[No, to obejrzałem w końcu]: Downton Abbey: Nowa epoka

I przez cały czas miałem poczucie, że to co oglądam jest, jak na Downton Abbey, trochę za wesołkowate. Podobne odczucia zresztą miałem wobec poprzedniej kinowej odsłony serialu. Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem, że “Downton Abbey” jest ciepłym kocykiem* nostalgii za czasami, kiedy arystokracja wzamian za wierność dawała służbie poczucie bezpieczeństwa, a ludzie mieszkali w neo-gotyckich zamkach i pili herbatę z porcelanowych filiżanek. Ten serial nigdy nie miał być “Rodziną Soprano” czy innym “The Wire”, tylko ukojeniem dla zagubionych w XXI wieku dusz. Zdaję sobie z tego sprawę.

A jednak w serialu były wątki, w których stawka tego serialu była wyższa, niż tylko “kto zostanie pokojowcem jaśniepana”. I wcale nie traktuję tych intryg z lekceważniem, bo scenarzyści, reżyserzy i aktorzy zaangażowani w produkcję “Downton Abbey” stworzyli tak przekonujących bohaterów, że chyba każdy z zapartym tchem kibicował uczestnikom tej gry. Ale ten serial był czymś więcej, niż nie tylko sagą o arystokratycznym rodzie i plotkującej o jaśniepaństwie służbie. Były tam wątki społeczne, polityczne, obyczajowe. Momenty dramatyczne. Twórcy nie unikali mrocznych aspektów życia w Anglii początku XX wieku. I nie pokazywali tych mrocznych aspektów w sposób karykaturalny albo powierzchowny. Wyważenie pomiędzy wątkami, które były bardzo na serio a uroczą opowieścią o szlachcie, która (w większości) rzeczywiście jest szlachetna i służbie, która (w większości) jest dobroduszna. Właśnie ten balans stanowił o sukcesie tego serialu.

Jeśli ten serial porównać do nagrania ze złotej ery jazzu, z ryczącymi trąbkami, rozstrojonym pianinem i trzaskami ze starej płyty winylowej, tak kinoweym wersjom “Downton Abbey” bliżej do smooth jazzu z windy. Niby to samo, a jednak bez tego ciężaru, bez tego brudu. Ogląda się to trochę jak parodię. Owszem śmieszną i krzepiącą serce, ale jednak pozostawiającą wrażenie, że to mogło być trochę mniej naiwne i sielankowe. Żeby było mniej pocztówką, a bardziej fabułą…

…a może rodzina Crawley’ów i ich służba przeszła już zbyt wiele, może wystarczy im już tych cierpień? Może powinni już na zawsze trwać w tym idyllicznym końcu historii, w tym niekończącym się happy endzie, gdzie konflikt nigdy nie jest gorętszy, niż frak staromodnego angielskiego lokaja, pocącego się na francuskiej Riwierze? Może to dobrze, że mamy możliwość zawinięcia się w ten ciepły koc i spędzenia reszty wieczoru z earl grey’em i książką? Że możemy z dumą spojrzeć, jak nasi bohaterowie stawili czoła wyzwaniom i jak przy tym dojrzeli?

*Albo chłodzącym wiatraczkiem, jeśli czytacie to w czasie kolejnej w tym roku fali upałów.

[No, to obejrzałem w końcu]: Doktor Strange w multiwersum obłędu

Ostatnimi czasy moje odczucia wobec filmów Marvela można przedstawić za pomocą sinusoidy, bowiem jeśli jeden film mi się podoba bardzo, to kolejny niekoniecznie. I choć na tej sinusoidzie nowe przygody komiksowego czarnoksiężnika znajdują się raczej wśród tych mniej udanych produkcji, to jednak trzeba temu obrazowi przyznać, że przynajmniej jest jakiś.


Oglądając “Doktora Strange’a w multiwersum obłędu”, patrząc na jego język wizualny, charakterystyczną pracę kamery, widz wie, że ten film stworzył człowiek. Mający osobowość, swój własny styl, wizję i pomysły. Oby producenci Marvela częściej dawali reżyserom tyle swobody twórczej, ile dali jej Samowi Raimiemu. Bo niestety kolejne odcinki kinowego serialu o superbohaterach coraz częściej wyglądają generycznie.

A teraz część SPOILEROWA:

Serdecznie apeluję do filmowców o zaprzestanie znęcania się nad sir Patrickiem Stewartem. Wstydzilibyście się tak maltretować osobę w podeszłym wieku. Ja rozumiem, że każdy chce zabić Profesora X, ale to już jest trzeci raz! Może dla odmiany zabijcie tym razem Jamesa McAvoy’a? 🤨

Vangelis

W dniu, gdy ogłoszono, że zmarł Vangelis, przesłuchałem jego soundtrack do “Blade Runnera”, a później ścieżkę do “Blade Runnera 2049” Hansa Zimmera stworzoną we współpracy z Benjaminem Wallfischem. I o ile Hans Zimmer nie bez powodu jest najbardziej rozchwytywanym kompozytorem filmowym XXI wieku (ścieżka do “Ostatniego Samuraja” ❤️), to jednak jego soundtrack do “Łowcy Androidów” jest tylko soundtrackiem. Świetnie uzupełniającym film i budującym jego atmosferę, ale to wszystko.

Natomiast ścieżka Vangelisa jest nie tylko tłem do filmu, ale też wartością samą w sobie. Można jej słuchać, by przenieść się na chwilę do tego klimatycznego uniwersum. Można też słuchać jej jako po prostu dobrej muzyki, niekoniecznie spełniającej funkcję muzyki filmowej czy muzyki z gatunku “klimat sci-fi”.

Zresztą “Blade Runner” to nie jedyny taki przypadek. Kompozycje z “1492. Wyprawa do raju” czy “Rydwanów ognia” znają ludzie, którzy nigdy nie widzieli tych produkcji. Te utwory stały się nawet bardziej ikoniczne od samych filmów, na których potrzeby powstały.

No i sprawdźcie to czarno-białe zdjęcie z syntezatorami. Fotografia została zrobiona chyba w latach 80. XX w., ale Vangelis wygląda tutaj, jak jakiś alternatywny muzyk z lat 2010. Jak widać, gość wyprzedzał swoje czasy także pod względem stylówy.

[No, to obejrzałem w końcu]: “Bo we mnie jest seks”

“Bo we mnie jest seks” to tacy “Poszukiwacze zaginionej Arki” muzycznych filmów biograficznych. W obu produkcjach główna postać w zasadzie nie ma wpływu na fabułę. Ale i tak ogląda się to z przyjemnością.

Wcielającą się w rolę Kaliny Jędrusik Marię Dębską zachwycają się wszyscy i słusznie. Nie dodam tutaj chyba nic oryginalnego. Mogę tylko powiedzieć, że oprócz brawurowej gry, Dębska zaimponowała mi – jak mawiają Anglosasi – fizyczną transformacją, jaką przeszła na potrzeby tej roli.

Na wyróżnienie zasługuje soundtrack – autorstwa Luki, znanego między innymi z muzyki do serialu “Pitbull” – który tworzy świetny pomost między brzmieniami przełomu lat 50. i 60. a współczesnością.

Ale najbardziej odświeżającą w tym filmie rzeczą jest złamanie formuły muzycznego bio picu. Oglądając filmowe życiorysy muzyków ma się wrażenie, że ciągle oglądamy tę samą historię, a kolejne zwroty akcji można przewidzieć z dokładnością co do minuty. A “Bo we mnie jest seks” traktuje ten ograny fabularny schemat z podobna dezynwolturą, z którą Kalina Jędrusik podchodziła do obowiązujących konwenansów.

[No, to obejrzałem w końcu]: “The Book of Boba Fett”

Oglądanie nowej produkcji Disney+ można podzielić na pięć etapów.

Etap pierwszy. Oglądam serial o noszącym zbroję i hełm łowcy nagród, tajemniczym antybohaterze, w którym – choć sam pewnie nie chce tego przyznać – drzemie dobro. I zastanawiam się, czym to się różni od serialu o noszącym zbroję i hełm łowcy nagród, który dopiero co oglądałem.

Oczywiście, że Boba Fett różni się od tytułowego bohatera serialu “The Mandalorian”. Ale jak na wielość historii i postaci w świecie Star Wars, decyzja o zrobieniu dwóch seriali pod rząd o dwóch postaciach, które tak łatwo ze sobą pomylić, wydawała się dziwna. Tak, wiem, żaden szanujący się starwarsowy nerd ich nie pomyli. Ale już masowa publiczność może być mocno skonfundowana. A to przecież do niej Disney adresuje swoje produkcje, nie?

Etap drugi. Zastanawiam się, czy ten Boba Fett to na pewno ta sama postać, którą znamy z kinowych Star Warsów. Tamten typ był strasznym dupkiem. Sprzedał Luke’a i Leię Vaderowi i zamroził Hana Solo. A teraz zachowuje się , jak ludzki pan, dużo lepszy od Jabby, dla którego przecież pracował i u którego bywał na imprezach, słuchając sobie muzyki i patrząc, jak Rancor pożera niewolnice-tancerki. Coś tu się nie klei, nawet jak dla mnie, a ja nie jestem wymagającym widzem.

Etap trzeci. Właśnie kiedy to wszystko powoli zaczyna mieć sens, właśnie kiedy zaczynam widzieć, czym właściwie “The Book of Boba Fett” się różni od “The Mandalorian”, serial w ostatniej chwili gwałtownie zjeżdża z tej prostej, szerokiej autostrady i zmienia się w… “The Mandalorian”.

Etap czwarty. “The Mandalorian” zmienia się w “Imperium Kontratakuje”. Wszystko fajnie, ale jak chcę oglądać “Imperium Kontratakuje, to oglądam “Imperium Kontratakuje”.

Etap piąty. Finał. Serial znowu jest o Boba Fecie. Wątki się rozwiązują i nawet kontrowersyjne decyzje z poprzednich etapów okazują się mieć sens. A ja przyłapuję się na tym, że ta podróż do Odległej Galaktyki była całkiem fajną przygodą.

Lubię kiedy “Gwiezdne Wojny” stają się trochę wycieczką krajoznawczo-etnograficzną. Kiedy możemy poznawać niesamowite miejsca i nowe światy. “The Book of Boba Fett” na pierwszy rzut oka zdaje się być tylko recyklingiem motywów znanych i lubianych. Ostatecznie Fett to postać, która zadebiutowała jako drugoplanowy henchmen, a potem zaczęto dorabiać mu całą dramatyczną historię tylko dlatego, że jego figurki się dobrze sprzedawały.

A jednak mamy tutaj momenty, kiedy możemy świat “Star Warsów” na spokojnie pozwiedzać i na przykład przyjrzeć się społeczności Ludzi Pustyni. Dziwna to rasa, która zawsze pozostawała na marginesie w filmowych odsłonach sagi. A tutaj możemy ją poznać bliżej. Ale też nie za blisko. I to jest zajebiste. A czy Tuskenowie przypadkiem nie za bardzo przypominają Fremenów? No, cóż zdaje się, że “Gwiezdne wojny” są oskarżane o zrzynkę z Diuny mniej więcej od 1977 roku. Teraz przynajmniej zrzucili zasłonę i przestali się z tym kryć.

Kiedy twórcy serialu grają na nostalgii, to też bynajmniej się z tym nie kryją. Wręcz przeciwnie, odkręcają ten potencjometr na maksa. Finałowy odcinek wygląda, jakby grupka dziesięciolatków po prostu się bawiła swoimi figurkami ze świata Star Wars. Grupka dziesięciolatków, którzy mają nie tylko bogatych rodziców, ale też sporo talentu i doświadczenia. A kto byłby lepszy do przewodzenia tej bandzie, jeśli nie Robert Rodriguez, który wyreżyserował rozwałkę w finałowym odcinku ? Mojego wewnętrznego dziesięciolatka to cieszy.

No i wreszcie, nie zapominajmy o muzyce. Ten numer absolutnie rządzi. Chociaż troszkę smuteczek, że nie wykorzystano żadnej kompozycji zespołu Bantha Rider.

The Batman

Każdy z nas ma swój własny ideał Batmana. Ja przez pierwsze pół godziny seansu “The Batman” byłem mocno rozdarty, czy wersja stworzona przez Matta Reevesa jest zgodna z moim ideałem.

Niektóre artystyczne wybory zdawały mi się nietrafione. Miałem na przykład wrażenie, że Batman był jakiś taki zbyt… horyzontalny. W jednej ze scen, zanim spierze złoczyńców na kwaśne jabłko, dostojnie zmierza ku nim po peronie metra, stawiając ciężkie i głośne kroki. Nie powinien raczej prać złoczyńców uprzednio skoczywszy z jakiegoś wieżowca? W końcu Gotham to miasto strzeliste i wertykalne, nie?

Ale moją największą obawą była sama fabuła i to co Matt Reeves (oraz współautor scenariusza Peter Craig) chcą za przez ten film powiedzieć. Przywołująca skojarzenia z “Siedem” Davida Finchera, ponura treść tego obrazu zdawała się zbyt pesymistyczna, nawet jak na postać noszącą przydomek Mroczny Rycerz. Jasne, świat Batmana nie jest specjalnie przyjemnym miejscem, ale to jeszcze nie oznacza, że historie osadzone w jego uniwersum powinny nam serwować nihilizm w stylu “Jokera” z Joaquinem Phoenixem.

Jednak wraz z rozwojem fabuły, byłem coraz bardziej na tak. Z każdą kolejną sekwencją twórcy filmu coraz bardziej ujawniali swoją wizję, a moja konsternacja przeradzała się w podziw dla tego, jak błyskotliwie została poprowadzona ta opowieść. Reeves uchyla rąbka tajemnicy stopniowo, w tempie niemal idealnie skrojonym pod to, by trzymać widza w napięciu. I to w podwójnym sensie: z jednej strony cały czas zastanawiałem się, co wydarzy się dalej; z drugiej zaś – choć coraz bardziej przekonywałem się do tego filmu – niemal do końca nie byłem pewny czy po wyjściu z kina będę zadowolony.

Do doskonałego rytmu tego obrazu, dodajcie świetne zdjęcia Greiga Frasera; muzykę (kto powiedział, że Kurt Cobain nie może skomponować motywu do Batmana trzy dekady po swojej śmierci?) czy doskonałe aktorstwo Jeffrey’a Wrighta, Paula Dano czy Johna Turturro. No, a Robert Pattinson… W roli Bruce’a Wayne’a brytyjski aktor jest tym samym emo chłopcem, którego wszyscy kojarzą ze “Zmierzchu”. Co bardzo dobrze działa w kontraście ze scenami, w których Pattinson wciela się w Batmana i jest tej roli absolutnym, niekwestionowanym badassem. Chylę czoła!

Ale “The Batman” to nie tylko piekielnie dobrze zrealizowana produkcja. To przede wszystkim film, który dobrze rozumie postać tytułową. Bo mimo całego tego mrocznego anturażu, z którym go kojarzymy, jest to bohater idealistyczny, reprezentujący dobro, sprawiedliwość i nadzieję. I taką właśnie postacią jest sportretowany przez Roberta Pattinsona Batman. Mogę śmiało powiedzieć, że jest to Batman zgodny z moim ideałem. Zatwierdzam.

No, dobra. Jeszcze jedna rzecz, którą zostawiłem sobie na koniec: Gotham. Gotham jest w tym filmie perfekcyjne. Jak dotąd moim ideałem była wizja Tima Burtona. Ale podczas, gdy Gotham Burtona było gotyckie w sposób trochę operetkowy, Reeves traktuje tę gotyckość śmiertelnie poważnie. I odkręca potencjometr klimatu na maksa. Jego Gotham ani na chwilę nie przestaje być posępne, zimne, deszczowe i nocne. I cały czas pozostaje przerażająco piękne.

Pewnego razu… w przeszłości. Czyli Tarantino i historia [SPOILERY z “Pewnego razu… w Hollywood” i “Bękartów Wojny”]

Mija już 12 lat od premiery ostatniego filmu Quentina Tarantino, którego akcja nie byłaby osadzona w realiach historycznych. Był to „Death Proof” z Kurtem Russelem. Obrazy historyczne stanowią już prawię połowę filmografii Tarantino. Nim się obejrzeliśmy, okazało się, że amerykański reżyser jest niezłym historycznym nerdem. Zaczęło się od opowiadających o II wojnie światowej “Bękartów wojny“, następnie były osadzone w realiach szeroko pojmowanego Dzikiego Zachodu “Django” i “Nienawistna ósemka“, a w tym roku będące hołdem dla amerykańskich lat sześćdziesiątych “Pewnego razu… w Hollywood“. Z niemal każdym z kolejnych filmów coraz bardziej uwidocznia się też jego specyficzny stosunek do historii. Wraz z obejrzeniem najnowszej jego produkcji doszedłem do wniosku, że Tarantino wykorzystuje historię, by zafundować nam coś, co można nazwać jedynym w swoim rodzaju katharsis. Katharsis, o którym nawet nie wiedzieliśmy, że go potrzebowaliśmy.

once upon a time 2

Żeby wyjaśnić, o co mi chodzi, musimy przestać się patyczkować i od razu przejść do spoilerów. Przypomnijmy: “Bękarty wojny” z 2009 r. opowiadają o specjalnym oddziale amerykańskiej armii, złożonym z żołnierzy żydowskiego pochodzenia. Zadanie jednostki jest proste. Jak wyjaśnia swoim podwładnym dowódca – grany przez Brada Pitta porucznik Aldo “Apacz” Raine – jest nim “tylko i wyłącznie… zabijanie nazistów”. Oddział, będący czystym wytworem wyobraźni reżysera (w rzeczywistości nigdy nie istniało coś podobnego), w trakcie trwania akcji filmu to właśnie czyni, dokonując brutalnych egzekucji niemieckich żołnierzy na tyłach wroga.

Już sam pomysł na opowieść jest interesujący. Oto Żydzi, będący najważniejszym i najliczniejszym celem starannie zaplanowanego i skutecznie przeprowadzonego przez nazistowskie Niemcy mordu, w filmie Tarantino dokonują na swoich oprawcach zemsty, nie tylko zabijając ich, ale robiąc to z typowym właśnie dla nazistów okrucieństwem. Z tą różnicą, że barbarzyństwo nazistowskich Niemiec skierowane było w ludzi niewinnych, a brutalność aliantów jest, w tym wypadku, karą za popełnione zbrodnie. Można powiedzieć, że wymierzają sprawiedliwość, kierując się zasadą “oko za oko, ząb za ząb”. Wiemy, że w rzeczywistości Żydzi nie mieli okazji wziąć odwetu na nazistach. Większość populacji europejskich Żydów została wymordowana, prawie nie stawiając przy tym oporu. Część przywódców nazistowskich Niemiec nawet jeśli została ukarana za swoje czyny, to raczej w humanitarny sposób. A przecież tysiące zbrodniarzy wojennych, nie tylko uniknęło kary śmierci czy wieloletniego więzienia, ale wręcz wiodło normalne życie, nawet nie próbując ukrywać się przed wymiarem sprawiedliwości i często nie spotykając się z nawet żadną formą ostracyzmu.

I tutaj wkracza Tarantino z “Bękartami wojny” ze swoją alternatywną wersją historii. W filmie nazistowska wierchuszka i sam Adolf Hitler giną w zamachu w paryskim kinie, zorganizowanym przez Żydów. Tym samym reżyser daje Żydom podmiotowość, której w dużej mierze byli pozbawieni w czasie II wojny światowej . Co więcej, specjalizującego się w polowaniach na ukrywających się Żydów pułkownika SS Hansa Landę spotyka niemiła niespodzianka. Choć dogadawszy się z aliantami, szykuje sobie spokojną emeryturę na terenie USA, w ostatniej chwili “Apacz” wydrapuje mu na czole swastykę. Landa, więc być może dożyje spokojnej starości, nigdy nie odpowiedziawszy za popełnione zbrodnie, ale już na zawsze pozostanie napiętnowany.

inglorious basterds 1

W tegorocznym “Pewnego razu… w Hollywood” również mamy do czynienia z alternatywnym zakończeniem powszechnie znanych, prawdziwych wydarzeń. W finałowych scenach filmu członkowie bandy Charlesa Mansona, zamiast zamordować ciężarną Sharon Tate i jej przyjaciół, trafiają do domu sąsiadów aktorki, gdzie sami zostają zabici przez byłego wojskowego, a obecnie kaskadera, Cliffa Bootha (w tej roli Brad Pitt) i aktora Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio). Wbrew historycznym faktom, Tate zostaje ocalona i wszystko kończy się dobrze, niczym w baśni czy staromodnym westernie (co zresztą sugeruje oryginalny tytuł filmu “Once Upon a Time in Hollywood”, który może być tłumaczony tak, jak zrobili to polscy dystrybutorzy filmu, ale także jako “Dawno temu w Hollywood”).

Podobnie jak w “Bękartach wojny” i tutaj Tarantino wykracza poza zwykły happy end, gdzie dobrzy wygrywają, a źli zostają ukarani. Booth i Dalton zabijają niedoszłych morderców Sharon Tate w sposób niemal tak krwawy, jak zbrodnia, której zapobiegli. I podobnie jak w przypadku nazistów, wyznawcy Mansona niejako zasłużyli sobie na swój los. Niejako – bo według logiki filmu – dopiero planowali morderstwo. Być może, gdyby nie zostali powstrzymani przez naszych bohaterów, wszedłszy do domu Sharon Tate, w ostatniej chwili opamiętaliby się i porzucili swe zbrodnicze zamiary. Tarantino zdaje się nie przejmować tutaj wewnętrzną logiką opowieści, bawiąc się z wiedzą widzów na temat opisywanych wydarzeń.

W “Pewnego razu… w Hollywood” idzie nawet dalej, niż w “Bękartach wojny” umieszczając w różnych momentach filmu kilka scen ukazujących niewinność i niemal anielską czystość Sharon Tate. W filmie nie ma ani jednej sceny, w której grana przez Margot Robbie aktorka zrobiłaby albo powiedziała coś, co mogłoby kogokolwiek zranić. Według relacji osób, które ją znały, właśnie taka była Sharon Tate. Kluczowa jest chyba scena, w której ufna i otwarta Tate podwozi swoim samochodem hippiskę, nieświadoma faktu, że autostopowiczka należy do tej samej sekty, której członkowie później udadzą się do jej domu z zamiarem zamordowania przebywających tam ludzi. To wszystko czyni podjęty przez bandę Mansona plan zamordowania aktorki jeszcze bardziej zbrodniczym, a samych jej członków jeszcze bardziej odrażającymi. W kulminacyjnych scenach produkcji widz nie może już pozostać obojętnym wobec zbrodni.

inglorious basterds

I dlatego też oglądanie, jak wyznawcy Charlesa Mansona są brutalnie bici przez Cliffa Bootha, rozszarpywani przez będącego jego pupilem pit bulla, a na koniec podpalani miotaczem ognia przez Ricka Daltona (przypadkiem jest to rekwizyt z planu filmu, w którym grana przez Daltona postać spopiela miotaczem ognia nazistów) sprawia taką przyjemność. Może i perwersyjną, ale jednak. Zarówno scenę, w której ginie Hitler w “Bękartach wojny”, jak i scenę, w której główni bohaterowie rozprawiają się z bandą Mansona, traktuję jako katharsis. Katharsis, o którym nawet nie wiedziałem, że go potrzebowałem.

Bo czy nie to właśnie daje nam Hollywood? Ucieczkę od świata pełnego niesprawiedliwości. W którym źli zbyt często wygrywają. W którym zbyt rzadko żyjemy długo i szczęśliwie. Zbyt rzadko odchodzimy ku zachodowi słońca trzymając za rękę ukochaną dziewczynę. Oferując te wszystkie happy endy, fabryka marzeń uwalnia nas – choćby na chwilę – od cierpienia egzystencji. A Tarantino robi hollywoodzkie kino. Tylko, że w swoim przesadzonym, przerysowanym i wyolbrzymionym stylu. Daje nam na chwilę poczuć satysfakcję, że zbrodniarze ponieśli karę stosowną do swoich zbrodni, a niewinni zostali pomszczeni lub wręcz uratowani.

Po tym, jak Booth i Dalton zabijają wyznawców Mansona, grany przez Pitta kaskader zostaje odwieziony do szpitala z niezbyt poważnymi ranami kłutymi, a grana przez DiCaprio gwiazda srebrnego ekranu, cała i zdrowa, przechadza się po cichej ulicy na wzgórzach Hollywood. Ulicy, która miała stać się widownią bezprecedensowej zbrodni. W końcu dociera pod dom Sharon Tate i rozmawia z nią przez interkom. Internet roi się od różnych interpretacji faktu, że w epilogu filmu Tate nie została pokazana, a jedynie słyszymy ją. Jedna z tych interpretacji mówi, że jej głos ma być głosem ducha, przemawiającego z zaświatów. Ja wolę czytać tę scenę w ten sposób, że niewinność Tate została zachowana w pełni. Nie tylko sama nie padła ofiarą makabrycznej zbrodni, ale nawet nie była zmuszona być świadkiem brutalnego rozprawienia się ze zbrodniarzami. Może spać spokojnie, będąc całkowicie odizolowana od zła, które się wydarzyło. Zło – uosobione przez bandę Mansona – zostało pokonane i zniszczone. Mordercy nie tylko zostali powstrzymani, nie tylko cierpieli katusze, ale też zostali ośmieszeni, bo Tarantino bynajmniej nie portretuje ich jako łotrów, którzy posiadają jakiś urok i mogą wzbudzić fascynację, raczej jako groteskowych nieudaczników, którym nikt nie będzie współczuł. Tym samym odbiera potworom ich moc. Dobro zaś – uosobione przez Sharon Tate – jest nie tylko ocalone, ale też pozostaje niezbrukane.

once upon a time
Oczyszczenie (bo w końcu taka właśnie jest etymologia pochodzącego z greki słowa katharsis – dosłownie oznaczającego oczyszczenie z negatywnych emocji i bólu), które przeżywamy dzięki tym scenom, spycha nawet na dalszy plan moralne wątpliwości. Czy rzeczywiście powinniśmy odpłacać się za zło takim samym złem? Czy faktycznie żołnierze służący w niemieckiej armii powinni być ofiarami odpowiedzialności zbiorowej, egzekucji, tortur i piętnowania za zbrodnie nazistowskiej machiny zagłady? Czy wymierzanie sprawiedliwości bez sądu jest w porządku? No i odwieczne pytanie: czy tak charakterystyczne dla filmów Tarantino epatowanie przemocą, estetyzowanie jej i fascynacja nią nie zainspiruje kogoś do użycia jej w świecie rzeczywistym?

Swoją drogą sam reżyser zdaje się do tego nawiązywać, kiedy w “Pewnego razu… w Hollywood” wyznawcy Mansona jadący do domu Sharon Tate spotykają po drodze Ricka Daltona i rozpoznają w nim gwiazdę pełnych przemocy telewizyjnych westernów, na których się wychowali. Członkini sekty Susan Atkins, będącej pod wpływem dużej ilości narkotyków “poszerzających świadomość”, zaczyna zdawać się spójne i logiczne, że należy ukarać gwiazdę owych filmów za to, że nauczyły jej pokolenie przemocy. Dla pozostałych członków bandy, równie odurzonych LSD i zaczadzonych obłąkańczą ideologią Mansona, również zaczyna mieć to sens. Tym samym mordercy – w swoim mniemaniu – sami siebie zwalniają z odpowiedzialności za zbrodnię, którą zamierzają zaraz popełnić. Trudno nie odczytywać tego, jako komentarza Tarantino do licznie formułowanych pod jego adresem oskarżeń o inspirowanie realnych aktów przemocy. Twórca odpowiada niemalże wprost: to tylko fantazja – możecie o przemocy fantazjować, tak jak ja i cieszyć się nią na ekranie, a możecie też – używać jej w prawdziwym życiu – ale róbcie to tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Wracając jednak do sedna: Tarantino niewątpliwie bawi się historią, jak wielu twórców przed nim. Ale co jest w jego przypadku oryginalne – poprawcie mnie, jeśli się mylę – to, że gdy inni bawią się po prostu w alternatywne scenariusze, co-by-było-gdyby, by zaintrygować odbiorców, on czyni z historii narzędzie do leczenia traum. W “Bękartach wojny” jest to trauma II wojny światowej i Holocaustu. W “Django”, osadzonym w czasach przed amerykańską wojną secesyjną, opowiadającym o czarnym niewolniku krwawo mszczącym się na białych plantatorach, jest to trauma niewolnictwa i dyskryminacji Afroamerykanów. W “Pewnego razu… w Hollywood” to trauma bezsensownych i groteskowych morderstw popełnionych przez sektę Mansona. Czasami są to traumy, o których nawet nie wiedzieliśmy, że je mamy. Dopóki Tarantino nas z nich nie wyleczył. Taka przynajmniej jest moja interpretacja.

Solo: A Star Wars Story. Czyli o błogosławieństwie niewiedzy [SPOILERY]

“Solo” to film, który reklamowano jako opowieść o tym “jak Han Solo stał się cwaniaczkiem, na którego Luke Skywalker i Obi-Wan Kenobi natknęli się w kantynie w pierwszych “Gwiezdnych Wojnach” z 1977 roku”. Oglądając ten film, zastanawiałem się, czy naprawdę, rzeczywiście muszę to wiedzieć? Czy muszę zobaczyć na własne oczy, jak Han poznał Chewbaccę? Czy muszę wiedzieć, jak przebył drogę na Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków? I czy naprawdę to zrobił, czy nie jest to tylko przechwałka?

solo 1

Niemal zawsze, kiedy udajemy się do kina, to widzianemu przez nas obrazowi towarzyszą nieobecne na ekranie postacie, światy i historie. Tworzą tło, w którym żyją nasi bohaterowie i w którym dzieje się opowiadana przez film fabuła. Fascynujące i wywołujące pytania, na które często nie otrzymujemy odpowiedzi. Te poboczne wątki, zaprzeszłe wydarzenia, nieodwiedzone miejsca, niewyjaśnione zagadki to tlen, którym oddycha oglądana przez nas historia. Kiedy się to wszystko rozłoży na części pierwsze, to taka jest przede wszystkim ich funkcja – są życiodajną substancją służącą stwarzaniu głębi głównych bohaterów i popychaniu fabuły naprzód. A jednak, mimo swej często wyłącznie służebnej natury, fascynują nas same w sobie. Chcemy dowiedzieć się o nich więcej. A kiedy już je poznajemy, jesteśmy rozczarowani. Bo przecież gdzieś z tyłu naszych głów wyobraźnia mniej lub bardziej wyraźnie wizualizowała te wydarzenia, te wątki. A to jak zostały przedstawione nie jest zgodne z naszą imaginacją czy równie dobre, co ona. Albo po prostu aura tajemniczości i niedopowiedzeń sprawiała, że były bardziej atrakcyjne, bo najbardziej podoba nam się to, czego nie widać. Więc czy gdy zobaczymy na własne oczy coś, co – często przez lata – fascynowało nas swoją tajemnicą, to zawsze skazani jesteśmy na rozczarowanie? Może po prostu wolimy gonić króliczka, niż go złowić?

Zanim przejdę do dalszej części moich dumań i rozważań – choć to chyba oczywiste – chciałbym zaznaczyć, że oprócz “Solo”, będę spoilerował także inne długometrażowe filmy z uniwersum “Star Wars”.

Wróćmy na chwilę do roku 1977, kiedy to wszedł na ekrany film zatytułowany “Gwiezdne Wojny” i rozbił bank. Szczerze mówiąc, to rozbił wszystkie możliwe banki w mieście. Był to film, który – wydaje mi się konieczne zaznaczenie tego – był sam w sobie skończoną całością. Jasne, zakończenie jest na tyle otwarte, że stwarzało możliwość kontynuowania historii, ale jednocześnie na tyle konkluzywne, że cała “saga” mogłaby zostać zamknięta tym jednym filmem. Niezależnie czy kręcąc “Star Wars”, George Lucas już miał w głowie te wszystkie pomysły, że Darth Vader jest ojcem Luke’a Skywalkera, czy też nie – w momencie zakończenia zdjęć do filmu, nakręcenie jakiegokolwiek sequelu stało pod wielkim, tłustym znakiem zapytania. Lucas był wówczas przekonany, że film okaże się totalną klapą, o czym świadczy fakt, że nie pojawił się nawet na oficjalnej premierze filmu. Dopiero wkrótce po niej, okazało się, że “Nowa nadzieja” (choć tej nazwy nikt jeszcze nie używał, została ona nadana filmowi później) to żyła złota, a zatem warto kontynuować tę historię na ekranie. Zmierzam do tego, że w latach siedemdziesiątych myślenie kategoriami budowania współdzielonego uniwersum było zdecydowanie mniej oczywiste, niż dzisiaj. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza komiksami superbohaterskimi, jedynym precedensem dla Star Wars expanded universe w tej sferze był chyba wysyp fan fiction zainspirowanego serialem Star Trek.

W każdym razie, kiedy Han chwali się, że jego Sokół Millenium przebył drogę do Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków, to był po prostu sposób scenarzysty, by przekazać widzom, że a) Millenium Falcon jest raczej szybkim środkiem transportu b) albo tak przynajmniej uważa jego właściciel, cwaniaczkowaty zarozumialec. Całe to wydarzenie miało służyć budowaniu postaci granej przez Harrisona Forda. Nikt nie stwarzał tutaj żadnej szczególnie głębokiej mitologii. Zbudowali ją fani przez dekady fascynacji “Gwiezdymi wojnami” i każdym ich detalem. Teraz przyszedł czas, by film “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” (powinna powstać jakaś spec-jednostka policji do zwalczania zbrodni przeciwko językowi polskiemu, jakimi są dokonywane przez dystrybutorów przekłady tytułów filmów) pokazał każdy z mitów, którymi Han Solo obrósł przez wszystkie filmy sagi. Oglądając drogę na Kessel czy też moment, w którym Lando przestał być właścicielem Sokoła Millenium, a stał się nim Han, nie czułem rozczarowania czy oburzenia sposobem, w jaki zostało to przedstawione. Pewnie dlatego, że nie miałem wobec tych właśnie wydarzeń jakichś szczególnych oczekiwań. Scenę pokazująca, jak Han i Chewie zostali przyjaciółmi uważam za dowcipną i uroczą, niby nic zaskakującego, a jednak fajny moment. Scenę nadania głównemu bohaterowi nazwiska przez imperialnego urzędasa z litości zmilczę, wszak to zaledwie mały detalik. Jeśli coś zadziałało w odczuwalnym stopniu na moje emocje, to wątek który akurat nie był sygnalizowany w żadnej z dotychczas nakręconych części sagi (zaznaczam, że cały czas odwołuję się do długometrażowych filmów, nie do książek, komiksów czy seriali animowanych). Mam tu na myśli dziewczynę Hana – graną przez Emilię Clarke postać imieniem Qi’ra. Nie żebym się spodziewał, że Leia była pierwszą przedstawicielką płci pięknej, z którą Solo miał kiedykolwiek do czynienia. Jednak wyobrażałem sobie, że wcześniejsze kontakty Hana z kobietami były raczej powierzchowne i przelotne. Wiecie, to raczej gość, który po wspólnie spędzonej nocy nie oddzwania, by umówić się na kolejną randkę. Tymczasem okazuje się, że nie tylko miał dziewczynę, ale także, że bardzo ją kochał. Bez kitu, on spędził trzy lata nie myśląc o niczym innym, jak tylko o tym, żeby po nią wrócić i ją uwolnić.

I to naprawdę piękne z jego strony. Tylko, że w tym świetle nagle związek Hana z Leią traci na wyjątkowości. Chyba jednak wolałem myśleć, że to właśnie ona była tą jedyną, prawdziwą miłością Hana. Że tylko ona była w stanie rozmiękczyć serce tego cynicznego drania. Przez wydarzenia z “Solo”, teraz jakoś wydarzenia “Nowej nadziei”, “Imperium Kontratakuje“, “Powrotu Jedi” czy “Przebudzenia mocy” tracą jednak trochę na emocjonalnej wadze. No, ale to tylko moje wyobrażenia. Istniejąca zapewne tylko i wyłącznie w mojej głowie opowieść została zdemitologizowana. Ale przecież “Solo” to nie pierwszy gwiezdnowojenny film, w którym odarto różne wątki z płaszczyku tajemnicy. Wszak uczyniły to już blisko dwie dekady temu prequele.

W oryginalnej trylogii mieliśmy do czynienia z wieloma wzmiankami, które pobudzały ciekawość wielu widzów. Co to właściwie były wojny klonów? Kim byli rycerze Jedi i jak właściwie wyglądała Galaktyczna Republika, zanim władzę przejął Imperator? I kim właściwie jest ten Imperator? No i chyba najważniejszy wątek. Jak Anakin Skywalker stał się Lordem Vaderem i dlaczego musi nosić tą za-je-bi-stą zbroję i ten za-je-bis-ty hełm? Ja sam rozpocząłem swoją przygodę z “Gwiezdnymi Wojnami” właśnie od prequeli, dlatego nie wiem, co czuli ludzie, którzy widzieli oryginalną trylogię w przeddzień premiery “Mrocznego Widma“. Ale sądzę, że musieli sobie myśleć coś w stylu: “niedługo zobaczymy Galaktyczną Republikę, w której miecze świetlne są równie często spotykane, co rewolwery na Dzikim Zachodzie; zobaczymy słynny pojedynek Anakina i Obi-Wana – ale to będzie badassowe”! No, cóż… jak wyszło, każdy widział… Miliony widzów opuściły sale kinowe rozczarowane, rozgoryczone i zwyczajnie wściekłe – to na to czekali dwie dekady? I teraz pytanie: czy gdyby prequele nie były po prostu tak złe same w sobie; gdyby George Lucas pozwolił komuś przejrzeć swój scenariusz, zanim ruszyły zdjęcia; gdyby nie poszedł na całość z green screenami i stworzył lepsze efekty specjalne; gdyby gra aktorska była mniej drewniana; gdyby nie było Jar Jar Binksamidi-chlorianów – czy bylibyśmy zadowoleni? Czy dobrze pokazana ścieżka Anakina ku ciemnej stronie Mocy nadal byłaby rozczarowująca, bo już pozbawiona nimbu tajemniczości? Czy dobrze nakręcona scena, w której Anakin ulega poparzeniom, które zmuszają go do przywdziania zbroi, sprostałaby zbudowanym przez blisko trzydzieści lat oczekiwaniom? Czy gdyby trylogię prequeli nakręcił np. Chrisopher Nolan, to byłyby to dobre filmy, czy też nadal bylibyśmy niezadowoleni, tylko i wyłącznie dlatego, że odkryto przed nami coś, co nigdy nie powinno zostać odkryte i istnieć tylko w naszej wyobraźni? Nie dowiemy się chyba nigdy.

Bo prawda jest taka, że mamy tutaj chyba po prostu do czynienia z syndromem koca. Kiedy podciągniesz go pod szyję – marzną ci stopy. Gdy przykryjesz stopy – marznie ci szyja. W latach dwutysięcznych, gdy tryumfy popularności świecił serial “Zagubieni“, ten paradoks mogliśmy podziwiać w całej jego okazałości. “Lost” był pierwszym serialem masowo komentowanym i analizowanym przez internautów. Co więcej – jego twórcy byli z fanami w stałym kontakcie. Istniały fora i podcasty poświęcone serialowi, więc showrunnerzy doskonale znali reakcje na kolejne odsłony przygód rozbitków. W “Zagubionych” z odcinka na odcinek pojawiały się kolejne fascynujące tajemnice. Jednak z sezonu na sezon, odpowiedzi na mnożące się nurtujące widzów pytania zdawały się w ogóle nie pojawiać. Co spotykało się z coraz większym zniecierpliwieniem fanów serialu. Domagali się wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi. Jednak gdy scenarzyści “Zagubionych” zaczęli w ostatnich sezonach wyjaśniać zagadki i zdradzać coraz więcej sekretów tajemniczej wyspy, spotkało się to znowuż z rozczarowaniem. Duża część fanów zinterpretowała “Lost” jako pozbawioną sensu papkę, w której suspens służy jedynie utrzymywaniu uwagi widzów, a fabuła nie ma głębokiego, satysfakcjonującego rozwiązania.

Mi osobiście zakończenie “Zagubionych” całkiem się podobało. Uważam, że twórcy sprytnie wybrnęli z pułapki, którą sami na siebie nastawili. Bo jest raczej jasne, że mnożąc kolejne tajemnice i zagadki, wiedzieli o ich prawdziwej naturze niewiele więcej, niż bohaterowie i widzowie. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do pilota podobno spisano wprawdzie “lostową” mitologię, ale sądzę, że była ona bardzo mętna i nie odpowiadała na wiele pytań, a sporo wątków, jak i samo zakończenie, zostały wymyślone później. Ale tak naprawdę nie ma w tym nic złego, bo w tym serialu najciekawsze było właśnie zadawanie sobie kolejnych pytań, a nie otrzymywanie na nie odpowiedzi. Odpowiedzi na pytania okazywały się być z czasem coraz mniej satysfakcjonujące. “Zagubieni” najlepiej działali, kiedy korzystali z faktu, że najbardziej fascynuje nas to, czego nie widać.

Powyższe opiera się trochę na tej samej logice, co zasada, że najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy, nie znamy. Tak przecież było w “Obcym” z 1979 roku. Tytułowy obcy był przerażający najbardziej wtedy, gdy nie było go widać. Owszem, jego sylwetka i wygląd same w sobie są przerażające, ale przyczyną, dla której ten film po blisko czterdziestu latach niemal w ogóle się nie zestarzał, była decyzja twórców, by pokazywać obcego jak najrzadziej i w jak najmniejszym fragmencie. Podobnie było w kontynuacji obrazu nakręconej przez Jamesa Camerona, zatytułowanej “Obcy: ostateczne starcie“, w której jedną z najbardziej przerażających momentów jest scena, w której główni bohaterowie nie widzą, lecz jedynie słyszą ksenomorfy przez radio, nie wiedząc dokładnie ile ich jest.

Tak, jak “Gwiezdne wojny” czy “Zagubieni”, również “Obcy” obrósł w swoje własne uniwersum i w swoją własną mitologię. Za dalszą jej eksplorację zabrał się po trzydziestu latach reżyser pierwszego filmu – Ridley Scott. Jego “Prometeusz” z 2012 roku był historią opowiedzianą niejako na marginesie uniwersum ksenomorfów. I dlatego właśnie mi się podobał mimo, że krytycy i kinomani nie zostawili na obrazie suchej nitki, głównie ze względu na luki fabularne. Ale “Prometeusz”, choć reklamowany jako prequel “Obcego” nie próbował odhaczyć wszystkich punktów z pytaniami, które pojawiły się od 1979 roku. Po prostu delikatnie uchylił rąbka tajemnicy, snując opowieść na obrzeżach świata wykreowanego w “Alienie”. Tymczasem najnowsza odsłona – “Alien: Covenant” – zdaje się zdradzać genezę ksenomorfów krok po kroku. I – cóż za niespodzianka – obcy odarty z tajemnicy staje się mniej fascynujący i mniej przerażający.

Czy to znaczy, że wkrótce znudzą nam się te wszystkie origin stories, prequele i spin-offy? Może na chwilę. Umiarkowany sukces finansowy “Solo” pokazuje chyba, że nastąpiło pewne zmęczenie odkrywaniem ukrytych dotąd rozdziałów znanych i lubianych bohaterów popkultury. Choć równie dobrze kiepski box office obrazu może być wynikiem wielu innych czynników, takich jak rozbuchany budżet filmu spowodowany koniecznością powtórnego nakręcenia niektórych scen, z uwagi na zmianę reżysera w połowie prac nad filmem, czy też nieprzychylną – delikatnie mówiąc – reakcją wielu fanów na “Ostatniego Jedi“. Sądzę jednak, że w długim trwaniu pokusa poznania tego, jak nasz bohater stał się tym, kim jest, będzie nas skłaniała do kupienia biletu do kina czy kolejnego miesiąca abonamentu na platformie streamingowej. Nieważne, ile razy już widzieliśmy rozsypujące się w ciemnym zaułku perły Marthy Wayne, wciąż będziemy oglądać kolejne wersje tej sceny w  serialu “Gotham” czy w filmie “Batman Begins“.

W sumie w “Solo” ciekawszy od Lando Calrissiana, drogi na Kessel i Sokoła Millenium był wątek relacji granej przez Khaleesi dziewczyny Hana z Darthem Maulem. Jaki jest cel Dartha Maula po tym, jak już przestał być uczniem Dartha Sidiousa, który akurat – tak się składa – właśnie trzęsie całą galaktyką? Czy Qi’ra będzie teraz pod kierunkiem Maula zgłębiać tajniki ciemnej strony Mocy czy będzie tylko szefem przestępczego syndykatu? O TYM chcę zobaczyć film… Ale czy na pewno? A może lepiej pozostawić to na zawsze w sferze spekulacji i teorii? Może jednak uznać niewiedzę za błogosławieństwo i nigdy nie dowiedzieć się, co jest w teczce Marsellusa Wallace’a z “Pulp Fiction“?

 

Pitbull: ostatni pies. Czyli w obronie Patryka Vegi [bez spoilerów]

Ten tekst nie będzie recenzją najnowszego filmu Władysława Pasikowskiego. Nie jest to zresztą film zły. Mieliśmy przecież do czynienia z sytuacją, w której stery franczyzy od filmowca specjalizującego się kinie sensacyjnym (Patryka Vegi) przejął inny filmowiec specjalizujący się w kinie sensacyjnym, tyle że o pokolenie starszy (Władysław Pasikowski). Więc najnowsza produkcja mogła stać się dla tego drugiego okazją do pokazania młodym, jak to się powinno robić i przerobieniem “Pitbulla” na “Psy”. Tak się nie stało, choć oczywiście Pasikowski odcisnął swoje piętno. Nie jest to też film jakoś szczególnie dobry. Pełno w nim motywów i wątków pobocznych z różnych bajek, kryminalna intryga jest dość przewidywalna, a gra aktorska nie zachwyca i wcale nie chodzi tutaj wyłącznie o Dodę. Ale to nie jest największy problem, bo nawet wspominany z utęsknieniem pierwszy “Pitbull” nie był dziełem filmowym na miarę Nolana, Tarantino czy Wajdy. Największym problemem jest niezrozumienie istoty franczyzy, jaką jest “Pitbull” i rozmycie wyrazistej tożsamości, jaką miała stworzona przez Patryka Vegę seria. I temu właśnie chciałbym poświęcić ten tekst.

pitbull desper

Bo czy chcemy to przyznać czy nie, to właśnie Patryk Vega ponad dziesięć lat temu stworzył “Pitbulla“. Dzisiaj opinia publiczna totalnie o tym zapomniała. Co najmniej od czasu premiery filmu “Botoks“, internety bez wytchnienia wylewają na Vegę pomyje, wiadro za wiadrem. Nie zrozumcie mnie źle – choć nie wiedziałem “Botoksu” czy “Kobiet mafii” – to po obejrzeniu zwiastunów wierzę na słowo, że są to filmy absolutnie przechujowe. Tyle, że jeśli wierzyć internetom, to Vega od zawsze kręcił gówniane, pozbawione treści i jakiegokolwiek kunsztu warsztatowego filmy, obliczone na schlebianie najgorszym instynktom tych Polaków, których pieniądze pchają kolejne szmiry twórcy “Pitbulla” na szczyt krajowego box office’u. Jakby tego pierwszego “Pitbulla” z Januszem Gajosem i Marcinem Dorocińskim, za którym wszyscy tęsknią, nakręcił ktoś inny, a dopiero potem przyszedł ten spec od prostackich polskich komedii, zrobił “Nowe porządki” i zamordował tę franczyzę. A tak przecież nie było. Jasne – Patryk Vega zawsze kręcił badziewia w stylu “Ciacha“. Jasne – od jakiegoś już czasu trwa proces jego upadku, wszak już “Pitbull: niebezpieczne kobiety” z 2016 był filmem dość słabym. Ale jeszcze parę lat temu, robiąc jakieś dziadowskie “Last minute“, potrafił równocześnie kręcić bardzo dobre “Służby specjalne“. Choć później znalazł się na równi pochyłej prowadzącej do stania się karykaturą samego siebie, to przecież nie przekreśla jego dawnych dokonań.

Historia Patryka Vegi przypomina mi trochę losy Sylvestra Stallone’a. Kiedy w 1976 roku Sly napisał scenariusz do “Rocky’ego“, występując w nim w roli głównej, odniósł sukces artystyczny i komercyjny. Obraz otrzymał trzy Oscary, w tym za najlepszy film. Jednak kolejne części przygód przesympatycznego boksera, podobnie jak inne filmy, które kręcił i w których występował Stallone, szły w kierunku coraz gorszego kiczu. W latach osiemdziesiątych – zupełnie jak dzisiaj Patryk Vega – odwtórca roli Rocky’ego Balboy stał się chłopcem do bicia filmowych krytyków i hollywódzkich elit. Jednocześnie – co również łączy obu panów – będąc synonimem tandety, Stallone nie mógł narzekać na biedę. Osiągające coraz wyższy poziom absurdu kolejne części przygód Rocky’ego i Johna Rambo, były dobrze naoliwioną maszynką do produkcji dolarów. W końcu jednak Sly poszedł po rozum do głowy i zaczął dbać o to, by jego projekty miały także wyższy poziom artystyczny. W 1997 roku wystąpił w docenionym przez krytyków “Cop Land” u boku Harvey’a Keitela, Ray’a Liotty i Roberta De Niro. Później dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe, przywrócił dawny blask franczyzom, z którymi był najbardziej utożsamiany – “John Rambo” z 2008 roku i “Rocky Balboa” z 2006 roku to swoisty reboot (chociaż wtedy jeszcze nikt nie używał tego słowa) całej kariery Stallone’a. Ukoronowaniem tych sukcesów jest występ w spin offie “Rocky’ego” zatytułowanym “Creed“, za który – po raz pierwszy od 1976 roku – został nominowany do Oscara.

Czy Vega będzie miał szansę by się zrehabilitować i – niczym Stallone – znów zacząć robić dobre kino? Być może. Czy przywróci dawny splendor “Pitbullowi”? Wątpliwe. Bo – rzecz jednak w polskim kinie rzadka (a charakterystyczna dla Hollywood, tego akurat nie powinniśmy małpować) – franczyza ta nie jest własnością swojego twórcy, lecz wytwórni filmowej. Która uznała jednak, że woli, aby w nowej pitbullowej produkcji zagrała Dorota Rabczewska, niż aby pozostała ona w rękach człowieka, który ją stworzył. Powtórzę to jeszcze raz, na wypadek, gdyby nie było to do końca jasne. Producenci uznali, że jeśli mają wybierać między Vegą (który jest bądź co bądź doświadczonym filmowcem i przede wszystkim ojcem serii) a Dodą (która z “Pitbullem” miała tyle wspólnego, że nagrała do piosenkę do “Niebezpiecznych kobiet”, a z aktorstwem jeszcze mniej), to wybierze Dodę. Tak właśnie. To nie był wybór w stylu albo Patryk Vega, albo Marcin Dorociński. To był wybór między Patrykiem Vegą a Dorotą Rabczewską. A kiedy człowiek zaczyna dociekać, jakie były tak naprawdę powody tej decyzji, to cała sprawa bynajmniej nie zaczyna się przedstawiać w lepszym świetle.

Ale pół biedy, że tak bezpardonowo odebrano tę serię jej prawowitemu twórcy, co jednak – niezależnie od kierunku, w którym ostatnio zaczął iść Vega – uważam za przykre, bo to było jednak mocno autorskie kino, do którego reżyser miał na pewno bardzo osobisty stosunek, nawet jeśli zaczął trochę rozmieniać się na drobne. Pół biedy też, że Doda – mimo niezbyt imponującego talentu aktorskiego – wystąpiła w tym filmie w jednej z głównych ról i nawet, że została jego wspóproducentką (sic!). Abstrahując od tego, czy kręcąc “Ostatniego psa”, Pasikowski zrobił dobry film, trzeba sobie zadać pytanie, czy nakręcił prawdziwego “Pitbulla”? Wiecie, tego na którego wszyscy się powoływali, psiocząc na to, że Vega zaczął robić filmy o super policjancie z Majami i tym samym zabił klimat serii. Innymi słowy, czy “Pitbull. Ostatni pies” posiada te elementy, które sprawiły, że powstały w 2005 roku pierwszy “Pitbull” był tym, czym był. Aby się tego dowiedzieć, musimy zapytać: czym jest “Pitbull”, co stanowi jego istotę?

Debiut kinowy Vegi i będący jego owocem emitowany przez TVP serial, mówiąc w największym skrócie, skupiały się na prawdziwym życiu policjantów z wydziału zabójstw komendy stołecznej. Może to mega oczywisty truizm, ale jednak trzeba to wyartykułować. W “Pitbullu” nie chodziło o żadne zagadki kryminalne, nie było tam żadnego Columbo czy Sherlocka Holmesa, odpowiedź na pytanie “kto zabił?” była sprawą drugorzędną. To był nawet swego rodzaju anty-kryminał, bo wiele odcinków serialu kończyło się zamknięciem śledztwa bez satysfakcjonującej konkluzji i odłożeniem akt do archiwum, często sprawca zbrodni pozostawał niezidentyfikowany lub unikał kary, a sprawiedliwość nie zawsze tryumfowała.

pitbull metyl nielat

Przede wszystkim “Pitbull” był portretem. Zbiorowym portretem policjantów z wydziału zabójstw. I to portretem realistycznym, bo Vega spędził sporo czasu robiąc wywiady i ogólnie przebywając z prawdziwymi psami. Dziś – w obliczu wygłaszanych przez niego hasełek w stylu “obnażam mroczne kulisy brutalnego świata <<tu wpisz środowisko lub grupę zawodową, o której Papryk Vege kręci aktualnie film>>” – sformułowanie “realistyczny portret” może śmieszyć, ale wtedy Vega naprawdę opowiadał o tym, jak ci policjanci naprawdę żyli, jak wyglądali, gdzie mieszkali, jak wyglądała ich praca, życie prywatne i rodzinne. Było to pokazane bez upiększania, w swojej surowej formie, nie zaś – jak późniejsze dzieła reżysera – w tonie sensacji, ujawniania czy obnażania szokujących faktów. Portretowani przez Vegę policjanci nie byli postaciami świetlanymi, ich sprawy zawodowe wpływały na ich życie prywatne i odwrotnie, nie stronili od alkoholu i dragów, łamali regulamin, pili wódę z gangsterami, stosowali tortury wobec podejrzanych. Pozornie niewiele różnili się od bandytów, których ścigali. Ale twórca serii sięgał do sedna i pokazywał, że ci pełni wad i słabości ludzie to jednak w ostatecznym rozrachunku uczciwi i skuteczni policjanci, którzy babrają się w tym gównie po to, byśmy my już nie musieli. I o to chyba chodziło w “Pitbullu”.

Tak rozumianej istoty “Pitbulla” Pasikowskiemu – moim zdaniem – nie udało się uchwycić. Owszem, przywrócił na ekran starych bohaterów, którzy zachowali część swych cech charakterystycznych. Owszem, czasem mamy do czynienia z typowymi scenami z nudnego życia gliniarzy i ich codziennych frustracji, czasem ktoś rzuci jakimś hasłem ze słownika policyjnego żargonu. Ale do tego Pasikowski dorzuca już coraz więcej elementów z innej bajki, czasem wręcz z pitbullowym klimatem się gryzących. Dostajemy trochę kina szpiegowskiego (prolog “Ostatniego psa” wygląda na scenę mocno inspirowaną “GoldenEye“), sporo kina gangsterskiego (taki trochę “Ojciec chrzestny“, w którym Michael Corleone ma powiększone piersi i nosi skórzane legginsy), choć przyznajmy, że w świat gangsterów zaczął już zapuszczać żurawia sam Vega, począwszy od “Nowych porządków”. Ale przede wszystkim otrzymujemy dużą dawkę kina superpolicjantowego (w którym rozwody, przemoc domowa, frustracja i samotność, chujowe wynagrodzenie, alkoholizm, narkomania, związki z prostytutkami i przyjaźnie z gangsterami szczęśliwie nigdy nie przeszkadzają stróżom prawa w policyjnej robocie). A takiego superpolicjantowego kina “Pitbull” był zawsze antytezą.

Nie zrozumcie mnie źle (czy ja nadużywam zwrotu “nie zrozumcie mnie źle”?), istnieje równoległa rzeczywistość, w której powstał fajny film sensacyjny o policjancie infiltrującym mafię, próbującym odnaleźć zleceniodawcę zabójstwa innego gliniarza i o równie uwodzicielskiej, co bezwzględnej kobiecie stającej u steru jednej z najniebezpieczniejszych grup przestępczych w kraju. Dodajmy do tego posypkę ze strzelanin, pościgów, seksu i kokainy, doborową obsadę w osobach Dorocińskiego, Stroińskiego i Mohra (chociaż Pazury i Rabczewskiej już niekoniecznie) i dobrego reżysera pod postacią Pasikowskiego (ale tego Pasikowskiego od “Psów“, a nie tego od “Pokłosia“), a wyjdzie z tego co najmniej przyzwoity wypiek z pieca Scorsese, De Palmy czy Tarantino. Ale nie będzie to “Pitbull”.

Pytanie czy w ogóle taki film da się jeszcze w dzisiejszych czasach nakręcić? Bo nawet zakładając, że seria wróci kiedyś do prawowitego właściciela, czyli Patryka Vegi i że on sam zacznie na powrót robić dobre produkcje zamiast obliczonej wyłącznie na sukces finansowy kinowej pornografii, to czy możliwe jest jeszcze nakręcenie tzw. prawdziwego “Pitbulla”? Czy możliwy jest powrót do ideałów z 2005 roku? Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że ten film – podobnie zresztą, jak (fun fact) “Psy” Pasikowskiego – pokazywał naszą, Polską wersję rzeczywistości. W jakiś sposób estetyzował biedę i bylejakość post-transformacyjnego państwa, sprawiając, że oglądało się ją z równie mocnymi wypiekami na twarzy, co tych wszystkich amerykańskich detektywów przemierzających te swoje Hawaje czy inną Florydę w tych swoich Ferrari. Ale dzisiaj już polska policja nie jeździ zdezelowanymi polonezami, nie chodzi w starych szarych marynarkach, na ulicach nie rządzą już bandyci z krajów byłego ZSRR, wódkę w szufladach naszych stróży prawa zastąpił łyskacz, a wyroby nikotynowe większość funkcjonariuszy porzuciła na rzecz regularnych wizyt na siłce. Pod tym względem nasz kraj się zglobalizował i w związku z tym nasze filmy czy seriale nie różnią się już tak bardzo od tych zachodnioeuropejskich. Udało nam się przyswoić ten światowy blichtr, którego tak w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych pragnęliśmy. Można narzekać na różne wypaczenia i skandaliczne sytuacje, a jednak statystycznie przestępczość i korupcja zanotowała od lat dziewięćdziesiątych znaczny spadek. Właśnie w pierwszym “Pitbullu” jest scena, w której bodaj minister spraw wewnętrznych mówi policjantom z sekcji, że ze względu na znaczny spadek liczby zabójstw, wydział im poświęcony zostaje zlikwidowany. I to jest być może dobra metafora losu całej serii. Właśnie dzięki temu, że policjanci pokazani w jej pierwszej odsłonie, skutecznie ścigali bandytów niezrażeni faktem, że wyjeździli już benzynę do końca roku, dzisiaj film pokazujący w całej swojej brutalności ich prawdziwe życie jest już niepotrzebny.

Moje ulubione filmy 2017 roku [bez spoilerów]

Nadejszła wiekopomna chwila, w której w końcu, W KOŃCU publikuję listę moich ulubionych filmów 2017 roku. Tak – wiem, że jest kwiecień. Późna data publikacji tego rankingu wynika z faktu, że próbowałem – z niewielką skutecznością – nadrobić braki spowodowane moją nieobecnością w kinie na kilku produkcjach, które chciałem obejrzeć. I ta właśnie nieobecność w kinie i nieumiejętność nadrobienia braków może być powodem, dla którego w rankingu nie znalazły się taki obrazy, jak “Logan“, “Baby Driver” czy “Twój Vincent“. Pragnę też dodać, że jako filmy z 2017 roku rozumiem te, które swoją premierę miały w 2017 roku w Polsce, stąd na pewno nie uświadczycie tutaj “Kształtu Wody” czy “Lady Bird“, które do kin weszły u nas już w roku 2018. No, ale dobra, nie przedłużajmy już, czekaliście wystarczająco długo (bo czekaliście, co nie?), here we go!

Wonder Womanwonder woman
Wahałem się czy umieścić ten film w tym zestawieniu. Bo ufając mędrca szkiełku i oku, trzeba przyznać, że wybitnym obrazem “Wonder Woman” bynajmniej nie jest. Więc umieszczanie go w rankingu najlepszych filmów 2017 roku może być co najwyżej swego rodzaju nagrodą motywacyjną, wysłaniem sygnału w stylu “w końcu w tym kinowym uniwersum DC, będącym nieudolną próbą powtórzenia sukcesu Marvela, udało wam się nakręcić coś, co nie jest totalnym gównem”. Wypada jednak zauważyć, że decydenci posiadającej prawa do ekranizacji komiksów DC wytwórni Warner Brothers kierują się raczej zestawieniami sprzedaży biletów kinowych, niż moją listą ulubionych filmów. Poza tym – no, właśnie – to jest lista moich ULUBIONYCH filmów, nie NAJLEPSZYCH filmów. A ja jednak “Wonder Woman” – mimo licznych wad – lubię.

I lubię tę produkcję, nie tylko ze względu na niewątpliwy urok wcielającej się w rolę Diany Prince izraelskiej aktorki Gal Gadot czy na doskonałą chemię pomiędzy nią a jej ekranowym partnerem Chrisem Pinem, wcielającym się w rolę Steve’a Trevora. Najważniejsza jest chyba prostota i pewna naiwność tej historii. Film nie próbuje być na siłę poważny, jak większość obrazów z uniwersum DC, nie próbuje być na siłę śmieszny, jak wiele filmów z uniwersum Marvela. Nie epatuje ilością pobocznych wątków, których jedyną rolą jest powiązanie opowieści z innymi filmami franczyzy, nie sili się na mruganie okiem do fanów popkultury. Jest obrazem zrobionym na poważnie, ale na tyle poważnie, na ile można zrobić film o antycznej bogini rozwalającej żołnierzy kaisera przy pomocy lassa.

Spider-Man: Homecomingspiderman
Wielu chwaliło ten film za to, że oprócz bycia filmem superbohaterskim i to filmem z marvelowskiego uniwersum, jest też po prostu komedią o nastolatkach, w duchu “Powrotu do przyszłości” i “Wolnego dnia Ferrisa Buellera“. Za ludzką skalę tego filmu, w którym główny bohater jest zwykłym dzieciakiem, który przypadkiem supermoce i przypadkiem spotkał parę miesięcy temu Avengersów i nie może przestać się tym jarać. Dzieciakiem, który nie walczy z zagrażającym całemu Nowemu Jorkowi superłotrem, ale z lokalnym gangsterem. No, dobra, supergangsterem. Który to gangster nota bene jest postacią wyjątkowo jak na filmy superbohaterskie niejednowymiarową. Wszystko w tej produkcji wydaje się jakieś takie mniejsze, przytulne i bardziej swojskie. “Homecoming” niewątpliwie pobudza we mnie nostalgię za czasami, gdy sam byłem nastolatkiem z supermocami, które musiałem ukrywać przed dziewczynami, do których zarywałem i dlatego udawałem przegrywa.

Oprócz świetnych kreacji Toma Hollanda i Michaela Keatona oraz zawsze niezawodnego Roberta Downey’a Jr., na uwagę zasługuje wcielająca się w rolę szkolnej koleżanki Petera Parkera Zendaya. Absolutnie doskonale zagrana, świetna postać. A jeśli już oglądaliście “Homecoming”, to oglądając kolejny raz przyjrzycie się jej uważnie, na pewno zauważycie bardzo dyskretne zapowiedzi wątku, który pojawi się w kontynuacji.

Te wszystkie elementy, które tak często (mniej lub bardziej słusznie) są krytykowane w uniwersum Marvela, w tym filmie działają właściwie bezbłędnie. Wielość komicznych kwestii i sytuacji; występy gościnne innych postaci z franczyzy; meta-znaczenie faktu obsadzenia Micheala Keatona, wcielającego się wcześniej w rolę Batmana i Birdmana, w rolę Sępa. Ale najbardziej podoba mi się urok świata przedstawionego. To liceum w Queens, do którego chodzi Peter Parker są uniwersum, w którym chciałbym zamieszkać. Przynajmniej na trochę.

Dunkierkadunkirk
Sorry, jeśli będzie przez chwilę trochę politycznie, ale to jest zbyt dobre, bym mógł się powstrzymać! W Polsce wiele osób wygłasza pogląd, że nasza historia pęka w szwach od tematów, z których można by zrobić film albo serial, który spokojnie można by było sprzedać światowej publiczności, wreszcie przydać naszemu narodowi należnej mu glorii, zerwać z “pedagogiką wstydu”, poprawić nasz wizerunek na świecie i przy okazji na tym zarobić. Podobno wystarczy otworzyć podręcznik dziejów Polski na losowo wybranej stronie i tam będzie historia, która właściwie sama zmieni się w scenariusz, sama się nakręci i pozwoli upiec te wszystkie sroki na jednym ogniu. Jedyne, co stoi Polsce na przeszkodzie w drodze do stania się największym eksporterem historycznych blockbusterów, to spisek różnych grup interesu, którym zależy, by nasz kraj wciąż ponosił klęskę na wszelkich możliwych polach. Niskie budżety, kiepskie scenariusze i drewniane aktorstwo w naszych historycznych superprodukcjach nie mają tutaj oczywiście nic do rzeczy.

Oglądając “Dunkierkę” można chwilami odnieść wrażenie, że kręcąc ją Christopher Nolan chciał pokazać przedstawionej powyżej mentalności wielkiego fucka. Zupełnie jakby pomyślał: wezmę na warsztat totalnie nieseksowny temat i zrobię z niego seksowny film.

Gdyby jeszcze ci nieszczęśni alianccy żołnierze oblężeni w francuskim forcie mieli chociaż tyle przyzwoitości co Spartanie pod Termopilami i wszyscy romantycznie zginęli. Ale nie, oni stamtąd uciekli. To jest film o ewakuacji. Ewakuacji. A jednak jest to bardzo dobry, trzymający w napięciu film, ze świetnymi zdjęciami i doskonałą muzyką. I sprawiający, że widz przejmuje się losem bohaterów mimo, że wie o nich naprawdę niewiele.

Zarzuty, że twórcy ulegli presji poprawności politycznej i unikali używania terminu “Niemcy”, są raczej nietrafione. Jasne, to że w filmie najczęściej występuje bliżej nieokreślony “wróg”, a nie np. “Niemcy” czy choćby “naziści” i to, że rzadko tego wroga widujemy, a jeśli nawet to nie widzimy jego chorągwi czy mundurów, to wszystko nie jest przypadkiem. Ale sądzę, że jednak chodzi tutaj o pewne przeniesienie akcentu. Wrogiem są tu oczywiście także narodowo-socjalistyczne Niemcy, ale przede wszystkim jest nim sama wojna. Ten film jak nic pokazuje, że wojna nie jest fajną przygodą, ale koszmarem, od którego desperacko próbuje uciec większość głównych bohaterów. Fakt, że wróg – w pewnym sensie – nie ma narodowości, twarzy, nazwisk, nie tyle służy rozmyciu odpowiedzialności za II wojnę światową, ale właśnie spotęgowaniu strachu wśród widzów, a więc i zwiększeniu współodczuwania wobec bohaterów filmu. Wszak stara reguła kina (i nie tylko kina) jest prosta, najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. A ja osobiście uważam, że gdyby więcej produktów popkultury zohydzało swoim odbiorcom wojnę, zamiast pokazywać ją jako romantyczną przygodę, to może mniej ludzi byłoby skłonnych ku takiej romantycznej przygodzie wyruszać, względnie wysyłać na nią bliźnich. I świat miałby szansę stać się lepszym miejscem.

Valerian i miasto tysiąca planetvalerianPrzewidywalna i pełna luk fabuła. Dość drewniana gra aktorska. Nawet ze strony takich tuzów, jak Clive Owen czy Ethan Hawke. Jasne, wiele aspektów tego filmu sprawia, że trudno nazwać go doskonałym. Ale też wiele aspektów tego obrazu sprawia, że wciąż miło wspominam seans “Valeriana i miasta tysiąca planet” i wcale nie chodzi tutaj o obecność Cary Delevigne na ekranie. Efekty specjalne w tym filmie były bezbłędne – dzieło Luca Bessona to prawdziwa uczta dla oczu każdego fana fantastyki (naukowej) i kina akcji. Świat przedstawiony zadziwia niezmierzonym bogactwem idei, konceptów, pomysłów, miejsc które z chęcią bym odwiedził, a cały czas ma się wrażenie, że zaledwie muskamy powierzchnię tego nieskończenie głębokiego uniwersum. Ale co najważniejsze, oglądając ten film czujemy pasję i miłość w jaką w niego włożyli twórcy, przede wszystkim Luc Besson, który komiksami o podróżującym w czasie i przestrzeni agencie Valerianie jara się od dzieciństwa, a nakręcenie adaptacji planował przynajmniej od czasów prac nad “Piątym elementem“, którego premiera miała miejsce blisko dwadzieścia lat temu. Francuski reżyser – wbrew obowiązującej obecnie modzie na outsourcing – uparł się, by kręcić film w swojej ojczyźnie (będącej także przecież ojczyzną twórców komiksu o Valerianie) i zatrudnić francuską ekipę, co jest bardzo sympatyczne, ale też spowodowało spore zwiększenie kosztów produkcji. Dlatego też “Valerian i miasto tysiąca planet” okazało się być finansową porażką, bo spory budżet filmu nie znalazł odzwierciedlenia w jego popularności w kasach biletowych. A szkoda, bo ten świat jest tak bogaty i ciekawy, że z chęcią obejrzałbym sequel. Odrobinę pozytywnego, naiwnego, utopijnego science fiction jeszcze nikomu nie zaszkodziło, zwłaszcza w świecie, w którym przeważa science fiction mroczne, pesymistyczne i dystopijne.

Blade Runner 2049 blade runner
A skoro już mówimy o mrocznym, pesymistycznym i dystopijnym science fiction… Tak jak wspomniałem wyżej, mam wrażenie (a wrażenie z natury swej jest subiektywne, więc proszę mnie tutaj nie zarzucać tytułami, które przeczą mojej tezie), że przeważa ono we współczesnym kinie (oraz w telewizji i na platformach streamingowych). Dlatego jeśli już robić kolejną mroczną, pesymistyczną i dystopijną produkcję SF, to robić ją tak, jak Denis Villeneuve zrobił kontynuację kultowego “Łowcy Androidów“. Bo choć wizja świata przedstawionego przez kanadyjskiego reżysera jest chyba jeszcze bardziej przykra, niż ta pokazana w filmie Ridley’a Scotta w 1982 roku, to ja z kina nie wyszedłem przytłoczony czy przygnębiony. Być może to z powodu piękna bladerunnerowego uniwersum, którego klimat udało się Villeneuve’owi uchwycić bezbłędnie, a do tego zdołał do niego wprowadzić nowe elementy, zachowując pełną spójność. A być może dlatego, że ta opowieść mimo, że jest niewesoła, to jednak niesie jakieś oczyszczenie, katharsis, nie zaś wyłącznie pustkę i nihilizm.

Coco coco
Po raz kolejny Disney/Pixar serwuje nam ten sam przepis na rozrywkę, emocje, śmiech i wzruszenia. I po raz kolejny to oczywiście działa, niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, której mechanizm zaprojektował niemiecko-japoński zespół ekspertów, za design odpowiedzialni byli Włosi, a za marketing Amerykanie. Nie oszukujmy się, to działa za każdym razem. Ale tym razem historia opowiedziana w “Coco” zadziałała na mnie nawet mocniej, niż zwykle. Może to dlatego, że to opowieść o małym chłopcu, który wbrew przeciwnościom chce być muzykiem, grać na gitarze i sięgnąć po nieśmiertelną sławę. Historia Miguela Rivery poruszyła – że tak powiem – odpowiednie struny w mojej duszy. Cóż, jest to przepięknie ilustrowana (te kolory i w ogóle to, jak przedstawione zostały zaświaty) opowieść o miłości, muzyce, marzeniach, rodzinie, sławie, zapomnieniu, śmierci i nieśmiertelności. A przede wszystkim chyba o szczęściu i o tym, gdzie tak naprawdę ludzie powinni go szukać. Pod względem przewijających się w filmie motywów, trochę mi się “Coco” skojarzyło z “AmadeuszemMiloša Formana, z tą różnicą, że tam gdzie “Amadeusz” jest filmem cynicznym i pesymistycznym, “Coco” jest filmem naiwnym i optymistycznym.