagubionych” całkiem się podobało. Uważam, że twórcy sprytnie wybrnęli z pułapki, którą sami na siebie nastawili. Bo jest raczej jasne, że mnożąc kolejne tajemnice i zagadki, wiedzieli o ich prawdziwej naturze niewiele więcej, niż bohaterowie i widzowie. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do pilota podobno spisano wprawdzie “lostową” mitologię, ale sądzę, że była ona bardzo mętna i nie odpowiadała na wiele pytań, a sporo wątków, jak i samo zakończenie, zostały wymyślone później. Ale tak naprawdę nie ma w tym nic złego, bo w tym serialu najciekawsze było właśnie zadawanie sobie kolejnych pytań, a nie otrzymywanie na nie odpowiedzi. Odpowiedzi na pytania okazywały się być z czasem coraz mniej satysfakcjonujące. “Zagubieni” najlepiej działali, kiedy korzystali z faktu, że najbardziej fascynuje nas to, czego nie widać.

Powyższe opiera się trochę na tej samej logice, co zasada, że najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy, nie znamy. Tak przecież było w “Obcym” z 1979 roku. Tytułowy obcy był przerażający najbardziej wtedy, gdy nie było go widać. Owszem, jego sylwetka i wygląd same w sobie są przerażające, ale przyczyną, dla której ten film po blisko czterdziestu latach niemal w ogóle się nie zestarzał, była decyzja twórców, by pokazywać obcego jak najrzadziej i w jak najmniejszym fragmencie. Podobnie było w kontynuacji obrazu nakręconej przez Jamesa Camerona, zatytułowanej “Obcy: ostateczne starcie“, w której jedną z najbardziej przerażających momentów jest scena, w której główni bohaterowie nie widzą, lecz jedynie słyszą ksenomorfy przez radio, nie wiedząc dokładnie ile ich jest.

Tak, jak “Gwiezdne wojny” czy “Zagubieni”, również “Obcy” obrósł w swoje własne uniwersum i w swoją własną mitologię. Za dalszą jej eksplorację zabrał się po trzydziestu latach reżyser pierwszego filmu – Ridley Scott. Jego “Prometeusz” z 2012 roku był historią opowiedzianą niejako na marginesie uniwersum ksenomorfów. I dlatego właśnie mi się podobał mimo, że krytycy i kinomani nie zostawili na obrazie suchej nitki, głównie ze względu na luki fabularne. Ale “Prometeusz”, choć reklamowany jako prequel “Obcego” nie próbował odhaczyć wszystkich punktów z pytaniami, które pojawiły się od 1979 roku. Po prostu delikatnie uchylił rąbka tajemnicy, snując opowieść na obrzeżach świata wykreowanego w “Alienie”. Tymczasem najnowsza odsłona – “Alien: Covenant” – zdaje się zdradzać genezę ksenomorfów krok po kroku. I – cóż za niespodzianka – obcy odarty z tajemnicy staje się mniej fascynujący i mniej przerażający.

Czy to znaczy, że wkrótce znudzą nam się te wszystkie origin stories, prequele i spin-offy? Może na chwilę. Umiarkowany sukces finansowy “Solo” pokazuje chyba, że nastąpiło pewne zmęczenie odkrywaniem ukrytych dotąd rozdziałów znanych i lubianych bohaterów popkultury. Choć równie dobrze kiepski box office obrazu może być wynikiem wielu innych czynników, takich jak rozbuchany budżet filmu spowodowany koniecznością powtórnego nakręcenia niektórych scen, z uwagi na zmianę reżysera w połowie prac nad filmem, czy też nieprzychylną – delikatnie mówiąc – reakcją wielu fanów na “Ostatniego Jedi“. Sądzę jednak, że w długim trwaniu pokusa poznania tego, jak nasz bohater stał się tym, kim jest, będzie nas skłaniała do kupienia biletu do kina czy kolejnego miesiąca abonamentu na platformie streamingowej. Nieważne, ile razy już widzieliśmy rozsypujące się w ciemnym zaułku perły Marthy Wayne, wciąż będziemy oglądać kolejne wersje tej sceny w  serialu “Gotham” czy w filmie “Batman Begins“.

W sumie w “Solo” ciekawszy od Lando Calrissiana, drogi na Kessel i Sokoła Millenium był wątek relacji granej przez Khaleesi dziewczyny Hana z Darthem Maulem. Jaki jest cel Dartha Maula po tym, jak już przestał być uczniem Dartha Sidiousa, który akurat – tak się składa – właśnie trzęsie całą galaktyką? Czy Qi’ra będzie teraz pod kierunkiem Maula zgłębiać tajniki ciemnej strony Mocy czy będzie tylko szefem przestępczego syndykatu? O TYM chcę zobaczyć film… Ale czy na pewno? A może lepiej pozostawić to na zawsze w sferze spekulacji i teorii? Może jednak uznać niewiedzę za błogosławieństwo i nigdy nie dowiedzieć się, co jest w teczce Marsellusa Wallace’a z “Pulp Fiction“?

 

Pitbull: ostatni pies. Czyli w obronie Patryka Vegi [bez spoilerów]

Ten tekst nie będzie recenzją najnowszego filmu Władysława Pasikowskiego. Nie jest to zresztą film zły. Mieliśmy przecież do czynienia z sytuacją, w której stery franczyzy od filmowca specjalizującego się kinie sensacyjnym (Patryka Vegi) przejął inny filmowiec specjalizujący się w kinie sensacyjnym, tyle że o pokolenie starszy (Władysław Pasikowski). Więc najnowsza produkcja mogła stać się dla tego drugiego okazją do pokazania młodym, jak to się powinno robić i przerobieniem “Pitbulla” na “Psy”. Tak się nie stało, choć oczywiście Pasikowski odcisnął swoje piętno. Nie jest to też film jakoś szczególnie dobry. Pełno w nim motywów i wątków pobocznych z różnych bajek, kryminalna intryga jest dość przewidywalna, a gra aktorska nie zachwyca i wcale nie chodzi tutaj wyłącznie o Dodę. Ale to nie jest największy problem, bo nawet wspominany z utęsknieniem pierwszy “Pitbull” nie był dziełem filmowym na miarę Nolana, Tarantino czy Wajdy. Największym problemem jest niezrozumienie istoty franczyzy, jaką jest “Pitbull” i rozmycie wyrazistej tożsamości, jaką miała stworzona przez Patryka Vegę seria. I temu właśnie chciałbym poświęcić ten tekst.

pitbull desper

Bo czy chcemy to przyznać czy nie, to właśnie Patryk Vega ponad dziesięć lat temu stworzył “Pitbulla“. Dzisiaj opinia publiczna totalnie o tym zapomniała. Co najmniej od czasu premiery filmu “Botoks“, internety bez wytchnienia wylewają na Vegę pomyje, wiadro za wiadrem. Nie zrozumcie mnie źle – choć nie wiedziałem “Botoksu” czy “Kobiet mafii” – to po obejrzeniu zwiastunów wierzę na słowo, że są to filmy absolutnie przechujowe. Tyle, że jeśli wierzyć internetom, to Vega od zawsze kręcił gówniane, pozbawione treści i jakiegokolwiek kunsztu warsztatowego filmy, obliczone na schlebianie najgorszym instynktom tych Polaków, których pieniądze pchają kolejne szmiry twórcy “Pitbulla” na szczyt krajowego box office’u. Jakby tego pierwszego “Pitbulla” z Januszem Gajosem i Marcinem Dorocińskim, za którym wszyscy tęsknią, nakręcił ktoś inny, a dopiero potem przyszedł ten spec od prostackich polskich komedii, zrobił “Nowe porządki” i zamordował tę franczyzę. A tak przecież nie było. Jasne – Patryk Vega zawsze kręcił badziewia w stylu “Ciacha“. Jasne – od jakiegoś już czasu trwa proces jego upadku, wszak już “Pitbull: niebezpieczne kobiety” z 2016 był filmem dość słabym. Ale jeszcze parę lat temu, robiąc jakieś dziadowskie “Last minute“, potrafił równocześnie kręcić bardzo dobre “Służby specjalne“. Choć później znalazł się na równi pochyłej prowadzącej do stania się karykaturą samego siebie, to przecież nie przekreśla jego dawnych dokonań.

Historia Patryka Vegi przypomina mi trochę losy Sylvestra Stallone’a. Kiedy w 1976 roku Sly napisał scenariusz do “Rocky’ego“, występując w nim w roli głównej, odniósł sukces artystyczny i komercyjny. Obraz otrzymał trzy Oscary, w tym za najlepszy film. Jednak kolejne części przygód przesympatycznego boksera, podobnie jak inne filmy, które kręcił i w których występował Stallone, szły w kierunku coraz gorszego kiczu. W latach osiemdziesiątych – zupełnie jak dzisiaj Patryk Vega – odwtórca roli Rocky’ego Balboy stał się chłopcem do bicia filmowych krytyków i hollywódzkich elit. Jednocześnie – co również łączy obu panów – będąc synonimem tandety, Stallone nie mógł narzekać na biedę. Osiągające coraz wyższy poziom absurdu kolejne części przygód Rocky’ego i Johna Rambo, były dobrze naoliwioną maszynką do produkcji dolarów. W końcu jednak Sly poszedł po rozum do głowy i zaczął dbać o to, by jego projekty miały także wyższy poziom artystyczny. W 1997 roku wystąpił w docenionym przez krytyków “Cop Land” u boku Harvey’a Keitela, Ray’a Liotty i Roberta De Niro. Później dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe, przywrócił dawny blask franczyzom, z którymi był najbardziej utożsamiany – “John Rambo” z 2008 roku i “Rocky Balboa” z 2006 roku to swoisty reboot (chociaż wtedy jeszcze nikt nie używał tego słowa) całej kariery Stallone’a. Ukoronowaniem tych sukcesów jest występ w spin offie “Rocky’ego” zatytułowanym “Creed“, za który – po raz pierwszy od 1976 roku – został nominowany do Oscara.

Czy Vega będzie miał szansę by się zrehabilitować i – niczym Stallone – znów zacząć robić dobre kino? Być może. Czy przywróci dawny splendor “Pitbullowi”? Wątpliwe. Bo – rzecz jednak w polskim kinie rzadka (a charakterystyczna dla Hollywood, tego akurat nie powinniśmy małpować) – franczyza ta nie jest własnością swojego twórcy, lecz wytwórni filmowej. Która uznała jednak, że woli, aby w nowej pitbullowej produkcji zagrała Dorota Rabczewska, niż aby pozostała ona w rękach człowieka, który ją stworzył. Powtórzę to jeszcze raz, na wypadek, gdyby nie było to do końca jasne. Producenci uznali, że jeśli mają wybierać między Vegą (który jest bądź co bądź doświadczonym filmowcem i przede wszystkim ojcem serii) a Dodą (która z “Pitbullem” miała tyle wspólnego, że nagrała do piosenkę do “Niebezpiecznych kobiet”, a z aktorstwem jeszcze mniej), to wybierze Dodę. Tak właśnie. To nie był wybór w stylu albo Patryk Vega, albo Marcin Dorociński. To był wybór między Patrykiem Vegą a Dorotą Rabczewską. A kiedy człowiek zaczyna dociekać, jakie były tak naprawdę powody tej decyzji, to cała sprawa bynajmniej nie zaczyna się przedstawiać w lepszym świetle.

Ale pół biedy, że tak bezpardonowo odebrano tę serię jej prawowitemu twórcy, co jednak – niezależnie od kierunku, w którym ostatnio zaczął iść Vega – uważam za przykre, bo to było jednak mocno autorskie kino, do którego reżyser miał na pewno bardzo osobisty stosunek, nawet jeśli zaczął trochę rozmieniać się na drobne. Pół biedy też, że Doda – mimo niezbyt imponującego talentu aktorskiego – wystąpiła w tym filmie w jednej z głównych ról i nawet, że została jego wspóproducentką (sic!). Abstrahując od tego, czy kręcąc “Ostatniego psa”, Pasikowski zrobił dobry film, trzeba sobie zadać pytanie, czy nakręcił prawdziwego “Pitbulla”? Wiecie, tego na którego wszyscy się powoływali, psiocząc na to, że Vega zaczął robić filmy o super policjancie z Majami i tym samym zabił klimat serii. Innymi słowy, czy “Pitbull. Ostatni pies” posiada te elementy, które sprawiły, że powstały w 2005 roku pierwszy “Pitbull” był tym, czym był. Aby się tego dowiedzieć, musimy zapytać: czym jest “Pitbull”, co stanowi jego istotę?

Debiut kinowy Vegi i będący jego owocem emitowany przez TVP serial, mówiąc w największym skrócie, skupiały się na prawdziwym życiu policjantów z wydziału zabójstw komendy stołecznej. Może to mega oczywisty truizm, ale jednak trzeba to wyartykułować. W “Pitbullu” nie chodziło o żadne zagadki kryminalne, nie było tam żadnego Columbo czy Sherlocka Holmesa, odpowiedź na pytanie “kto zabił?” była sprawą drugorzędną. To był nawet swego rodzaju anty-kryminał, bo wiele odcinków serialu kończyło się zamknięciem śledztwa bez satysfakcjonującej konkluzji i odłożeniem akt do archiwum, często sprawca zbrodni pozostawał niezidentyfikowany lub unikał kary, a sprawiedliwość nie zawsze tryumfowała.

pitbull metyl nielat

Przede wszystkim “Pitbull” był portretem. Zbiorowym portretem policjantów z wydziału zabójstw. I to portretem realistycznym, bo Vega spędził sporo czasu robiąc wywiady i ogólnie przebywając z prawdziwymi psami. Dziś – w obliczu wygłaszanych przez niego hasełek w stylu “obnażam mroczne kulisy brutalnego świata <<tu wpisz środowisko lub grupę zawodową, o której Papryk Vege kręci aktualnie film>>” – sformułowanie “realistyczny portret” może śmieszyć, ale wtedy Vega naprawdę opowiadał o tym, jak ci policjanci naprawdę żyli, jak wyglądali, gdzie mieszkali, jak wyglądała ich praca, życie prywatne i rodzinne. Było to pokazane bez upiększania, w swojej surowej formie, nie zaś – jak późniejsze dzieła reżysera – w tonie sensacji, ujawniania czy obnażania szokujących faktów. Portretowani przez Vegę policjanci nie byli postaciami świetlanymi, ich sprawy zawodowe wpływały na ich życie prywatne i odwrotnie, nie stronili od alkoholu i dragów, łamali regulamin, pili wódę z gangsterami, stosowali tortury wobec podejrzanych. Pozornie niewiele różnili się od bandytów, których ścigali. Ale twórca serii sięgał do sedna i pokazywał, że ci pełni wad i słabości ludzie to jednak w ostatecznym rozrachunku uczciwi i skuteczni policjanci, którzy babrają się w tym gównie po to, byśmy my już nie musieli. I o to chyba chodziło w “Pitbullu”.

Tak rozumianej istoty “Pitbulla” Pasikowskiemu – moim zdaniem – nie udało się uchwycić. Owszem, przywrócił na ekran starych bohaterów, którzy zachowali część swych cech charakterystycznych. Owszem, czasem mamy do czynienia z typowymi scenami z nudnego życia gliniarzy i ich codziennych frustracji, czasem ktoś rzuci jakimś hasłem ze słownika policyjnego żargonu. Ale do tego Pasikowski dorzuca już coraz więcej elementów z innej bajki, czasem wręcz z pitbullowym klimatem się gryzących. Dostajemy trochę kina szpiegowskiego (prolog “Ostatniego psa” wygląda na scenę mocno inspirowaną “GoldenEye“), sporo kina gangsterskiego (taki trochę “Ojciec chrzestny“, w którym Michael Corleone ma powiększone piersi i nosi skórzane legginsy), choć przyznajmy, że w świat gangsterów zaczął już zapuszczać żurawia sam Vega, począwszy od “Nowych porządków”. Ale przede wszystkim otrzymujemy dużą dawkę kina superpolicjantowego (w którym rozwody, przemoc domowa, frustracja i samotność, chujowe wynagrodzenie, alkoholizm, narkomania, związki z prostytutkami i przyjaźnie z gangsterami szczęśliwie nigdy nie przeszkadzają stróżom prawa w policyjnej robocie). A takiego superpolicjantowego kina “Pitbull” był zawsze antytezą.

Nie zrozumcie mnie źle (czy ja nadużywam zwrotu “nie zrozumcie mnie źle”?), istnieje równoległa rzeczywistość, w której powstał fajny film sensacyjny o policjancie infiltrującym mafię, próbującym odnaleźć zleceniodawcę zabójstwa innego gliniarza i o równie uwodzicielskiej, co bezwzględnej kobiecie stającej u steru jednej z najniebezpieczniejszych grup przestępczych w kraju. Dodajmy do tego posypkę ze strzelanin, pościgów, seksu i kokainy, doborową obsadę w osobach Dorocińskiego, Stroińskiego i Mohra (chociaż Pazury i Rabczewskiej już niekoniecznie) i dobrego reżysera pod postacią Pasikowskiego (ale tego Pasikowskiego od “Psów“, a nie tego od “Pokłosia“), a wyjdzie z tego co najmniej przyzwoity wypiek z pieca Scorsese, De Palmy czy Tarantino. Ale nie będzie to “Pitbull”.

Pytanie czy w ogóle taki film da się jeszcze w dzisiejszych czasach nakręcić? Bo nawet zakładając, że seria wróci kiedyś do prawowitego właściciela, czyli Patryka Vegi i że on sam zacznie na powrót robić dobre produkcje zamiast obliczonej wyłącznie na sukces finansowy kinowej pornografii, to czy możliwe jest jeszcze nakręcenie tzw. prawdziwego “Pitbulla”? Czy możliwy jest powrót do ideałów z 2005 roku? Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że ten film – podobnie zresztą, jak (fun fact) “Psy” Pasikowskiego – pokazywał naszą, Polską wersję rzeczywistości. W jakiś sposób estetyzował biedę i bylejakość post-transformacyjnego państwa, sprawiając, że oglądało się ją z równie mocnymi wypiekami na twarzy, co tych wszystkich amerykańskich detektywów przemierzających te swoje Hawaje czy inną Florydę w tych swoich Ferrari. Ale dzisiaj już polska policja nie jeździ zdezelowanymi polonezami, nie chodzi w starych szarych marynarkach, na ulicach nie rządzą już bandyci z krajów byłego ZSRR, wódkę w szufladach naszych stróży prawa zastąpił łyskacz, a wyroby nikotynowe większość funkcjonariuszy porzuciła na rzecz regularnych wizyt na siłce. Pod tym względem nasz kraj się zglobalizował i w związku z tym nasze filmy czy seriale nie różnią się już tak bardzo od tych zachodnioeuropejskich. Udało nam się przyswoić ten światowy blichtr, którego tak w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych pragnęliśmy. Można narzekać na różne wypaczenia i skandaliczne sytuacje, a jednak statystycznie przestępczość i korupcja zanotowała od lat dziewięćdziesiątych znaczny spadek. Właśnie w pierwszym “Pitbullu” jest scena, w której bodaj minister spraw wewnętrznych mówi policjantom z sekcji, że ze względu na znaczny spadek liczby zabójstw, wydział im poświęcony zostaje zlikwidowany. I to jest być może dobra metafora losu całej serii. Właśnie dzięki temu, że policjanci pokazani w jej pierwszej odsłonie, skutecznie ścigali bandytów niezrażeni faktem, że wyjeździli już benzynę do końca roku, dzisiaj film pokazujący w całej swojej brutalności ich prawdziwe życie jest już niepotrzebny.

Moje ulubione filmy 2017 roku [bez spoilerów]

Nadejszła wiekopomna chwila, w której w końcu, W KOŃCU publikuję listę moich ulubionych filmów 2017 roku. Tak – wiem, że jest kwiecień. Późna data publikacji tego rankingu wynika z faktu, że próbowałem – z niewielką skutecznością – nadrobić braki spowodowane moją nieobecnością w kinie na kilku produkcjach, które chciałem obejrzeć. I ta właśnie nieobecność w kinie i nieumiejętność nadrobienia braków może być powodem, dla którego w rankingu nie znalazły się taki obrazy, jak “Logan“, “Baby Driver” czy “Twój Vincent“. Pragnę też dodać, że jako filmy z 2017 roku rozumiem te, które swoją premierę miały w 2017 roku w Polsce, stąd na pewno nie uświadczycie tutaj “Kształtu Wody” czy “Lady Bird“, które do kin weszły u nas już w roku 2018. No, ale dobra, nie przedłużajmy już, czekaliście wystarczająco długo (bo czekaliście, co nie?), here we go!

Wonder Womanwonder woman
Wahałem się czy umieścić ten film w tym zestawieniu. Bo ufając mędrca szkiełku i oku, trzeba przyznać, że wybitnym obrazem “Wonder Woman” bynajmniej nie jest. Więc umieszczanie go w rankingu najlepszych filmów 2017 roku może być co najwyżej swego rodzaju nagrodą motywacyjną, wysłaniem sygnału w stylu “w końcu w tym kinowym uniwersum DC, będącym nieudolną próbą powtórzenia sukcesu Marvela, udało wam się nakręcić coś, co nie jest totalnym gównem”. Wypada jednak zauważyć, że decydenci posiadającej prawa do ekranizacji komiksów DC wytwórni Warner Brothers kierują się raczej zestawieniami sprzedaży biletów kinowych, niż moją listą ulubionych filmów. Poza tym – no, właśnie – to jest lista moich ULUBIONYCH filmów, nie NAJLEPSZYCH filmów. A ja jednak “Wonder Woman” – mimo licznych wad – lubię.

I lubię tę produkcję, nie tylko ze względu na niewątpliwy urok wcielającej się w rolę Diany Prince izraelskiej aktorki Gal Gadot czy na doskonałą chemię pomiędzy nią a jej ekranowym partnerem Chrisem Pinem, wcielającym się w rolę Steve’a Trevora. Najważniejsza jest chyba prostota i pewna naiwność tej historii. Film nie próbuje być na siłę poważny, jak większość obrazów z uniwersum DC, nie próbuje być na siłę śmieszny, jak wiele filmów z uniwersum Marvela. Nie epatuje ilością pobocznych wątków, których jedyną rolą jest powiązanie opowieści z innymi filmami franczyzy, nie sili się na mruganie okiem do fanów popkultury. Jest obrazem zrobionym na poważnie, ale na tyle poważnie, na ile można zrobić film o antycznej bogini rozwalającej żołnierzy kaisera przy pomocy lassa.

Spider-Man: Homecomingspiderman
Wielu chwaliło ten film za to, że oprócz bycia filmem superbohaterskim i to filmem z marvelowskiego uniwersum, jest też po prostu komedią o nastolatkach, w duchu “Powrotu do przyszłości” i “Wolnego dnia Ferrisa Buellera“. Za ludzką skalę tego filmu, w którym główny bohater jest zwykłym dzieciakiem, który przypadkiem supermoce i przypadkiem spotkał parę miesięcy temu Avengersów i nie może przestać się tym jarać. Dzieciakiem, który nie walczy z zagrażającym całemu Nowemu Jorkowi superłotrem, ale z lokalnym gangsterem. No, dobra, supergangsterem. Który to gangster nota bene jest postacią wyjątkowo jak na filmy superbohaterskie niejednowymiarową. Wszystko w tej produkcji wydaje się jakieś takie mniejsze, przytulne i bardziej swojskie. “Homecoming” niewątpliwie pobudza we mnie nostalgię za czasami, gdy sam byłem nastolatkiem z supermocami, które musiałem ukrywać przed dziewczynami, do których zarywałem i dlatego udawałem przegrywa.

Oprócz świetnych kreacji Toma Hollanda i Michaela Keatona oraz zawsze niezawodnego Roberta Downey’a Jr., na uwagę zasługuje wcielająca się w rolę szkolnej koleżanki Petera Parkera Zendaya. Absolutnie doskonale zagrana, świetna postać. A jeśli już oglądaliście “Homecoming”, to oglądając kolejny raz przyjrzycie się jej uważnie, na pewno zauważycie bardzo dyskretne zapowiedzi wątku, który pojawi się w kontynuacji.

Te wszystkie elementy, które tak często (mniej lub bardziej słusznie) są krytykowane w uniwersum Marvela, w tym filmie działają właściwie bezbłędnie. Wielość komicznych kwestii i sytuacji; występy gościnne innych postaci z franczyzy; meta-znaczenie faktu obsadzenia Micheala Keatona, wcielającego się wcześniej w rolę Batmana i Birdmana, w rolę Sępa. Ale najbardziej podoba mi się urok świata przedstawionego. To liceum w Queens, do którego chodzi Peter Parker są uniwersum, w którym chciałbym zamieszkać. Przynajmniej na trochę.

Dunkierkadunkirk
Sorry, jeśli będzie przez chwilę trochę politycznie, ale to jest zbyt dobre, bym mógł się powstrzymać! W Polsce wiele osób wygłasza pogląd, że nasza historia pęka w szwach od tematów, z których można by zrobić film albo serial, który spokojnie można by było sprzedać światowej publiczności, wreszcie przydać naszemu narodowi należnej mu glorii, zerwać z “pedagogiką wstydu”, poprawić nasz wizerunek na świecie i przy okazji na tym zarobić. Podobno wystarczy otworzyć podręcznik dziejów Polski na losowo wybranej stronie i tam będzie historia, która właściwie sama zmieni się w scenariusz, sama się nakręci i pozwoli upiec te wszystkie sroki na jednym ogniu. Jedyne, co stoi Polsce na przeszkodzie w drodze do stania się największym eksporterem historycznych blockbusterów, to spisek różnych grup interesu, którym zależy, by nasz kraj wciąż ponosił klęskę na wszelkich możliwych polach. Niskie budżety, kiepskie scenariusze i drewniane aktorstwo w naszych historycznych superprodukcjach nie mają tutaj oczywiście nic do rzeczy.

Oglądając “Dunkierkę” można chwilami odnieść wrażenie, że kręcąc ją Christopher Nolan chciał pokazać przedstawionej powyżej mentalności wielkiego fucka. Zupełnie jakby pomyślał: wezmę na warsztat totalnie nieseksowny temat i zrobię z niego seksowny film.

Gdyby jeszcze ci nieszczęśni alianccy żołnierze oblężeni w francuskim forcie mieli chociaż tyle przyzwoitości co Spartanie pod Termopilami i wszyscy romantycznie zginęli. Ale nie, oni stamtąd uciekli. To jest film o ewakuacji. Ewakuacji. A jednak jest to bardzo dobry, trzymający w napięciu film, ze świetnymi zdjęciami i doskonałą muzyką. I sprawiający, że widz przejmuje się losem bohaterów mimo, że wie o nich naprawdę niewiele.

Zarzuty, że twórcy ulegli presji poprawności politycznej i unikali używania terminu “Niemcy”, są raczej nietrafione. Jasne, to że w filmie najczęściej występuje bliżej nieokreślony “wróg”, a nie np. “Niemcy” czy choćby “naziści” i to, że rzadko tego wroga widujemy, a jeśli nawet to nie widzimy jego chorągwi czy mundurów, to wszystko nie jest przypadkiem. Ale sądzę, że jednak chodzi tutaj o pewne przeniesienie akcentu. Wrogiem są tu oczywiście także narodowo-socjalistyczne Niemcy, ale przede wszystkim jest nim sama wojna. Ten film jak nic pokazuje, że wojna nie jest fajną przygodą, ale koszmarem, od którego desperacko próbuje uciec większość głównych bohaterów. Fakt, że wróg – w pewnym sensie – nie ma narodowości, twarzy, nazwisk, nie tyle służy rozmyciu odpowiedzialności za II wojnę światową, ale właśnie spotęgowaniu strachu wśród widzów, a więc i zwiększeniu współodczuwania wobec bohaterów filmu. Wszak stara reguła kina (i nie tylko kina) jest prosta, najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. A ja osobiście uważam, że gdyby więcej produktów popkultury zohydzało swoim odbiorcom wojnę, zamiast pokazywać ją jako romantyczną przygodę, to może mniej ludzi byłoby skłonnych ku takiej romantycznej przygodzie wyruszać, względnie wysyłać na nią bliźnich. I świat miałby szansę stać się lepszym miejscem.

Valerian i miasto tysiąca planetvalerianPrzewidywalna i pełna luk fabuła. Dość drewniana gra aktorska. Nawet ze strony takich tuzów, jak Clive Owen czy Ethan Hawke. Jasne, wiele aspektów tego filmu sprawia, że trudno nazwać go doskonałym. Ale też wiele aspektów tego obrazu sprawia, że wciąż miło wspominam seans “Valeriana i miasta tysiąca planet” i wcale nie chodzi tutaj o obecność Cary Delevigne na ekranie. Efekty specjalne w tym filmie były bezbłędne – dzieło Luca Bessona to prawdziwa uczta dla oczu każdego fana fantastyki (naukowej) i kina akcji. Świat przedstawiony zadziwia niezmierzonym bogactwem idei, konceptów, pomysłów, miejsc które z chęcią bym odwiedził, a cały czas ma się wrażenie, że zaledwie muskamy powierzchnię tego nieskończenie głębokiego uniwersum. Ale co najważniejsze, oglądając ten film czujemy pasję i miłość w jaką w niego włożyli twórcy, przede wszystkim Luc Besson, który komiksami o podróżującym w czasie i przestrzeni agencie Valerianie jara się od dzieciństwa, a nakręcenie adaptacji planował przynajmniej od czasów prac nad “Piątym elementem“, którego premiera miała miejsce blisko dwadzieścia lat temu. Francuski reżyser – wbrew obowiązującej obecnie modzie na outsourcing – uparł się, by kręcić film w swojej ojczyźnie (będącej także przecież ojczyzną twórców komiksu o Valerianie) i zatrudnić francuską ekipę, co jest bardzo sympatyczne, ale też spowodowało spore zwiększenie kosztów produkcji. Dlatego też “Valerian i miasto tysiąca planet” okazało się być finansową porażką, bo spory budżet filmu nie znalazł odzwierciedlenia w jego popularności w kasach biletowych. A szkoda, bo ten świat jest tak bogaty i ciekawy, że z chęcią obejrzałbym sequel. Odrobinę pozytywnego, naiwnego, utopijnego science fiction jeszcze nikomu nie zaszkodziło, zwłaszcza w świecie, w którym przeważa science fiction mroczne, pesymistyczne i dystopijne.

Blade Runner 2049 blade runner
A skoro już mówimy o mrocznym, pesymistycznym i dystopijnym science fiction… Tak jak wspomniałem wyżej, mam wrażenie (a wrażenie z natury swej jest subiektywne, więc proszę mnie tutaj nie zarzucać tytułami, które przeczą mojej tezie), że przeważa ono we współczesnym kinie (oraz w telewizji i na platformach streamingowych). Dlatego jeśli już robić kolejną mroczną, pesymistyczną i dystopijną produkcję SF, to robić ją tak, jak Denis Villeneuve zrobił kontynuację kultowego “Łowcy Androidów“. Bo choć wizja świata przedstawionego przez kanadyjskiego reżysera jest chyba jeszcze bardziej przykra, niż ta pokazana w filmie Ridley’a Scotta w 1982 roku, to ja z kina nie wyszedłem przytłoczony czy przygnębiony. Być może to z powodu piękna bladerunnerowego uniwersum, którego klimat udało się Villeneuve’owi uchwycić bezbłędnie, a do tego zdołał do niego wprowadzić nowe elementy, zachowując pełną spójność. A być może dlatego, że ta opowieść mimo, że jest niewesoła, to jednak niesie jakieś oczyszczenie, katharsis, nie zaś wyłącznie pustkę i nihilizm.

Coco coco
Po raz kolejny Disney/Pixar serwuje nam ten sam przepis na rozrywkę, emocje, śmiech i wzruszenia. I po raz kolejny to oczywiście działa, niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, której mechanizm zaprojektował niemiecko-japoński zespół ekspertów, za design odpowiedzialni byli Włosi, a za marketing Amerykanie. Nie oszukujmy się, to działa za każdym razem. Ale tym razem historia opowiedziana w “Coco” zadziałała na mnie nawet mocniej, niż zwykle. Może to dlatego, że to opowieść o małym chłopcu, który wbrew przeciwnościom chce być muzykiem, grać na gitarze i sięgnąć po nieśmiertelną sławę. Historia Miguela Rivery poruszyła – że tak powiem – odpowiednie struny w mojej duszy. Cóż, jest to przepięknie ilustrowana (te kolory i w ogóle to, jak przedstawione zostały zaświaty) opowieść o miłości, muzyce, marzeniach, rodzinie, sławie, zapomnieniu, śmierci i nieśmiertelności. A przede wszystkim chyba o szczęściu i o tym, gdzie tak naprawdę ludzie powinni go szukać. Pod względem przewijających się w filmie motywów, trochę mi się “Coco” skojarzyło z “AmadeuszemMiloša Formana, z tą różnicą, że tam gdzie “Amadeusz” jest filmem cynicznym i pesymistycznym, “Coco” jest filmem naiwnym i optymistycznym.

[FILMY, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁEM W KINIE I TERAZ ŻAŁUJĘ] Dredd

Rozpoczynam nowy cykl. Robię to, chociaż moja poprzednia seria zatytułowana “Fajne albumy, których nie ma na Spotify” składa się – póki co – z jednego wpisu. Ale co tam, zacznę kolejną.

Częściowo inspiracją dla cyklu, któremu niniejszym nadaję tytuł “Filmy, których nie widziałem w kinie i teraz żałuję” są moje prace nad wpisem podsumowującym rok 2017 jeśli chodzi o dziesiątą muzę. Pisanie o moich ulubionych filmach minionych dwunastu miesięcy uświadomiło mi, że nie udało mi się obejrzeć wielu zeszłorocznych produkcji, które chciałem zobaczyć w kinie. Częściowo inspiracją dla cyklu jest także powracająca do mnie od czasu do czasu myśl, że jest tyle świetnych obrazów, które przez fakt kiepskiej frekwencji w kinach, nie zarabiają zbyt wiele pieniędzy (wydaje mi się, że póki co,  to bilety są głównym źródłem dochodów – streamingi, sprzedaż DVD czy Blu-ray generują wciąż chyba małe zyski). A to oznacza, że ich twórcy nie są odpowiednio wynagradzani za swój wysiłek, a – co nawet bardziej istotne – wytwórnie są coraz mniej chętne do finansowania tychże twórców i tego rodzaju filmów. Dlatego w pewnym sensie ten cykl jest moją pokutą za grzech nieobecności w kinie i próbą okazania choć odrobiny miłości produkcjom, które de facto doceniłem zbyt późno. Pierwszy z grzechów: brytyjsko-południowoafrykańska ekranizacja komiksu o Sędzim Dreddzie.

DREDD-3D-683x1024

Przyznam się od razu, że kampania promocyjna „Dredda” nie była w stanie mnie w jakikolwiek sposób zainteresować filmem, ani w żaden sposób zakomunikować mi, dlaczego jest on w jakiś sposób wyjątkowy. Być może to problem tkwi we mnie, ale wyobrażałem sobie ten obraz jako powtórkę z “Judge Dredd” z 1995 roku, tylko że o wiele bardziej nijaką, niż wersja z Sylvestrem Stallonem w roli głównej. No i jeszcze, że w 3D, które mnie wówczas odrzucało jako pozbawiony substancji i treści gadżet, a być może akurat w tym wypadku seans w 3D mógł nieść ze sobą dodatkową wartość.

“Dredd” z 2012 roku jest bowiem filmem wizualnie pięknym. To pierwsza jego zaleta. Naprawdę ta ekranizacja ta na swój sposób piękna, co jest pewnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że przedstawia brutalny, brudny i brzydki świat w dystopijnej przyszłości, w której przestępczość rozpanoszyła się tak, że zawieszono zasadę trójpodziału władzy, a porządek na ulicach zaprowadzić próbują dzierżący kompetencje oskarżyciela, sędziego i kata stróże prawa, zwani Sędziami właśnie. Ale od wizji przeludnionego megamiasta, w którym tłoczy się ludzkość skazana na życie w postnuklearnym świecie po głębokie blizny na twarzy granej przez Lenę Headey głównej oponentki głównego bohatera, film charakteryzuje się estetycznym wysmakowaniem. Na uwagę zasługują zwłaszcza sceny, w których pokazane jest działanie narkotyku Slo-Mo, którym odurzają się mieszkańcy Mega-City One. Narkotyk ten sprawia, że zażywający go ogląda świat w zwolnionym tempie – w powietrzu wiszą krople rozlanej wody i wystrzelone z pistoletów kule. Tego rodzaju sceny, które doskonale sprawdziłyby się jako kadry ze stron komiksu, sprawdzają się także w filmie. Szczerze mówiąc, dużo lepiej, niż peleryny superbohaterów. Ciekawe jakby to wyglądało w technologii 3D… Cóż, może jeszcze kiedyś się dowiem.

Co również zachwyca w tym obrazie, to prostota tej historii, gdzie miejscem, w którym dzieje się dziewięćdziesiąt procent akcji, niczym w “Szklanej pułapce“, jest bardzo ograniczona, zamknięta przestrzeń. Twórcy nie starali się upchać w produkcji jak największej ilości wątków znanych z komiksowej serii, nie usiłowali tworzyć gruntu pod potencjalne sequele. Zdecydowali się na zamkniętą historię, którą dodatkowo zdołali zmieścić 95 minutach. Na pochwałę zasługuje tutaj scenariusz Alexa Garlanda, scenarzysty i reżysera doskonałego “Ex Machina” z 2015 czy tegorocznego, zachwalanego przez krytyków netfliksowego “Annihilation” z Natalie Portman, które z pewnością obejrzę waśnie ze względu na niego.

Kiedy ostatnio sprawdzałem, “Dredd” był dostępny na Netfliksie. Więc jeśli posiadacie przypadkiem dostęp do tej platformy streamingowej, to wyszukajcie tam ten film i okażcie mu trochę miłości. A on z pewnością odwdzięczy się Wam wspaniałymi kinematograficznymi doznaniami. No, chyba, że nie jesteście fanami osadzonego w post-apokaliptycznej przyszłości brutalnego kina akcji – to wtedy Wasze doznania nie koniecznie będą wspaniałe.

Star Wars: The Last Jedi. Czyli Gwiezdne Wojny w epoce internetów [SPOILER na SPOILERZE]

Obejrzałem “Ostatniego Jedi” po raz drugi. Nadszedł czas, by napisać kolejny tekst o tym filmie. Na wstępie muszę Wam zdradzić, że będzie on mniej entuzjastyczny, niż poprzedni. A także uprzedzić, że tym razem będzie on zawierał spoilery. Dużo spoilerów. Spoiler na spoilerze, spoilerem pogania. Dodam też – tak dla pewności – że mogą też pojawić się spoilery z “Przebudzenia Mocy” i w ogóle ze wszystkiego, co wcześniej nakręcono w świecie “Gwiezdnych wojen”. No! Zostaliście ostrzeżeni. A teraz do rzeczy.

sw4

Niesamowite, jakie znaczenie dla odbioru dzieła mają okoliczności, w których się z nim stykasz. Nie jest bez znaczenia, czy słuchasz piosenki na głośniczkach od laptopa czy też na wysokiej klasy głośnikach, na słuchawkach w zatłoczonym tramwaju czy też w tłumie ludzi na koncercie. Nie jest bez znaczenia czy film oglądasz w kinie pożerając popcorn, czy w domu jedząc pomidorową po powrocie z pracy.

Na pewno mój odbiór “The Last Jedi”, gdy oglądałem go za drugim razem był inny. Z czego to wynikało? Pewnie z samego faktu, że oglądałem ten sam film po raz drugi. Jest wiele filmów, które są emocjonujące za każdym razem, nawet gdy znasz zakończenie. Ale czasem, gdy wiesz, co wydarzy się dalej, film zaczyna nudzić. “Ostatni Jedi” jest raczej wśród tych drugich filmów. Niestety, ale te zwroty akcji chyba nieco tracą impet, kiedy już wiesz, że nastąpią. Nie oczekiwałem, że to będzie coś na miarę “No, I am your father“. Ale plot twisty w “The Last Jedi” nie osiągają nawet pułapu śmierci Hana Solo. Niestety. Ponadto, gdy pierwszy raz oglądałem film, byłem chyba trochę na haju wywołanym tymi przejmującymi miesiącami wyczekiwania, unikania spoilerowego trailera i tak dalej. Emocje te zdecydowanie opadły po pierwszym seansie, na drugi wybrałem się – niestety – już na trzeźwo. I niestety tym razem podobało mi się znacznie mniej. Pewnie ktoś z Was zadaje sobie pytanie czy nie miały na mnie wpływu negatywne recenzje, w których naczytałem się kąśliwych uwag, które następnie gorliwie zinternalizowałem? Otóż z tego co widziałem po nagłówkach czy też treściach statusów znajomych na fejsbuku, jest o tym filmie zarówno mnóstwo opinii negatywnych, jak i pozytywnych. Z takich recenzji pełną gębą, przeczytałem w całości – a raczej obejrzałem – tylko dwie: Red Letter Media i Kevina Smitha. Także większość formułowanych poniżej przemyśleń, spostrzeżeń czy sądów powstała w mojej głowie. Oczywiście nie jestem na tyle wybitnym umysłem, żeby ciągle wpadać na pomysł, na który nikt jeszcze nie wpadł, więc nie zdziwcie się, że przeczytaliście bądź usłyszeliście już podobne konstatacje gdzie indziej.

W moim poprzednim tekście zastanawiałem się, czy jeśli intuicyjnie czułem, że jakaś scena czy wątek w filmie jest mało “starłorsowa”, nie pasuje, sprawia, że nie jesteśmy w stanie całkowicie zanurzyć się w znanym nam z poprzednich filmów świecie, to może świadczy to na niekorzyść “The Last Jedi”? Po drugim obejrzeniu coraz bardziej czuję, że jednak tak. Zdając sobie sprawę, że muszą się pojawiać nowe rzeczy, że nie można po prostu wiecznie recyklingować raz opowiedzianej historii, to muszę powiedzieć, że niektóre elementy były w “Ostatnim Jedi” nie na miejscu w stopniu chwilami niemal irytującym.

Ale zanim wymienię te elementy, wypadałoby zdefiniować czym tak naprawdę jest (dla mnie) “Star Wars”. Co stanowi istotę “Gwiezdnych Wojen”. Dla mnie to przede wszystkim baśń. Może i osadzona we wszechświecie, w którym ludzie opanowali umiejętność podróżowania z prędkością światła, ale jednak baśń. Z rycerzami, księżniczkami, walką dobra ze złem i magią, która “nas otacza, przenika nas i spaja galaktykę w jedną całość”. Dlatego postrzegam “Star Wars” jako opowieść fantasy, w której science-fiction jest jedynie kostiumem czy scenografią. Baśniowość świata “Gwiezdnych wojen” wiąże się z konsekwencjami takimi jak język i estetyka, przy pomocy których opowiada się tę historię.

sw1

Dlatego ze wszystkich niestarłorsowych scen wcale najbardziej nie wkurzyła mnie Leia lecącą niczym Superman. Ostatecznie, cóż, moc uratowała ją przed śmiercią, to w świecie odległej galaktyki jest możliwe, choć scena faktycznie niebezpiecznie wskazywała na to, że Rian Johnson naoglądał się innej space opery, a mianowicie “Strażników Galaktyki“. Bardziej zirytowała mnie scena, w której wiceadmirał Holdo dokonuje okrętem Ruchu Oporu samobójczej szarży taranując okręt Najwyższego Porządku. W momencie zderzenia i totalnej rozwałki nagle zapada cisza. Oczywiście, bo “in space no one can hear you scream“. Każde dziecko to wie, nawet taki regularnie dostający dwóje z fizyki człowiek jak ja. Tylko, że to jest “Star Wars”. Tu nie ma być realistycznie. Tutaj ciągle w przestrzeni kosmicznej, w próżni, słychać wybuchy. Gdy X-Wingi, Tie-Fightery i inne Star Destroyery się strzelają laserami, to słychać piu! piu! piu! Pewnie, że ta scena była naprawdę piękna. Mucha nie siada. Tylko, że pasowała do estetyki “Gwiezdnych wojen” jak skarpetki do sandałów. Mam wrażenie, że producenci filmu postanowili umieścić w nim różne elementy, które sprawdziły się w innych filmach, bo przecież jeśli sprawdziły się gdzie indziej, sprawdzą się i tu. Otóż nie. Nie sprawdził się także hackujący Benicio Del Toro, czyli kolejna zgrana hollywódzka klisza, totalnie niepasująca do tego uniwersum. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce nikt nie musi udowadniać, że zna się na komputerach stukając szybko w klawiaturę, wszak od hackowania są droidy.

Ale to jeszcze nic, ostatecznie uznajmy to za wypadki przy pracy, które są niemal chlebem powszednim dla “Gwiezdnych wojen”, nawet “Imperium kontratakuje” nie jest pozbawione fuck up-ów. Bardziej wkurzyła mnie… samoświadomość “Ostatniego Jedi”. Jak już wspomniałem postrzegam “Star Wars” jako baśń. Bohaterowie baśni nie wiedzą, że są bohaterami baśni, to nie “Deadpool“, ani film Woody’ego Allena. W tej stylistyce narracyjnej nie mieszczą się takie zabiegi, jak puszczanie oka do widzów. Oglądając “The Last Jedi” ma się wrażenie, jakby scenarzyści przeczytali internetowe dyskusje i postanowili odpowiedzieć na palące internautów kwestie. Kim są rodzice Rey? Kim jest Snoke? Nie irytuje mnie sam fakt, że rodzice Rey nie są nikim ważnym (nie są? może jednak są – to wcale jeszcze nie jest takie pewne) czy fakt, że Snoke, który zafascynował publiczność i wywołał tysiące pytań co do swojej tożsamości, został przekrojony na pół w połowie filmu (tak samo jak w przypadku rodziców Rey, może się okazać, że o Snoke’u jeszcze się czegoś dowiemy). Bardziej wkurzająca jest forma w jakiej te informacje zostały widzowi przedstawione. “Zastanawialiście sie kim są rodzice Rey? Bam! Odpowiemy Wam totalnie wprost, dodając przy tym, że wcale nie Rey częścią tej opowieści, tak jak myślała ona sama i internauci”. Czyżby Kylo Ren czytał dyskusje na forach internetowych i znał teorie mówiące, że ojcem Rey jest Luke albo Obi-Wan? Czyżby Kylo Ren wiedział, że jest tylko postacią z filmu? Może właśnie na tym polega potęga ciemnej strony Mocy, że ten który nią włada uświadamia sobie, że jest tylko bohaterem bajeczki?

Najgorsze jest jednak podejmowanie dyskusji z zakompleksionymi pryszczatymi trollami. Jak pewnie wiecie, wiele osób oburzyło się, że w “The Force Awakens” Rey była w stanie pokonać Kylo w pojedynku na miecze świetlne, mimo faktu, że nigdy nie przeszła żadnego treningu, a w dodatku jest – o zgrozo – tylko dziewczyną. Dla mnie jednak finałowa scena z “Przebudzenia mocy” jest zrozumiała sama przez się. Po pierwsze nie do końca był to pojedynek, wszak (do pewnego momentu) brał w tym udział także Finn, po drugie Kylo Ren był ranny (od celnego strzału z laserowej kuszy – thank you, Chewbacca!), a po trzecie wreszcie kilka scen wcześniej Snoke (dowiedziawszy się, że moc jest silna w Rey, ale nie przeszła żadnego treningu), by stać się Jedi, a zatem jest podatna na pokusę przejścia na ciemną stronę Mocy) rozkazał Kylo przyprowadzić Rey do siebie. Rozumiem, że martwy padawan raczej nie pomoże nikomu podbić galaktyki, więc Kylo nie mógł zabić Rey, miał ją schwytać. Dlatego też trudniej było mu ją pokonać. Tymczasem Rian Johnson postanowił wszystko to wywalić do śmieci i uraczyć nas sceną, w której Snoke – ten sam Snoke, który kazał Kylo przyprowdzić Rey, wyśmiewa go, że pobiła go dziewczyna, która nigdy nie trzymała w ręku miecza świetlnego.

Kontynując litanię rzeczy, które mnie wkurzyły w czasie ponownego seansu “Ostatniego Jedi” przejdę do dziwnych wątków, które odciągały uwagę od głównej opowieści i sprawiały wrażenie dosztukowanych na siłę. Wpływało to negatywnie na główny wątek, czyli historię Rey vs Luke vs Kylo, który akurat sam w sobie był rozwiązany naprawdę fajnie.

sw5

Pierwszym słabym wątkiem była historia Finna, BB8 i Rose. Wybrali się na jakąś planetę przypominającą Monte Carlo, żeby ściągnąć stamtąd informatyka, co umie hackować. Ściągnęli nie tego informatyka, uwolnili kosmiczne konie, dostali się na okręt Pierwszego Porządku, Benicio del Toro trochę postukał w klawiaturę i nic z tego nie wynikło. Gdy oglądałem to pierwszy raz, to było to o tyle ekscytujące, że liczyłem, że to się w jakiś zajebisty sposób zwiąże z wątkiem Kylo Rena, Rey i Snoke’a, którzy przecież byli na tym statku w tym samym czasie, co Finn, Rose i BB8. Tymczasem działania tych ostatnich nie miały praktycznie żadnego wpływu na fabułę. Rozwiązanie tego wątku w postaci stajennego chłopca, który w jakiś sposób odkrył, że można użyć Mocy do chwytania miotły czy w postaci finałowej walki Finna z Phasmą (chociaż i to nie jest pewne, czy to już koniec ich toksycznego związku), nie jest jakoś szczególnie satysfakcjonujące. O romansie między Finnem i Rose wolę nawet nie mówić. Strasznie szkoda, bo Finn to była super postać, a John Boyega to – w przeciwieństwie do większości totalnie nijakich aktorów młodego pokolenia – gość, któremu trzeba przyznać, że ma osobowość. Tym bardziej boli, że Rian Johnson nie miał lepszego pomysłu na to, co Finn z BB8 mieliby robić.

Drugim niepotrzebnym wątkiem, była historia księżniczki Lei, wiceadmirał Holdo i Poe Damerona. Nie wiem, jaki był cel tego całego buntu na pokładzie? Pokazania skaz na charakterze Poe? Admirał Holdo poza tym, że wyglądała, jak surowa, ale sprawiedliwa dyrektorka szkoły podstawowej, nie wnosiła do fabuły niczego, czego nie mogłaby wnieść Leia. Ileż bardziej poruszający byłby ten moment samobójczego uderzenia statkiem rebeliantów w okręt Najwyższego Porządku, gdyby dokonała tego Leia. Wiem, że łatwo teraz doradzać uśmiercenie Lei, kiedy się już wie, że Carrie Fisher nie powróci w kolejnym filmie. Ale gdyby to Leia – niczym prawdziwie honorowy kapitan – pozostała na pokładzie do końca, pozwoliłoby to tej absolutnie wspaniałej postaci rozstać się z sagą w równie spektakularny sposób, w jaki pożegnał się z nią Han Solo. No i byłoby to bardziej w stylu tej postaci. Pamiętacie jak w “Nowej Nadziei” George Lucas i Carrie Fisher wywrócili na lewą stronę archetyp damy w opałach? Jak sprawczą postacią była Leia Organa? Nigdy nie czekała, aż z pomocą przybędzie jej braciszek czy chłopak-macho (na ojca w ogóle nie mogła liczyć). Niestety przez całe “The Last Jedi”, zamiast chwycić za blaster i zrobić porządną rozwałkę, czeka, aż ktoś ją uratuje.

Ale były w tym filmie rzeczy, które za drugim razem spodobały mi się bardziej niż za pierwszym. Paradoksalnie jedną z tych rzeczy było coś, co normalnie uznałbym za tani chwyt wymuszony przez wytwórnię filmową: callbacki z oryginalnej trylogii. Pojawienie się Yody, nawiązujące do treningu z Lukiem w “Empire Strikes Back, co do którego nie byłem przekonany za pierwszym razem czy przybycie Millenium Falcona z odsieczą w finalnej bitwie, niczym w “Nowej nadziei”. Na specjalne propsy zasługuje Chewbacca. Seryjnie, temu włochatemu stworowi należy się medal i przytulenie. Walczy w tych wojnach przeciwko złemu Imperium i ciemnej stronie Mocy, dłużej niż wszyscy ci bohaterowie razem wzięci. Na pewno dłużej, niż admirał Holdo. Jest jedna scena, w której Chewbacca siedzi za sterami Sokoła Millenium i wydaje swój ryk, po czym kadr przesuwa się na stojącego obok, wydzierającego się w niebogłosy porga. Chewie widząc to wydaje kolejny ryk (zapewne znaczący tyle, co “zamknij się i daj mi robić to, co robię najlepiej, czyli kompletną rozwałkę”), po czym strzepuje małego stwora swoim włochatym ramieniem. Badass.

No, ale żeby nie było, że podoba mi się tylko to, co już tam kiedyś gdzieś widziałem: niewątpliwie pewnym novum była ścieżka Kylo Rena. W pewnym momencie bałem się już, że rzeczywiście przejdzie na jasną stronę mocy, nawrócony przez Rey i będziemy mieli reboot “Powrotu Jedi”. Tymczasem Kylo stał się jeszcze bardziej złym dupkiem o jeszcze bardziej kamiennym sercu! Zarówno po „Force Awakens”, jak i dzisiaj, część pryszczatych internetowych trolli narzeka, że Kylo to emo dzieciak, ale moim zdaniem za kilka dekad będzie uważany za łajdaka równie ikonicznego, co Darth Vader. Techniczne rzecz biorąc jest znacznie gorszym skurwielem od swojego dziadka. Nie dość, że zabił swojego ojca, to jeszcze zabił swojego mistrza i szefa, który nawet nie wyczuł jego zamiarów wobec siebie. Kylo – jeśli chodzi o ciemną stronę Mocy – zaszedł najdalej ze wszystkich, których mieliśmy okazję oglądać na srebrnym ekranie. Teraz to on jest Snoke’iem, to on jest Palpatinem. Swoją drogą, doskonała była scena, w której generał Hux zastaje owinięte w szlafrok Hugh Hefnera zwłoki Snoke’a wraz z nieprzytomnym Kylo w sali tronowej i stwierdza “Najwyższy przywódca nie żyje”, a następnie duszony Mocą przez Kylo dodaje “Niech żyje najwyższy przywódca”. To przykład dobrych proporcji w świecie “Gwiezdnych wojen”, niby paralela z czymś w rodzaju przewrotu pałacowego w stylu starożytnego Rzymu i cytat ukradziony ze średniowiecznej Francji, a z drugiej strony, jakże utrzymany w klimacie baśniowego świata “Star Wars”! Piękne.

sw3

Swoją drogą scena walki Rey i Kylo przeciwko gwardii Snoke’a była jedną z lepszych scen akcji w świecie “Gwiezdnych wojen” od czasu masakry dokonanej przez Vadera w “Rogue One“. Pewnie także dlatego, że to jedna z nielicznych dramatycznych scen, w których nikt nie rzuca jakiegoś śmiesznego żarciku. Jak widać odrobina patosu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, nie trzeba się go bać i podkopywać go komizmem w każdej scenie. No, a poza tym jeszcze nie widzieliśmy w “Star Wars” sojuszu czerwonego i niebieskiego miecza świetlnego. A także rozwalenia miecza świetlnego na kawałki.

Scena zniszczenia miecza świetlnego wiąże się z najfajniejszym motywem tego filmu. Chodzi o myśl, że Moc nie polega tylko na sprawnym wymachiwaniu – jak to ujmuje sam Luke – laserowym mieczykiem. W “Nowej nadziei” Vader mówi do jednego z imperialnych generałów: “Don’t be too proud of this technological terror you’ve constructed. The ability to destroy a planet is insignificant next to the power of the Force“. Więc od samego początku sagi wiedzieliśmy, że Moc jest bardzo potężna i że tak naprawdę to ci, którzy potrafią się nią posługiwać, zdecydują o losach galaktyki. Ale tak naprawdę nigdy nie widzimy potwierdzenia tego, jak potężna jest Moc w działaniu. Jasne, w “Nowej nadziei” Luke używa Mocy, by wykonać celny strzał w szyb wentylacyjny Gwiazdy Śmierci, niemniej jakoś nigdy nie miałem poczucia, że cała akcja byłaby skazana na porażkę, gdyby to nie Luke leciał tym ostatnim X-Wingiem. W “Zemście Sithów” ten potężny Anakin Skywalker (czy raczej świeżo upieczony Darth Vader) ma odegrać jakąś kluczową rolę w przejęciu przez Palpatine‘a władzy nad galaktyką, ale tak naprawdę czystki Jedi dokonują klony-szturmowcy, a Anakin ogranicza się do zamordowania grupki dzieciaczków, by następnie pozwolić na to, by Obi-Wan spuścił mu sromotny łomot. W “Powrocie Jedi” znowuż z dialogów wynika, że fakt, czy Luke da się przeciągnąć na ciemną stronę, czy też nie, ma absolutnie krytyczne znaczenie dla całego świata, jednak także tym razem ktoś musi po prostu zakasać rękawy, wziąć się do roboty i zniszczyć Gwiazdę Śmierci przy pomocy broni konwencjonalnej. Możecie mnie dusić na odległość ile chcecie, ale jak dotąd wyglądało mi jednak na to, że ten “technological terror” jest całkiem niezłą konkurencją dla Mocy. Aż do “Ostatniego Jedi”.

Finałowa walka/niewalka Luke’a z Kylo Renem pokazuje jednak, że Vader miał rację. Po raz pierwszy mamy wyłożoną kawę na ławę. Cały ten Death-Star-tech strzelający ile fabryka dała okazuje się faktycznie bez znaczenia w porównaniu z tym, jak potężny stał się Luke. Odkąd zobaczyłem ostatnią scenę “Przebudzenia Mocy”, wiele razy zastanawiałem się, co też zaprezentuje nam Skywalker po 30 latach treningu. Myślałem sobie, to musi być coś odjechanego w kosmos, a nie kolejna walka na miecze świetlne (nie żebym nie lubił mieczy świetlnych, nie zrozumcie mnie źle, po prostu kilka razy wyraźnie jest powiedziane, że Moc to coś więcej). I nie zawiodłem się. Tą walką Luke pokazał, że choć spotykamy go w tym filmie jako zgorzkniałego starca, to jednak bycie zgorzkniałym starcem nie przeszkadza w byciu jednym z najpotężniejszych Jedi w historii. Trochę jak scena w “Empire Strikes Back”, w której Yoda pokazuje zaszokowanemu Luke’owi, że choć jest tylko małym, śmiesznym, zielonym stworkiem, to potrafi podnieść zatopionego w bagnie X-Winga. Teraz to Luke przejął pałeczkę po Yodzie, co jest o tyle wspaniałe, że mogliśmy oglądać go zarówno jako wielkiego mistrza panującego nad Mocą, jak i młodego, głupiego nastolatka. Scenarzyści pozwolili Markowi Hamillowi odejść z wielką klasą. Niestety Carrie Fisher nie miała tyle szczęścia.

Także ogólnie ta historia jest naprawdę super. Podoba mi się miejsce, w którym znalazła się większość głównych bohaterów. Luke odszedł w chwale, pokazując jakim jest badassem (zauważyliście ten moment, w którym Kylo i Skylwalker szurają butami po pokrytej solą powierzchni planety, ale jedynie but Kylo ściera sól odsłaniając czerwoną ziemię, gdy tymczasem but Luke’a nie zostawia śladu?). Ben Solo udowadnia, że nie jest tylko Emo-Darth-Vader-wanna-be i pokazuje swojemu szefowi, jak grubo się mylił. Rey udowadnia Luke’owi (i sobie samej), że nie stanie się drugim Kylo Renem i że jest godną następczynią Skywalkera. Ba, nawet smutny fakt, że liczebność Ruchu Oporu stała się tak niska, że jest on w stanie zmieścić się na pokładzie Sokoła Millenium, sprawia, że fabuła kolejnego filmu będzie o wiele bardziej interesująca. Oni będą musieli tę Rebelię zbudować od zera, tym razem niemal dosłownie od zera. Jestem ciekaw jak J. J. Abrams to rozwiąże. Swoją drogą to zakończenie jest chyba nawet bardziej mroczne, niż finał “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsty Sithów”. Zresztą cały film jest dość mroczny: główni bohaterowie wciąż w defensywie, ciągle tylko obrywają, nie oszczędzili nawet najsłodszego droida w całej galaktyce – BB8 dostaje srogie baty (na szczęście nie pozostaje swoim oprawcom dłużny). A kiedy już zdobywają McGuffina, do którego główni bohaterowie próbuję dolecieć przez cały film, okazuje się on być rozczarowująco bezużyteczny. Baza, do której docierają rebelianci ma być ocaleniem, ale go nie przynosi. Rebelianci muszą uciekać dalej.

sw2

I takie mroczne, nieco depresyjne zakończenie byłoby super. Niestety producenci nie pozwolili mu wybrzmieć wystarczająco znacząco. Klimat zbliżającej się zagłady, porażki dobrych i tryumfu złych jest dosłownie co minutę przełamywany jakimś dżołkiem czy zabawną sytuacją. Uwiera niespójna atmosfera obrazu. Z jednej strony poczucie osaczenia i fatalizmu, z drugiej strony dowcipy i puszczanie oka do publiki. Nie można było pozwolić temu filmowi, by miał troszeczkę klimatu? Nawet prequele, o których można powiedzieć wiele złego, wiedziały kiedy mają być mroczne, a kiedy zabawne, kiedy miały być lekkie, a kiedy trudniejsze. Faktycznie chyba dzisiaj filmy kręci się nie po to, byśmy mogli zanurzyć się w opowieści i przeżywać ją na serio, ale byśmy mogli robić nawiązujące do nich memy.

Mimo wszystko jestem – niczym uciekające na pokładzie Millenium Falcona niedobitki Ruchu Oporu – pełen nadziei. Gdzieś tam w odległej galaktyce J. J. Abrams zamiata siano gotów znów przejąć rolę reżysera. Mam nadzieję, że otrzymawszy od Riana Johnsona spadek w postaci ciekawego zakończenia, zrobi z “Gwiezdnymi Wojnami” coś nowego, świeżego, ale jednocześnie zachowującego baśniowy klimat tego świata, tak jak to miało miejsce w “Przebudzeniu Mocy”. Help us, J. J. Abrams, you’re are only hope. I lepiej nas nie zawiedź.

Star Wars: The Last Jedi. Czyli o tym, jak wybuchał mi mózg [bez spoilerów]

Obejrzałem “Ostatniego Jedi” i muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie wrażenie ilość zgromadzonych tam idei, wątków, konceptów i zwrotów akcji. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. I szczerze mówiąc, bardzo możliwe, że nigdy się nie dowiem. Bo “Gwiezdne Wojny” to jedna z tych serii, w której zawsze znajdę coś dobrego, nawet jeśli wiem, że dany film jest po prostu zły. Dlatego też, choć deklarowałem już na tym blogu, że nie piszę recenzji, to tutaj pozwolę sobie podkreślić to jeszcze raz. To nie jest recenzja. Raczej strumień świadomości, zbiór moich przemyśleń po obejrzeniu najnowszej odsłony “Star Wars”. Tekst będzie bezspoilerowy, więc można spokojnie czytać. No, chyba, że ktoś boi się, że moje przemyślenia zaburzą czystość odbioru filmu. Wybór należy do Was.

oZih7xA

W trakcie seansu kinowego “The Last Jedi” wciąż wybrzmiewały w mojej głowie dwa pytania: czy mi się podoba to, co widzę i czy to właściwie jeszcze są “Gwiezdne Wojny”? Wszak oczekujemy, że z jednej strony znowu doświadczymy tej samej magii, której doświadczaliśmy wcześniej, z drugiej strony jednak wymagamy, żeby ta historia nas wciąż zaskakiwała. Te dwa powracające pytania prowadziły do trzeciego: czy jeśli odczuwałem, że coś jest “niestarwarsowe”, to czy wciąż ma prawo mi się to podobać? Przecież to uniwersum musi się rozprzestrzeniać, musi się powiększać, więc muszą się pojawiać rzeczy, których jeszcze nie widzieliśmy. Więc trzeba odrzucić gwiezdnowojenny puryzm, stać się trochę bardziej naiwnym odbiorcą tego wszystkiego i uznać, że jeśli coś jest dobre, to jest dobre, a fakt że jest to nowe dla starwarsowego kanonu jest tylko świadectwem ewolucji. Z drugiej strony, jeśli intuicyjnie czujemy, że coś nie pasuje, sprawia, że nie jesteśmy w stanie całkowicie zanurzyć się w znanym nam świecie, to może jednak po prostu jest to złe? Nie wiem, wciąż jestem tutaj rozdarty.

W tej odsłonie odległa galaktyka jest zamieszkana przez bardzo dużą ilość uroczych i czasami bardzo dziwnych zwierzątek i innych stworzeń. Czasami służą jako postaci komiczne, czasami występują w roli lukru, którym pokrywa się ciasto, by było słodsze. Na fabułę mają wpływ rzadko. Nie chciałbym insynuować, że to Disney maczał w tym palce i miał w tym jakiś niecny cel, na przykład sprzedaż większej ilości maskotek i zabawek…? Nie, chyba by tego nie zrobili, muszą pamiętać, że rynek nie zareagował na figurki Jar Jar Binksa jakoś szczególnie entuzjastycznie (choć faktem jest, że stworzonka z “The Last Jedi” mają zdecydowanie więcej uroku, niż Jar Jar. Ale gdy się spojrzy na inny często powracający motyw, a mianowicie żarciki lub zabawne sytuacje co rusz przełamujące naprawdę dramatyczne momenty, to człowiek zaczyna jednak trochę wierzyć w teorie spiskowe. Czyżby producenci z Disney’a przyszli na plan i powiedzieli: “Słuchajcie, w filmach Marvela są ciągle żarciki i ludzie to kochają, robią potem o tym memy. Może tutaj też parę razy puścimy oko do widowni?” Dopuszczam dowcipkowanie w “Gwiezdnych wojnach”, ale przy zachowaniu proporcji i niekoniecznie w najbardziej dramatycznych scenach. Ostatecznie space opera potrzebuje jednak odpowiedniej dozy patosu. Zwłaszcza, że ta część opowieści była bardzo mroczna. A te śmieszkujące sceny tu i tam nie pozwalały się w tym mroku zanurzyć. Może twórcy nie chcieli byśmy dali się przeciągnąć na ciemną stronę mocy?

Widać w tym filmie sporą dozę własnej wizji reżysera Riana Johnsona. W odróżnieniu od J.J. Abramsa, który w “Przebudzeniu mocy” odwoływał się głównie do tego, co już znamy z “Nowej nadziei” i “Imperium kontratakuje”, Johnson podjął spore ryzyko. Czasami niestety owocujące scenami wywołującymi na mojej twarzy minę pod tytułem “WTF?”. Dodatkowo wszystko to – znowuż w odróżnieniu od wersji J.J. Abramsa – zrealizowane z dużym udziałem komputerowych efektów specjalnych. Boję się, że zestarzeją się one równie szybko, co efekty z prequeli. Dość chyba powiedzieć, że były one zauważalne, miałem ich świadomość, a fakt, że widz nie zapomina o nich, że nie pozwalają mu do końca zawiesić niewiary, chyba nie świadczy o nich zbyt dobrze.

Ale najmocniejsze wrażenie wywarło na mnie niesamowite wręcz nagromadzenie wątków i zwrotów akcji, tak spiętrzonych, że mój mózg już w jednej trzeciej filmu zaczął co chwilę wybuchać. Co by nie powiedzieć “Gwiezdne wojny” to – nawet w wypadku zawiłych intryg w galaktycznym senacie, z którymi mieliśmy do czynienia w prequelach – dość proste historie. Mam wrażenie, że gdyby “Ostatni Jedi” miał lepszego scenarzystę, wiedzącego nie tylko co napisać, ale też czego nie napisać, z czego zrezygnować, by opowieść była bardziej spójna, wyszłoby to filmowi na dobre. Rian Johnson wydaje mi się tutaj być podobny do George’a Lucasa. Film sprawia wrażenie, że za scenariuszem stoi wizjoner, posiadający naprawdę oryginalne pomysły, któremu jednak brakuje rzemieślniczego warsztatu scenarzysty. Bo to, co Rian Johnson chciał opowiedzieć, jest naprawdę fascynujące. Niestety trochę mam wrażenie, że w tym wypadku jakość wykonania sprawia, że publiczność nie doceni pomysłu.

Damn, strasznie negatywny wyszedł ten tekst! Chyba jednak aż tak negatywnie nie było, nie? Bo ostatecznie trzeba sobie zadać pytanie: czy dobrze się bawiłem? Czy doświadczyłem starwarsowej magii? Na tę chwilę, w której piszę te słowa, odpowiedź jednak bardziej brzmi “tak”, niż “nie”. Mimo wielu problemów jakie mam z tym filmem, niewątpliwie ratuje go zakończenie. Miejsce, w którym finalnie znaleźli się główni bohaterowie sagi. Kierunek, w którym ostatecznie poszła ta opowieść. Nie mogę nic więcej powiedzieć, nie spoilerując, więc powiem tylko, że zakończenie było dla mnie zaskoczeniem i jednocześnie dokładnie tym, czego oczekiwałem. To chyba brzmi – mimo wszystkich wad filmu, które wymieniłem powyżej – jak całkiem niezła rekomendacja, nie? Zresztą może po prostu podoba mi się, bo bardzo chciałem, żeby mi się podobał? Nie wiem. Wiem, że i tak na ten film pójdziecie. Ja na pewno pójdę jeszcze raz, by móc jeszcze więcej zastanawiać się, analizować i snuć teorie. I zapewne napisać jeszcze co najmniej jeden tekst.

 

Wiek to tylko liczba. Czyli o ludziach, którzy odnieśli sukces po trzydziestce

Rozmawiając ostatnio z moimi znajomymi, mam coraz częściej wrażenie, że dominuje pogląd o tym, że jeśli przed trzydziestym rokiem życia nie osiągnęło się sukcesu życiowego (rozumianego zarówno jako sukces zawodowy, jak i w życiu prywatnym), to jest się totalnym przegrywem. Człowiek po trzydziestce to już właściwie człowiek z wiekiem do trumny, powinien spisywać już testament, tylko właściwie po co, skoro nie ma żadnego (materialnego lub niematerialnego) dorobku? Osobiście uważam, że jeśli w ciągu pierwszych 12 lat swojego dorosłego życia nie zostałeś gwiazdą rocka, nie zbudowałeś domu, nie zrobiłeś doktoratu, nie zarobiłeś pierwszego miliona i nie założyłeś rodziny, to jeszcze nie znaczy, że powinieneś żyć ze świadomością życiowej porażki.

Uważam, że przekonanie, iż sukces życiowy może przyjść wyłącznie przed trzydziestką, to wynik z jednej strony późnokapitalistycznej presji na to, by być chomikiem obracającym swoim kołowrotkiem szybciej, niż inne chomiki, a z drugiej strony nowoczesnego kultu młodości według którego należy zaszokować ludzkość swoim talentem, a potem umrzeć mając góra 27 lat. I jest ono całkowicie błędne. Na poparcie mojej tezy przedstawiam subiektywny ranking osób, których kariera ruszyła na dobre dopiero po trzydziestce.

Sylvester Stallone

rocky_pub01_-_h_2015

W wieku 30 lat Sylvester Stallone nie osiągnął wiele. Marzenia o błyskotliwej karierze raczej się nie spełniały. Mógł pochwalić się niewielkim dorobkiem obejmującym występ w filmie pornograficznym, do którego angaż przyjął, by nie wylądować na ulicy. W końcu jednak postanowił sam napisać scenariusz filmu, samemu go nakręcić i wystąpić w nim w roli głównego bohatera. Film opowiadał o uderzająco podobnym do samego Stallone’a życiowym przegrywie imieniem Rocky, który dostaje szansę na sukces i wykorzystuje ją. Resztę tej opowieści wszyscy znamy: “Rocky” stał się oscarowym hitem i doczekał się kilku sequeli, z których każdy zarobił miliony monet. Potem Stallone nakręcił jeszcze kilka części Rambo i parę innych filmów akcji, które może nie uzyskały poklasku krytyków, za to sprawiły, że Włoski Ogier mógł kupić rezydencję ze stajnią, w której utrzymywał 80 koni. Osiemdziesiąt.

J.K. Rowling

jk-rowling-image

Gdy pierwsza część przygód Harry’ego Pottera trafiła na półki księgarń, J.K. Rowling miała 32 lata. Ale był to chyba akurat najmniejszy jej problem, biorąc pod uwagę, że była wówczas samotną matką żyjącą z zasiłku.

Lemmy Kilmister

rs-222649-GettyImages-85513871

Lemmy zaczął parać się graniem rock and rolla, gdy jeszcze był nastolatkiem. Później grał w zespole Hawkwind, który dzisiaj jest dość znany i uważany za kultowy. Ale nie oszukujmy się – prawdziwy sukces przyszedł dopiero, gdy założył Motörhead. Kiedy listy przebojów zostały zaatakowane przez pędzący niczym tornado “Overkill“, Lemmy miał 34 lata.

Harrison Ford

han-solo-return-of-the-jedi_612x380

O karierze Harrisona Forda wie każdy, każdy chyba słyszał o tym, jak był stolarzem w Hollywood, bezskutecznie próbując przebić się jako aktor. Wprawdzie grywał tu i tam, ale w momencie, gdy zagrał swoją pierwszą naprawdę dużą rolę w filmie niejakiego George Lucasa (fun fact – Lucas jest od Forda 2 lata młodszy, nie potrafię sobie wyobrazić, że George Lucas jest od kogokolwiek młodszy), zatytułowanym “Gwiezdne Wojny“, miał 35 lat. Potem już chyba nie mógł narzekać na brak propozycji, raczej zaczął narzekać na ich nadmiar. Bycie Hanem Solo, Indianą Jonesem, Rickiem Deckardem i Ściganym musi być dość czasochłonne.

Dave Kushner

23182_artist

Gitarzysta Velvet Revolver, podobnie jak Lemmy, grał w zespołach odkąd był nastolatkiem. Żaden z tych zespołów nie odniósł jednak zbyt wielkiego sukcesu. Ale nigdy nie wiadomo, kiedy los się odmieni. W wieku 36 lat Kushner został zaproszony przez Slasha, kumpla z liceum, który w między czasie osiągnął spory komercyjny sukces w zespole Guns N’ Roses, do udziału w nowym projekcie, jeszcze przez kilka miesięcy dojeżdżał na próby z roboty na budowie.

Stan Lee

7086434

Dzisiaj każdy wie, kim jest Stan Lee. Miliony ludzi w kinach na całym świecie oklaskuje kolejne cameo 94-letniego autora komiksów w kolejnych filmach Marvela. Ale nie zawsze było tak różowo – pierwszym komiksem, według scenariusza Lee, który odniósł sukces, była “Fantastyczna Czwórka“. Gdy ukazał się pierwszy zeszyt serii, Stan Lee miał 39 lat. Także następnym razem, kiedy pomyślicie, że ktoś, kto zbliża się do czterdziestki z pewnością jest nudziarzem, przypomnijcie sobie, że ktoś kiedyś wymyślił Spidermana i X-Menów wchodząc w piątą dekadę swojego życia.

Dave Wyndorf

7092256ff32a627ed0434a54d4cea3ed

Dave Wyndorf to wokalista i lider stoner rockowego Monster Magnet – jednego z moich najulubieńszych zespołów ever. Wyndorf przez lata grał koncerty dla trzydziestu osób, nagrywał demówki, płyty, a przy tym zatrudniał się w różnych prestiżowych miejscach, takich jak stacje benzynowe. Tytuły pierwszych EP-ek Monster Magnet, takie jak “Forget About Life, I’m High on Dope” czy “We’re Stoned, What Are You Gonna Do About It?” są chyba najlepszym świadectwem, że podchodzili do wolnego tempa rozwoju swojej kariery z dużą dozą dystansu i stoickiego spokoju. Może to dlatego mainstreamowy, komercyjny sukces przyniosła im dopiero ich czwarta studyjna płyta zatytułowana “Powertrip“. Wydana w momencie, gdy Dave Wyndorf miał 42 lata.

Samuel L. Jackson

1xRW0_f-thumbnail-100-0

Jak myślicie: ile lat ma Samuel L. Jackson? No, jest już pewnie jakoś po pięćdziesiątce…? You’re motherfuckin’ right, jest po pięćdziesiątce. Bo ma 69 lat. A to oznacza, że kiedy zagrał w “Pulp Fiction” 23 lata temu, chyba swoim pierwszym naprawdę znanym filmie, miał 46 lat. Czterdzieści sześć!

Sixto Rodriguez

top-49-influential-men-sixto-rodriguez-36-1088600-TwoByOne

Faktem jest, że amerykański piosenkarz odniósł pewne sukcesy będąc jeszcze dwudziestokilkulatkiem. Wydał dwie płyty, koncertował nawet w Australii. Ale jego kariera szybko przygasła, a Rodriguez wiódł zwykłe życie człowieka klasy pracującej. Musiał być mocno zaskoczony, gdy w wieku 55 lat odkrył, że z jakiegoś powodu jego popularność w Republice Południowej Afryki porównać można z popularnością Elvisa Presley’a w Stanach. Rodriguez zaczął na nowo koncertować i cieszyć się sławą. Nie wiedział jeszcze wtedy, że czeka go co najmniej jeszcze jedno miłe zaskoczenie. W 2012 roku, gdy piosenkarz miał już lat 70, na ekrany kin wszedł film zatytułowany “Sugar Man” opowiadający jego niesamowitą historię. W ciągu kilku miesięcy po jego premierze, Rodriguez z gwiazdy RPA awansował na gwiazdę formatu światowego.

Także… Następnym razem, gdy stwierdzicie, że jeśli nie osiągnęliście nic spektakularnego przed trzydziestym, albo czterdziestym, albo pięćdziesiątym rokiem życia, przeczytajcie jeszcze raz powyższą listę. Bo – zabrzmi to może jak farmazony trenerów rozwoju osobistego, ale trudno – sukces często przychodzi później, niż się go spodziewamy. I to czy masz 27, 30, 35 czy 50 lat nie ma tu żadnego znaczenia. No, chyba, że chcesz zrobić karierę w sporcie. Tutaj niestety wiek chyba akurat ma znaczenie.

Thor: Ragnarok. Czyli najlepszy film o Thorze jak dotąd [bez spoilerów]

Podobno nowy film o przygodach Thora zbiera mnóstwo pozytywnych recenzji, a fani komiksów i filmów superbohaterskich są w siódmym niebie. Trochę nie rozumiem tego hajpu. Film jest ok, naprawdę w porządku. Ale po obejrzeniu świetnego traileru spodziewałem się czegoś znacznie lepszego.

null

Choć nie mam żadnych na to dowodów, domyślam się, że “Thor: Ragnarok” chyba trochę cierpi na syndrom niespójności wywołanej przez zetknięcie się reżysera, który ma swój własny styl i wizję z panami w garniturach, którzy mają badania rynku i koniecznie chcą, żeby widzowie zobaczyli coś, co już widzieli i im się podobało. Dlatego zapewne “Ragnarok” jest trochę kolejnym filmem solowym Thora, trochę Hulka (zdaje się, że częściowo film jest adaptacją komiksu “Planet Hulk”), a trochę próbuje być “Strażnikami Galaktyki”, a gdzieś pomiędzy trzeba jeszcze wstawić nawiązania do innych wątków, by uniwersum Marvela się kleiło. Nie pozostawia to takiego niesmaku, jak chociażby “Suicide Squad”, film który miał szansę być najfajniejsiejszym filmem roku, ale nie: przyszli panowie z zarządu i poprzestawiali klocki tak, żeby dywidenda w tym roku nie była przypadkiem mniejsza, niż w poprzednim. Wiem, że to zawsze marzenie ściętej głowy, ale tym razem naprawdę fajnie byłoby zobaczyć nieskażoną interwencjami z zewnątrz wizję autentycznego filmowca. Niezależnie od powyższego, nowy “Thor” wciąż jest filmem, na którym można się dobrze bawić. I choć niespójny, niekonsekwentny to przynajmniej nie jest nijaki.

Gdy już jesteśmy przy rozrywkowości, to pod tym względem film się rozkręca powoli. W pierwszej połowie było sporo momentów, w których powinienem się śmiać (na pewno było jasne, że chcieli tego twórcy filmu), a jednak się nie śmiałem. A zwykle jestem osobą, której rechot rozbrzmiewa w całej sali kinowej, kiedy nikt inny się nie śmieje. Po prostu wszystkie te dżołki sprawiały wrażenie wymuszonych i były – co niestety staje się trochę klątwą filmów Marvela – do bólu przewidywalne. Natomiast w drugiej połowie już głośno rżałem swoim zwyczajem, nota bene razem z resztą sali. Nie wiem czy to dlatego, że w drugiej połowie luźne, niespójne wątki zaczynają się jakoś ze sobą splatać, a fajne, śmieszne postaci wreszcie wchodzą ze sobą w interakcje? Czy też po prostu potrzebowałem chwili, by wkręcić się w świat kreowany przez Taikę Waititiego (trzeba przyznać, że długo udawało mi się uniknąć w tej notce nazwiska reżysera).

A propos postaci (i aktorów ich odgrywających). Pewnym rozczarowaniem była dla mnie postać Heli. Miała naprawdę super stroje i makijaż. Propsy dla charakteryzatorów, kostiumografów oraz samej aktorki, bo Hela prezentowała się na ekranie absolutnie doskonale. Ale mam wrażenie, że grająca ją Cate Blanchett nie poświęciła tej roli zbyt wiele uwagi i zaangażowania, nie bawiła się jakoś szczególnie dobrze grając ją. Szkoda, że nie włożyła w tę postać więcej serca, może nadałaby jej nieco więcej głębi, nieco więcej stylu, jak to zrobił chociażby Tom Hiddleston z Lokim. A może to nie wina Blanchett, tylko tego, że – ponieważ do filmu trzeba było wepchnąć jeszcze sto innych wątków – zabrakło czasu ekranowego na zapoznanie widza z głównym czarnym charakterem? Drugim aktorem, który zdecydowanie nie przyłożył się do swojej roli był Anthony Hopkins. Oglądając sceny z nim, jakoś tak miałem wrażenie, że wolałby kręcić właśnie jakiś oscarowy dramat, niż być na planie tego popcornowego filmu dla dzieci.

Reszta głównych postaci była za to naprawdę spoko. Chris Hemsworth jako Thor, Mark Ruffalo jako Bruce Banner/Hulk (zwłaszcza jako Banner), wreszcie Tessa Thompson jako nigdy nierozstający się z flaszką, cyniczny łowca nagród i Jeff Goldblum jako bezwzględny, ale i śmieszny gangster/watażka. Jak pewnie wiecie z trailerów, Hulk i Thor walczą ze sobą w czymś w rodzaju starcia gladiatorów, a Goldblum jest kimś w rodzaju zmanierowanego rzymskiego cesarza. Zarówno Goldblum, jak i ekipa filmu, poszli tu na całość. Rzymskość postaci jest widoczna we wszystkim, w grze aktorskiej, w dialogach, scenografii, makijażu. Grany przez Goldbluma kacyk ma swój dwór, swoich pretorian i swój harem. A sam aktor w roli kosmicznego Nerona, trochę strasznego, a trochę śmiesznego, sprawdza się świetnie. I widać, że świetnie się bawi grając go. Co do postaci Thompson, to jest to typ bohaterki, którą można by strasznie spłaszczyć i sprowadzić do sztampowego archetypu laski-twardzielki, jaki znamy z tak wielu filmów, a scenarzyści nadali jej znacznie więcej głębi, zaś sama aktorka dała jej niepowtarzalny styl. Nie chcąc już zbytnio spoilerować, powiem tylko, że zdobyła moje serce. W każdym razie wolałbym więcej czasu ekranowego poświęconego tym postaciom, a mniej cameo innych bohaterów z MCU.

Jednym z elementów, których wprowadzenie sprawia wrażenie mocno inspirowanych sukcesem “Strażników Galaktyki”, była wykorzystanie w tym filmie muzyki. Być może była to wizja Taiki Waititiego, a może panów w garniturach z wytwórni filmowej. Ale w tym wypadku to nieistotne, bo muzyka działała w tym filmie doskonale – kilka razy przyłapywałem się na tańczeniu w kinowym fotelu.

Jestem człowiekiem, któremu się wszystko podoba. Zwłaszcza doskonale wykonane produkty tworzone przez Marvela i Disney’a. “Thor: Ragnarok” jest filmem chyba plasującym się nieco poniżej średniej, jeśli chodzi o jakość filmów z MCU. Ale z drugiej strony filmy o Thorze zawsze były tymi mniej porywającymi. Żaden z nich nie był zły. To były dobre filmy. Ale nie były to też obrazy, które chciałbym obejrzeć więcej, niż jeden raz. Natomiast “Ragnarok” jest ze wszystkich solowych filmów o Thorze najlepszy. Chyba po prostu nie należy na niego iść ze zbyt wygórowanymi, zbudowanymi na podstawie genialnego traileru, oczekiwaniami.

PS. Zostawiłem sobie jedną kwestię na post scriptum, bo nie wiem, czy ktoś nie uzna tego za spoiler. Ja tego nie uważam za zbytni spoiler, bo było to zaspoilerowane już w drugim trailerze. Ale na wypadek, gdyby ktoś był bardzo spoilerowrażliwy, to dmucham na zimne i ostrzegam: możliwe SPOILERY.

Ale do rzeczy! Czy tylko mnie denerwuje, że w filmach czarne charaktery mogą odkupić swoje grzechy bez jakiejś szczególnie dotkliwej pokuty? W “Avengersach” Loki sprowadził na ziemię inwazję kosmitów, sam zabił co najmniej kilku niewinnych cywili, a pośrednio doprowadził do śmierci setek, może tysięcy ludzi i do strat materialnych opiewających na gazyliardy dolarów. I co? I nic. Jego brat mu wybaczył i teraz walczą razem z kimś znacznie gorszym. I wszystko jest ok. Wkurza mnie to, niezależnie od tego, jak wiele uroku ma Loki w wykonaniu Hiddelstona.

Barry Seal: król przemytu [bez spoilerów]

Po “Barrym Sealu” spodziewałem po prostu dobrego, hollywoodzkiego kina akcji. Po prostu kolejnego zwykłego, lekkiego filmu z Tomem Cruisem. I w sumie właśnie to dostałem. Ale zaskoczyła mnie jedna rzecz, jeden z artystycznych wyborów twórców filmu, a mianowicie atmosfera filmu. Może powinienem się tego spodziewać po trailerze, ale problem jest taki, że go nie widziałem. Właściwie poszedłem do kina wiedząc o tym filmie tylko tyle, że Tom Cruise gra w nim przemytnika. Ciekawie jest czasem obejrzeć jakiś obraz, nie mając o nim pojęcia wybiegającego poza własne domysły.

barry-seal-krol-przemytu-1000x600

Wiedzcie, że ten tekst jest pisany przez człowieka, który nie widział ani jednego odcinka “Narcos“. Więc nie powiem Wam, jak portret kartelu Medellín przedstawiony w “Barrym Sealu” wygląda w perspektywie tego serialu. Jedyne czego się domyślam (ależ jestem mądry!), to że jednym z powodów powstania filmu o słynnym przemytniku jest fakt dużej popularności netfliksowej serii o kolumbijskiej mafii. No, ale po tym przydługim disclaimerze, wypada przejść do rzeczy.

“Barry Seal: król przemytu” to film bardzo luźno inspirowany biografią pilota, który przemycał do USA kokainę dla kolumbijskiego kartelu Pablo Escobara. Filmowy Seal, grany przez Cruise’a, to znudzony pilot samolotów pasażerskich, zwykły facetem z Luizjany, mąż i ojciec. Wyróżnia się jedynie tym, że jest utalentowanym pilotem, najwyraźniej spalającym się w rejsowych lotach. Kiedy z propozycją współpracy przychodzi do niego, grany przez Domhnalla Gleesona, agent CIA, godzi się na nią natychmiast. Motywacją Barry’ego jest bardziej chęć przełamania rutyny dnia codziennego i przeżycia przygody, niż oferowane przez amerykański wywiad pieniądze. Twórcy filmu dość jednoznacznie pokazują, że Sealowi i jego rodzinie na niczym nie zbywa. Początkowo zadaniem pilota ma być fotografowanie baz komunistycznej partyzantki w Ameryce Południowej. Ale w miarę rozwoju fabuły, Barry Seal zostaje wciągnięty – fakt, że bez zbytnich protestów – najpierw w dostarczanie przesyłek przywódcy wojskowej junty Manuelowi Noriedze, potem w szmuglowanie do USA kolumbijskiej kokainy na zlecenie Escobara. Działalnosć Seala rozwija się szybciuteńko i wkrótce zakłada on przedsiębiorstwo wielobranżowe operujące w takich dziedzinach, jak szmuglowanie informacji wywiadowczych, dragów, broni i ludzi oraz pranie brudnych pieniędzy zarobionych na tych wszystkich operacjach.

Może wynika to z faktu, że nie widziałem zbyt wielu filmów tego rodzaju, ale co wydało mi się interesujące, to opowiadanie o tym wszystkim w niezmiennie lekkim, humorystycznym tonie. Mówimy jednak tutaj o brudnych operacjach amerykańskiego wywiadu i rządu, czy o mających na koncie sporo zbrodni potężnych, bezwzględnych kartelach narkotykowych, czy wreszcie skorumpowanych reżimach i krwawych juntach. Jak już zaznaczyłem na początku, nie spodziewałem się przecież filmu ciężkiego. Mieści mi się w głowie opowiadanie o porachunkach gangów czy wojnie w sposób przesycony żartem czy ironią. Ale film nie traci tego pogodnego tonu właściwie ani na chwilę. Jasne, bohaterowi granemu przez Toma Cruise’a, kilkakrotnie nie jest do śmiechu, kiedy spogląda w oczy śmierci. Ale zawsze pozostaje to w konwencji wesołej, zabawnej przygody.

Jak wspominałem w innych moich tekstach, nie jestem gościem, który by lubił kibicować bohaterom negatywnym. Barry Seal nie jest zdecydowanie moim idolem, podobnie jak nie jest nim Jordan Belfort. A jednak humorystyczny, lekki ton, który utrzymuje się przez większość “Wilka z Wall Street” nie spowodował u mnie zbytniego dysonansu. Ostatecznie facet tylko oszukał kilka milionów ludzi na kasę. Nie wykonywał zleceń dla mafii, nie zbroił zbrodniczych partyzantek. Nie twierdzę, że atmosfera żartu utrzymująca się aż do ostatniej sceny filmu (kiedy to teoretycznie nikomu nie powinno być do śmiechu), to od razu coś złego. Przecież kręcono już nawet komedie o holocauście, czego nie uważam za nieodpowiednie. Po prostu zaskoczył mnie taki zabieg artystyczny w typowym oglądanym na środzie z orendż, popcornowym filmie, którego targetem są pewnie przede wszystkim zwykli przedstawiciele klasy średniej, wieczory spędzający oglądając “Narcos” na kompie i miłośniczki gasnącej powoli urody Toma Cruise’a.

Nie wiem, jaka była intencja twórców filmu. Czy pokazanie wydarzeń z najnowszej historii obu Ameryk w krzywym zwierciadle, to puszczanie oka do widza doskonale tę historię znającego, choćby z serialu “Narcos”? A może w erze “House of Cards” po prostu uznali, że nikogo nie zaszokuje fakt, że nikaraguańscy partyzanci, zamiast walczyć z komunizmem, wolą handlować narkotykami i nikt się tym specjalnie nie przejmuje?

Muszę jednak przyznać, że twórcy filmu z równą lekkością, co narkotykową mafię i wojskowe dyktatury, traktują również samego bohatera. Nie jest on dla nich wyjątkowy, nie ma dla niego taryfy ulgowej. W bezlitosnej logice satyry, w której generał osobiście rąbiący na kawałki nieposłusznych podwładnych maczetą jest pokazany jako śmieszny prowincjonalny urzędniczyna przyjmujący w łapówce ptasie mleczko, Barry Seal, bądź co bądź główny bohater, z którym publiczność chce się identyfikować, jest tak samo wzięty w nawias, jak generał Noriega, Pablo Escobar czy Ronald Reagan. Gdy już mamy potraktować go śmiertelnie poważnie, jak człowieka z krwi i kości, okazuje się, że to tylko komiksowa karykatura. Konsekwentnie. Aż do ostatniej sceny.

Valerian i miasto tysiąca planet [bez spoilerów]

Szkoda tego filmu. Projekt życiowy, spełnienie dziecięcych marzeń Luca Bessona, jakim była ekranizacja ukochanej komiksowej serii, okazało się być absolutną finansową porażką. I jestem zwolennikiem tezy, że stało się tak niezależnie od jakości samego filmu. Winna jest logika współczesnego przemysłu filmowego, która – czy gotowi jesteśmy to przyznać czy nie – rządzi także nami – głosującymi nogami wiodącymi nas do kin oraz hajsem wydanym na bilety i popcorn. Bo tak to już jest w rzeczywistości Anno Domini 2017, że jeśli kosztujący grube miliony monet blockbuster nie spełni dwóch kryteriów – tzn. 1) nie jest kolejną ekranizacją, rebootem, sequelem czy prequelem czegoś dobrze znanego publiczności 2) w główne role nie wcielają się absolutnie topowi aktorzy i aktorki, to nie odniesie sukcesu. Najprawdopodobniej. Zdarzają się wyjątki. Ale rzadko.

valerian-and-the-city-of-a-thousand-planets-international-poster-cropped

Film, który kosztował 200 milionów dolców, a zarobił trochę ponad 210, w erze sequeli, spinoffów i uniwersów nie ma szans na kontynuację, a sequel czy spinoff miałby spore uzasadnienie w przypadku adaptacji serii komiksowej o Valerianie i Laureline. Żadnego z tych komiksów nie miałem jak dotąd okazji przeczytać, ale już z samego filmu Bessona można wysnuć wyobrażenie o wielkości i złożoności świata, wielości wątków i konceptów jakie oferuje to komiksowe uniwersum. I właśnie dlatego żal mi francuskiego reżysera i jego dzieła, bo mam przekonanie graniczące z pewnością, że chciałby podróż w świat agentów Valeriana i Laureline kontynuować w kolejnych obrazach. I w ogóle wydaje mi się, że to właśnie fascynacja bogactwem i pięknem przedstawionego w komiksach świata były dla Bessona motorem napędzającym kreację jego najnowszego filmu.

Inne rzeczy, takie jak postacie, ich relacje i psychologia, dialogi, fabuła czy intryga są tylko koniecznym elementem albo pretekstem dla pokazania konceptów, które – jak rozumiem – zrodziły się w wyobraźni autorów komiksu Pierre’a Christina, Jean-Claude’a Mézièresa oraz Evelyn Tranlé i zostały przepuszczone przez wyobraźnie Bessona i ekipy tworzącej film.

Chwilami miałem wrażenie, że albo dialogi są drętwo napisane, albo wcielający się w główne role kosmicznych agentów Valeriana i Laureline Dane DeHaan i Cara Delevingne są naprawdę drewnianymi aktorami, albo Luc Besson po nakręceniu jednego podejścia do sceny dialogu mówił ekipie “Świetnie! A teraz nakręćmy następną scenę, w której pokażemy tę nową zajebistą planetę, albo tę nową zajebistą rasę kosmitów, albo ten nowy zajebisty wynalazek”. Stawiam jednak, że to trzecie. Nie dlatego, że nie chcę przyznać, że twórcy filmu są słabymi artystami czy nie znają rzemiosła, ale dlatego, że ten obraz ocieka wprost dziecięcą fascynacją niezmierzonymi galaktykami. Dlatego jestem w stanie wybaczyć Lucowi Bessonowi, że DeHaan i Delevigne nie grają jak Leonardo DiCaprio i Natalie Portman, że dialogi nie są tak perfekcyjne, jak w “Pulp Fiction“, a intryga nie jest uszyta równie misternie co w “Ocean’s Eleven“.

Bo co tu ukrywać, fabuła, przy dużym stopniu prostoty i przewidywalności (mogę chyba bez zbytniego spoilerowania powiedzieć, że żadnego “No, I am your father” spodziewać się nie należy), zawiera wiele luk (Cinema Sins będzie miało używanie). Nie znam za bardzo filmów z DeHaanem, ale Carę Delevigne – do której urody mam dziwną słabość – widziałem w niezbyt dobrze przyjętym (i słusznie!) “Suicide Squad”, gdzie jej gra została przez krytyków i publiczność obśmiana. A w “Valerianie” zarówno Delevigne, jak i DeHaan nie zagrali jakoś rewelacyjnie. Ale nie pastwmy się nad tymi młodymi aktorami, wszak występ Clive’a Owena też pozostawiał wiele do życzenia. Ethan Hawke czy John Goodman pojawili się na ekranie na tak krótki moment, że nawet trudno ocenić ich grę (ściślej rzecz biorąc z Johna Goodmana pojawił się tylko jego głos). Więc, tak jak już wspominałem, uważam, że fabuła, dialogi i postacie nie były priorytetem Bessona.

Za to efekty specjalne, sceny akcji, charakteryzacja i (wygenerowane chyba w większości komputerowo) plenery zwalają z nóg. I to wszystko nie dzieje się na zasadzie, że jeśli film z najlepszymi efektami specjalnymi i scenografią ma durną fabułę, to nadal jest durny, niezależnie od tego jakby się spece od grafiki komputerowej nie starali. Bo oglądając “Valeriana i miasto tysiąca planet” czuje się, że te wszystkie komputerowo wygenerowane efekty nie służą wyłącznie pustej rozrywce i bezmyślnej akcji, że nie są tylko owocem tego, że jakiś facet w garniturze powiedział na spotkaniu w sali konferencyjnej “Dajcie tu więcej wybuchów i statków kosmicznych, żeby było co pokazać w trailerze”. Nie, tutaj to wszystko służy eksplorowaniu fascynującego uniwersum i czuć w tym wszystkim pasję do jego zgłębiania. Widać, że film został nakręcony z miłością, nie ma tutaj zbyt wiele kalkulacji (co pewnie nie wyszło mu na dobre, skoro jest finansową klapą).

“Valerian” to film, którym strasznie bym się zajarał, gdybym oglądał go mając – nie wiem – 13 lat? Patrząc na ten film nie szkiełkiem i okiem, lecz czuciem i wiarą, byłbym bardziej otwarty na cuda w nim zawarte. Dość częste luki logiczne w fabule nie wytrącałyby mnie z całkowitego zanurzenia w fascynującym świecie, a rodzące się między głównymi bohaterami uczucie wzruszałoby mnie, mimo braku chemii między DeHaanem a Delevigne i kiepskich dialogów. Tak, jak jako dziecko obejrzałem “Mroczne widmo” (był to pierwszy mój film sagi “Gwiezdnych wojen”) i do dziś nie potrafię tego filmu hejtować, mimo jego wielu oczywistych wad. A to dlatego właśnie, że zadziwiła mnie oryginalność, inność, fantastyczność tamtego świata. I myślę, że gdybym nie był takim starym dziadem, jakim jestem, to “Valerian i miasto tysiąca planet” byłoby kandydatem na jeden z filmów mojego – jak to się czasem szumnie mówi – pokolenia. Na razie jednak nie zanosi się na to, by uniwersum “Valeriana” stało się światowym fenomenem na miarę “Star Wars” czy “Harry’ego Pottera”. Być może ma taki status we Francji – tego nie wiem. Na razie muszę się (choć trudniejsze to pewnie będzie dla Bessona) pogodzić z tym, że nie powstanie sequel (który mógłby być przecież takim “Imperium Kontratakuje” czy “Terminatorem II: Dniem sądu” – filmem, który wyniósł posiadającą wielki potencjał franczyzę na o wiele wyższy poziom). I na pewno muszę sięgnąć po komiksy opowiadające o przygodach Valeriana i Laureline.