Moje ulubione piosenki 2018 roku

W poprzednim tekście, podsumowującym 2018 rok w kontekście filmów, przedwcześnie pochwaliłem się, że tym razem uda mi się szybko i sprawnie zakończyć etap podsumowań. Po czym na kolejne zestawienie kazałem Wam czekać ponad miesiąc. Brawo ja. Niemniej w końcu udało mi się je napisać. Przed Wami moja subiektywna lista najlepszych piosenek 2018 roku (jak zwykle przypominam, że nie jest ona rankingiem od najgorszego do najlepszego – kolejność piosenek jest chronologiczna, decyduje data wydania/opublikowania).

Myles Kennedy Love Can Only Heal

myles kennedy - love can only heal.png
Jeśli sądziliście, że solowy debiut znanego przede wszystkim z metalowego Alter Bridge Mylesa Kennedy’ego, to będzie takie nudnawe, akustyczne plumkanie, to się grubo myliliście. Owszem, raczej nie znajdziecie na tej płycie mocno przesterowanych gitar i łomoczącej jak pociąg pancerny sekcji rytmicznej. Zatytułowany “Year of the Tiger” album jest o wiele lżejszy, delikatniejszy i bardziej melodyjny, niż twórczość macierzystej formacji Kennedy’ego. Ale w większości piosenek Amerykanin bynajmniej nie rezygnuje z charakterystycznego dla Alter Bridge patosu i epickości.

Jedną z takich piosenek jest “Love Can Only Heal“. Jest kilka naprawdę dobrych songwritersko numerów na tej płycie, ale żadna z nich nie chwyta za serce tak, jak ten. Utwór rozpoczyna się bardzo spokojnie, jednak od pierwszych nut wiadomo, że szykuje się coś potężniejszego. Później jakby łagodnieje, wywołując w słuchaczu wrażenie, że jednak mamy do czynienia z easylisteningowym akustycznym plumkaniem, a song zdaje się wygasać. I wtedy BUM! Wchodzi perkusja i rozpoczyna się epicki, monumentalny finał piosenki! Ciary!

Może to kwestia mojego starczego zrzędzenia na dzisiejsze, skarlałe czasy, ale mam wrażenie, że mało dzisiaj powstaje – przynajmniej w stylistyce okołorockowej – takich utworów, które nie popadając w tandetę, nie boją się też odrobiny wzniosłości i pompy. W każdym razie polecam Wam “Love Can Only Heal”. Spodoba Wam się. Nawet jeśli nie jesteście fanami specyficznego głosu Mylesa Kennedy’ego. Chociaż dajcie mu szansę. To naprawdę miły gość. Zasłużył na to.

Paul McCartney Come On To Me

paul mccartney - come on to me.png
Gdyby moje zestawienia choć starały się być w jakiś sposób miarodajne, to z pewnością album Paula McCartney’a zatytułowany “Egypt Station” znalazłby się w moim rankingu najlepszych płyt. To piekielnie dobrze zrobiony krążek. Zresztą czego spodziewać się po jednym z największych songwriterów wszech czasów, współtwórcy jednego z najpopularniejszych zespołów we wszechświecie, który ma za sobą sześćdziesiąt lat doświadczenia i do dyspozycji – jak się domyślam – niemal nieograniczony budżet i czas, a także może przebierać wśród najlepszych muzyków sesyjnych i producentów.

Ale moje zestawienia być miarodajne w ogóle nie próbują. Są – co będę do znudzenia powtarzał – całkowicie subiektywne. I w związku z tym muszę, z pewną dozą smutku, przyznać, że jakoś nie byłem w stanie płyty “Egypt Station” pokochać. Wiem, że jest piękna i dobra, ale jakoś nie mogłem w sobie wykrzesać uczucia do niej.

Niemniej muszę wyrożnić numer “Come On To Me“. Bo ten kawałek świetnie oddaje osobowość McCartneya. Tak, jak sir Paul łączy stare z nowym, elementy modne z elementami ponadczasowymi. Ma w sobie jednocześnie ten rock and rollowy luz i pazur, a zarazem jakąś taką wielką mądrość i klasę.

Halestorm Do Not Disturb

halestorm - do not disturb.png
Halestorm oscyluje, jak dla mnie, gdzieś pomiędzy całkiem badassowym nowoczesnym hard rockiem a muzyką w stylu Avril Lavigne. W jednej chwili grają z niesamowicie zadziornie, a w drugiej brzmią jakby ktoś przepuścił ich przez auto-tune i wzmacniacze firmy Line 6.

Do Not Disturb” plasuje się jednak po jedynie słusznej i prawilnej stronie tego spektrum. Ten kawałek ocieka rock and rollową energią. I to pomimo niezbyt szybkiego tempa, co należy chyba policzyć jako dodatkową zasługę. Wokalistka zespołu, Lzzy Hale, doskonale rozporządza swoim głosem, pokazując pazur dokładnie tam, gdzie trzeba, nie przeginając przy tym przesterowanym wrzaskiem. Co zdarza się niestety wielu wokalistkom, które odkrywszy, że potrafią śpiewać tym potężnym, zachrypniętym głosem, robią to przez cały czas, sądząc zapewne, że tak jest bardziej rockowo i niegrzecznie. Zwykle wychodzi na to, że jest co najwyżej płasko i irytująco.

W każdym razie “Do Not Disturb” to kawałek, który skłania do tego, by dać dyskografii Halestorm jeszcze jedną szansę. Kto wie? Może okaże się, że jako całość ten band jest znacznie lepszy, niż mi się jak dotąd wydawało?

Lana Del ReyVenice Bitch

lana del rey - venice bitch.png
Gdy osiem lat temu Elizabeth Grant wydała pierwszego singla pod pseudonimem Lana Del Rey, wielu traktowało ją jak pariasa. Zarzucano jej pozerstwo i parcie na szkło, wytykano ewidentne braki w warsztacie wokalnym. I mimo, że jej niesamowita kariera najprawdopodobniej nie byłaby możliwa bez wsparcia mocno dzianego ojca wokalistki, to jednak jej osiągnięcia wciąż imponują.

Po ośmiu latach Amerykanka wciąż wydaje bardzo dobre albumy. I już nikt na muzycznym Parnasie nie traktuje jej jak nuworyszki. Przeciwnie – to współpraca z Laną Del Rey jest dla producentów i artystów nobilitacją. Wreszcie – last not least – jest przez swoich fanów obdarzana wręcz religijną czcią. Jasne, w odróżnieniu od gloryfikacji gwiazd rocka lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, których fani chyba naprawdę uważali za istoty nadprzyrodzone, ubóstwianie Lany jest nieco wzięte w nawias, jak niemal wszystko w dzisiejszym świecie. Ale jednak nie można odmówić sukcesu komuś, kto wspiął się tak wysoko, że teraz może nagrać utwór, który trwa blisko dziesięć pieprzonych minut, wrzucić go na Spotify z jakimś randomowym zdjęciem z Instagrama jako okładką i od tak mieć piętnaście milionów w odsłuchań.

Bo tak właśnie było z “Venice Bitch“. Tak, jak i na poprzednich wydawnictwach Del Rey eksploruje tutaj amerykańskie mity i opiera się na nostalgii za wszystkim, co jest retro i wintydż. Ale robi to z klasą, pamiętając o różnicy między odwoływaniem się do nostalgii, a żerowaniem na niej. Łącząc – jak zwykle – staroświeckość z nowoczesnością, pokazuje też pewną zuchwałość i świadomość swego statusu z tymi dziesięcioma minutami utworu, choć przecież tak naprawdę nigdy się nie stosowała do zasad trzyminutowego radiowego popowego kawałka. Ale przede wszystkim te snujące się przez dziesięć minut muzyczne pejzaże ani przez sekundę nie nudzą. Przeciwnie – wciągają nas jak te pojawiające się co jakiś czas w necie galerie zdjęć zatytułowane “Niepublikowane dotąd zdjęcia takiego a takiego miejsca w latach pięćdziesiątych”.

KortezHej Wy

kortez - hej wy.png
Zakochałem się w utworze “Hej wy” od pierwszego usłyszenia. I jak to bywa w takich sytuacjach, pamiętam doskonale ten moment. Jechałem na próbę zespołu, kompletnie styrany po całym dniu w robocie. To był szaro-buro-deszczowy październikowy wieczór, czyli sceneria, która doskonale sprawdziła się w roli teledysku do tej melancholijnej piosenki.

Właściwie wszystko mi w tym numerze pasuje. Podmiot liryczny – trochę melancholik, trochę marzyciel, nie tylko pogodzony, ale i czerpiący dumę z faktu, że jest wyrzutkiem – to gość, z którym jakoś tak przyjemnie jest mi się identyfikować. Do tego prosty, pozbawiony zbędnych udziwnień aranż i charakterystyczny, ale niezmanierowany sposób śpiewania Korteza, który był dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo – z nieznanego mi powodu – postrzegałem go wcześniej jako artystę, którym jarają się pretensjonalni hipsterzy. Wszystko to składa się na perfekcyjny soundtrack do nurzania się w jesiennej chandrze.

Bo dobrze jest czasem ponurzać się w jesiennej chandrze. Ja przynajmniej lubię to robić od czasu do czasu.

Kurt VileSkinny Mini

kurt vile - skinny mini
Kurt Vile to postać paradoksalna. Sprawia wrażenie wyluzowanego gościa, zawsze rozkojarzonego, nigdzie się nie spieszącego lesera i bumelanta. Jednocześnie jest to facet, który od ponad dekady wydaje album niemal co rok, udzielając się także w innych projektach (zarówno w studio, jak i w trasie), a na swoim fenderze jazzmasterze wycina zagrywki, które nawet patrząc mało obeznanym okiem, wymagają niezłej techniki i godzin ćwiczeń. Jego kawałki wydają się na pierwszy rzut ucha rozmemłanym, nieco płaskim brzdąkaniem, ale jest to przynudzanie, którego odbiorca nie może przestać słuchać, a za każdym przesłuchaniem odkrywa jakiś nowy aspekt, jakąś nową warstwę muzyki Kurta Vile’a.

I tak jest w przypadku kawałka “Skinny Mini”. Nie dość, że ten numer trwa ponad dziesięć minut, to jeszcze opiera się na zapętlonej zagrywce, składającej się z dwóch (DWÓCH!) chwytów gitarowych. Nagrywając ten kawałek, Kurt i towarzyszący mu muzycy wyszli z siebie, żeby sprawić wrażenie, że zagranie tego przyszło im lekko. I odnieśli sukces. Bo tak naprawdę nie wiem, czy to, że filadelfijczyk przerywa pierwszą linijkę utworu w połowie i mówi “fuck“, jakby się pomylił, jest faktyczną pomyłką, którą producenci postanowili zostawić, czy też jednak od początku upozowanym i zamierzonym zagraniem. I tak naprawdę nie wiem, czy nagranie tego dziesięciominutowego kolosa zajęło kilka dni, czy też zostało załatwione jednym podejściem grającego na żywo zespołu.

Wiem tylko, że tego zapętlonego dwuchwytowego motywu mógłbym słuchać w nieskończoność. A przynajmniej bardzo, bardzo długo. Przecież nie muszę się nigdzie spieszyć. Zupełnie jak Kurt Vile.

(I tak. To jest jego prawdziwe nazwisko. Vile. To nie jest pseudonim artystyczny. On się tak nazywa naprawdę.)

Sam FenderThat Sound

sam fender - that sound.png
Słysząc ten kawałek pierwszych kilka razy – zanim sprawdziłem, kto właściwie jest jego autorem – żywiłem wielką obawę, że to utwór zespołu The 1975. Nie wiem, dlaczego – nie znam twórczości The 1975. Wiem o nich tylko tle, że to złodzieje nazw, którzy przebiegle nadali sobie nazwę łudząco przypominającą nazwę mojego bandu. No, cóż – historia ich rozliczy! W każdym razie, rozumiecie moje przerażenie, kiedy myślałem, że – o zgrozo – podoba mi się numer The 1975. Na szczęście okazało się, że to niejaki Sam Fender.

Kiedy już upewniłem się, że to nie The 1975, mogłem już bez skrępowania wkręcać się w ten niesamowicie chwytliwy kawałek. Serio, śpiewany przez Anglika refren snuje się po szklistych akordach gitary (wygląda na to, że nazwisko zobowiązuje) w sposób niemal hipnotyzujący. A Sam Fender, jakby tego świadom, powtarza te wszystkie przebojowe motywy dokładnie tyle razy, by nie się nie znudziły, ale zostały w głowie przez resztę dnia.

Deadland RitualDown in Flames

deadland ritual - go down in flames
Nie wiem dlaczego, ale gdy pierwszy raz usłyszałem Deadland Ritual, myślałem, że to jakiś młody, polski zespół. I pomyślałem sobie wtedy: ależ chłopaki dają czadu, kurde, dobre to jest!

Natomiast, gdy dowiedziałem się, że ten młody, polski zespół to tak naprawdę amerykańska supergrupa, w skład której wchodzą Geezer Butler z Black Sabbath i Matt Sorum z Guns N’Roses, The Cult czy Velvet Revolver, to myślałem sobie: eee, takich gigantów stać na więcej. Jeśli band jest złożony z takich tuzów, to jego muzyka powinna już naprawdę roztrzaskiwać dupę, jak granat przeciwpancerny i zrywać skórę z twarzy, niczym Ramsay Bolton.

I może to jest cały problem z supergrupami. Że jak słyszymy, że jacyś muzyczni superbohaterowie łączą siły, by sformować oddział rock and rollowych Avengersów, nasze oczekiwania są tak wysoko, że ciężko jest im sprostać, nawet jeśli wyzwanie podejmują prawdziwe legendy.

A gdybyśmy tak po prostu potraktowali tych gigantów tak samo, jak potraktowalibyśmy jakiś młody, próbujący się przebić zespół spod Skarżyska-Kamiennej? Zadałem sobie takie pytanie. I wiecie co? Znowu mi się to Deadland Ritual podoba.

White HighwayHere I Am

white highway - here i am.png
Na swoim debiutanckim długograju, zatytułowanym “Hittin’ the Road“, warszawscy eksperci od przebojowego, ejtisowego hard rocka i chwytliwych refrenów kontynuują robienie tego, co robią najlepiej. Czyli grają przebojowego ejtisowego hard rocka z chwytliwymi refrenami. Ale moją uwagę na tym albumie przykuł zamykający płytę numer zatytułowany “Here I Am“, który – no, cóż – nieco modyfikuje formułę stosowaną zazwyczaj przez White Highway.

Kiedy pierwszy raz słuchałem “Hittin’ the Road” i zobaczyłem na końcu plejlisty trwający dziesięć minut, pomyślałem sobie: ot, pewnie kolejny czterominutowy numer (nie żeby było coś złego w kolejnym czterominutowym numerze), potem pięć minut ciszy, a na koniec jakiś mały hidden track albo coś w tym stylu.

Tymczasem (spoiler alert!) White Highway serwują nam na koniec swojego albumu ambitny, monumentalny utwór z licznymi zmianami tempa i opartymi na pianinie czy syntezatorach interludami. Ogromnie mnie ten numer zaskoczył. I ucieszył, bo – będę się powtarzał, jak katarynka – uważam, że mało który zespół ma odwagę w dzisiejszych czasach zaryzykować stworzenie swojego własnego “November Rain“.

Bo jeśli jest w XXI wieku jakiś sens wydawania długogrającego albumu (bo przecież w epoce jutubów i spotifajów można by równie dobrze wypuszczać po jednym utworze), to właśnie taki, żeby był on jakąś opowieścią posiadającą początek, rozwinięcie i zakończenie. Najlepiej będące epickim zwieńczeniem, niczym zniszczenie Gwiazdy Śmierci czy bitwa o Helmowy Jar. Albo niczym “Here I Am” White Highway.

 

Moje ulubione filmy 2018 roku [bez spoilerów]

Jeżeli chodzi o filmy, to w przeciwieństwie do zeszłorocznego podsumowania roku jeszcze poprzedniejszego, tym razem udało mi się napisać tekst jeszcze w styczniu (a nie w kwietniu, jak w roku minionym). Stało się tak głównie dlatego, że najzwyczajniej w świecie porzuciłem nadzieję na to, że nadrobię zaległości i obejrzę filmy, które chciałem zobaczyć i miały potencjał, by znaleźć się na tej liście, a na które w 2018 roku nie udało mi się pójść do kina. Bo przecież ta lista tak czy siak jest tworzona bez ambicji, by być w jakikolwiek sposób miarodajną. Jest totalnie subiektywna i robiona bez spiny.

Także zasady są te same co zazwyczaj: kolejność filmów na liście jest chronologiczna i znalazły się na niej filmy, które swoją premierę miały w 2018 roku w Polsce. I tyle. Gotowi? Jedziemy!

Cudowny chłopak

cudowny chłopak.png
Cudowny chłopak” mnie zaskoczył. W tym sensie, że okazał się być czymś więcej, niż tylko ładną, rozgrzewającą serce, wyciskającą łzy i podnoszącą na duchu, słodką historią o chłopcu ze zdeformowaną twarzą pragnącym akceptacji rówieśników i familijnym filmem na długi zimowy wieczór (albo ciepłe letnie popołudnie). I żeby było jasne, “Cudowny chłopak” jest ładną, rozgrzewającą serce, wyciskającą łzy i podnoszącą na duchu, słodką historią o chłopcu ze zdeformowaną twarzą pragnącym akceptacji rówieśników.

Ale wbrew tytułowi (a właściwie polskiemu tytułowi, bo w oryginale film, podobnie jak książka na podstawie której powstał, nosi tytuł “Wonder”), twórcy wprowadzają do tego dramatu inne osoby. Dlatego też możemy tę w gruncie rzeczy dość prostą historię oglądać oczami matki tytułowego bohatera, jego siostry, jego najlepszego przyjaciela, a nawet poniekąd oczami szkolnego dręczyciela. I to właśnie czyni tę historię interesującą. I – nie zawaham się użyć tego określenia – skłaniającą do refleksji.

Czas mroku

czas mroku
Ten film mógłby oprzeć swą siłę wyłącznie na niewiarygodnej transformacji i wybornej grze Gary’ego Oldmana wcielającego się (czy raczej przemieniającego się) w Winstona Churchilla. Ale jest zdecydowanie czymś więcej. “Czas Mroku” to kolejny obraz po “DunkierceChristophera Nolana, który podejmuje pozornie nudny temat i opowiada go w sposób niesamowicie wciągający.

Produkcja opowiada o objęciu przez Churchilla urzędu premiera Wielkiej Brytanii w 1940 roku, kiedy Europa, państwo po państwie, pada łupem Hitlera. Filmowi – zgodnie ze swoim tytułem – udaje się oddać atmosferę czasów, kiedy zachodnie demokracje stanęły w obliczu całkiem realnej groźby znalezienia się pod podkutym butem Wehrmachtu. Ta atmosfera jest odczuwalna mimo tego, że przecież znamy szczęśliwe zakończenie tej historii. Główny bohater filmu to wciąż ten dobrotliwy Churchill, jakiego znamy z popkultury, czyli korpulentny facet z cygarem sypiący bon motami jak z rękawa. Ale widzimy też tę jego drugą twarz: człowieka zmagającego się z depresją i przerastającą zarówno jego, jak i wszystkich innych sytuacją. Akcja właściwie całego filmu toczy się w ciemnych pomieszczeniach i przytłaczających, klaustrofobicznych schronach, czym twórcy graja doskonale.

Ale nie jest to przecież obraz o poddawaniu się rozpaczy. W tym całym mroku pojawia się snop światła, w poczuciu nadciągającej zagłady jest także nutka nadziei, czasem może trochę naiwnej, jak ten wizerunek brytyjskiego premiera przedstawianego jako sympatycznego pijaczka w cylindrze. Bardzo jest potrzebna ta odrobina naiwności, gdy nadchodzi czas mroku, jakkolwiek rozumiany.

Anihilacja

anihilacja.png
Jeśli już oglądać horrory, to niech to będą horrory science fiction, a jeśli już już oglądać horrory science fiction, to niech to będą horrory science fiction w wykonaniu Alexa Garlanda. Przyznaję, że marketingowy haczyk “Anihilacji” połknąłem, kiedy tylko zobaczyłem pierwsze materiały promocyjne reklamujące film. Mam chyba po prostu słabość do opowieści o grupce naukowców wyruszających na wyprawę, której celem jest zbadanie jakiegoś tajemniczego i potencjalnie niebezpiecznego zjawiska. A gdy dowiedziałem się, że zarówno za maszyną do pisania, jak i za kamerą w tym projekcie zasiadł autor scenariusza do “Dredda” z 2012 roku, “Anihilacja” znalazła się na liście filmów, które absolutnie muszę obejrzeć.

Najnowsze dzieło Garlanda nie jest produkcją tak doskonałą, jak poprzedni obraz jego autorstwa, świetna “Ex Machina“. Nie udało się też “Anihilacji” uniknąć kilku typowych dla tego rodzaju produkcji wtop (by wspomnieć choćby fakt, że rządowa agencja, wysyłając grupę naukowczyń na nieznane terytorium, z którego nie powróciła jak dotąd żadna ekspedycja, wyposaża je w broń palną, ale nie daje im np. masek gazowych). Ale wciąż jest to cholernie dobry film.

“Anihilacja” jest dopracowana i oryginalna pod względem wizualnym, frapująca i fascynująca pod względem scenariuszowym. Jako horror jest na tyle przerażająca, że nie musi opierać swojej kampanii marketingowej na przekonywaniu, jaka to ona nie jest straszna, co czyniły w 2018 roku inne filmy. Zwłaszcza jedna scena zapada tutaj w pamięć – ilekroć powracam do niej myślami, mam ciary. I mam wrażenie, że ci z Was, którzy film widzieli, wiedzą doskonale, którą scenę mam na myśli.

Tym bardziej szkoda, że film przeszedł bez echa. W amerykańskich multipleksach film zarobił mniej, niż kosztował. W Europie film wylądował od razu na Netfliksie. Z tego co przeczytałem w internetach wynika, że grube ryby w wytwórni Paramount uznały, że film jest “zbyt intelektualny”, żeby go jakoś szczególnie entuzjastycznie promować. Najwyraźniej produkcja, w której wszyscy główni protagoniści to kobiety, spośród których jedna jest Afroamerykanką, a jedna Latynoską i przy okazji lesbijką, nie miał absolutnie żadnych szans, by wywołać wokół siebie jakikolwiek rozgłos w 2018 roku.

Podsumowując, zróbcie sobie i Aleksowi Garlandowi przysługę, wejdźcie na Netfliksa i obejrzyjcie “Anihilację”. Zwłaszcza, jeśli lubicie się bać. Albo jeśli lubicie inteligentne, a nawet intelektualne science fiction. Udowodnienie dupkom z wytwórni, że się mylili co do tego filmu, będzie oczywiście miłym bonusem.

Ja, Tonya

ja, tonya.png
Będę szczery. Margot Robbie ubrana w łyżwiarski trykot wystarczyłaby, by ten film wylądował na mojej liście. Ale na tym zalety tego obrazu się nie kończą. Opowiada on historię amerykańskiej łyżwiarki Tonyi Harding ze swadą i dowcipem, bawiąc się konwencją paradokumentu, co sprawia, że wciąga nawet widzów, których ten temat wcześniej w ogóle nie obchodził i nie interesował.

Na pochwały zasługują też kreacje aktorskie Sebastiana Stana, Allison Janney, Paula Waltera Hausera, no i oczywiście samej Robbie, która oprócz standardowej pracy, którą musi wykonać aktor, by wcielić się w znaną postać w filmie biograficznym, musiała też poddać się morderczej serii treningów łyżwiarstwa figurowego. A przy okazji sprawowała też funkcję producenta filmu. “Ja, Tonya” to film, który rozwiał ostatecznie wątpliwości co do tego, jak ambitną aktorką jest Robbie. Jasne, wyróżniała się na plus w “Legionie samobójców” i występowała już u Scorsese, ale to właśnie w tym obrazie pokazała w pełni, że nie zamierza zadowolić się byciem tylko i wyłącznie hollywódzką ślicznotką. Co potwierdza trailer do wchodzącego wkrótce do polskich kin filmu “Maria, królowa Szkotów“, w którym okazuje się, że – jeśli rola tego wymaga – australijska aktorka nie boi się nawet oszpecić.

Avengers: Infinity War

avengers infinity war
Na “Infinity War” poszedłem tylko po to, by być na bieżąco z Kinowym Uniwersum Marvela. Żebym potem wiedział o co chodzi, jak pójdę na solowy film Spider-Mana albo Ant-Mana. Spodziewałem się, że nowi “Avengersi” to będzie przeładowany scenami, postaciami i wątkami bezmyślny spektakl. Że każdy kadr będzie zbyt naładowany treściami, bym był w stanie sobie to przyswoić. Że akcja będzie się toczyła tak szybko, że nie będę nadążał.

No, bo też twórcy filmu stanęli przed zadaniem zmiksowania tych wszystkich franczyz i umieszczenia tych wszystkich superbohaterów w jednej drużynie tak, aby zabawki dobrze się sprzedawały. Zrobić to wszystko i w dodatku jeszcze nakręcić angażującą widza historię, to jest naprawdę ogromne wyzwanie. Nie oszukujmy się, hollywódzkie filmy superbohaterskie to przede wszystkim biznes. Nakręcić film, który zarobi miliard dolarów i jeszcze przy tym stworzyć dzieło sztuki, to jest – no, cóż – sztuka.

Sztuka, która się reżyserującym film braciom Russo i piszącym scenariusz Christopherowi Markusowi i Stephenowi McFeely’emu jak najbardziej udała. Nie tylko “Infinity War” nie okazał się być szmirowatym pawiem, ale na kilku poziomach udało mu się stać – a co tam, użyję tego słowa – obrazem wybitnym. Tempo wcale nie było za szybkie, a wręcz w tym nie tak znowu długim, jak na fantastyczno-naukowy blockbuster filmie jakimś cudem udało się upchnąć kilka bardziej refleksyjnych, spokojniejszych, pozwalających odetchnąć scen. Obecność każdej z postaci miała swoje fabularne uzasadnienie, a główny łotr miał ideologię nieco głębszą, niż hasło “jestem zły i pragnę zniszczyć świat, sasasa” (choć jeśli ktoś twierdzi – a spotkałem takie opinie w internetach – że ludobójcze pomysły Thanosa mają choć krztę sensu, to mam prośbę, żeby się mocno walnął w łeb).

Na koniec trzeba powiedzieć, że sprawującemu artystyczną pieczę nad Kinowym Uniwersum Marvela Kevinowi Feige udało się dokonać całkiem niezłego ukoronowania tego bezprecedensowego projektu. Trudno bowiem mówić o “Avengers: Inifnity War” jako o zjawisku występującym w próżni. Przez ostatnie dziesięć lat, dzięki wszystkim poprzednim produkcjom, udało się Marvelowi sprawić, że tak pokochaliśmy tych superbohaterów, że teraz naprawdę z nimi współodczuwamy i przejmujemy się ich losem, a wydarzenia filmu mają swój ciężar i dramaturgię. Porównania z “Imperium kontratakuje” są tutaj moim zdaniem jak najbardziej na miejscu. I pamiętajmy o jeszcze jednej rzeczy. Być może dzisiaj Kinowe Uniwersum Marvela jest hegemonem. Zbyt wielką, by upaść megafranczyzą. Ale nie zawsze tak było. Wytwórnia Marvela rozkręcała tę serię, nie posiadając praw do Spider-Mana, Wolverine’a czy Daredevila, opierając się w większości na niszowych postaciach, słabo znanych komukolwiek spoza komiksowego fandomu. Dziś już każdy wie, kto to jest Iron Man, Thor czy Doktor Strange i z tego punktu widzenia, Kevin Feige, wraz z towarzyszącymi mu reżyserami, scenarzystami i aktorami, dokonał rzeczy niemal niemożliwej.

I dlatego cieszy mnie sukces “Inifinity War”. Bo to naprawdę niezła nagroda za odstawienie takiego przekrętu!

Ocean’s 8

ocean's 8
Ocean’s 8” to najbardziej kobiecy film roku, a zarazem najbardziej męski film roku. Mężczyźni mogą popatrzeć, jak piękne i inteligentne kobiety dokonują przebiegłego i zuchwałego skoku. A kobiety mogą popatrzeć, jak piękne i inteligentne kobiety dokonują przebiegłego i zuchwałego skoku. Ten film był jakoś tam jednak – nie zawaham się użyć tego słowa – potrzebny. Niezależnie od narzekań na “poprawność polityczną”. I w przeciwieństwie do wspomnianej już “Anihilacji”, która również miała kobiecą i multietniczną obsadę, “Ocean’s 8” odniosło zasłużony sukces komercyjny.

Ale myślę, że za dwadzieścia, a może nawet za dziesięć lat dla nikogo nie będzie już ważne, jakiej płci czy pochodzenia są główne bohaterki. Widzowie będą pamiętać, że to jest po prostu dobra produkcja. Lekki, dowcipny film o grupie uroczych złodziejek. Mimo że zrobiony według sprawdzonej formuły poprzednich odsłon tej franczyzy, to wciąż pełen zaskakujących widza zwrotów akcji. A fakt, że szajka włamywaczek pod przewodem Sandry Bullock i Cate Blanchett udowadnia niektórym napinaczom, że zrobienie “kobiecej” wersji “męskiego” filmu nie oznacza wcale, że ten film nie będzie miał jaj, jest tylko wisienką na torcie.

Bohemian Rhapsody

bohemian rhapsody.png
Jasne – fabuła tego filmu jest cieniutka. Jasne – scenarzyści z dosyć dużą nonszalancją potraktowali fakty i chronologię wydarzeń. Jasne – nawet nie znając zbyt dobrze historii zespołu Queen, widz ma wrażenie, że pominięto niektóre kontrowersyjne kwestie. Jasne – postacie, choć są autentycznymi ludźmi z krwi i kości, sprawiają wrażenie nieco jednowymiarowych. Jasne – widać, że żyjący członkowie Queenu (w szczególności Brian May i Roger Taylor) dopilnowali, by przypadkiem nie zostać przedstawionymi w złym świetle.

Wszystkie powyższe zastrzeżenia są w jakiś tam sposób słuszne. “Bohemian Rhapsody” to troszkę przesłodzona bajka o tym, jak Freddie Mercury i Queen spotkali się i grali rock and rolla. Ale jednocześnie takiej właśnie bajki potrzebowaliśmy. Potrzebowaliśmy takiego trochę listu miłosnego do Farrokha Bulsary, jego ekipy i pięknej muzyki, którą stworzyli. Tym właśnie jest ten film – listem miłosnym do muzyki i gwiazd rocka. Jednym wielkim teledyskiem, przeplatanym scenami dramatycznymi, czyniącymi całe widowisko jeszcze bardziej wzruszającym i zabawnym. To jak w tej produkcji wspaniale jest pokazana jest muzyka, wynagradza wszystkie inne niedostatki tego filmu. Być może kiedyś powstanie nieocenzurowany, nakręcony bez nadmiernej czołobitności film o Freddiem Mercurym i Queenie. Na razie jednak ten piękny hołd jest więcej, niż wystarczający. Jest to hołd potrzebny i – przede wszystkim – zasłużony! Ja w każdym razie wyszedłem z kina naprawdę szczęśliwy, że zobaczyłem ten film.

Narodziny gwiazdy

narodziny gwiazdy.png
Bradley Cooper odwalił kawał dobrej roboty. Stając za kamerą i wcielając się w rolę gitarzysty i wokalisty Jacksona Maine’a, podjął ogromną ilość wyzwań i trzeba przyznać, że sprostał im wszystkim, pokazując niesamowity kunszt. Ale prawdziwym objawieniem tego filmu była dla mnie Lady Gaga.

Talent muzyczny piosenkarki wzbudzał mój szacunek od początku, czyli od czasów, w których dla wielu “Just Dance” i “Poker Face” były synonimem tandety i powszechnie powtarzano, że Lady Gaga ze swoim kontrowersyjnym wizerunkiem jest tylko sezonową sensacją i pomalowaną na jaskrawe kolory wydmuszką. Czas pokazał, że Amerykanka jest utalentowanym muzykiem, który – mimo wzlotów i upadków – potrafi inteligentnie sterować swoją karierą. Wkład Stefani Germanotty w to jak dobrym filmem są “Narodziny gwiazdy” nie zakończył się jednak tylko na udziale w skomponowaniu ścieżki dźwiękowej. Okazała się być także świetną aktorką. Cóż, być może to dlatego, że historia Ally Maine jest chwilami łudząco podobna do biografii piosenkarki, ale Lady Gaga zagrała tę rolę w sposób tak bezpretensjonalny, że byłem pod ogromnym wrażeniem.

“Narodziny gwiazdy” to nie jest obraz jakoś szczególnie podnoszący na duchu. Ale też nie do końca przygnębiający. Przez chmury melancholii przebija też światło. Jest muzyka i miłość, które mogą być lekiem kojącym ból istnienia mimo, że nie zawsze są lekiem wystarczająco silnym. Choć wychodząc z kina przeklinałem osobę, która wpadła na pomysł, by polska premiera “Narodzin gwiazdy” miała miejsce pod koniec listopada, to po jakimś czasie zacząłem na niego spoglądać znacznie bardziej przychylnym okiem. Jak być może zauważyliście, nie przepadam za przygnębiającymi filmami. Szczególnie ostatnimi czasy. Ale w przeciwieństwie do innych tegorocznych produkcji, w “Narodzinach gwiazdy” – nie chcąc zdradzać zbyt wiele, powiem tylko, że nie jest to feelgood movie – nie ma epatowania depresją i upajania się rozpaczą.

Także rekomenduję Wam ten film. A jeśli okaże się jednak zbyt smutny, sięgnijcie po coś, co na pewno podniesie Was na duchu, na przykład “Creed II“.

Creed II

creed ii
Bo niewiele jest opowieści tak podnoszących na duchu, rozświetlających mrok i rozgrzewających serce, jak saga zapoczątkowana Anno Domini 1976 przez film “Rocky“. Opowiadająca o tym, że nawet jeśli oficjalnie przegrywasz, to tak naprawdę wygrywasz. Bo najważniejsze jest, by udowodnić coś sobie, nie innym. Że niezależnie od tego, jak mocno obrywasz, zawsze jesteś w stanie się podnieść. Doprawdy, Rocky Balboa od ponad czterdziestu lat udowadnia, że choć nie jest wykształcony, ani nawet inteligentny, to ma do przekazania ogromną mądrość.

Creed II” to już ósmy film z uniwersum Rocky’ego i drugi skupiający się na historii syna Apollo Creeda, najpierw rywala, a potem przyjaciela Balboy. Adonisa Creeda przedstawił publiczności w 2015 roku Ryan Coogler wskrzeszając serię w naprawdę świetnym stylu i zapełniając świat stworzony przez Sylvestra Stallone’a kolejnymi postaciami, których nie sposób nie pokochać. A “Creed II’ jest filmem nawet lepszym, niż nagradzany poprzednik zatytułowany “Creed: Narodziny legendy“.

Być może przemawia za tym nostalgia, bo scenariusz drugiej części przygód granego przez Michaela B. Jordana boksera znowu napisał stary, dobry Stallone. Przyprowadzając przy okazji starych, dobrze nam już znanych bohaterów. Ale też po prostu dlatego, że ten film dostarcza nam to, co zdecydowało o sukcesie tej serii. Czyli opowieść o ludziach z krwi i kości, mierzących się w gruncie rzeczy z takimi samymi problemami, jak my. O bohaterach, których kochamy i nienawidzimy. Którym kibicujemy. Z którymi razem cierpimy i razem się cieszymy.

Bo boks jest tutaj zaledwie narzędziem dla bardziej uniwersalnego przesłania. “Creed II” podobnie jak pozostałe filmy tej sagi, to przede wszystkim historia miłosna, opowieść o rodzinie i – no, cóż – po prostu o życiu. Wyrzućcie boks i zastąpcie go jakąkolwiek dziedziną ludzkiej działalności, najlepiej jakąś sobie bliską, a zrozumiecie jak uniwersalna jest ta saga. Najtrafniej podsumowują to słowa wypowiedziane po seansie przez moją żonę: “To był naprawdę świetny film. Tylko to mordobicie…”

Spider-Man: Uniwersum

Spiderman 8.png
Im więcej filmów człowiek widział, im więcej płyt przesłuchał, im bardziej się człowiek – no, użyję tego słowa – starzeje, tym trudniej wywołać w nim ten dziecięcy zachwyt. To normalne, że pewne rzeczy powszednieją, że człowiek staje się trochę bardziej obojętny. Szczególnie dzisiaj, w epoce internetów, łatwo o przesyt, jeżeli chodzi o popkulturę. Nietrudno stać się zblazowanym malkontentem, nawet jeśli się tego nie chce. Widzę to po sobie, bo coraz częściej zdarza mi się mówić coś w stylu: “Fajne, dobrze się bawiłem, ale…”.

Spider-Man: Uniwersum” wywołał we mnie ten dziecięcy zachwyt, którego dawno nie czułem. Ten film jest absolutnie nowatorski i jednocześnie dopracowany w najmniejszym szczególe od strony wizualnej; animowanym postaciom głos nadaje świetna obsada, pośród której byli tacy aktorzy, jak Mahershala Ali, Lily Tomlin, Liev Schreiber czy Nicolas Cage; fabuła jest wciągająca, pełna interesujących, niejednowymiarowych postaci; narracja jest prowadzona ze swadą i w sposób dowcipny; animacja jest pięknym hołdem złożonym komiksowi; film niesie piękne przesłanie mówiące, że każdy może być superbohaterem, nieważne czy jesteś kobietą, Afroamerykaninem czy Azjatką i tak dalej, i tak dalej… Ten film ma niezliczone zalety, które przede mną już wiele osób z pewnością zachwalało. Ale dla mnie najważniejsze było to, że siedziałem w kinie z rozdziawioną japą, myśląc po prostu “O rety, ale to jest super!”. Byłem tym filmem całkowicie oczarowany, a zaklęcia nie był w stanie złamać ani siedzący za mną i na okrągło gadający dzieciak, ani siedząca przede mną racząca mnie wonią sosu do nachosów dziewczyna.

Przyłączam się zatem do zgodnego chóru zachwytów nad tym filmem. Nie bez powodu spotkał się z tak pozytywnym odbiorem ze strony krytyków i publiczności. Idźcie do kina na “Spider-Man: Uniwersum”, póki jeszcze go grają. Nawet jeśli o istnieniu takiej postaci, jak Człowiek Pająk dowiedzieliście się dopiero czytając ten tekst.

Rock and roll will never die. Czyli o płycie Penny Dreadful zespołu Spitfish

spitfish

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem zespół Spitfish, pomyślałem sobie: polski Ghost! Skojarzenie to wywołał zarówno fakt ukrywania przez członków bandu swoich twarzy przed publicznością (a przynajmniej przed internetami), jak i to, że zarówno cały wizerunek, jak i muzyka grupy są zbudowane wokół dość jasno zdefiniowanego konceptu. Ale czekajcie! Nie myślcie bynajmniej, że Spitfish to po prostu chamska zrzynka z innego będącego aktualnie na topie zespołu czy jakaś tam polska odpowiedź na “Szybkich i wściekłych”! Trójmiejskie trio udowadnia bowiem, że ma swój własny głos i pomysł na siebie.

Tam gdzie szwedzki Ghost inspiruje się gotykiem, barokiem i satanistycznym okultyzmem, ich brzmieniowo znacznie ostrzejszy (tak!) sąsiad z przeciwnego brzegu Bałtyku zdaje się bardziej czerpać z XIX-wiecznej powieści grozy i oldschoolowych czarno-białych horrorów. Wskazuje na to wizerunek grupy, konsekwentnie budowany przez okładkę płyty, grafiki publikowane w social mediach czy teksty piosenek. Jednak wbrew temu, czego można by się obawiać, pod względem muzycznym “Penny Dreadful” nie jest tylko owiniętą w ładne opakowanie nijaką papką. Gotując swoją debiutancką płytę, panowie ze Spitfish wrzucili do kotła ilość składników wystarczającą, by nie zanudzić słuchaczy powtarzaniem w kółko tych samych rozwiązań, a jednocześnie na tyle niewielką, by zachować wyrazisty styl, ochrzczony przez samych muzyków mianem rock noir. Znajdziemy więc na “Penny Dreadful” sporo punkowej prostoty spod znaku Ramones, hard rockowego kopa, ciężar i brud w stylu Monster Magnet, intro przywodzące na myśl mroczny synthwave czy wokal w stylu najntisowego grandżu. A po środku tego wszystkiego cover “Hey Hey, My My (Into The Black)Neila Younga ze słynnym wersem “rock and roll will never die”.

Umieszczenie bardzo swobodnej (może nawet zagranej nieco ironicznie, z przymrużeniem oka) interpretacji tego numeru to krok śmiały, ale i przy tym przebiegły. Słuchaczy, którzy sięgnęli po “Penny Dreadful”, nawet jeśli nie pokochali pozostałych sześciu kompozycji od pierwszego usłyszenia, cover Neila Younga zaintryguje i przekona do ponownego przesłuchania całego albumu. Kawałek ten jest też ukłonem wobec bardziej konserwatywnych słuchaczy, dla których rock skończył się w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Bo mimo wielu klasycznych inspiracji, Spitfish to muzyka nowoczesna, nie żerująca jedynie na nostalgii za minionym złotym wiekiem rock and rolla.

Moją sympatię wzbudzają także – na tyle, na ile byłem w stanie je zgłębić – kulisy powstania zespołu Spifish. Mamy tutaj do czynienia z projektem muzycznym, za którym stoi wizja i marzenie jednej osoby – wokalisty i basisty Dawida Zwolana. Skomponował on sporą część materiału, która znalazła się na “Penny Dreadful”. Następnie nagrał w swoim domowym studio kilka demówek, które mógł zaprezentować gitarzystom i perkusistom zainteresowanym dołączeniem do zespołu. Odnalazłszy odpowiednich ludzi, zaczął koncertować i przystąpił do rejestracji finalnego materiału. Lubię się z takimi marzycielami/wizjonerami identyfikować, bo przecież mój zespół i jego debiutancki album powstał w podobny sposób i w podobnych okolicznościach.

Przy tym wszystkim szkoda jedynie, że produkcja i brzmienie “Penny Dreadful” nie dorównuje jej poziomowi artystycznemu. Słuchając kawałków Spitfish, mam świadomość, że na żywo ci goście spuszczają publiczności prawdziwe lanie. Tylko mam wrażenie, że nagranie nie jest w stanie tej energii uchwycić i w całości przekazać słuchaczowi. W którymś miejscu na linii muzycy-nagranie-słuchacz część wpierdolu gdzieś bezpowrotnie ulatuje. Ja wiem, że ta energia tam jest, szczególnie perkusista gra naprawdę ciekawe rzeczy, ale płyta jest zrealizowana tak, że słuchając jej tego kopa po prostu czuję mniej, niż poczułbym go słuchając zespołu na żywo.

Niemniej, Spitfish warto sprawdzić. Warto dać “Penny Dreadful” więcej, niż jedną szansę. Ostatecznie przecież chłopaki mówią wprost, że rock and roll nie umrze. I ja – słuchając ich debiutu – wierzę im nie tylko na słowo.

19 ulubionych albumów wszech czasów, które wywarły wpływ i wciąż powracają na moją playlistę

Część z Was pewnie zauważyła łańcuszek szczęścia krążący od jakiegoś czasu po Facebooku: “10 ulubionych albumów wszech czasów, które wywarły wpływ i wciąż powracają na twoją playlistę, nawet jeśli tylko dla przypomnienia. Każdego kolejnego dnia opublikuj okładkę, bez wyjaśnień, następnie w każdym poście nominuj osobę, żeby zrobiła to samo”. No, więc zabrzmiało to na tyle interesująco, że postanowiłem też coś takiego zrobić, choć nie zostałem przez nikogo wywołany do tablicy, a i nikogo do tablicy wywoływać nie zamierzam. No i – jak widzicie – wybrałem więcej, niż dziesięć albumów, bo przecież znacie mnie i wiecie, że nie lubię się ograniczać. Nie obeszło się bez wyjaśnień, bo czy ja bym nie skorzystał z okazji, żeby sobie pogadać? No, ale przejdźmy do rzeczy!

Na pierwszy ogień idzie…

…Led Zeppelin – Led Zeppelin

led zeppelin

W pewnym sensie debiut Led Zeppelin to album niczym się nie wyróżniający spośród setek powstałych w latach sześćdziesiątych podobnych płyt. Nagrany na szybko, bez żadnego konceptu. Album na którym autorskie kawałki sąsiadują ze sporą ilością coverów.

A jednak jest to krążek, który od pierwszych sekund otwierającego go utworu “Good Times Bad Times“, zachwyca absolutnie genialną mieszanką czterech składników. Mam tu na myśli oczywiście członków zespołu. Wyjmij jeden ze składników, a cała misterna konstrukcja się posypie. Ktoś z Was może argumentować, że Jimmy Page albo John Bonham byli bardziej wybitni od pozostałych. Ja tam jednak uważam, że Led Zeppelin to był taki domek z idealnie dopasowanych kart.

Przy czym tym wspomnianym wyżej przypadkowym zbiorem piosenek Zeppelini zabezpieczyli się na następne siedem albumów przed zaszufladkowaniem. No, bo niby z wrzaskiem Planta, buczącą gitarą Page’a, głośno walącą naprzód i miażdżąca wszystko po drodze sekcją rytmiczną Jonesa i Bonhama “Led Zeppelin” jest kamieniem milowym w rozwoju heavy metalu, ale jednak takie numery, jak “Babe I’m Gonna Leave You” czy “Your Time Is Gonna Come” nie pełnią tutaj bynajmniej roli zapchajdziury czy czegoś, co dzisiaj znamy jako “ballada rockowa”, czyli utworu napisanego wyłącznie dlatego, że perkusista musi czasem odpocząć. To pełnoprawne numery. Jest więc na tej płycie zarówno hard rock, blues, folk, jak i psychodeliczne improwizacje czy nawet gospel. I to pozwoliło Zeppelinom już zawsze być ponad gatunkowymi szufladkami.

A zresztą, po co ja się produkuję? Można by jeszcze napisać ze sto stron wypocin na temat tego albumu, a i tak nie wyczerpać tematu. Ale tak jak już mówiłem, wielkości Led Zeppelin nie da się uzasadnić i obronić racjonalnymi argumentami. Bo Led Zeppelin są ponad to. A dla mnie ich debiut to akurat album szczególnie ważny. Bo to pierwsza płyta Zeppelinów, jakiej dane mi było słuchać i jedna z pierwszych płyt w ogóle. “Dazed and Confused” to jeden z pierwszych riffów, których nauczyłem się grać na gitarze. Ta muzyka przeniknęła do mojego DNA i już tam pozostanie.
MC5 – Kick Out the Jams

R-1310994-1465081238-2692.jpeg

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Londynie Led Zeppelin nagrywali ścieżki swoich buczących i przesterowanych gitar na swój debiutancki album, w odległym o cztery tysiące mil Detroit, amerykański zespół MC5 robił coś bardzo podobnego, a jednocześnie tak bardzo odmiennego.

Panowie z MC5 również postanowili odkręcić wzmacniacze na maksa i pojechać po bandzie. “Kick out the Jams” to kwintesencja rock and rolla, począwszy od faktu, że mimo, że to jest debiutancki album, to jest on zapisem występów na żywo, przez prowokujące, kontrkulturowe i buntownicze teksty, po absolutnie nieokiełznaną energię i brzmienie występu.

Przez czterdzieści minut trwania debiutanckiego albumu MC5 nie ma ani sekundy, w której zespół robiłby cokolwiek na pół gwizdka. Nadpobudliwy bębniarz walczy tu ze zdzierającym gardło wokalistą, który z kolei bije się z głośnymi, nieustannie sprzęgającymi się gitarami. Wszystko to w jakiś cudowny sposób łączy się w ścianę dźwięku, która jednak wcale nie jest irytującym i bezładnym hałasem. Raczej dźwiękową pocztówką z czasów, kiedy mieszkańcy Detroit uprawiali wolną miłość, co tydzień ścierali się z policją w ulicznych zamieszkach i nieustannie byli na haju.

Bo choć ogólnie nie wierzę, że narkotyki wpływają pozytywnie na czyjąkolwiek twórczość, to album “Kick out the Jams” jest tutaj wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nie trzeba się zbytnio wsłuchiwać, żeby wyłapać jak bardzo oczywiste jest, że muzycy MC5 byli w czasie tych koncertów totalnie napruci i że był to jeden z powodów nadludzkiej niemal energii i żywiołowości tej płyty.

Zespół kultowy w USA, u nas jest prawie nieznany. Polecam zapoznanie się z twórczością MC5, naprawdę warto. Natomiast gdyby kiedyś przyszło Wam do głowy odtwarzać rock and rollową magię dni, w których “Kick out the Jams” zostało nagrane, mam jedną prośbę: nie róbcie tego w domu.
Black Sabbath – Paranoid

R-4601969-1369627277-9555.jpeg

Czego tu nie lubić? Ciężkie, przesterowane gitary? Dobre. Absolutnie niepodrabialny głos Ozzy’ego Osbourne’a? Dobry. Jedne z najbardziej ikonicznych riffów w historii wszechświata? Dooobre!

Iron Man“, “Paranoid” i “War Pigs” wystarczyłyby, żeby uczynić ten album kultowym. Najpiękniejsze w tych numerach jest chyba to, że każde dziecko jest w stanie zagrać główny riff. Ale nie każde by go wymyśliło. Do tego potrzebowaliśmy Tony’ego Iommi’ego. W “War Pigs” nawet pauzy, w których tylko perkusista nabija rytm na hi-hacie brzmią kozacko. A może własnie ten numer jest świetny przez te pauzy?

O “Iron Manie” można by napisać całą książkę. Ja wspomnę tylko o tym, jak swego czasu wykorzystano ten numer w napisach końcowych do filmu “Iron Man“. Choć superbohater z komiksów Marvela nie ma nic wspólnego z piosenką Black Sabbath, twórcy filmu nie mogli przegapić okazji do wykorzystania tego utworu. I bardzo dobrze, że nie przegapili. Ostatnią kwestią padającą w filmie są wypowiedziane przez Roberta Downey’a Jr. słowa “I am Iron Man”. Sekundę po niej zaczynają się napisy i leci numer Sabbsów. Zamiast jednak puścić kawałek od początku (i powtórzyć tym samym słowa “I am Iron Man”, tym razem wypowiedziane przez Ozzy’ego), puścili jego końcówkę. Sytuacja, gdy nie wykorzystano najsłynniejszego riffu ze zwrotki, pozwoliła ludziom uświadomić sobie, że pozostałe riffy są niemal równie zajebiste. I przyczyniły się do jednego z najbardziej kozackich zakończeń w historii filmów superbohaterskich.

Ale i pozostałe numery – psychodeliczne “Planet Caravan“, oparte na granym na efekcie wah-wah riffem “Electric Funeral“, opowiadające o narkotykowym tripie “Fairies Wear Boots” czy “Hand of Doom“, w którym pierwsze skrzypce gra bas Geezera Butlera – to są naprawdę genialne rock and rollowe kawałki. Ale nawet nie to jest najbardziej zadziwiające. Mnie fascynuje, że oni ten album nagrali zaledwie pół roku po ukończeniu poprzedniej płyty. A już pół roku później nagrali kolejną. I wszystkie te krążki zawierają podobną ilość świetnej muzyki. Jak oni to robili w tak zabójczym tempie? Nie wiem. Ale jestem prawie pewien, że dzisiaj już nikt tak nie robi.

Pink Floyd – Wish You Were Here

R-463597-1477238020-6933.jpeg

Jest w życiu każdego człowieka taki okres, że podoba mu się wszystko, co wpadnie mu w ręce. Tak było chyba ze mną i płytą “Wish You Were Here“. Kiedy słuchałem jej za dzieciaka, wszystko wydawało na niej wydawało się być świetne. To że otwierający album utwór trwa trzynaście minut. To że w numerze “Welcome to the Machine” w ogóle nie ma perkusji, a bit nabija gitara basowa. To jak tekst piosenki “Have A Cigar” opowiada o ubranym w drogi garnitur i palącym cygara tłustym rekinie showbiznesu, która zaprasza członków zespołu do swojego gabinetu i zachęca do podpisania cyrografu chwaląc ich twórczość, po czym pyta “a tak właściwie, to który z was to Pink?”. No i wreszcie ten radiowy szum we wstępie do utworu tytułowego. Może to przez sentyment, ale do dziś wszystkie te rzeczy wydają mi się być rewelacyjne.

“Wish You Were Here” to oczywiście krytyka chciwego przemysłu muzycznego i melancholijny hołd złożony Sydowi Barrettowi, byłemu członkowi i współzałożycielowi Pink Floyd, który pod koniec lat sześćdziesiątych odleciał w świat narkotyków, z którego powrócił jako wrak człowieka. Ale dla mnie to także świadectwo pięknych czasów, kiedy zespoły progrockowe grały te swoje monumentalne, kilkunastominutowe utwory bez zadęcia. Kiedy członkowie takich zespołów, jak Pink Floyd byli gwiazdami rocka. Nawet jeśli kwestionowali cały koncept gwiazdy rocka, to i tak nimi byli. A nie pretensjonalnymi lamusami piszącymi utwory w metrum 15/8.
Guns N’ Roses – Appetite For Destruction

R-7441233-1441564282-6905.jpeg

Nie muszę chyba mówić, że jeśli miałbym wymienić jedną moją ulubioną postać z komiksu i jednego mojego ulubionego gitarzystę, to w obu wypadkach byłby to Slash. Nie muszę chyba też dodawać, że Axl Rose to jeden z najbardziej charakterystycznych wokalistów ever. Guns N’ Roses zdecydowanie wykraczają z szufladki hard rocka lat osiemdziesiątych. Wszak od pierwszej płyty w ich brzmieniu pełno było klasycznorockowego brudu, a kiedy jako jeszcze niezbyt otrzaskany w historii rock and rolla dzieciak po raz pierwszy zobaczyłem w telewizji teledysk do “Paradise City” myślałem, że to kapela z lat siedemdziesiątych. Można by długo jeszcze wymieniać powody, dla których Gunsi są jednymi z najźlejszych motherfuckerów w historii rock and rolla. Niemniej, choć nagrali kilka naprawdę dobrych płyt, na których znajduje się wiele genialnych numerów, żaden z późniejszych albumów nie był już tak równy, jak debiut.

Właściwie każdy kawałek na “Appetite for Destruction” jest inny, na każdy jest jakiś pomysł. Coś co sprawia, że zapamiętujesz utwór po pierwszym przesłuchaniu. Jakiś haczyk, na który się słuchacz daje się złapać. Ale paradoksalnie prawdziwym sekretem sukcesu tej płyty jest to, czego na niej nie ma. Wszak takie numery, jak “Don’t Cry” czy “November Rain“, które znalazły się na dyptyku “Use Your Illusion” ponad cztery lata później, istniały już w momencie, gdy zespół wchodził do studia, by nagrać debiutancki album. Ekipa z Los Angeles jednak nie uległa pokusie umieszczenia tych kawałków na swoim pierwszym krążku, nieważne jak dobre by były. Dzięki temu otrzymaliśmy surowy, bezkompromisowy rock and rollowy klimat z jakim kojarzone jest “Appetite for Destruction”. Klimat. Klimat Hollywood, klimat Sunset Boulevard. Klimat klubów Go Go, w których w oparach dymu czerwonych Marlboro pochłaniano galony Jacka Danielsa i tony kokainy.

I pośród tego pięciu gości, którzy podjęli postanowienie, że podbiją świat swoim pierwszym albumem. Spoiler alert. Udało im się. Dzięki tym odważnym decyzjom, które wtedy podjęli, później mogli sobie pozwolić na niemal wszystko. Na przykład na wydanie jednego dnia dwóch albumów z dziesięciominutowymi ambitnie zaaranżowanymi kompozycjami. Pełnych takich arcydzieł, jak chociażby “November Rain”. Warto było zaryzykować.
Queen – Innuendo

R-6811292-1427124502-6745.jpeg

Nikt chyba się głośno nie przyzna, że za dzieciaka nie jarał się solówką z tytułowego utworu z tej płyty. Come on! Najpierw grają takie flamenco! A potem! Grają to samo, tylko na gitarze elektrycznej! That is sooo metal!!!

Cóż, tylko Queen tak potrafił łączyć heavymetalowy wpierdol z campową muzyką taneczną, progresywny rock z przebojowością, glamowy blichtr z hardrockowym brudem. Nie jest “Innuendo” pierwszym albumem, na którym to z powodzeniem zrobili. Jest za to ostatnim albumem, na którym to zrobili. Bo w ogóle jest ostatnią płytą zespołu wydaną za życia Freddiego Mercury’ego, który zmarł zaledwie dziewięć miesięcy po jej premierze. I kiedy już raz człowiek sobie uświadomi, że Mercury był już poważnie chory podczas nagrań, trudno wyrzucić ten fakt z głowy, trudno nie interpretować tej płyty przez jego pryzmat.

Bo nawet biorąc pod uwagę, że zarówno muzyka, jak i teksty powstały w wyniku pracy całego zespołu, a nie tylko frontmana, to trudno nie odbierać “Innuendo” jako opowieści człowieka mierzącego się z własną śmiertelnością. A przy tym bynajmniej nie będącej przygnębiającym smutem. Ten album jest po brzegi wypełniony radością życia. Być może właśnie wynikającą ze świadomości jego kruchości. Tę miłość do życia wyraża na tym albumie wszystko, od sekcji rytmicznej przez ambitnie zaaranżowane niezliczone ścieżki chórkow i syntezatorów po przesterowaną gitarę. I wokal Freddiego, który nigdy chyba nie był tak mocny i energetyczny, jak na “Innuendo”, choć AIDS już wówczas pożerało muzyka do tego stopnia, że ledwo miał siłę, by ustać na nogach.

“Innuendo” to taka przejażdżka emocjonalnym rollercoasterem, słodko-gorzka niczym uśmiech Mercury’ego na koniec teledysku do “These Are The Days Of Our Lives“. Czasem wesoła, czasem smutna, ale zawsze poruszająca nawet najbardziej skamieniałe serca. Z genialnym finałem, który w perfekcyjny sposób podsumowuje postać Freddiego Mercury’ego. Nikt chyba się głośno nie przyzna, że nie ma na plecach ciar słuchając “Show Must Go On“.
Pearl Jam – Ten

R-367664-1408907054-7204.jpeg

Powiem to wprost i na samym początku: jeśli miałbym wybrać jeden najlepszy album wszech czasów albo przynajmniej najlepszy album jaki kiedykolwiek słyszałem, byłby to “Ten“. Bo nie ma na tym albumie ani jednego słabego utworu. Ani jednego.

I nieważne jak wspaniałym zespołem Pearl Jam pozostało po wydaniu tej płyty i pozostaje do dziś, łącząc absolutne oddanie fanom z artystycznym nonkonformizmem. Nigdy już grupa ze Seattle nie zbliżyła się do tego, czego dokonała na tym krążku. Być może ich wielkość tkwi także w fakcie, że wcale nie próbowali. Że zrozumieli, że taka sztuka udaje się tylko raz. Każdy kolejny album kwintetu to próba zrobienia czegoś zupełnie innego, niż to, co zrobili na “Ten”. Może obranie tej właśnie drogi pozwoliło Pearl Jam zachować tę klasę, która sprawia, że ich fani podążają za nimi z koncertu na koncert, z miasta do miasta, z kraju do kraju, a czasem i z kontynentu na kontynent.

Ten album to czysty żywioł. Słychać na nim, że zespół nagrywając go nie stawał w blokach startowych w żadnym wyścigu. Nie zamierzał wywoływać żadnej rewolucji. W gruncie rzeczy “Ten” jest bardzo prostym hard rockowym albumem, nagranym bez ambicji, by dołączyć do jakiegoś bardziej konkretnego nurtu czy stworzenia swojego własnego gatunku. Bez ambicji, by stać się kolejną gwiazdą czy kolejnym gigantem. Jedyną ambicją Pearl Jam było skanalizowanie energii wypływającej z każdego z członków zespołu, nieważne czy źródłem tej energii były doświadczenia pozytywne czy negatywne. I udało się. Ta płyta jest niczym oceaniczna fala, która Was porywa. To czy w niej utoniecie czy też pozwolicie się jej ponieść, to już wyłącznie Wasz wybór.
Monster Magnet – Spine of God

R-7721091-1478622828-6464.jpeg

Wahałem się, który album Monster Magnet umieścić w tym zestawieniu, bo naprawdę da się z ich dyskografii wybrać co najmniej kilka bardzo dobrych krążków, a każdy z nich jest zajebisty na zupełnie inny, sobie tylko właściwy sposób. Rozważałem nawet umieszczenie w tym zestawieniu więcej, niż jednej ich płyty. Bo przecież “Powertrip“, najbardziej znany album grupy z New Jersey, zawierający radiowy hicior “Space Lord“, to prawdziwe arcydzieło, łączące space rockową psychodelię, fuzzowe riffy z rock and rollową przebojowością. Ale ostatecznie zdecydowałem się na debiutancki album “Spine of God“. Dlaczego? Bo chyba najbardziej skupia w sobie wszystkie cechy, które czynią Monster Magnet zespołem tak mi bliskim.

Spine of God” brzmi jakby było nagrywane przez jakiegoś nastolatka w sypialni na poddaszu w domu rodziców. W pokoju, w którym półki uginają się od komiksów science fiction, na ścianach wiszą plakaty hard rockowych bandów z lat siedemdziesiątych, a w powietrzu unoszą się gęste opary marihuany. A po środku tego wszystkiego nastolatek, który nigdy tak naprawdę nie nauczył się grać na żadnym instrumencie, ale za to teraz dorwał się do dużej ilości krejzolsko brzmiących efektów gitarowych. I nie zamierza się bynajmniej ograniczać w ich używaniu.

Właśnie brak zahamowań i totalny luz to fundamenty tego albumu. Trwające pół minuty solo perkusyjne na otwarcie utworu? Czemu nie! Ośmiominutowy psychodeliczny jam? Czemu nie! Ten album brzmi, jak nagrany przez kogoś, kto olał w szkole lekcje songwritingu i muzycznego marketingu. Chyba po prostu Dave Wyndorf, lider zespołu, na żadnym etapie powstawania “Spine of God” (i całego swojego wcześniejszego życia) nie spotkał nikogo, kto by mu powiedział coś w stylu “nie przesadzaj z efektami, mniej znaczy więcej” albo “jesteś pewien, że teksty wszystkich piosenek powinny być o narkotykach?” czy “przydałby się tutaj jakiś szybki, wpadający w ucho utwór, który mógłby stać się singlem”. I bardzo dobrze, że nikt Wyndorfowi nie udzielił takich rad. Później zresztą Monster Magnet udowodnili, że mogą nagrać przebojowy hard rockowy album, który przyniesie im komercyjny sukces. Ale komercyjny sukces nigdy nie był ich celem. Dave Wyndorf zbyt ceni sobie swój własny pokręcony świat, by iść na jakiekolwiek kompromisy. I zawsze będzie robił to, co mu się żywnie podoba. Nawet jeśli będzie to oznaczało, że aby wieczorami grać te długawe psychodeliczne solówki, za dnia będzie musiał pracować na stacji benzynowej.
The Cranberries – No Need To Argue

R-369633-1437271439-6809.jpeg

Po pierwsze ten album zawiera “Zombie“. To jeden z pierwszych rockowych numerów, jakie w życiu usłyszałem. Jeden z pierwszych gitarowych riffów, których nauczyłem się grać i choć nie grałem go od lat, jestem pewien, że będę w stanie go Wam zagrać, nawet jeśli obudzicie mnie w środku nocy (ale mimo wszystko nie budźcie mnie, proszę). A pomalowana na złoto Dolores O’Riordan w nakręconym przez Samuela Bayera teledysku była moim pierwszym zauroczeniem.

Po drugie ten album – jak tandetnie by to nie zabrzmiało – przenosi mnie na zielone łąki Irlandii. Tajemnicze, baśniowe, mityczne, a zarazem splamione przemocą, cierpieniem i opresją. Ale przy tym na pewno zachowujące zachwycające piękno. Chyba słusznie najwięcej laurów za tę płytę zbierała, zbiera i zbierać będzie O’Riordan, ale muszę podkreślić, że pozostali muzycy The Cranberries i producenci płyty także odwalili tutaj kawał dobrej roboty. Zrobili naprawdę genialny użytek z tych wszystkich najntisowych efektów gitarowych. Każdy reverb, delay czy chorus jest tu użyty dokładnie tak, jak powinien, tworząc unikatowy klimat tej płyty. Idealnie zlewając się z magicznym głosem wokalistki, który bywa w niemal nieziemski sposób czysty, a z drugiej strony chwilami zachrypnięty i zawodzący. O’Riordan jest na tej płycie pełna paradoksów. Wydaje się być artystką świadomie budującą swój własny styl, a jednocześnie zachowującą bezpretensjonalność. Śpiewającą jakby zupełnie bez wysiłku, a jednocześnie wkładając w to mnóstwo emocjonalnej energii.

The Afghan Whigs – Black Love

R-522893-1272128376.jpeg

Zadziwia mnie, jak Greg Dulli, lider i główny songwriter zespołów The Afghan Whigs i The Twilight Singers, od ponad trzydziestu lat robi wciąż genialne płyty. To nie jest tak, że kiedyś na początku kariery zrobił jedną dobrą płytę, a późniejszych słucha się już bardziej z sympatii wywołanej przez nią. Jeśli mierzyć sukces ilością sprzedanych egzemplarzy albumów i pojemnością zapełnianych sal koncertowych, to osiągi Dulliego są naprawdę mizerne. Ale mimo, że nigdy tak naprawdę nie udało mu się wspiąć na rock and rollowy Parnas, to życzę tak długo utrzymującego się wysokiego poziomu wielu potężniejszym od niego tytanom. Kariera Dulliego to pod względem artystycznym kariera cholernie równa. Ale to nie znaczy, że nie ma w jego dyskografii albumów, które są mi szczególnie bliskie.

Jednym z nich jest niewątpliwie “Black Love“. Dlaczego? Właściwie to muszę otwarcie przyznać, że tak naprawdę nie wiem. Może to dlatego, że to płyta najbardziej z dzieł Dulliego kojarząca mi się z nawiedzającą Polskę ciemną zimą, bo w książeczce jest zdjęcie dziewczyny stojącej nocą na ośnieżonym dachu? A może to dlatego, że to jeden z najbardziej hard rockowych albumów Dulliego, gdzie przester w głosie wokalisty idealnie zlewa się z przesterem gitar i całą tą ścianą dźwięku zlepioną z perkusji, basu, organów hammonda, pianina i chórków? A może to sposób, w jaki Dulli wykrzykuje słowo “love” w epickim utworze “Bulletproof“. A może jest to coś zupełnie niewytłumaczalnego. Bo tak czasami, a nawet bardzo często, bywa w muzyce, że nie da się jej ująć w słowa. Ponieważ gdyby dało się muzykę ująć w słowa, to by się ją czytało, a nie słuchało jej.
Metallica – Reload

R-367442-1306610922.jpeg

Gimi fiu, gimi faj, gimi dabuczadizaj!

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale gdy ktoś dorastał w Polsce w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych oraz był fanem jakiejkolwiek odmiany gitarowej muzyki, ten przynajmniej przez chwilę swojego życia uważał Metallikę za muzyczny wzorzec z Sevres. W każdym razie dla mnie przez dłuższy czas toporna rifferka Jamesa Hetfielda i spółki była instrukcją songwritingu. W odróżnieniu jednak od wielu moich rówieśników moim ulubionym albumem Mety był najprawdopodobniej najgorzej przez wszystkich oceniany krążek “Reload“. I chociaż już dawno jako muzyk uwolniłem się z okowów metallikowego podejścia do gitarowego rzemiosła, to “Reload” wciąż jest dla mnie albumem pod wieloma względami wzorcowym. Muzyka zawarta na tym krążku to szczytowe osiągnięcie ciężkiego, badassowego hard rocka. I może dlatego nikt tej płyty nie lubi, bo jest za ciężka dla fanów rocka, a za lekka dla fanów metalu. To jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję. Bo tak naprawdę totalnie nie rozumiem, jak można coś złego powiedzieć o tej płycie.

Oczywiście wypada, żebym uczciwie przyznał, że dostałem ten album na kasecie pod choinkę mając jakieś dziewięć czy dziesięć lat. I że katowałem go przez całe święta jedząc czekoladę i grając w “Kapitana Pazura“. I do dzisiaj wracam do tej płyty co roku w okolicach grudnia i to jest dla mnie prawdziwa świąteczna muzyka, a nie jakieś dzwoneczki i “Last Christmas“. Więc to wszystko może sprawiać, że jestem trochę nieobiektywny. W każdym razie “Reload” to siedemdziesiąt sześć minut walącego w werbel Larsa Ulricha i depczącego efekt wah-wah Kirka Hammetta. I każda sekunda tego albumu to dla mnie prawdziwa muzyczna uczta.
Marilyn Manson – Mechanical Animals

R-2292117-1377183014-4352.jpeg

Odkryłem Marilyna Mansona w okresie, w którym triumfy święciła jego pełna brudnych riffów, mroczna, gotycka płyta “Holy Wood (In the Shadow of the Valley of Death)“. Kiedy już zajechałem do reszty taśmę mojej kasety z tym albumem (i uzbierałem kolejne 20 złotych), postanowiłem wyruszyć na dalszą eksplorację uniwersum najsłynniejszego wówczas prowokatora. Naturalnie sięgnąłem więc po poprzedni album, zatytułowany “Mechanical Animals“. I jakież wszystko było inne na tym krążku. Zamiast ciężkich riffów – syntezatory, zamiast industrialowego łomotu – elektroniczna perkusja, zamiast gotyckiego mroku – blade kolory kojarzące się raczej z futurystycznym science fiction. Więc szukając czegoś podobnego do “Holy Wood”, dostałem coś zupełnie innego, a i tak byłem zachwycony. I to było niesamowite uczucie. Nie znałem wówczas nikogo, kto w moim małym wszechświecie kilkunastoletniego fana rocka i metalu potrafił zrobić coś tak nieszablonowego, niebanalnego i pełnego zwyczajnej przekory.

Choć opowiadający o poczuciu pustki i wypraniu z uczuć, “Mechanical Animals” wciąż pozostaje chyba najbardziej emocjonalnym albumem Mansona. Oraz najbardziej lirycznym i melodyjnym. Co spotkało się z krytyką wielu jego fanów, którzy oczekiwali od niego po prostu odpowiedniej ilości heavymetalowego zła. Dla mnie zaś łagodniejsze czy – jakby powiedzieli rockiści – bardziej komercyjne brzmienie tej płyty nigdy nie było problemem. Bo Manson bynajmniej nie przestał być na tym albumie mniej prowokacyjny i bardziej grzeczny. Wręcz przeciwnie. Tym albumem zantagonizował ostatnią grupę, której dotychczas jeszcze nie udało mu się wkurzyć: swoich fanów. I między innymi dzięki temu ten album zdobył moje serce. Do dzisiaj do niego wracam i nie obchodzi mnie to, że to w gruncie rzeczy taki bardziej heavy metalowy remakeThe Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from MarsDavida Bowiego. Czasami remake bywa lepszy od oryginału.
Red Hot Chilli Peppers – Californication

R-1266804-1461290216-7010.jpeg

Red Hoci to jest taki zespół, z którego niektórzy po prostu wyrastają. Tak przynajmniej było w moim wypadku. Dzisiaj, kiedy w radio leci “Under the Bridge“, “Give it Away” czy “Dani California“, nie zmieniam stacji. Ale też sam, z własnej inicjatywy RHCP sobie nie odpalam. A przecież, kiedy byłem dzieciakiem Red Hot Chilli Peppers byli synonimem fajności. Teledyski, w których Flea grał te swoje wirtuozerskie partie basu mając na sobie jakiś ekscentryczny ubiór czy strojąc do kamery głupkowate miny. Koncerty podczas których członkowie bandu biegali i skakali po scenie nie uważając za stosowne, by w ogóle założyć ubranie. Wszystko to było uosobieniem żywiołowości i wolności, która wydawała się atrakcyjna każdemu dojrzewającemu gimnazjaliście. A teraz już po całym tym zachwycie i fascynacji (jak zaznaczyłem wyżej: przynajmniej w moim wypadku) pozostało zaledwie wspomnienie.

Niemniej “Californication” pozostaje albumem ponadczasowym. Być może po prostu dlatego, że zespół odważnie wykroczył na tym albumie poza swoją niszę bezkompromisowej mieszanki funka z rockiem alternatywnym. Mówiąc “wykroczył”, nie mam na myśli, że w jakikolwiek sposób porzucił swoją tożsamość. Po prostu dokonał ekspansji, inkorporując do swojej muzyki bardziej radiowe brzmienia. Tym samym Red Hoci dokonali sztuki bardzo trudnej, prawie niemożliwej: stali się atrakcyjni dla niemal każdej publiczności w każdej grupie wiekowej pod każdą szerokością geograficzną, jednocześnie pozostając wiernymi swoim ideałom. Jedyny zespół, który także z powodzeniem dokonał takiego manewru, jaki przychodzi mi do głowy, to Aerosmith, które na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych podbiło serca zarówno swoich dawnych fanów, jak i nowej publiczności takimi radiowymi hitami, jak “Dude (Looks Like a Lady)” czy “Janie’s Got a Gun“.

Ale co chyba najbardziej zachwyca i decyduje o ponadczasowości “Californication”, to jego prostota. Najbardziej przecież pamiętamy z niej takie kawałki, jak “Around the World“, “The Other Side“, “Scar Tissue” czy numer tytułowy. A są to kompozycje niemalże minimalistyczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę nieokiełznaną energię i szeroki wachlarz możliwości tworzących tę płytę muzyków.
Smashing Pumpkins – Machina/The Machines of God

R-378885-1523172435-1501.jpeg

Jak wiedzą niektórzy, mam w rękawie garść stwierdzeń, które czasem rzucam w towarzystwie ku powszechnemu zgorszeniu i zażenowaniu. Mówię na przykład, że nigdy nie przebrnąłem przez całość książkowego “Władcy Pierścieni” i od razu na twarzach rozmówców malują się z trudem skrywane konsternacja i oburzenie. Nie jest też tajemnicą, że twórczość Smashing Pumpkins dzieli się na wczesną (uważaną przez die hard fanów kwartetu z Chicago za klasyczną) i późną (uważaną za chujową). Więc część moich czytelników, nawet jeśli nie będzie zbulwersowana, to będzie szczerze zdziwiona tym, co zaraz powiem: “Machina/The Machines of God” (dla niewtejmniczonych album, który można uznać za początek twórczości “późnej”) podoba mi się o wiele bardziej, niż “Mellon Collie and the Infinite Sadness” (czyli chyba najwyżej oceniana płyta Rozjechanych Dyń).

“Machina/The Machines of God” to idealna mieszanka tych ciężkich, jak ołów riffów, gdzie wszystko przepuszczone jest przez fuzz i melodii, które instalują się w mózgu jak wirus i ciężko je usunąć. Serio, na tym albumie fuzz jest wszechobecny, jak deszcz w Wietnamie widzianym oczami Forresta Gumpa. Przez charakterystyczny przester przepuszczony jest dźwięk gitary, basu, perkusji, a czasem chyba nawet i wokalu. A jednocześnie w tym całym bucząco-brzęczącym bajzlu słuchacz nie ma problemu z uświadomieniem sobie, że lider zespołu, Billy Corgan to geniusz zapadających w pamięć melodii. Posunę się nawet do stwierdzenia, że gdyby nie jego charakterystyczny głos (którego barwa niektórym działa na nerwy) oraz częste i gęste starania, by ukryć te wpadające w ucho refreny pod grubą warstwą alternatywno-rockowego mułu, to znalazłby się w absolutnej czołówce światowego popu. Choć biorąc pod uwagę, że Corgan rozbija się po bulwarach Hollywood w automobilach typu Lamborghini, to w sumie trochę tak, jakby w niej był. I daj mu, Panie Boże, zdrowie!

Rivulets – Debridement

a4167995906_5

Granie rockowych riffów i solówek na gitarze elektrycznej jest naprawdę super. Ale tylko jeśli grasz z zespołem albo przynajmniej masz jakąś realną perspektywę, że zaczniesz z nim grać. Pierwszą gitarę elektryczną dostałem na zakończenie gimnazjum. Tłukłem na niej przez całe wakacje i dużą część pierwszej klasy liceum. Jarałem się strasznie. Niestety moje próby zakładania kolejnych zespołów ciągle spalały na panewce. Jeśli dobrze pamiętam, to gdzieś w drugiej klasie moja motywacja do grania na elektryku znacznie spadła, zwłaszcza, że moje wiosło strasznie się rozstrajało. Szybko więc przyłapałem się na tym, że gniję w moim pokoju z gitarą klasyczną, którą ukradłem kiedyś siostrze i nigdy nie oddałem, pisząc melancholijne, akustyczne piosenki. Taką muzykę przynajmniej można było grać samemu, nie odczuwając braku perkusisty czy basisty. Niestety wciąż nie było to do końca to. Nylonowe struny gitary klasycznej średnio się nadawały do takiego grania, przy każdym mocniejszym, bardziej emocjonalnym uderzeniu brzęcząc i przesterowując się. I tak sobie grałem i komponowałem myśląc, że może nie jest to totalne artystyczne spełnienie, ale lepsze to, niż nic.

I wtedy usłyszałem Rivulets. Pod tym hasłem ukrywa się amerykański muzyk Nathan Amundson. Czyli gość grający na gitarze i śpiewający w jakimś pustym pomieszczeniu, w którym dźwięk odbija się od ścian w całkowicie niekontrolowany sposób. Słychać szumy, pogłos, brzęczenie strun, ślizganie się palców po gryfie. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, czym jest gatunek zwany lo-fi, więc to było dla mnie objawienie. To tak można grać i być fajnym? Nie przejmując się brakiem odpowiedniego sprzętu czy profesjonalnego studia? Okazało się, że tak. “Debridement” było nagrywane w jakimś opuszczonym kościele, a pojawiająca się z rzadka szczątkowa sekcja rytmiczna brzmi, jakby ktoś walił w puste pudła. Dźwięki tła zostały uznane nie za przeszkodę, lecz za zaletę. Mój świat zatrząsł się w posadach, a umysł otworzył na nowe możliwości.

Ale na uroku amatorszczyzny fenomen tej płyty się nie kończy. “Debridement” to przede wszystkim zbiór melancholijnych, czasem niepokojących, czasem kojących, a zawsze pięknych melodii. Doskonały soundtrack do jesiennej mgły i szarówki. Więc przełom listopada i grudnia będzie dobrym momentem, by sprawdzić ten album.
The Twilight Singers – She Loves You

R-1086965-1191044898.jpeg

Ten album był moją bramą do muzycznego świata Grega Dulliego. Co ciekawe, jest to krążek zawierający wyłącznie covery. Oczywiście, gdy słuchałem go po raz pierwszy, jeszcze o tym nie wiedziałem, nie znając – oprócz “Summertime” – żadnego z oryginalnych wykonań tych utworów. I nawet nie domyślałem się, że są to utwory tak różnych artystów, jak Björk czy Mary J. Blige. “She Loves You” brzmi tak spójnie, że nieświadomy słuchacz ma wrażenie, że wszystkie numery napisała jedna osoba. I w pewnym sensie, tak właśnie było. Bo jedną z rzeczy, które Dulli opanował w stopniu mistrzowskim, jest branie cudzych utworów i przetwarzanie ich w ten sposób, że brzmią, jakby to on je skomponował.

Choć to porównanie może się niektórym wydać nieco przyziemne, jak na ładunek emocji, jakie niesie muzyka The Twilight Singers, to z braku lepszego pomysłu napiszę jednak, że “She Loves You” przypomina doskonale urządzone mieszkanie. Choć poszczególne meble są w różnych kolorach i odległych stylach, wszystko tu do siebie pasuje. Jak w perfekcyjnie doprawionej potrawie, nie przesolonej, ale też nie mdłej. Greg Dulli to taki muzyczny szef kuchni i myślę, że za to akurat porównanie by się nie obraził. Choć jest to kolejna metafora wynikająca z braku pomysłu na coś lepszego.

W każdym razie najdoskonalszym chyba przykładem tych wysmakowanych proporcji jest utwór “Black is the Color of My True Love’s Hair“. Perfekcyjna jest tutaj równowaga między czystością i brudem, między melodią a fałszem. Idealne jest tempo, w jakim w tej piosence rośnie napięcie. Przy czym nie czuć tutaj wyrachowania czy kalkulacji – to jest utwór, który trwając wywołuje ciarki, a gdy już wybrzmi ostatni dźwięk, pozostawia słuchacza oniemiałego.

Mam wrażenie, że im dłużej piszę o tym albumie, tym bardziej popadam w pretensjonalną śmieszność. Więc może po prostu posłuchajcie tego krążka, a ja już na jego temat zamilknę?
dEUS – Pocket Revolution

DEUSPocketRevolution

Macie tak czasami, że widząc okładkę płyty, podoba Wam się ona tak bardzo, że chcecie koniecznie posłuchać, jaka muzyka kryje się za tym obrazkiem, a gdy już ją przesłuchacie, to w związku w wysokimi oczekiwaniami zbudowanymi przez stronę wizualną, strona dźwiękowa okazuje się być rozczarowaniem? No, więc w przypadku albumu “Pocket Revolution” belgijskiej grupy dEUS o żadnym rozczarowaniu nie ma mowy. Muzyka na tym krążku jest dokładnie taka, jakiej się można spodziewać po tej dziwacznej, tajemniczej okładce.

Sercem muzyki zaprezentowanej na “Kieszonkowej rewolucji” jest dosyć prosty indie rock. Taki indie rock, który nie jest zrobiony przez gości z Londynu, Nowego Jorku czy Los Angeles, ale przez grupkę hipsterów z Antwerpii, czyli jest to indie rock o takim trochę kontynentalno-europejskim zabarwieniu. Przy czym muzycy dEUS obudowali te proste (a jednocześnie genialnie napisane) rock and rollowe numery tyloma warstwami gitarowych efektów i ścian dźwięków, smyków i syntezatorów, że stworzyli coś o absolutnie niepowtarzalnym klimacie. Jest tu i science fiction, i romantyczna miłość, i podróże kosmiczne, i dekadencki smutek.

Aranże na “Pocket Revolution” są tak niesamowite, że nawet siedmiominutowe numery nie nudzą, mimo że przez cały utwór muzycy grają w kółko te same cztery akordy. Ale z drugiej strony nie ma się co dziwić. W końcu ten album nagrał Bóg.
Katie Melua – Piece By Piece

R-533858-1142940130.jpeg

Co sprawia, że ten album jest dla mnie wyjątkowy? Oczywiście poza faktem, że – przynajmniej w moim wyobrażeniu – idealnie uchwycił grzeczną, ale nie nudną i uroczą, lecz nie przesłodzoną osobowość pochodzącej z Gruzji brytyjskiej wokalistki?

Płyta “Piece By Piece” jest jak skrojony na miarę popowy garnitur. Od chwytliwego songwritingu, poprzez zrobione z wyczuciem aranże, aż po coś tak głupiego, jak długość trwania całości. Nie żartuję. Ta płyta trwa 45 minut. Tyle ile większość z nas – bądźmy szczerzy – jest w stanie utrzymać koncentrację. I taki jest cały ten krążek, idealnie wyważony, nie za dużo, nie za mało. W sam raz. Przy czym – i tutaj zarówno artystce, jak i producentom płyty udało się dokonać prawdziwej sztuki – wyważenie i umiar nie oznaczają bynajmniej nijakości i mdłego nudziarstwa.

Przynajmniej część z Was widziała przynajmniej raz film “Rocky IV“, w którym Sylvester Stallone stacza bokserski pojedynek z reprezentującym Związek Radziecki Iwanem Drago. Film bez ogródek przedstawia starcie, jako walkę nie tylko dwóch sportowców, ale także dwóch metod treningu. Podczas gdy Rocky Balboa prezentuje organiczną prostotę i biega z kłodą drewna na plecach przez śnieżne zaspy, Iwan Drago trenuje w zamkniętych pomieszczeniach, na bieżniach, podłączony do urządzeń mierzących jego wydajność i jest nieustannie obserwowany przez jajogłowych naukowców, próbujących zoptymalizować siłę i kondycję sowieckiego pięściarza.

Poddając rzecz suchej analizie, można by stwierdzić, że płyta Katie Meluy jest – jak Iwan Drago – produktem laboratoryjnej, zimnej kalkulacji. Ale słuchając “Piece By Piece”, odbiorca wie, że ten album jest jednak bardziej jak Rocky Balboa. Bo ma osobowość, której nie można się oprzeć. I serce, którego często brak popowym muzakom, skomponowanym tak, by nie być niczym więcej, niż tylko muzyką tła.

Kings of Leon – Only By The Night

R-1471516-1488774335-7303.jpeg

Nienawidziłem Kings of Leon całym swoim jestestwem. Wkurzał mnie ich wizerunek pajaców z totalnie debilnymi fryzurami i ciągłe piłowanie japy przez wokalistę. Aż pewnego dnia zobaczyłem na już chyba zapomnianym dzisiaj portalu Last.fm, że można przedpremierowo za darmo przesłuchać nowego albumu grupy z Tennessee. I nie wiem, co mnie podkusiło, ale kliknąłem przycisk play.

I od pierwszej piosenki mój hejt zmienił się w zachwyt. Bardziej stonowany i melodyjny, a przede wszystkim o wiele bardziej melancholijny, niż poprzednie płyty, album “Only By The Night” mocniej trafił w mój gust i był chyba idealnie dostrojony do mojego ówczesnego stanu emocjonalnego. O sile tego krążka świadczy fakt, że skłonił mnie do sięgnięcia po wcześniejsze dokonania kapeli z Nashville i docenienie ich.

Kurczę, coś szczególnego musi być w tej płycie, skoro zmieniła ona Kings Of Leon z cenionego przez krytyków i garstkę wiernych fanów indie rockowego składu w stadionowego giganta. To niesamowite, że po prawie dziesięciu latach całkiem niezłego funkcjonowania w niszowej alternatywie, bracia Followill nagle przebili się do najbardziej mainstreamowego z mainstreamów i już w nim pozostali. Część z Was pewnie powie, że to dzięki zmianie bezkompromisowego brzmienia na bardziej radiowe. Ale ja sądzę, że jest w tym coś więcej.

***

No i to by było na tyle. Trochę zaszalałem z ilością płyt i muszę przyznać, że skompilowanie tej listy to faktycznie było całkiem ambitne wyzwanie. Napisanie – choćby zaledwie kilku akapitów – o każdym z tych albumów okazało się wymagać całkiem sporego wysiłku. A i tak mogłoby być tych albumów znacznie więcej, bo nie znalazł się tutaj żaden album Deep Purple (od którego zacząłem swoją przygodę z hard rockiem); nie ma też AC/DC, których dyptyk “Highway To Hell“/”Back In Black” jest jedną z najdoskonalszych dzieł w historii rock and rolla; nie znajdziecie też ani Rollins Band, ani Rage Against The Machine, którymi kiedyś okrutnie się jarałem i które pozostają integralną częścią mojej tożsamości; nie ma Radiohead, nie ma Lenny’ego Kravitza, nie ma Czesława Niemena, nie ma Motörhead czy Nicka Cave’a i wielu, wielu innych. Ale to nie dlatego, że ci artyści mieli na mnie mniejszy wpływ, niż ci, którzy znaleźli się na powyższej liście.

Wygląda na to, że podążałem po prostu za zasadą, że te albumy muszą być ważne jako albumy. Jako pewna skończona całość, grupa piosenek, utworów, które działają razem. Więc nie umieściłem tutaj płyt, na których znajduje się jeden czy dwa wybitne utwory albo jakiegoś przypadkowego krążka artysty, którego akurat cenię za całokształt twórczości dość równomiernie rozłożony na całą dyskografię.

Na pewno też o czymś – jak to zwykle bywa – zapomniałem. Także nie podchodźcie do tej listy zbyt poważnie, bo ostatecznie to tylko zabawa.

 

[FILMY, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁEM W KINIE I TERAZ ŻAŁUJĘ] Sing Street

sing street

Sing Street to film, w którym szara rzeczywistość przeplata się z kolorową fantazją. Akcja toczy się w pogrążonej w kryzysie ekonomicznym lat osiemdziesiątych Irlandii. Główny bohater, nastoletni Conor, zmaga się z szorstkimi realiami: rozpadem małżeństwa rodziców i zmianą szkoły. Z prowincjonalnej dziury, jaką jest zdaniem Conora jego rodzinny Dublin, można zobaczyć lepszy świat jedynie przez okno pod postacią telewizyjnego programu prezentującego nowości muzyczne z USA i odległej o zaledwie 100 kilometrów, a jednak jakby baśniowej Ziemi Obiecanej – Wielkiej Brytanii. Kiedy jednak Conor spotyka i od pierwszego wejrzenia zakochuje się w ślicznej Raphinie, ten szary świat nagle nabiera kolorów.

W chwili spotkania z nieznajomą, chłopak trzeźwo uświadamia sobie, że taki przeciętniak, jak on nie ma szans u takiej piękności, jak Raphina. Na poczekaniu więc wymyśla ściemę o tym, że ma zespół i właśnie szuka modelki, która mogłaby wystąpić w teledysku. Dziewczyna prosi, by przyniósł jej taśmę demo, a wtedy rozważy udział w projekcie. Jeśli więc Conor naprawdę chce zdobyć względy Raphiny, musi w tempie ekspresowym sprawić, by zmyślona kapela stała się prawdziwa. Z pomocą kilku szkolnych wyrzutków kompletuje skład, którego zostaje frontmanem. Jakimś cudem udaje im się skomponować utwór, nagrać demo i sprawić, że Raphina pojawia się na planie ich niskobudżetowego teledysku.

Prawdopodobieństwo tego scenariusza jest oczywiście równie niskie, jak wysoki był dług publiczny Irlandii w 1985 roku. To jednak nie zaprząta uwagi twórcy filmu Johna Carney’a i zapewniam, że nie będzie zaprzątało Waszej, jeśli zdecydujecie się obejrzeć tę produkcję. Fabuła nie jest tutaj aż taka ważna, jak muzyka. Ta bowiem odgrywa w filmach Carney’a (jak choćby w nagrodzonym Oscarem “Once” z 2006 roku) rolę absolutnie pierwszoplanową. “Sing Street” to hołd złożony muzyce. Film, który pokazuje, jak nadaje ona koloru szarej rzeczywistości. Że może okazać się sposobem na zdobycie serca ukochanej. Ucieczką od codziennych problemów.

Carney w perfekcyjny sposób zaciera granicę między rzeczywistością a wyobrażeniami nastoletniego chłopaka. W zasadzie nie wiemy, w którym momencie brzdąkanie kilku amatorów w piwnicy zmienia się w doskonale zaaranżowany, wykonany i wyprodukowany utwór. Nie wiemy, w którym momencie fabuła filmu zmienia się fabułę teledysku. “Sing Street” nie jest bynajmniej historią przesłodzoną. W beczce miodu fantazji nastolatka, wyobrażającego sobie, że jest Joe Strummerem czy Robertem Smithem pływa co najmniej kilka łyżek dziegciu: w domu jest świadkiem gorzkich kłótni swoich rodziców i pogłębiającej się frustracji przegranego na samym starcie starszego brata, w szkole jest gnębiony zarówno przez silniejszych kolegów, jak i dyrektora. Nie wierzę jednak, że ktokolwiek po obejrzeniu “Sing Street” poczuje przygnębienie. Ten obraz raczej rozgrzeje Wasze serca pokazując, że nawet jeśli muzyka nie jest w stanie naprawić przytłaczającej rzeczywistości, to z pewnością pozwala od niej uciec, choćby na chwilę. I udowadnia, że nieważne, jak postrzegają Cię inni, ale jak sam siebie postrzegasz, że jesteś takim, jakim sam się stworzysz.

A jeśli wizja reżysera, fabuła, zdjęcia, aktorzy nie przekonają Was do tego obrazu, to zrobi to właśnie ścieżka dźwiękowa. Promujący film singiel “Drive It Like You Stole It” spokojnie mógłby pójść w ślady “Falling Slowly” nagranego na potrzeby “Once” i zdobyć Oscara. Tymczasem nie został nawet nominowany. Podobno stało się tak dlatego, że twórcy i dystrybutorzy “Sing Street” nie zadbali o jego promocję, także wśród członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo i w Polsce dało się zobaczyć film jedynie w kinach studyjnych. Szkoda, bo “Sing Street” ma wszystko to, co sprawiło, że “Once” stało się produkcją kultową i również mogłoby osiągnąć ten status, zwłaszcza, że jest obrazem chyba bardziej optymistycznym i radosnym, niż piękne, ale melancholijne “Once”. W każdym razie ja nie dołożyłem wystarczających starań, by film zobaczyć w kinie. I teraz żałuję.

 

[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Peter and the Wolf – Lightness

lightness

A więc wygląda na to, że nadeszła jesień. Słowo chill zaczyna być używane w bardziej figuratywnym sensie. Jest szaro i zimno, ludzie chowają swoje smętne twarze przed wiatrem w swetrach, szalach i płaszczach. Słowem: Polska wreszcie znów wygląda jak Polska, a jej mieszkańcy stopniowo coraz bardziej nasiąkają deszczem i jesienną chandrą. Na szczęście jest na to lek bez recepty, który może Was z melancholii nie wyleczy, ale z pewnością też nie zaszkodzi. To płyta “Lightness” projektu Peter and the Wolf.

Celowo użyłem słowa projekt, a nie zespół, bo Peter and the Wolf to po prostu jeden z pseudonimów, pod którymi ukrywa się amerykański singer-songwriter Redding Hunter. Na bandcampie Huntera znajdziecie kilka wydanych przez niego pod różnymi ksywkami albumów, dość różnorodnych stylistycznie, choć przeważnie oscylujących wokół folkowego akustycznego lo-fi. Gdybym chciał, to bym wyguglał coś więcej na temat muzyka, ale szczerze mówiąc wolę nie wiedzieć o nim zbyt wiele i karmić się swoim wyobrażeniem o nim. A wyobrażam go sobie jako włóczykija przemierzającego Amerykę takim towarowym pociągiem ze starych komiksów. Faceta, który nie posiada nic poza swoją gitarą i piersiówką pełną rozgrzewającej szkockiej. Gościa oderwanego od wyścigu szczurów, komercji i wszechobecnego materializmu. Samotnika, który jednak w każdej odwiedzanej mieścinie ma jakichś przyjaciół, którzy chętnie poczęstują go obiadem i posłuchają jego piosenek, trochę tęsknych, trochę smutnych, ale często też nie do końca poważnych, puszczających oko do słuchacza. I tak sobie Redding Hunter wędruje przez świat, dostrzegając piękno tam, gdzie inni widzą brzydotę, kontemplując ogołocone z liści drzewa i opuszczone prowincjonalne domy.

A płyta “Lightness” to taki soundtrack do tej podróży. Pozwalający nam patrzeć na te zgniłe krajobrazy przez okno, samemu grzejąc kości przy kominku. Działający jak taki muzyczny termofor. Albo to takie urządzenie stawiane jesienią w knajpianych ogródkach, dające taki fajny płomień. Nagrane na szumiącą ze starości taśmę akustyczne brzdąkanie i ciepły, głęboki głos Huntera przykryją Was ciepłą kołdrą. Kontrastujące z przepalonym wokalem muzycznego wagabundy delikatne dziewczęce chórki narzucą na Was jeszcze dodatkowy koc. A melancholijny, ale i pełen nadziei tekst tytułowej piosenki ostatecznie utuli Was do zimowego snu.

Marilyn Manson na Torwarze 13.06.2018. Czyli koncert, na który wybierałem się 17 lat

13 czerwca Marilyn Manson wystąpił na Torwarze. Poza fałszywym – jak się okazało – alarmem bombowym, który przerwał koncert na 20 minut, nie wydarzyło się nic makabrycznego. Podczas, gdy kontrowersyjny amerykański piosenkarz odprawiał swoje satanistyczne rytuały, na zewnątrz życie toczyło się normalnym torem. Samochody jeździły, psy obsikiwały latarnie, Wisła płynęła w kierunku Bałtyku, słońce zachodziło na zachodzie. Nie to, co kiedy 17 lat wcześniej Manson miał wystąpić dokładnie w tym samym miejscu, tyle że 13 lutego. O koncercie trąbiły wszystkie stacje telewizyjne i gazety, od prawa do lewa. News o koncercie rockowego kwintetu z USA miał rangę niemal równą wizycie amerykańskiego prezydenta. Aby powstrzymać fanów Marilyna Mansona przed mordowaniem i składaniem w ofierze Szatanowi przechodniów, Torwar otoczyły oddziały policji ściągnięte z całego województwa. Następnego dnia media z wyraźną ulgą ogłosiły, że nie wybuchły żadne zamieszki, nie uszczuplono liczby stron w żadnej książce, nie został skrzywdzony żaden latający ani miauczący ssak. To na pewno dzięki temu, że wszystkiego pilnowała policja. Był 2001 rok i miałem wtedy 13 lat. Bardzo chciałem iść na ten koncert, ale rodzice mi nie pozwolili. Teraz jest rok 2018, mam 29 lat i postanowiłem, że jednak pójdę na ten koncert Marilyna Mansona na Torwarze.

1220761-768x596

Będąc w podstawówce moje horyzonty muzyczne – co zrozumiałe – były mocno ograniczone. Pod wpływem starszej siostry interesowałem się głównie gitarową muzyką. Znałem głównie Deep Purple, Led Zeppelin, trochę Metalliki, trochę Nirvany. Internety dopiero raczkowały, więc moim oknem na muzyczny świat była stacja MTV2, która sama o sobie mówiła, że jest “alternative music television”. W odróżnieniu od zwykłego MTV, w którym królowała Christina Aguilera, Destiny’s Child czy Ricky Martin, MTV2 grało  muzykę mniej lub bardziej wpasowującą się w moją dopiero co sformowaną muzyczną tożsamość, czyli gitarowe brzmienia – od indie rocka po metal. Kiedy zaczął się tam pojawiać teledysk do piosenki “Disposable Teens“, od razu łyknąłem przynętę. Wizerunek i muzyka Mansona podobały mi się same w sobie. Świadomość, że bycie fanem tego szaleńca latającego po scenie w pofarbowanych włosach i z makijażem na twarzy, prawdopodobnie strasznie wkurzy otaczające mnie społeczeństwo (miałem rację – wkurzyło), był tylko wisienką na torcie. Ale reakcja ogółu okazała się być istotna. W szóstej klasie podstawówki poszedłem pod prąd, deklarując swoją sympatię do czegoś, co było w opozycji do wszystkiego, co lubili moi rówieśnicy. Warto tutaj zaznaczyć dwie rzeczy. Po pierwsze i bez Mansona jakoś tak odstawałem od moich kolegów i koleżanek. Po drugie – być może nie każdy z moich czytelników zdaje sobie z tego sprawę, bo doświadczył czegoś innego – rock nie należał bynajmniej do ulubionych gatunków mojego pokolenia. W słuchawkach walkmenów i discmenów królował wówczas pop i techno (to drugie najlepiej jeśli pochodziło z wielkopolskiej wsi Manieczki), ewentualnie hip-hop. Ludzie, którzy słuchali jakiejkolwiek gitarowej muzy (obojętnie czy to był Slayer czy Radiohead) byli w mojej podstawówce i w moim gimnazjum dającą się policzyć na palcach jednej ręki mniejszością pogardzanych i poszturchiwanych nerdów. Archetyp nieudacznika, który poprzez przyniesienie gitary do szkoły zmienia się w bożyszcze płci pięknej, nigdy nie zadziałał. I wiem, co powiecie: może byłeś tak cholernie brzydki, że nawet gitara ci nie pomogła? Odpowiadam: nie, gitara po prostu nie wzbudzała zainteresowania dziewczyn, niezależnie od aparycji jej właściciela.

“No, dobra, ale miałeś napisać coś o koncercie!” Spokojnie, dojdziemy do tego.

Za kilka akapitów.

Rysuję to bardzo szerokie tło dlatego, by uświadomić Wam, dlaczego Marilyn Manson jest dla mnie tak ważny. Jest na pewno jakaś alternatywna rzeczywistość, w której jest on po prostu jednym z wielu artystów, których muzykę po prostu bardzo, bardzo lubię. Ale fakt, że stał się elementem mojej tożsamości w którymś momencie mojego dorastania sprawia, że jego wpływ na moją osobowość sięga dalej poza inspiracje muzyczne. “Człowieku, nie przesadzasz? – powie ktoś – To tylko piosenkarz”. Jasne, że to tylko piosenkarz, nie żaden prorok. Miałem tego świadomość już wtedy. Choć traktowałem Mansona poważnie i byłem jego fanem, nigdy nie byłem jego wyznawcą. Nie mniej im bardziej spotykałem się z niechęcią nauczycieli i uczniów mojej szkoły do tej kontrowersyjnej postaci, tym większą czułem chęć głębszego zapoznania się z jego twórczością.

Marilyn Manson był wówczas u szczytu swojej potęgi. Przejawiającej się nie tylko prezentującymi, moim zdaniem, mega wysoki poziom artystyczny płytami “Holy Wood“, “Antichrist Superstar” i moim absolutnym faworycie, czyli “Mechanical Animals“. Był wówczas także u szczytu swojej popularności. Ludzi, obojętnie czy kochających go, czy go nienawidzących, interesowało co powie, co zrobi. Reakcja polskich mediów na jego pierwszą wizytę w Warszawie nie wynikała (tylko) z prowincjonalności naszego kraju czy jego szczególnego przywiązania do wartości chrześcijańskich. W USA też palono płyty Mansona, nawoływano do odwoływania jego koncertów, a kiedy już się odbywały, towarzyszył im kordon policji. Tymczasem dzisiaj, myślę, że zarówno w Stanach, jak i w Polsce, koncert Mansona nikogo, poza fanami, nie obchodzi.

Sądzę, że miało to wiele wspólnego z tym, że wówczas Marilyn miał coś do powiedzenia. Miał – jak to się mówi – przekaz. To nie było szokowanie i prowokowanie dla samego szokowania i prowokowania. Jego ataki na zinstytucjonalizowaną religię nie były obliczone tylko i wyłącznie na wywołanie uwagi mediów, ale przede wszystkim – przynajmniej w moich oczach – na zadawanie pytań o to, czy religia nie służy przypadkiem komuś do kontrolowania ludzi i wykorzystywania ich do realizowania własnych interesów. Ubrana w płaszczyk prowokacji satyra na hipokryzję społeczeństwa oczywiście nie sprawiała przy tym, że miliony naiwnych nastolatków na całym świecie przestawały kupować płyty i zasilać konto pana Briana Warnera plikami zieloniutkich dolarów – z tego też zdaję sobie sprawę. Ale do czego zmierzam, to mój pogląd, że oprócz formy, w twórczości Mansona była też treść. Obśmiewał hipokryzję i świętoszkowatość, drwił z polityków i celebrytów, krytykował przemoc i nietolerancję. A przede wszystkim był reprezentantem wszelkiego rodzaju wyrzutków, outsiderów, ekscentryków i nonkonformistów, do których zaliczałem się wówczas i chyba zaliczam się nadal. I to było dla mnie najważniejsze.

Niestety niedługo po tym (zwłaszcza patrząc z odległości prawie dwóch dekad), jak kupiłem swoją pierwszą kasetę Mansona, postanowił on zrezygnować z jakkolwiek pojmowanej funkcji artysty zaangażowanego. Zamiast tego, uciekł w dadaistyczno-nihilistyczną sztukę dla sztuki, którą mniej lub bardziej kontynuuje do dziś. Efektem była kolejna po “Holy Wood” płyta zatytułowana “Golden Age of Grotesque“. Obiektywnie – wciąż na wysokim poziomie, ale dla mnie – to już nie było to. Zbiegiem okoliczności, właśnie gdzieś w okolicach tej inspirowanej latami międzywojennej burleski, Manson przestał być istotny dla jakiejkolwiek debaty publicznej, stał się po prostu kolejną barwną postacią na kolejnej celebryckiej imprezie w Los Angeles. Pod względem artystycznym i komercyjnym zamknął się w niszy, w której tworzy dla wiernej publiczności, bez ambicji ponownego zdobycia serca kogokolwiek spoza określonej grupy docelowej.

I żeby nie było – to jest całkowicie w porządku. Każdy artysta ma przecież swój złoty wiek (w tym wypadku – o ironio – skończył się on wraz z wydaniem albumu ze “złotym wiekiem” w nazwie). Marilyn Manson nie jest pierwszym ani ostatnim muzykiem, który swą twórczością przestał trząść posadami świata. Nie jest pierwszą gwiazdą rocka, której przybyło centymetrów w pasie i ubyło włosów na głowie. Nie jest pierwszym człowiekiem, w którego karierze nastąpił efekt plateau. Ba, z perspektywy czasu widzę, że późniejsze albumy prezentują wciąż wysoki poziom, a każdy kolejny wprowadza powiew świeżości pod względem muzycznym. Ani “Golden Age of Grotesque”, ani późniejsze płyty po prostu nie spełniły wygórowanych oczekiwań, jakie miałem. Straciły to coś, co sprawiało, że byłem w stanie identyfikować się z podmiotem lirycznym z “Holy Wood” czy “Mechanical Animals”. Być może dlatego, że sam także się zmieniłem.

W każdym razie mój poziom zainteresowania Marilynem Mansonem znacznie spadł. W międzyczasie odwiedzał on Polskę kilka razy, ale jakoś nie chciało mi się iść na jego koncert, zwłaszcza jeśli odbywał się np. w Poznaniu. Oczywiście inspiracje z czasów mojej fascynacji tym artystą trwały we mnie przez cały czas. Trudno, żeby było inaczej, skoro to jego riffy były jednymi z pierwszych, których próbowałem nauczyć się grać na gitarze, a pierwsze utwory, jakie kiedykolwiek skomponowałem (na szczęście tylko w mojej głowie – nie zostały nigdzie zapisane ani nagrane), to ordynarne zrzyny z numerów z “Holy Wood”. Ale Manson i ja żyliśmy sobie niezależnie nie wchodząc sobie wzajemnie w drogę przez kilkanaście lat. Zmieniło się wiele rzeczy. Niewątpliwie obydwaj wzbogaciliśmy się w tym czasie o kilka kilo tkanki tłuszczowej. Aż tu nagle ogłoszono, że Marilyn Manson wystąpi – tak jak przed siedemnastoma laty – na Torwarze. Uznałem, że to znak. To znaczy wiem, że wszechświat nie wysyła żadnych znaków. Niemniej uznałem, że to jest właściwy moment, by w zgrabny sposób dopełnić moją relację z moim idolem z dawnych lat. Dlatego mimo obaw, że mój bohater może być zaledwie cieniem dawnej chwały, a koncert może okazać się rozczarowaniem i zepsuć mój wyidealizowany obraz artysty, postanowiłem kupić bilet.

Wątpliwości, czy aby na pewno nie zrujnuję sobie Mansona, miałem do ostatnich minut przed jego wejściem na scenę. Ale kiedy już się pojawił i zaintonował “Irresponsible Hate Anthem“, obudził się we mnie nastoletni Rogal i zaczął radośnie skandować “Fuuuuuck it!”. Ten dziecięcy entuzjazm, co jakiś czas opadał, przeważnie na – cóż za niespodzianka – nowszych numerach, ale jednak przez cały koncert się utrzymywał. A nie było łatwo. Przerwanie koncertu po sześciu utworach wiadomością o ewakuacji (“Ale jak to? Wybierałem się na ten koncert przez siedemnaście lat i kończy się on po trzydziestu minutach?) na pewno nie przyczyniło się do podtrzymywania nastroju. Nie pomagały też z pewnością absurdalnie długie przerwy pomiędzy piosenkami.

Dość często powracającym tematem na próbach 1965 jest kwestia przerw między utworami. “Chłopaki, jeśli będziemy mieli zbyt długie przerwy, to ludzie się znudzą, opadnie entuzjazm, musimy robić jak najkrótsze przerwy”. Jak widać jednak odstępy między utworami, nieraz równie długie, co same utwory, nie zaszkodziły Mansonowi. W sumie to Axl Rose też znika ze sceny na dobrych kilka minut, by zmienić przepoconą koszulkę, choć w przypadku Gunsów trzeba przyznać, że w tych momentach możemy sobie posłuchać solówek Slasha. Marilynowi nie zaszkodził też ogólny spadek formy. Głos, energia i prezencja sceniczna to z pewnością już nie to samo, co kiedyś. Wtedy mieliśmy do czynienia (jak się domyślam, bo przecież na żywo tego nie widziałem) z osobnikiem z innej planety. Teraz mamy do czynienia z człowiekiem z krwi i kości noszącym brzemię zbliżającej się wielkimi krokami pięćdziesiątki.

Gdyby ten koncert był moją pierwszą stycznością z Marilynem Mansonem, to na pewno nie zostałbym po nim jego fanem. To nie był koncert, który przekonałby kogokolwiek poza już przekonanymi. A jednocześnie – co może się wydawać dziwne – nie odczułem niesmaku, który mógłby czuć fan, kiedy jego prorok z gniewnych lat obrósł w tłuszcz. W moim dziecięcym zachwycie nad przebojami młodości i wykrzykiwaniu tekstów piosenek, które kiedyś były moimi hymnami dużą rolę odegrała z pewnością nostalgia. Ale nawet będąc tego w pełni świadom cieszę się, że poszedłem na ten koncert. Teraz spędzę zapewne kilka dni na sentymentalnej podróży przez klasyczne płyty, ale także na zgłębianiu słabo dotąd przeze mnie zbadanego świata nowszych albumów.