Najfajniejsze filmy 2019 roku [bez spoilerów]

Czas podsumować miniony rok w dziedzinie kinematografii. Przedstawiam zatem subiektywną listę najfajniejszych filmów 2019 roku. Przypominam, że produkcje są wymienione w kolejności chronologicznej. Warto też wspomnieć, że zestawienie obejmuje tylko filmy, które miały swoją premierę w 2019 roku w Polsce. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli nie pojawiła się tutaj na przykład jakaś pozycja nominowana ostatnio do Oscara. Bo być może stało się tak dlatego, że choć w USA miała premierę w 2019 roku, w Polsce pojawiła się dopiero w 2020. I znajdzie się w zestawieniu najfajniejszych filmów roku 2020. A może nie. W każdym razie dosyć już tych disclaimerów – przejdźmy do listy!

Avengers: Koniec Gry (reż. Anthony i Joe Russo)avengers koniec gryDla wielu filmy Marvela są uosobieniem wszystkiego, co złe we współczesnej popkulturze. Wiele z argumentów wysuwanych przeciwko Marvelowi – i będącemu jego właścicielem Disney’owi – nie jest pozbawiona podstaw. W świecie, gdzie najbogatsi i najsilniejsi mają coraz więcej, a mniejsi i słabsi mają coraz mniej, rosnąca dominacja Disney’a powinna wzbudzać niepokój. Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że filmy Marvela to park rozrywki, którego działalność jest ukierunkowana na satysfakcję klientów oraz jak najszybszy i jak największy zysk.

Natomiast nie mogę zgodzić się z argumentem, że ten park rozrywki nie pozwala doświadczyć emocji. Bo – owszem – potrafi wzruszyć. I nie są to wyłącznie wzruszenia tanie. Fakt, że aby naprawdę odczuwać wielkie emocje związane z takimi filmami, jak “Avengers: Koniec Gry“, trzeba wsiąść do marvelowskiej kolejki górskiej na pierwszej stacji i przejechać całą trasę. Prześledzić historie tych wszystkich bohaterów od samego początku. Wtedy dopiero możemy w pełni współodczuwać z naszymi herosami podczas seansu “Avengersów”. Ale też ten giga serial, jakim jest Kinowe Uniwersum Marvela sprawia, że możemy te historie przeżywać często dużo mocniej, niż w przypadku filmów, w których mamy tylko jakieś półtorej, dwie godziny, by poznać bohaterów i się z nimi zaprzyjaźnić.

I dlatego też “Avengers: Koniec gry” znalazło się w tym zestawieniu. Bo to niemal doskonałe zwieńczenie tej dziesięcioletniej przygody, jaką są filmy Marvela. Wiem, że to samo pisałem przy okazji zeszłorocznego “Avengers: Wojna bez granic“. Ale o ile tamten film był zwieńczeniem w sensie połączenia wszystkich wątków w jedną całość, ten jest zwieńczeniem w sensie zakończenia wędrówki głównych bohaterów. Dla mnie szczególnie satysfakcjonujący był finał wątku Steve’a Rogersa. Nie chcę za bardzo spojlerować, więc powiem tylko, że jeśli – tak jak ja – byliście fanami Kapitana Ameryki w wykonaniu Chrisa Evansa, to zakończenie najnowszych “Avengersów” roztopi wasze serca.

“Koniec gry” to właśnie taki dowód na to, że te blockbustery od początku dostarczały wzruszeń, bohaterów, których losami widz mógł się przejmować. I ja się wzruszałem. I przejmowałem. I co z tego, że te filmy to tylko maszyna do produkowania dolarów? Prawda jest taka, że Hollywood nigdy nie było instytucją charytatywną. “Przeminęło z wiatrem“, “Casablanca” czy “Ojciec chrzestny” zostały nakręcone dla pieniędzy. Czy to oznacza, że nie mają artystycznej wartości? Czy to oznacza, że nie wzruszają? No, właśnie.

Spider-Man: Daleko od domu (reż. Jon Watts)spiderman far from homeTak, kolejny film Marvela. Zawiera wszystko za co filmy MCU lubimy. Zachowuje odpowiednie proporcje pomiędzy wartką akcją a potoczystymi dialogami, pomiędzy humorem a powagą. Tom Holland i Jake Gyllenhaal są w tym filmie naprawdę dobrzy. No i jest to po prostu kolejny fantastycznonaukowy, superbohaterski, komiksowy film, więc właściwie czego tu nie lubić?

Ale najbardziej mi się w tym filmie podoba – podobnie jak to było w przypadku jego  poprzednika, „Spider-Man: Homecoming” z 2017 roku – że jest on w gruncie rzeczy po prostu komedią o nastolatkach. Pokazującą nastolatków w sposób, który taki, znajdujący się w czwartej dekadzie swojego życia, stary pierdziel, jak ja, może uznać za realistyczny.

A więc obok wątku opowiadającego o tym, że pojawia się kolejny superłotr i Spider-Man musi przed nim uratować świat, pojawia się wątek miłosny pomiędzy Peterem Parkerem a MJ. Jak na nastolatków przystało, są w tym swoim romantycznym wątku nieco niezdarni, zupełnie jakby dopiero poznawali zasady gry, jakby dopiero się tego uczyli.

Zwykle filmy i telewizja pokazują związki i relacje damsko-męskie, w taki sposób, że trudno zapomnieć o tym, że za wszystkim stoją scenarzyści, czytający w myślach bohaterów i dobrze wiedzący, co się zaraz wydarzy. Dialogi brzmią jak wyreżyserowane; pierwsza randka i pierwszy pocałunek odbywają się według starannie zaplanowanej choreografii. A w “Spider-Man: Daleko od domu” wszystko to wygląda tak niezręcznie, nieporadnie. Tak naturalnie. Poza tym wątek romantyczny nie jest tylko jakimś dodatkiem, umieszczonym w filmie po to, by wynagrodzić dziewczynom to, że poszły na film superbohaterski, by dotrzymać towarzystwa swoim chłopakom. Jest on integralnym elementem fabuły, wręcz osią konfliktu.

A poza tym wcielająca się w rolę MJ Zendaya jest w tej roli absolutnie perfekcyjna. Czy można prosić o coś więcej? Można. Tylko po co?

Yesterday (reż. Danny Boyle)yesterdayTen film stał mi się bliski już przy pierwszym obejrzeniu. Jack Malik (Himesh Patel) jest młodym, ale nie tak znowu bardzo młodym, próbującym się przebić, muzykiem. Mimo prób i wsparcia ze strony przyjaciół, ze swoją menadżerką Ellie (w tej roli Lily James, której obecność jest zawsze mile widziana) na czele, to przebijanie się słabo mu idzie. Brzmi znajomo? Dla mnie tak. “Yesterday” to obraz poruszający kwestie eksplorowane już od czasów Herodota. Czy ważniejsze jest osobiste, doczesne szczęście, czy nieśmiertelność osiągnięta poprzez zdobycie sławy? Czy można mieć szczęście i w kartach, i w miłości? Są to pytania ponadczasowe i czyż można byłoby wybrać do nich lepszy soundtrack, niż piosenki najsłynniejszego zespołu wszech czasów?

Patrząc w ten sposób, “Yesterday” można zaliczyć do tej samej kategorii, co “AmadeuszaMiloša Formana, który jest jednym z moich ulubionych filmów muzycznych. Obydwa filmy poruszają te same tematy, zresztą w produkcji Danny’ego Boyle’a znajdziecie scenę, która w absolutnie perfekcyjny sposób nawiązuje do obrazu Formana. Ale w odróżnieniu od dość mrocznego “Amadeusza”, “Yesterday” to lekka komedia romantyczna. W końcu scenariusz napisał Richard Curtis – jeśli słyszeliście o takich filmach, jak “Cztery wesela i pogrzeb“, “Notting Hill” i “Dziennik Bridget Jones” – to znaczy, że słyszeliście też o Richardzie Curtisie, który jest cichym sprawcą sukcesu tych filmów. Komedia, która rozśmieszy nie tylko walczących o sławę muzyków. I wzruszy nie tylko fanów Beatlesów, których piosenki są osią fabularną filmu.

Może dla niektórych ta produkcja będzie tylko pustą wydmuszką. Ja jednak myślę, że to jeden z tych filmów z sercem. Ciepła historia, która sprawi, że poczujecie się – jak to się teraz mówi – wholesome. Istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że może sprawi, że spróbujecie stać się lepszymi ludźmi.

Pewnego razu… w Hollywood (reż. Quentin Tarantino)once upon a time in hollywoodW dziewiątym już filmie, który wyscenariuszował i wyreżyserował, Quentin Tarantino robi to, co zawsze. Bawi się konwencjami, mitami popkultury i fabularnymi tropami. Kicz i tandetę przeobraża w sztukę wysoką, której przyklaskują nawet najbardziej snobistyczni krytycy. Przywraca blask zapomnianym aktorom obsadzając ich w rolach spoza szufladki, w jakiej zostali umieszczeni. Topowym aktorom, którzy – jak mogło by się wydawać – osiągnęli już wszystko, daje materiał, który jest dla nich wyzwaniem. Wreszcie, umieszcza w swoich filmach te wszystkie easter eggi i meta-nawiązania, no i – last not least – estetyzuje brutalną przemoc.

Tarantino tworzy ten swój kinematograficzny misz-masz z charakterystyczną dla siebie precyzją i kunsztem. To właśnie one pozwalają mu uniknąć katastrofalnego burdelu, jakim stałyby się jego szalone pomysły w rękach kogokolwiek innego. W “Pewnego razu… w Hollywood” Amerykanin po raz kolejny spaceruje po wąskim gzymsie dzielącym dach geniuszu od trzystumetrowej przepaści szmirowatości. I udaje mu się z niego nie ześlizgnąć.

Ale tak naprawdę nie dlatego najnowszy film Tarantino znalazł się na mojej liście. A przynajmniej nie tylko dlatego. “Pewnego razu… w Hollywood” to przede wszystkim po prostu świetna rozrywka. Bo kino ma przede wszystkim bawić i Tarantino to rozumie, jak mało kto. Zupełnie, jak w tym wywiadzie w telewizji śniadaniowej, w którym oskarżany, że przemoc w jego filmach inspiruje ludzi do używania przemocy w prawdziwym życiu i indagowany dlaczego w ogóle jest jej tyle w jego filmach, reżyser w końcu wybucha, krzycząc: because it’s so much fun, Jan, get it!

Ślicznotki (reż. Lorene Scafaria)hustlersBądźmy szczerzy, scena przedstawiająca tańczącą na rurze Jennifer Lopez jest sztuką samą w sobie. Zresztą i pozostałe sceny przedstawiające występy striptizerek są zrobione naprawdę wspaniale – choreografia, światło, montaż, udźwiękowienie – wszystko jest tutaj dopracowane w najmniejszym szczególe. Dodatkową przyjemnością jest oczywiście także oglądanie, jak te piękne tancerki odurzają, a następnie okradają banksterów i macherów giełdowych z Wall Street, odpowiedzialnych za finansowy krach z 2008 roku. I to już wystarczyło by za satysfakcjonujące przeżycie, warte pieniędzy wydanych na bilet do kina.

Ślicznotki” mogłoby być po prostu wykwintną ucztą dla oka. Ale oprócz tego jest to po prostu dobra historia. Z jednej strony prosta, klasyczna opowieść o hybris, drodze na sam szczyt i bolesnym upadku. Z drugiej strony fabuła pełna niejednowymiarowych postaci, często operujących w moralnej szarej strefie. Obraz skłania do zadawania istotnych pytań i bynajmniej nie podsuwa prostych odpowiedzi. Ale czy tytułowym “Ślicznotkom” bliżej do okradającego wyzyskiwaczy i rozdającego uciśnionym Robina Hooda czy do pozbawionych kręgosłupa moralnego antybohaterów filmów Martina Scorsese? Musicie chyba zdecydować sami, po obejrzeniu filmu.

Joker (reż. Todd Phillips)jokerByłem sceptycznie nastawiony do tego filmu. Historie, w których protagonistą jest czarny charakter, niespecjalnie do mnie przemawiają. Pewnie – literatura, kino i popkultura są pełne łotrów niepozbawionych uroku, a czasem nawet wzbudzających sympatię – ale dla mnie czarny charakter musi jednak funkcjonować w relacji do bohatera pozytywnego, choćby mniej charyzmatycznego.

A jednak “JokerTodda Phillipsa jest tak dobry, że byłem w stanie na dwie godziny zaangażować swoją uwagę i emocje w losy jednego z najsłynniejszych komiksowo-ekranowych villainów. A może inaczej: Joker Joaquina Phoenixa jest tak dobry, że byłem w stanie zaangażować uwagę i emocje w jego losy. Bądźmy szczerzy, brawurowa gra Phoenixa wywindowała ten film na wyższy poziom. Choć oczywiście nawet najgenialniejszy aktor musi mieć z czym pracować. Wiele rzeczy w tym filmie zasługuje na pochwałę: obsada, scenariusz, zdjęcia, montaż, muzyka. Ale nie da się ukryć, że pierwsze skrzypce w tej orkiestrze gra Phoenix.

Film wzbudził wiele kontrowersji, mniej i bardziej absurdalnych. Zarzutem, który można “Jokerowi” postawić, jest przedstawianie postaci maniakalnego mordercy w sposób budzący współczucie, co może przez niektórych być interpretowane jako usprawiedliwianie jego działań. Ale wyjaśnianie to jednak nie to samo, co ich usprawiedliwianie. To tak jakby pokazać trudne dzieciństwo głównego bohatera w filmie biograficznym o Hitlerze i uznać to za usprawiedliwienie czy gloryfikowanie Holokaustu.

Innym problem jej motyw często powracający w przypadku łotrów z uniwersum Batmana. Zwłaszcza w filmowych adaptacjach jego oponenci to osoby dotknięte zaburzeniami bądź chorobami psychicznymi. Problem chorób psychicznych często był w nich przedstawiany w sposób przerysowany i zdeformowany. Ostatnio przeciwko komiksom i filmom z uniwersum DC – chyba słusznie – wysunięto oskarżenia o mental illness shaming. Zarzut shamingu można by też na upartego postawić najnowszemu filmowi o Jokerze. Ale chyba jednak bardziej należy tę produkcję czytać jako zwrócenie uwagi na problem pomocy osobom zmagającymi się z problemami psychicznymi i to, że można im pomagać inaczej, niż tylko izolując od społeczeństwa w przeuroczych instytucjach w rodzaju Arkham Asylum. I to zwrócenie uwagi na ważny i aktualny problem należy chyba docenić.

To oczywiście nie oznacza od razu, że uważam “Jokera” za obraz niosący jakiś niesamowicie ważny moralny przekaz. Owszem, uważam, że ten film trochę udaje, że jest bardziej głęboki, niż jest naprawdę. Umówmy się, nieważne, jak porywająca będzie gra Joaquina Phoenixa, to “Joker” raczej “Skazanymi na Shawshank” czy “Wszystko za życie” nie jest. Produkcja ta nie musi być też przecież jakoś szczególnie głęboka. Ale nie jest też pozbawioną treści papką. To po prostu bardzo dobry film. Ciężki, brutalny, mroczny, ale dobry.

Na noże (reż. Rian Johnson)na nożeDo tego obrazu podszedłem ze pewną dozą sceptycyzmu. W końcu to film nakręcony przez Riana Johnsona, który napisał i wyreżyserował ósmą część “Gwiezdnych wojen”. I który – według mojej najlepszej wiedzy – jest osobiście odpowiedzialny za większość wprowadzonych do “The Last Jedi” złych pomysłów. Z drugiej strony Johnson zebrał do “Na noże” naprawdę doborową obsadę, złożoną z lubianych przeze mnie aktorów. A potem zebrał same dobre recenzje. Także nie nastawiałem się na to, że to będzie arcydzieło, ale też nie spodziewałem się totalnej chały.

Po wizycie w kinie muszę jednak przyznać, że jestem daleki, by nazwać ten film gniotem. Nie chcąc zdradzać zbyt dużo szczegółów fabuły – wszak “Na noże” to zagadka kryminalna – mogę powiedzieć, że znajdziemy w tym filmie wiele scenariuszowych zabiegów, które Johnson zastosował w “Gwiezdnych wojnach”. Reżyser gra z oczekiwaniami widzów i fabularnymi toposami. Ale w przeciwieństwie do “The Last Jedi”, tym razem owocem tych zabiegów jest inteligentny, angażujący, rozrywkowy i zabawny film. A nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to film mądry.

Chyba najlepszą rekomendacją dla tej produkcji będzie to, że zrehabilitowała ona w moich oczach Riana Johnsona. Bo nie ukrywajmy, gwiazdorska obsada – która w tym filmie odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty – to nie wszystko. A scenariusz i reżyseria – za obie odpowiada Johnson – odgrywają w tym obrazie kluczową rolę.

Dwóch papieży (reż. Fernando Meirelles)dwóch papieżyDwóch papieży” to kolejny film podejmujący grę z oczekiwaniami widzów. I to w dobrym sensie tego sformułowania. Bo spodziewałem się, że będzie to coś pomiędzy laurką dla papieża Franciszka (którego wyznający raczej liberalne poglądy producenci Netfliksa darzą zapewne większą sympatią, niż Benedykta XVI) a lekką komedią o starciu dwóch starszych księży, z których jeden jest konserwatystą, a drugi postępowcem i wynikających ze światopoglądowych różnic między nimi komicznych sytuacjach. A – choć w filmie znalazło się sporo elementów humorystycznych (i to całkiem zabawnych) – „Dwóch papieży” okazało się być obrazem znacznie poważniejszym, niż sądziłem.

Nie stroniąc od trudnych tematów, jest to wciąż podnoszący na duchu film o wybaczaniu (także sobie), wierze (także w siebie) i o tym, że nigdy nie jest za późno na to, by zacząć zmieniać świat (i siebie). Pal sześć, że historia ta ma zapewne niewiele wspólnego z rzeczywistością, a stosunki między Bergoglio a Ratzingerem są o wiele chłodniejsze, niż maluje to netfliksowa produkcja. Wciąż warto zobaczyć ten film i poznać tę historię.

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (reż. J.J. Abrams)star wars rise of skywalkerO “Gwiezdnych wojnach” mógłbym oczywiście pisać długaśne eseje, udowadniające światu moją mądrość i inteligencję, wiarygodność jako fana franczyzy i generalnie wyższość mojej racji nad racjami innych. Mógłbym po raz kolejny rozbierać je na części pierwsze i szukać dziury w całym. Ale zamiast tego wolę się nimi po prostu cieszyć. Więc napiszę krótko.

Nie obchodzą mnie złe recenzje i internetowe dyskusje. Nieważne, co sądzę o poprzednich odsłonach sagi. Nieważne czy ten film wprowadził coś nowego i oryginalnego, czy bazował tylko na nostalgii i recyklingu starych pomysłów. Dla mnie “Skywalker. Odrodzenie” miał idealną zawartość “Gwiezdnych wojen” w “Gwiezdnych wojnach”. Film J.J. Abramsa dostarczył mi tych doznań, jakich nie są w stanie dostarczyć inne – lepsze lub gorsze – franczyzy. Dostarczył mi tego, czego oczekiwałem. A od tej sagi oczekuję tylko jednego – magii. A “Skywalker. Odrodzenie” sprawił, że tę magię poczułem.

Moje ulubione filmy 2017 roku [bez spoilerów]

Nadejszła wiekopomna chwila, w której w końcu, W KOŃCU publikuję listę moich ulubionych filmów 2017 roku. Tak – wiem, że jest kwiecień. Późna data publikacji tego rankingu wynika z faktu, że próbowałem – z niewielką skutecznością – nadrobić braki spowodowane moją nieobecnością w kinie na kilku produkcjach, które chciałem obejrzeć. I ta właśnie nieobecność w kinie i nieumiejętność nadrobienia braków może być powodem, dla którego w rankingu nie znalazły się taki obrazy, jak “Logan“, “Baby Driver” czy “Twój Vincent“. Pragnę też dodać, że jako filmy z 2017 roku rozumiem te, które swoją premierę miały w 2017 roku w Polsce, stąd na pewno nie uświadczycie tutaj “Kształtu Wody” czy “Lady Bird“, które do kin weszły u nas już w roku 2018. No, ale dobra, nie przedłużajmy już, czekaliście wystarczająco długo (bo czekaliście, co nie?), here we go!

Wonder Womanwonder woman
Wahałem się czy umieścić ten film w tym zestawieniu. Bo ufając mędrca szkiełku i oku, trzeba przyznać, że wybitnym obrazem “Wonder Woman” bynajmniej nie jest. Więc umieszczanie go w rankingu najlepszych filmów 2017 roku może być co najwyżej swego rodzaju nagrodą motywacyjną, wysłaniem sygnału w stylu “w końcu w tym kinowym uniwersum DC, będącym nieudolną próbą powtórzenia sukcesu Marvela, udało wam się nakręcić coś, co nie jest totalnym gównem”. Wypada jednak zauważyć, że decydenci posiadającej prawa do ekranizacji komiksów DC wytwórni Warner Brothers kierują się raczej zestawieniami sprzedaży biletów kinowych, niż moją listą ulubionych filmów. Poza tym – no, właśnie – to jest lista moich ULUBIONYCH filmów, nie NAJLEPSZYCH filmów. A ja jednak “Wonder Woman” – mimo licznych wad – lubię.

I lubię tę produkcję, nie tylko ze względu na niewątpliwy urok wcielającej się w rolę Diany Prince izraelskiej aktorki Gal Gadot czy na doskonałą chemię pomiędzy nią a jej ekranowym partnerem Chrisem Pinem, wcielającym się w rolę Steve’a Trevora. Najważniejsza jest chyba prostota i pewna naiwność tej historii. Film nie próbuje być na siłę poważny, jak większość obrazów z uniwersum DC, nie próbuje być na siłę śmieszny, jak wiele filmów z uniwersum Marvela. Nie epatuje ilością pobocznych wątków, których jedyną rolą jest powiązanie opowieści z innymi filmami franczyzy, nie sili się na mruganie okiem do fanów popkultury. Jest obrazem zrobionym na poważnie, ale na tyle poważnie, na ile można zrobić film o antycznej bogini rozwalającej żołnierzy kaisera przy pomocy lassa.

Spider-Man: Homecomingspiderman
Wielu chwaliło ten film za to, że oprócz bycia filmem superbohaterskim i to filmem z marvelowskiego uniwersum, jest też po prostu komedią o nastolatkach, w duchu “Powrotu do przyszłości” i “Wolnego dnia Ferrisa Buellera“. Za ludzką skalę tego filmu, w którym główny bohater jest zwykłym dzieciakiem, który przypadkiem supermoce i przypadkiem spotkał parę miesięcy temu Avengersów i nie może przestać się tym jarać. Dzieciakiem, który nie walczy z zagrażającym całemu Nowemu Jorkowi superłotrem, ale z lokalnym gangsterem. No, dobra, supergangsterem. Który to gangster nota bene jest postacią wyjątkowo jak na filmy superbohaterskie niejednowymiarową. Wszystko w tej produkcji wydaje się jakieś takie mniejsze, przytulne i bardziej swojskie. “Homecoming” niewątpliwie pobudza we mnie nostalgię za czasami, gdy sam byłem nastolatkiem z supermocami, które musiałem ukrywać przed dziewczynami, do których zarywałem i dlatego udawałem przegrywa.

Oprócz świetnych kreacji Toma Hollanda i Michaela Keatona oraz zawsze niezawodnego Roberta Downey’a Jr., na uwagę zasługuje wcielająca się w rolę szkolnej koleżanki Petera Parkera Zendaya. Absolutnie doskonale zagrana, świetna postać. A jeśli już oglądaliście “Homecoming”, to oglądając kolejny raz przyjrzycie się jej uważnie, na pewno zauważycie bardzo dyskretne zapowiedzi wątku, który pojawi się w kontynuacji.

Te wszystkie elementy, które tak często (mniej lub bardziej słusznie) są krytykowane w uniwersum Marvela, w tym filmie działają właściwie bezbłędnie. Wielość komicznych kwestii i sytuacji; występy gościnne innych postaci z franczyzy; meta-znaczenie faktu obsadzenia Micheala Keatona, wcielającego się wcześniej w rolę Batmana i Birdmana, w rolę Sępa. Ale najbardziej podoba mi się urok świata przedstawionego. To liceum w Queens, do którego chodzi Peter Parker są uniwersum, w którym chciałbym zamieszkać. Przynajmniej na trochę.

Dunkierkadunkirk
Sorry, jeśli będzie przez chwilę trochę politycznie, ale to jest zbyt dobre, bym mógł się powstrzymać! W Polsce wiele osób wygłasza pogląd, że nasza historia pęka w szwach od tematów, z których można by zrobić film albo serial, który spokojnie można by było sprzedać światowej publiczności, wreszcie przydać naszemu narodowi należnej mu glorii, zerwać z “pedagogiką wstydu”, poprawić nasz wizerunek na świecie i przy okazji na tym zarobić. Podobno wystarczy otworzyć podręcznik dziejów Polski na losowo wybranej stronie i tam będzie historia, która właściwie sama zmieni się w scenariusz, sama się nakręci i pozwoli upiec te wszystkie sroki na jednym ogniu. Jedyne, co stoi Polsce na przeszkodzie w drodze do stania się największym eksporterem historycznych blockbusterów, to spisek różnych grup interesu, którym zależy, by nasz kraj wciąż ponosił klęskę na wszelkich możliwych polach. Niskie budżety, kiepskie scenariusze i drewniane aktorstwo w naszych historycznych superprodukcjach nie mają tutaj oczywiście nic do rzeczy.

Oglądając “Dunkierkę” można chwilami odnieść wrażenie, że kręcąc ją Christopher Nolan chciał pokazać przedstawionej powyżej mentalności wielkiego fucka. Zupełnie jakby pomyślał: wezmę na warsztat totalnie nieseksowny temat i zrobię z niego seksowny film.

Gdyby jeszcze ci nieszczęśni alianccy żołnierze oblężeni w francuskim forcie mieli chociaż tyle przyzwoitości co Spartanie pod Termopilami i wszyscy romantycznie zginęli. Ale nie, oni stamtąd uciekli. To jest film o ewakuacji. Ewakuacji. A jednak jest to bardzo dobry, trzymający w napięciu film, ze świetnymi zdjęciami i doskonałą muzyką. I sprawiający, że widz przejmuje się losem bohaterów mimo, że wie o nich naprawdę niewiele.

Zarzuty, że twórcy ulegli presji poprawności politycznej i unikali używania terminu “Niemcy”, są raczej nietrafione. Jasne, to że w filmie najczęściej występuje bliżej nieokreślony “wróg”, a nie np. “Niemcy” czy choćby “naziści” i to, że rzadko tego wroga widujemy, a jeśli nawet to nie widzimy jego chorągwi czy mundurów, to wszystko nie jest przypadkiem. Ale sądzę, że jednak chodzi tutaj o pewne przeniesienie akcentu. Wrogiem są tu oczywiście także narodowo-socjalistyczne Niemcy, ale przede wszystkim jest nim sama wojna. Ten film jak nic pokazuje, że wojna nie jest fajną przygodą, ale koszmarem, od którego desperacko próbuje uciec większość głównych bohaterów. Fakt, że wróg – w pewnym sensie – nie ma narodowości, twarzy, nazwisk, nie tyle służy rozmyciu odpowiedzialności za II wojnę światową, ale właśnie spotęgowaniu strachu wśród widzów, a więc i zwiększeniu współodczuwania wobec bohaterów filmu. Wszak stara reguła kina (i nie tylko kina) jest prosta, najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. A ja osobiście uważam, że gdyby więcej produktów popkultury zohydzało swoim odbiorcom wojnę, zamiast pokazywać ją jako romantyczną przygodę, to może mniej ludzi byłoby skłonnych ku takiej romantycznej przygodzie wyruszać, względnie wysyłać na nią bliźnich. I świat miałby szansę stać się lepszym miejscem.

Valerian i miasto tysiąca planetvalerianPrzewidywalna i pełna luk fabuła. Dość drewniana gra aktorska. Nawet ze strony takich tuzów, jak Clive Owen czy Ethan Hawke. Jasne, wiele aspektów tego filmu sprawia, że trudno nazwać go doskonałym. Ale też wiele aspektów tego obrazu sprawia, że wciąż miło wspominam seans “Valeriana i miasta tysiąca planet” i wcale nie chodzi tutaj o obecność Cary Delevigne na ekranie. Efekty specjalne w tym filmie były bezbłędne – dzieło Luca Bessona to prawdziwa uczta dla oczu każdego fana fantastyki (naukowej) i kina akcji. Świat przedstawiony zadziwia niezmierzonym bogactwem idei, konceptów, pomysłów, miejsc które z chęcią bym odwiedził, a cały czas ma się wrażenie, że zaledwie muskamy powierzchnię tego nieskończenie głębokiego uniwersum. Ale co najważniejsze, oglądając ten film czujemy pasję i miłość w jaką w niego włożyli twórcy, przede wszystkim Luc Besson, który komiksami o podróżującym w czasie i przestrzeni agencie Valerianie jara się od dzieciństwa, a nakręcenie adaptacji planował przynajmniej od czasów prac nad “Piątym elementem“, którego premiera miała miejsce blisko dwadzieścia lat temu. Francuski reżyser – wbrew obowiązującej obecnie modzie na outsourcing – uparł się, by kręcić film w swojej ojczyźnie (będącej także przecież ojczyzną twórców komiksu o Valerianie) i zatrudnić francuską ekipę, co jest bardzo sympatyczne, ale też spowodowało spore zwiększenie kosztów produkcji. Dlatego też “Valerian i miasto tysiąca planet” okazało się być finansową porażką, bo spory budżet filmu nie znalazł odzwierciedlenia w jego popularności w kasach biletowych. A szkoda, bo ten świat jest tak bogaty i ciekawy, że z chęcią obejrzałbym sequel. Odrobinę pozytywnego, naiwnego, utopijnego science fiction jeszcze nikomu nie zaszkodziło, zwłaszcza w świecie, w którym przeważa science fiction mroczne, pesymistyczne i dystopijne.

Blade Runner 2049 blade runner
A skoro już mówimy o mrocznym, pesymistycznym i dystopijnym science fiction… Tak jak wspomniałem wyżej, mam wrażenie (a wrażenie z natury swej jest subiektywne, więc proszę mnie tutaj nie zarzucać tytułami, które przeczą mojej tezie), że przeważa ono we współczesnym kinie (oraz w telewizji i na platformach streamingowych). Dlatego jeśli już robić kolejną mroczną, pesymistyczną i dystopijną produkcję SF, to robić ją tak, jak Denis Villeneuve zrobił kontynuację kultowego “Łowcy Androidów“. Bo choć wizja świata przedstawionego przez kanadyjskiego reżysera jest chyba jeszcze bardziej przykra, niż ta pokazana w filmie Ridley’a Scotta w 1982 roku, to ja z kina nie wyszedłem przytłoczony czy przygnębiony. Być może to z powodu piękna bladerunnerowego uniwersum, którego klimat udało się Villeneuve’owi uchwycić bezbłędnie, a do tego zdołał do niego wprowadzić nowe elementy, zachowując pełną spójność. A być może dlatego, że ta opowieść mimo, że jest niewesoła, to jednak niesie jakieś oczyszczenie, katharsis, nie zaś wyłącznie pustkę i nihilizm.

Coco coco
Po raz kolejny Disney/Pixar serwuje nam ten sam przepis na rozrywkę, emocje, śmiech i wzruszenia. I po raz kolejny to oczywiście działa, niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, której mechanizm zaprojektował niemiecko-japoński zespół ekspertów, za design odpowiedzialni byli Włosi, a za marketing Amerykanie. Nie oszukujmy się, to działa za każdym razem. Ale tym razem historia opowiedziana w “Coco” zadziałała na mnie nawet mocniej, niż zwykle. Może to dlatego, że to opowieść o małym chłopcu, który wbrew przeciwnościom chce być muzykiem, grać na gitarze i sięgnąć po nieśmiertelną sławę. Historia Miguela Rivery poruszyła – że tak powiem – odpowiednie struny w mojej duszy. Cóż, jest to przepięknie ilustrowana (te kolory i w ogóle to, jak przedstawione zostały zaświaty) opowieść o miłości, muzyce, marzeniach, rodzinie, sławie, zapomnieniu, śmierci i nieśmiertelności. A przede wszystkim chyba o szczęściu i o tym, gdzie tak naprawdę ludzie powinni go szukać. Pod względem przewijających się w filmie motywów, trochę mi się “Coco” skojarzyło z “AmadeuszemMiloša Formana, z tą różnicą, że tam gdzie “Amadeusz” jest filmem cynicznym i pesymistycznym, “Coco” jest filmem naiwnym i optymistycznym.