Arcade Fire – WE

Jakoś nigdy nie potrafiłem naprawdę wkręcić się w Arcade Fire. Owszem, mają to coś, takie je-ne-sais-quoi. Taką iskrę wskrzeszoną przez tarcie epickich, orkiestrowych aranży z punkową, dziecięcą naiwnością i energią. Ale już od debiutanckiego “Funeral”, coś zawsze wybijało mnie z tworzonej przez kanadyjski zespół atmosfery. Na przykład perkusista przechodził w double-time w takich totalnie randomowych momentach, zabijając zbudowany wcześniej patos. Albo wjeżdżał z czymś, co nazywam “polskim groovem”, czyli wzorcem stopa-hihat-werbel-hihat-stopa-hihat, który pozbawieni wyobraźni i muzykalności bębniarze wykorzystują za każdym razem, gdy nie mają pomysłu na utwór. Czyli bardzo często. Tak, jeśli się nad tym zastanowić, to wszystko zawsze psuł perkusista 😜

“WE” – nowa płyta Arcade Fire, która ukazała się 6 maja – została odebrana przez fanów jako powrót do złotego wieku grupy. “Czuję się, jakby znowu był 2004 rok” – piszą ludzie w komentarzach na YouTubie. 2004 to rok wydania “Funeral”, która znalazła się w pierwszej dziesiątce najlepszych płyt właściwie każdego podsumowania tamtej dekady.

I faktycznie, słuchając “WE” można poczuć nostalgię za latami świetności Arcade Fire. Nawet jeśli w latach świetności ich muzyka was – tak jak mnie – wkurzała. Bo “WE” to takie “Funeral”, ale bez tych elementów, które mnie zniechęcały. “WE” to strzał w dziesiątkę, zagranie dokładnie tych nut, które trzeba, by poruszyć moje serce. To wszystko za co zawsze chciałem Arcade Fire polubić, ale nie mogłem, bo perkusista.

Vangelis

W dniu, gdy ogłoszono, że zmarł Vangelis, przesłuchałem jego soundtrack do “Blade Runnera”, a później ścieżkę do “Blade Runnera 2049” Hansa Zimmera stworzoną we współpracy z Benjaminem Wallfischem. I o ile Hans Zimmer nie bez powodu jest najbardziej rozchwytywanym kompozytorem filmowym XXI wieku (ścieżka do “Ostatniego Samuraja” ❤️), to jednak jego soundtrack do “Łowcy Androidów” jest tylko soundtrackiem. Świetnie uzupełniającym film i budującym jego atmosferę, ale to wszystko.

Natomiast ścieżka Vangelisa jest nie tylko tłem do filmu, ale też wartością samą w sobie. Można jej słuchać, by przenieść się na chwilę do tego klimatycznego uniwersum. Można też słuchać jej jako po prostu dobrej muzyki, niekoniecznie spełniającej funkcję muzyki filmowej czy muzyki z gatunku “klimat sci-fi”.

Zresztą “Blade Runner” to nie jedyny taki przypadek. Kompozycje z “1492. Wyprawa do raju” czy “Rydwanów ognia” znają ludzie, którzy nigdy nie widzieli tych produkcji. Te utwory stały się nawet bardziej ikoniczne od samych filmów, na których potrzeby powstały.

No i sprawdźcie to czarno-białe zdjęcie z syntezatorami. Fotografia została zrobiona chyba w latach 80. XX w., ale Vangelis wygląda tutaj, jak jakiś alternatywny muzyk z lat 2010. Jak widać, gość wyprzedzał swoje czasy także pod względem stylówy.

Florence + The Machine – Dance Fever

Muszę przyznać, że trochę się obawiałem, że nowa płyta Florence + The Machine mi się nie spodoba. Także dlatego, że to już piąty krążek w karierze zespołu i spadek formy nie byłby niczym dziwnym, skoro wszystkie poprzednie płyty były świetne.

Jest jeszcze za wcześnie, by oceniać “Dance Fever”. Ale mogę już powiedzieć, że jest na to szansa. Natomiast po zaledwie kilku przesłuchaniach muszę pochwalić teksty. Moje ucho wyłapało sporo linijek, które nazwałbym… naprawdę zręcznymi. No, podobają mi się te teksty. Poniżej kilka próbek:

You said that rock and roll is dead

But is that just because it has not been resurrected in your image?

Like if Jesus came back, but in a beautiful dress

And all the evangelicals were like: “Oh, yes”

“Choreomania”

Sometimes you get the girl

Sometimes you get a song

“The Bomb”

I came for the pleasure, but I stayed

Yes, I stayed for the pain

Back In Town

A, no i nie zapominajmy o jednym fakcie, który wart jest odnotowania. Przemiana Florence Welch w żywy prerafaelicki obraz jest już kompletna.

Najfajniejsze albumy 2021 roku

Przychodzą takie momenty w życiu każdego z nas, że trzeba przyznać się do porażki. Jest maj, a moja lista najlepszych albumów 2021 roku wciąż jest rozgrzebana i nie mam czasu, żeby pisanie tego grzmociastego tekstu skończyć. Ale nie smućcie się! Niniejszym ujawniam, jakie to zeszłoroczne albumy uważam za fajne. Także jeśli kogolwiek to interesuje, Wasza ciekawość zostanie zaspokojona. Uzasadnienia nie ma i nie będzie.

Albumy w kolejności chronologicznej. Kliknięcie w tytuł przeniesie Was do linku do odsłuchu płyty.

Hurrockaine “Amantes Amentes

King Gizzard & The Lizard Wizard “L.W.

Monster Magnet “A Better Dystopia

King Gizzard & The Lizard Wizard “Butterfly 3000
Muchy “Szaroróżowe

Wij “Dziwidło

The War On Drugs “I Don’t Live Here Anymore
Weedpecker “IV: The Stream of Forgotten Thoughts

Miłego słuchania!

[No, to obejrzałem w końcu]: “Bo we mnie jest seks”

“Bo we mnie jest seks” to tacy “Poszukiwacze zaginionej Arki” muzycznych filmów biograficznych. W obu produkcjach główna postać w zasadzie nie ma wpływu na fabułę. Ale i tak ogląda się to z przyjemnością.

Wcielającą się w rolę Kaliny Jędrusik Marię Dębską zachwycają się wszyscy i słusznie. Nie dodam tutaj chyba nic oryginalnego. Mogę tylko powiedzieć, że oprócz brawurowej gry, Dębska zaimponowała mi – jak mawiają Anglosasi – fizyczną transformacją, jaką przeszła na potrzeby tej roli.

Na wyróżnienie zasługuje soundtrack – autorstwa Luki, znanego między innymi z muzyki do serialu “Pitbull” – który tworzy świetny pomost między brzmieniami przełomu lat 50. i 60. a współczesnością.

Ale najbardziej odświeżającą w tym filmie rzeczą jest złamanie formuły muzycznego bio picu. Oglądając filmowe życiorysy muzyków ma się wrażenie, że ciągle oglądamy tę samą historię, a kolejne zwroty akcji można przewidzieć z dokładnością co do minuty. A “Bo we mnie jest seks” traktuje ten ograny fabularny schemat z podobna dezynwolturą, z którą Kalina Jędrusik podchodziła do obowiązujących konwenansów.

Najfajniejsze albumy z lat 2011-2020 (część 1)

Pewnie się zastanawiacie: dlaczego robię ranking najfajniejszych płyt 2011-2020, a nie ranking najfajniejszych płyt 2010-2019, jak wszyscy? Otóż chciałem zrobić ranking najfajniejszych płyt drugiej dekady XXI wieku. A ta skończyła się wraz z końcem 2020 roku, a nie tak, jak większość osób (błędnie) zakłada, z końcem 2019 roku. Zawsze, gdy widzę, że te podsumowania dekady 2010-2019, to włącza się mój wewnętrzny historyk (i periodyzacyjny faszysta) i mówię sobie, jeśli druga dekada XXI wieku zaczyna się w 2010 roku, to znaczy, że druga dekada I wieku naszej ery zaczynałaby się w 10 roku naszej ery. A to by oznaczało, że pierwsza dekada I wieku zaczynałaby się w roku 0. Tylko, że nie ma czegoś takiego, jak rok 0. Jest tylko 1 rok naszej ery i 1 rok przed naszą erą. Dlatego wszyscy zawsze mówią, że XX wiek nie zaczął się w 1900 roku, tylko w 1901 roku!

Drugie pytanie, jakie wam się nasuwa to: dlaczego ranking pojawia się dopiero w 2022 roku, a nie w 2021? Odpowiedź jest oczywiście bardzo prozaiczna. Nie wyrobiłem się. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że w 2021 roku robiłem swoją własną płytę i to było dość czasochłonne. Niemniej nie poddaję się i może nawet do końca 2022 roku opublikuję całość. Na razie łapcie pierwszą część. Jak zwykle, kolejność albumów jest chronologiczna. Enjoy!

Destroyer – Kaputt

Jeśli patrząc na nazwę zespołu i tytuł płyty, spodziewacie się niemieckiego thrash metalu, niestety muszę Was rozczarować. Ta płyta to indie pop w najczystszej postaci. Delikatna sekcja rytmiczna, kobiece chórki, syntezatory i saksofon, ładne melodie i raczej proste rytmy. To jest to, co usłyszycie na tej płycie. Ale oczywiście, jeśli indie popowy zespół nazywa się Destroyer, to jednak możecie się spodziewać, że to nie do końca jest muzyka, którą można usłyszeć w sklepie z dżinsami w Factory.

Bo “Kaputt” to melancholijna podróż w dziwaczny, pełen onirycznych miraży świat lidera grupy, kanadyjskiego songwritera Dana Bejara. Na co możecie się natknąć w czasie tej wycieczki najlepiej obrazuje chyba teledysk do tytułowego utworu oraz jego tekst:

Wasting your days

Chasing some girls, alright

Chasing cocaine through the back rooms

Of the world all night

A podróży tej towarzyszyć będą Wam przepiękne melodie i aranżacje, w których wszystko się zgadza. No i nie zapominajmy o absolutnie bezbłędnym saksofonie w wykonaniu Josepha Shabasona. Przy czym uroda tej płyty ani na chwilę nie ociera się o banał.

Elvis Deluxe – Favourite State of Mind

Elvis Deluxe poznałem jeszcze kiedy byłem piękny, dwudziestoletni. To był, jak to się wówczas mówiło, dobry stołner. Kiedy masz dwadzieścia lat, to wszystko, co ma obniżone stroje i dużo przesteru, jest dobrym stołnerem. Nie muszę chyba mówić, że nie wszystkimi zespołami, którymi wtedy się jarałem, jaram się do dzisiaj. Ale z Elvis Deluxe tak nie jest. Zwłaszcza z tą płytą. Ten album nie tylko dobrze znosi próbę czasu – wracając do niego, odkrywam, że można go lubić jeszcze bardziej, na nowe sposoby.

“Favourite State of Mind” to jedna z tych płyt nagranych oldschoolowymi technikami. Takie Led Zeppelin na sterydach. Mamy tutaj prawdziwe organy Hammonda, bębny nagrywane w windzie towarowej i tak dalej. I to wszystko pięknie tutaj gra. Z dobrodziejstwem inwentarza, bo tego pogłosu z windy już się potem nie da usunąć w post-produkcji, więc jeśli w miksie wchodzi w drogę gitarom, trzeba to po prostu zaakceptować. Urok nagrań z lat siedemdziesiątych polega między innymi na tym, że nie wszystko jest doskonałe. Ta płyta ma brzmienie, które nie każdemu musi się spodobać, ale to jest brzmienie autentyczne. Słychać, że Elvis to zespół, który ma wystarczająco dużo doświadczenia, by nagrywać w ten sposób, przy czym nie ma tutaj żadnego dziaderstwa.

A wracając do odkrywania tego albumu wciąż na nowo. Kiedyś najbardziej na tej płycie podobały mi się takie złodupcze bangery, jak “Let Yourself Free“, “Out All Night” czy “The Apocalypse Blues“. Dzisiaj zdecydowanie bardziej zachwycam się bardziej lirycznymi numerami, takimi jak “Fade Away” czy “A Place To Stay”. Dla tych, którzy nie mieli nigdy szansy usłyszeć tego albumu: “bardziej liryczne” to znaczy, że gitary nadal są ultra przesterowane, wokal nadal jest skandowany, a bas pulsuje tak, jak byście byli na Arrakis i właśnie gdzieś niedaleko pod piachem pełzał piaskal. Tylko po prostu jest bardziej melodyjnie i bardziej refleksyjnie. Zresztą, moim ukochanym numerem, zarówno dziś, jak i wtedy, gdy ta płyta została wydana, jest utwór “Fire (Loveboy)”. Z jednej strony brzmi on, jak piosenka miłosna, ale z drugiej strony jest to urywająca ryj petarda.

Black Country Communion – 2

W teorii Black Country Communion ma wszystkie elementy, żeby być totalną katastrofą. Nie dość, że jest supergrupą, co samo w sobie jest ryzykowne, to jeszcze jest supergrupą złożoną z wirtuozów. Mając w składzie byłego basistę Deep Purple Glenna Hughesa, syna perkusisty Led Zeppelin Jasona Bonhama, urodzone ćwierć wieku za późno cudowne dziecko bluesa Joe’ego Bonamassę i – najlepsze sobie zostawiłem na koniec – klawiszowca Dream Theater (ugh!) Dereka Sheriniana, trudno nie brzmieć, jak grupa pretensjonalnych, przebrzmiałych wąsaczy. Do tego dodajmy walkę o pozycję samca alfa w dziedzinie bezpłodnych popisów instrumentalnych i mamy to.

A jednak tej supergrupie udało się zrobić dobrą muzykę. I to drugi raz! Wszak “2” to już druga płyta w wykonaniu tego zespołu, po równie dobrym debiucie z 2010 roku. Black Country Communion gra z takimi jajami, że słuchając tego zapomina się, że rok 1972 był już 50 lat temu, a hard rock już rzadko bywa nowatorskim gatunkiem. Bo owszem, Black Country Communion nie wymyśla rocka na nowo, ale też nie trąci naftaliną. Owszem są popisy i solówki, ale są one zwinnie wplecione w dobre piosenki.

I paradoksalnie słuchając tego albumu, mam wrażenie, że ta energia, świeżość i przebojowość to przede wszystkim zasługa Glenna Hughesa i jego umiejętności zręcznego łączenia starego z nowym. Hughes, który pełni w Black Country Communion zarówno obowiązki basisty, jak i wokalisty, jako jedyny posiada legitymację emeryta i jako jedyny nie był już dzieckiem w epoce, do której odwołuje się twórczość supergrupy. A jednak to on – pokolenie starszy od pozostałych członków zespołu – zdaje się być elektrownią zasilającą tę machinę. No i – umówmy się – wygląda sto razy bardziej cool, niż pozostali.

Bon Iver – Bon Iver


Bon Iver podbił serca miłośników jesieniarskich soundtracków swoją debiutancką płytą “For Emma, Forever Ago” z 2008 roku, gdzie przy akompaniamencie indie folkowej gitary zespół zaprezentował niepodrabialny falset wokalisty. Ta płyta była ciepłym kocykiem, w który wielu fanów chciało by się owinąć w zimny, deszczowy dzień. Pokusa, żeby przykryć swoich słuchaczy jeszcze drugą warstwą takiego samego kocyka była na pewno silna. Niemniej amerykański grupa pod przewodnictwem Justina Vernona postanowiła zaryzykować i wyjść ze strefy komfortu.

Na drugiej płycie zespołu, zatytułowanej po prostu “Bon Iver”, sekcja rytmiczna – prawie nieobecna na debiucie – odgrywa ważną rolę, a jej partie często są rozbudowane. Aranżacje są dużo bardziej epickie, usłyszymy też takie instrumenty, jak saksofon czy syntezator. A na przykład w zamykającym album utworze “Beth/Rest” oprócz lap steelowej gitary, mamy jeszcze elektroniczne bębny, ejtisowe pianino i przesterowaną gitarę grającą na odkręconym na maksa delay’u. No, nie jest to instrumentarium, którego spodziewasz się po swoim lokalnym indie folkowym singerze-songwriterze.

A jednak biorąc to wszystko pod uwagę, nie można powiedzieć, że jest to płyta zupełnie inna, niż jej poprzednik. Wszystko, co stanowiło urok “For Emma, Forever Ago” wciąż tu jest. Muzyka ta wciąż brzmi ciepło, miękko i cicho, a falset Vernona wciąż czule głaszcze słuchacza po głowie. “Bon Iver” to tak zręczny przykład łączenia zupełnie nowych elementów z kontynuacją starych tradycji, że powinni o tym pisać w podręcznikach łączenia zupełnie nowych elementów z kontynuacją starych tradycji.

Mastodon – The Hunter

Należę do tych mięczaków, którzy wolą późnego Mastodona od wczesnego. Zainteresowałem się Mastodonem jeszcze w erze ich pierwszych trzech płyt, kiedy to łoili metal wystarczająco ambitny i innowacyjny, by zainteresowali się nim recenzenci z Pitchforka czy Porcys, a jednocześnie wystarczająco bezkompromisowy, by nie zostać oskarżonym o zdradę przez pryszczatych licealistów. Podobał mi się ten wczesny Mastodon, bo zaspokajał potrzebę przeżyć granicznych dla mojego ucha i do dzisiaj pozostaję zdania, że te pierwsze trzy albumy zespołu z Atlanty to są bardzo dobre albumy.

Przełomem dla Mastodona była płyta “Crack the Skye” z 2009 roku. To na niej po raz pierwszy na dużą skalę growlujące wokale ustąpiły melodyjnym harmoniom śpiewanym przez cały zespół. W ogóle zrobiło się dużo bardziej melodyjnie, a dodatkowo panowie postanowili jeszcze, że będzie to prog rockowy koncept album. W jakiś sposób amerykański kwartet zdołał wymyślić siebie na nowo jednocześnie w pełni pozostając sobą, odnieść przy tym sukces zarówno jeśli chodzi o słupki sprzedaży, recenzje, jak również – i to jest jednak pewien fenomen – jeśli chodzi o fanów.

Wierzcie mi, że zmierzam do sedna! Otóż o ile “Crack the Skye” było eksperymentem, który się powiódł i pozwolił na obranie nowego kierunku w historii zespołu, to dopiero jego następca – wydany w 2011 roku “The Hunter” – można uznać za prawdziwy początek nowego etapu w karierze grupy z Georgii.

Na “The Hunter” skrystalizował się nowy mastodonowy styl i do dzisiaj – mimo wydania kolejnych trzech albumów – pozostaje szczytowym osiągnięciem zespołu. “The Hunter” to jedna z tych płyt, na których idealnie wyważone są proporcje. Pomiędzy riffami a melodiami, pomiędzy wrzaskiem a śpiewem, pomiędzy wpierdolem a łagodnością, pomiędzy nowoczesnością a nawiązaniami do klasyki.

Orange Goblin – A Eulogy for the Damned

Orange Goblin to zespół, który przybył na ziemię z innego wymiaru, znajdującego się gdzieś pomiędzy rockiem a metalem. Ja wiem, że wiele zespołów operuje w szarej strefie między tymi dwoma gatunkami i że właściwie trudno rozdzielić te dwa nurty. A jednak nikt tak bezszwowo nie łączy ze sobą najlepszych aspektów tych gatunków, jak Pomarańczowy Chochlik.

“A Eulogy for the Damned” jest po prostu kolejnym świetnym efektem zastosowania tej magicznej formuły. Riffy są ciężkie jak beton, ale muzyka ma mnóstwo groove’u. Głos Bena Warda jest warczący, ale zarazem piekielnie melodyjny. Co wyróżnia ten album to bezbłędne piosenko-pisarstwo i doskonała produkcja.

Właściwie w żadnym z dziesięciu numerów znajdujących się na “A Eulogy For The Damned” nie ma jakiegoś niepotrzebnego fragmentu, żadnej dłużyzny. Wpadające w ucho riffy i refreny sprawiają, że można w kontekście tego albumu użyć słowa “przebojowy”, które chyba nie jest ulubionym słowem fanów metalu, ale mi ono totalnie nie przeszkadza. Podobnie jak to, że wiele riffów i solówek na tej płycie brzmi mocno bluesowo i pentatonicznie. Brytyjczycy mówią językiem klasycznego rocka z ogromną swobodą i naturalnością, nie popadając przy tym w pub rockowy banał – być może za sprawą tego, że brzmienie “A Eulogy For The Damned” to ściana przesterowanych gitar i ryku Bena Warda, przez którą przebijają się tylko strzały uderzeń w werbel.

Być może wielu fanów brudnego, garażowego brzmienia Orange Goblin było rozczarowanych nowym, nieco bardziej wyrafinowanym soundem, zaprezentowanym przez londyńczyków na tym krążku. I faktycznie, za bardzo wycyzelowana, wyczyszczona produkcja mogła totalnie wyprać brzmienie zespołu z jakiegokolwiek koloru. Tylko że w przypadku “A Eulogy For The Damned” jest to zrobione tak w punkt, że działa na korzyść. Szczególnie zamykający płytę utwór tytułowy to jest produkcyjny majstersztyk. Wszystko tam się pięknie zgadza. Zresztą tak, jak na całym albumie.

Tenacious D – Rize of the Fenix

Zawsze podziwiałem utalentowanych muzyków, którzy swoje wirtuozerskie umiejętności składają na ołtarzu robienia sobie jaj. Bo wiecie, jeśli latami szlifujecie w pocie czoła swój warsztat, a potem robicie piosenki o penisach i odbytach, to nikt nie będzie was traktował poważnie. A jednak większość ludzi, jeśli przez całe życie ćwiczy po kilka godzin dziennie grę na instrumencie (albo śpiew), to jednak potem chce zebrać za to prestiż i szacunek adekwatne do zainwestowanego w to wszystko wysiłku i wyrzeczeń.

Tenacious D to chyba najbardziej emblematyczny przykład zespołu, który świadomie rezygnuje z tego całego blichtru, by uprawiać wybitną błazenadę. A “Rize of the Fenix” to jeden z ich najlepszych albumów, jeśli nie najlepszy. Jack Black i Kyle Gass chyba nigdy z taką precyzją nie żonglowali muzycznymi i popkulturowymi toposami. Niemal wszystkie są trafione, a ich warstwa słowna jest splątana z muzyczną w sposób, który sprawia, że całość bawi jeszcze bardziej.

Ale co może najważniejsze “Rize of the Fenix” to pierwszy w karierze Tenacious D moment, kiedy na policzku klauna pojawia się też łza. To pierwszy album, który można nazwać osobistym. Całe to powstawanie feniksa z popiołów to podnoszenie się po box office’owej porażce nakręconego przez duet filmu “Pick of Destiny” z 2006 roku, po której zespół zawiesił działalność. W międzyczasie Jack Black stał się gwiazdą blockbusterów, a Kyle Gass… no, cóż… tym drugim gościem z Tenacious D, do czego nawiązuje piosenka “The Ballad Of Hollywood Jack And The Rage Kage”. Z kolei “Roadie” to hołd złożony wszystkim ekipom obsługującym koncerty, a zawsze pozostającym w cieniu muzyków występujących na scenie. W tej piosence jest pełno klisz i narracją o tym, że bez pomocy technicznych całe to ubóstwianie gwiazd rocka nie byłoby możliwe. I kiedy Jack Black śpiewa “And when the crowd roars, brings a tear drop to the roadie’s eyes”, to oczywiście śmieję się, ale też kręci mi się w oku łezka.

Slash – Apocalyptic Love

Slash jest uosobieniem rock and rolla. Kropka. Nieuczesane kręcone włosy, ciemne okulary, papieros w ustach. Możecie go lubić czy nie, ale Saul Hudson jest symbolem tego stylu życia i tego stanu umysłu. Jednak na przestrzeni swojej ponad trzydziestoletniej kariery osobowość Slasha najczęściej była jednym z elementów większej układanki. Czy to w Guns N’Roses, które jest w dużej mierze wynikiem syntezy luzackiej osobowości gitarzysty i bombastyczno-pompatycznego charakteru Axla Rose’a, czy to w featuringach z Lennym Kravitzem czy Michaelem Jacksonem, Slash dokonywał fuzji swojego pierwiastka z czymś często bardzo odległym. Nawet wydany w 2010 roku debiutancki solowy album gitarzysty, był w istocie albumem z gościnnym udziałem innych artystów, gdzie obok takich wokalistów, jak Ozzy Osbourne czy Lemmy z Motörhead, pojawiali się tacy artyści, jak Fergie czy Adam Levine. Ba, nawet w songwritingu późniejszych albumów solowych Slasha słychać coraz większą dominację wokalisty – Mylesa Kennedy’ego. I oczywiście to ścieranie się czy też ucieranie się różnych osobowości, przeważnie wychodziło wszystkim na dobre. Ale ja osobiście bardzo lubię sobie od czasu do czasu posłuchać Slasha w czystej postaci.

A “Apocalyptic Love” właśnie to zapewnia. Już okładka płyty zapowiada, że jest to album na którym znajdziecie wszystko to, czego oczekujecie od Slasha. Jest Gibson Les Paul, cylinder, półnagie laski, czachy i węże. I podobnie jest w warstwie muzycznej. “Apocalyptic Love” to złodupczy, oldschoolowy rock and roll. Grany przez tego wyluzowanego gościa, który zdaje się grać te wszystkie zajebiste rzeczy bez większego wysiłku, a nie przez maszynę do produkcji riffów i solówek. “Apocalyptic Love” to – obok płyt Slash’s Snakepit i Velvet Revolver – odsłona Slasha, którą lubię najbardziej. To prawdziwy, autentyczny, żywy rock and roll.

Nick Cave and the Bad Seeds – Push the Sky Away

Niesamowite w “Push the Sky Away” jest to, że to piętnasty album grupy, wydany po trzydziestu latach działalności. Ktoś może powiedzieć, że przez tyle lat i albumów Mikołaj Jaskinia i jego Złe Nasiona mieli mnóstwo czasu, by ćwiczyć swoje umiejętności liryczno-muzyczne. I jest to prawda. Zatem co w tym niesamowitego, zapytacie? Otóż Australijczykom nie tylko udało się doprowadzić swoją formułę do doskonałości. Jednocześnie udało im się przez trzy dekady kilkakrotnie wymyślić siebie na nowo. Tu wbrew pozorom nie ma żadnej sprzeczności. Oni się całkowicie redefiniowali, jednocześnie w coraz większym stopniu będąc sobą. I śmiem twierdzić, że każda z tych nowych odsłon Nicka Cave’a była lepsza, niż poprzednia. A “Push the Sky Away” w sposób perfekcyjny otworzyło kolejny rozdział w historii zespołu.

Pomysły songwritersko-brzmieniowo-aranżacyjne kwintetu złożonego ze zbliżających się do sześćdziesiątki panów swoją innowacyjnością biją na łeb wielu dużo młodszych muzyków. To na “Push the Sky Away” zespół pod przewodnictwem kreatywnego duetu, w którego skład wchodzi sam Cave i grający na skrzypcach szaleniec Warren Ellis, chyba pierwszy raz w historii grupy stworzył sound, który jest całkowicie niepodrabialny.

No i jest to płyta, na której naprawdę wszystko się zgadza. Nie ma słabszych numerów, żadnej waty, żadnych zapychaczy. Są doskonałe melodie i świetne teksty, które szarpią odpowiednie struny w duszy słuchacza. I to jest chyba najbardziej imponujące, bo tak to już jest ze starzejącymi gwiazdami rocka, że może rzemiosło jest coraz lepsze, ale za to gdzieś ginie ta iskra. Ostatecznie muzycy zwykle z wiekiem przestają ćpać, zakładają rodziny, na ich kontach pojawiają się kolejne zera, a w garażach kolejne egzemplarze samochodów ekskluzywnych włoskich marek. Ciężko być tym samym udręczonym artystą, którym się było w wieku lat dwudziestu siedmiu. A jednak smutek Cave’a wciąż jest autentyczny.

Sorry Boys – Vulcano

“Vulcano” to album przełomowy. Być może niewiele osób ma dzisiaj tego świadomość, ale to była płyta, na której warszawski zespół niemal całkowicie zdefiniował się na nowo. To była śmiała zmiana w stosunku do debiutanckiej płyty “Hard Working Classes”. Na “Vulcano”, drugim w swoim dorobku wydawnictwie, Sorry Boys zaczęli odchodzić nie tylko od muzyki gitarowej i od śpiewania po angielsku.

Przede wszystkim na “Vulcano” Sorry Boys zaczęli działać na zupełnie inną, dużo większą skalę. O ile “Hard Working Classes” (album zresztą okropnie niedoceniany) był płytą mocno low key, tak na “Vulcano” zespół nie bał się epickości i patosu. Ostatecznie mamy do czynienia z wulkanem, nie? “The Sun” czy “Phoenix” to już są numery, które spokojnie można zagrać na stadionie.

Płyta jest też dużo śmielsza, jeśli chodzi o teksty. To na “Vulcano” wokalistka i autorka tekstów Bela Komoszyńska po raz pierwszy tak naprawdę wprowadza nas do swojego unikalnego, uduchowionego świata. Jak w otwierającym płytę “Evolution (St Teresa)”, w którym śpiewa:

True love can stop that bloody evolution
If anyone feels like fighting
Do join the White Flag Crusade

Nie wiem, jak wy, ale ja uważam, że to niesamowicie mocny i odważny tekst. A co więcej, nie znam nikogo innego, kto by tak pisał.

Hanimal – Poetry About The Point

Zespół Hanimal poznałem w ten sposób, że przyjaciółka powtarzała: “Jest taki genialny zespół! Trzeba iść na ich koncert, zanim staną się sławni i bilety na nich nie będą już kosztować 10 złotych”. Poszedłszy na ich koncert, przekonałem się, że rzeczywiście, Hanimal wkrótce wespnie się na sam szczyt. Wszystkie zewnętrzne sygnały również na to wskazywały: koncert w Trójce, występy na Offie i Openerze. Hanimal był ulubieńcem dziennikarzy muzycznych i agencji bookingowych zajmujących się alternatywą. I słusznie.

Bo ich muzyka była wyjątkowa. I trudna do sklasyfikowania. Znajdziecie tam folk czy też poezję śpiewaną, elementu shoegaze’u i ambientu. Plus coś, co można usłyszeć na festiwalu piosenki aktorskiej. Ale siła Hanimala polega nie tylko na umiejętnym mieszaniu gatunków. To wrażliwość wszystkich członków tego kolektywu, począwszy od założycielki, wokalistki i autorki tekstów Hani Malarowskiej; przez ambientowo-space-rockowe smaczki gitarzysty Mateusza Szemraja; grającą na takich instrumentach, jak skrzypce czy dzwonki Asię Komorowską; niekonwencjonalny styl grającego na perkusjonaliach Wojtka Lubertowicza czy spajającego to wszystko w jedną całość basu Denisa Dubielli. Ta wrażliwość sprawia, że każda nuta na tej płycie jest zagrana w punkt, tworzy niesamowity, niepowtarzalny klimat i szarpie odpowiednie struny w duszy słuchacza. A wszystko to gdzieniegdzie doprawione pięknymi wstawkami na saksofonie w wykonaniu Jacka Mielcarka. A kto mnie zna, ten wie, że na noodlowanie na saksofonie jestem zawsze łasy.

Nie tak znowu długo po wydaniu “Poetry About The Point” zespół Hanimal zaczął jakby ginąć we mgle. Przestał koncertować i nagrywać nową muzykę. Szczerze mówiąc, to nie wiem, co się stało. Ale sądzę, że po prostu wszyscy rozeszli się w swoich kierunkach, ku różnym zajawkom, muzycznym i życiowym. Ale nie ma sensu się smucić. Zostawili tę genialną płytę. Wystarczy.

Najfajniejsze albumy 2020 roku

Na początek zaznaczę tylko, że kolejność albumów jest chronologiczna. A teraz już, bez zbędnych ceregieli, przejdźmy do rzeczy.

Major Kong – Off The Scale

Gdzieś wyczytałem – i wydaje mi się, że była to wypowiedź samego zespołu – że “Major Kong łączy w swojej muzyce miłość do ciężkich riffów i filmów science fiction”, a ich tegoroczna, czwarta już płyta, jest tego najdobitniejszym przykładem. Bo na “Off The Scale” instrumentalne trio z Lublina odkręciło potencjometry riffów i science fiction na maksa, tworząc idealny wprost soundtrack do roku 2020.

Riffy na najnowszym krążku Major Kong swoją topornością wyprzedzają Queens Of The Stone Age o lata świetlne, a kompozycje są tak robotyczne, że ma się chwilami wrażenie, że to pierwsza płyta, którą cyborgi nagrały po tym jak dokonały nuklearnej zagłady ludzkości.

Ale bynajmniej nie spodziewajcie się po tym albumie, że brzmi jak jakiś industrial czy synthwave. Major Kong wciąż zdecydowanie bliżej jest do Black Sabbath, niż do Rammsteina czy Perturbatora. Mimo maszynowości riffów brzmienie “Off The Scale” jest bardzo… organiczne (tak!).

Brzmienie płyty to na pewno w jakiejś części zasługa jej realizatora i producenta, Haldora Grunberga. Haldor Grunberg maczał palce chyba we wszystkich moich ulubionych krążkach z okolic stoner-doomowych, jakie wyszły w ostatnich latach. Że wymienię choćby “IIIWeedpeckera czy “Reign Of The Orion” zespołu Spaceslug.

Także jeśli szukacie jakiejś porządnie ryjącej czaszkę muzyki na te dystopijne czasy, to już nie szukajcie. Znaleźliście bowiem “Off The Scale”.

Tame Impala – The Slow Rush

W Tame Impala zawsze podobało mi się to, że brzmi jednocześnie świeżo i nowocześnie, a zarazem organicznie i odlschoolowo. A przynajmniej dwie pierwsze płyty brzmiały tak, jakby nagrał je upalony ziołem i LSD zespół, gdzieś w jakimś kalifornijskim garażu w latach sześćdziesiątych. Co było szczególnie imponujące, biorąc pod uwagę, że każdą ścieżkę i każdy instrument nagrywała jedna osoba – kompozytor i producent Kevin Parker. Jednocześnie brzmiało to zupełnie inaczej, niż wszystkie te zespoły z lat sześćdziesiątych. To nie był żaden epigon psychodelicznego rocka, żadna vintage’owa nostalgia. Tame Impala brzmiała – można powiedzieć – niepodobnie do niczego.

A potem pod szyldem Tame Imapala ukazała się trzecia płyta zatytułowana “Currents“. Była ona ze strony Kevina Parkera niepozostawiającą żadnych wątpliwości deklaracją o zmianie stylistyki. Australijczyk schował gitary do szafy i zwrócił się ku elektronice. I stworzył kolejną dobrą płytę, ale to już nie było to. Na “Currents” zabrakło – jak dla mnie – groove’u. Zabrakło tej organiczności, która wyróżniała Tame Impala spośród innych mainstreamowych artystów. “Widać jest to cena, którą Kevin Parker musi zapłacić, by uniknąć zaszufladkowania i nie zacząć zjadać własnego ogona” – pomyślałem i pogodziłem się z faktem, że kolejne płyty Tame Impala już nie będą dla mnie.

Wobec powyższego tym bardziej ucieszyło mnie to, co usłyszałem na “The Slow Rush“. Albowiem Parkerowi udało się tutaj pożenić te dwa pozornie sprzeczne elementy. Bo tegoroczną płytę Tame Impala z jednej strony naprawdę trudno nazwać rockową, a z drugiej – brzmi bardzo naturalnie i organicznie!

“The Slow Rush” przywołuje na myśl elektronikę z przełomu wieków – pamiętacie te trochę nierówno posklejane, trzeszczące sample w utworach Moby’ego czy Fatboy Slima? Jak dla mnie ma to wszystko dużo więcej ciepła, niż ten sterylny, wyrównany do metronomu i idealnie nastrojony współczesny pop. Jednocześnie – no, właśnie – to nie jest żadne odtwórstwo, bo Parker wciąż zachowuje ten pierwiastek, który sprawia, że jest artystą współczesnym i aktualnym.

Jeśli “Off The Scale” Major Kong to soundtrack do 2020 roku, to “The Slow Rush” jest ścieżką dźwiękową do historii alternatywnej – tej wersji 2020 roku bez pandemii i pożarów w Australii.

Ozzy Osbourne – Ordinary Man

Truizmem jest, że Black Sabbath zrewolucjonizowało muzykę, wywróciło schematy do góry nogami i stworzyło coś zupełnie wyjątkowego. Po opuszczeniu swojego macierzystego zespołu, Ozzy Osbourne już bardziej podążał za trendami, niż je wyznaczał. Zresztą to samo można powiedzieć o Black Sabbath bez Ozzy’ego. Czterdzieści lat kariery Księcia Ciemności zaowocowało paroma fajnymi numerami. Wychowało się na tym całe pokolenie fanów. Ale ja się do tego nigdy nie mogłem przekonać.

Tegoroczny album Ozzy’ego również idzie z duchem czasu. Bo co może być większym świadectwem podążania za modą, niż featuringi ze święcącym obecnie wszelkie możliwe tryumfy raperem Post Malonem (Postem Malonem?)? Brzmieniowo ten album także podążą za trendami – słychać od razu, że to jest płyta wyprodukowana w 2020 roku.

A jednak jest tutaj też sporo elementów, które z dzisiejszej perspektywy możemy już nazwać klasycznymi. Sekcję rytmiczną na płycie tworzą Chad Smith i Duff McKagan, a jako goście pojawiają się Slash czy Elton John. Są też elementy przywołujące na myśl estetykę, w której Ozzy poruszał się w glamowych latach osiemdziesiątych. To wszystko sprawia, że ten album jest naprawdę fajnym połączeniem starego z nowym. I to jest siłą tej płyty.

Ponadto jest na tym krążku mnóstwo świetnie napisanych, zaaranżowanych i wykonanych piosenek. Zarówno rock and rollowych petard, z soczystymi riffami i zrywającymi kaszkiety z głów solówkami, jak i lirycznych ballad, w których Książę Ciemności czuje się znacznie lepiej, niż gotów byłby przyznać. Ballad opowiadających o tym, co tak naprawdę sprawia, że zawsze lubiłem Ozzy’ego. O tym, że jest tak naprawdę zwykłym człowiekiem. Nie do końca ogarniającym życie, gnębionym w szkole, prostym chłopakiem z Birmingham, któremu te wszystkie rzeczy – Black Sabbath, sława, góry koksu i mrowiska mrówek – po prostu się przydarzyły. Jakoś tak wyszło.

SLIFT – UMMON

Zespół SLIFT poznałem, dzięki poleconemu mi przez kolegę, koncertowi w radiu KEXP. Pod jutubowym wideo z tego koncertu ktoś zostawił komentarz o treści:

sound guy: how much reverb do you want on your vocals?
indie musician: yes.

I ten komentarz doskonale podsumowuje muzykę SLIFT. To jest po prostu niczym nieskrępowana, psychodeliczna, space rockowa orgia, w której wszystkie potencjometry są rozkręcone na maksa. “UMMON” to trzecia już w dorobku francuskiego trio płyta, na której swoją formułę doprowadzili do doskonałości. Tak więc pogłosy pogłosują, dileje dilejują, fejzery się fejzerują, a przestery się sprzęgają. Na “UMMON” jest zbyt dużo echa, żeby znalazło się miejsce na kompromis.

Oczywiście w tym szaleństwie jest metoda, a panowie ze SLIFT w pełni kontrolują ten pozorny chaos i jest oczywiste, że nie zamierzają przy tym brać jeńców. “UMMON” to jedna z tych płyt, która pasuje do 2020 roku jak ulał. Jest tak samo dziwna, surrealistyczna, nieprzewidywalna, absurdalna i psychodeliczna. Ale z tego kosmicznego chaosu wyłaniają się też co i raz paradoksalne momenty spokoju, wytchnienia i piękna.

Deap Lips – Deap Lips

Deap Lips to supergrupa powstała z połączenia dwóch zespołów będących całkowitymi przeciwieństwami – kalifornijskiego duetu Deap Vally i pochodzącego z Oklahomy zespołu The Flaming Lips. Deap Vally to prosty indie rock rozpisany tylko na wokal, gitarę i perkusję. Pełna surowych riffów muzyka kalifornijskiego duetu przywołuje na myśl mieszankę Yeah Yeah Yeahs z Royal Blood. Natomiast The Flaming Lips to weterani bombastycznej psychodeli – ich piosenki charakteryzują się bogatymi aranżami, pełnymi wielowarstwowych partii smyczkowych czy synthów. Z tej wybuchowej mieszanki mogło powstać tylko coś dziwnego.

Wybaczcie, ale będę się trzymał motywu “soundtracku do roku 2020” jak pijany płotu. Bo “Deap Lips” to płyta, która – mimo, że z pewnością powstała przed wybuchem pandemii i jest efektem współpracy wielu osób – brzmi, jakby została nagrana przez kogoś przebywającego na kwarantannie. Wrażenie to wywołuje zastosowane instrumentarium – syntezator, elektroniczna perkusja czy gitara akustyczna brzmią, jakby ktoś po prostu znalazł je na strychu czy w garażu. Po za tym konstrukcja i kształt kompozycji są tak bezkompromisowe, że wyobrażam sobie, że zostały nagrane przez kogoś tak długo przebywającego w izolacji, że przestał się przejmować zdaniem innych. Można powiedzieć, że ten album jest oderwany od rzeczywistości i w tym wypadku jest to komplement.

Ta płyta jest dokładnie taka, jak zapowiada okładka: jaskrawa, kolorowa, chaotyczna i wulgarna. Jest jak bulgocząca zupa, w którą stopiły się obydwa zespoły – bezszwowo łączy ze sobą agresję i bunt Deap Vally z ekscentrycznością i operetkowością The Flaming Lips.

Elder – Omens

Na przestrzeni czterech studyjnych albumów eksploatowanie coraz to innych stylów i nowych kierunków stało się właściwie wizytówką zespołu Elder. W tych swoich wędrówkach bostoński kwartet zabrnął aż do odległego o sześć tysięcy kilometrów Berlina. I tak – wiem, że miejsce, w którym zespół znajduje się w danym momencie w sensie geograficznym, prawdopodobnie ma nikły wpływ na artystyczny kształt ich muzyki. I że przenoszenie się w inną część świata, by szukać inspiracji, trąci pretensjonalnością. Niemniej dla mnie – człowieka, który zawsze gdy odkrywa nowy zespół, to leci na Wikipedię sprawdzić, z jakiego miejsca na świecie ten zespół się wywodzi – ta przeprowadzka do Berlina jest dobrą metaforą ich muzycznych eksploracji.

A ich piąty krążek, tegoroczny “Omens“, nie tylko potwierdza, że Elder to zespół-kameleon, ale wręcz wydaje się kulminacją pełnych rozmachu artystycznych poszukiwań. Ten album łączy ze sobą stylistykę rocka progresywnego połowy lat siedemdziesiątych i post-rocka lat dwutysięcznych z nu metalowymi riffami i post-hardcore’owym wokalem. I w jakiś sposób to wszystko się ze sobą zgadza, może dlatego, że oblane jest gęstym sosem psychodeli.

Gdy usłyszałem “Omens” po raz pierwszy, musiałem od razu przesłuchać płytę jeszcze dwa razy. Bo to taki album, którego z jednej strony chce się słuchać bardzo powoli i uważnie, by niczego nie przegapić, a z drugiej strony chciałoby się go słuchać przyspieszonego, żeby być w stanie to wszystko objąć zmysłami. Czwarty raz pod rząd już nie słuchałem z obawy przed przedawkowaniem, podobnym do tego, którego doświadczasz, kiedy lody smakują ci tak bardzo, że zjadasz cały kubełek na raz.

Blues Pills – Holy Moly!

Dwie pierwsze płyty Blues Pills dość mocno różniły się stylistycznie. Na debiucie z 2014 roku szwedzki zespół brzmiał jak surowy hard rock z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – skrzyżowanie Cream z bardzo wczesnymi Zeppelinami. Z kolei w aranżach wydanej dwa lata później “Lady in Gold” większą rolę zaczęły odgrywać instrumenty klawiszowe, a wokalistka zespołu Elin Larsson momentami brzmiała bardziej jak Adele, niż jak Janis Joplin. A jednak mimo tej artystycznej wolty wciąż miałem wrażenie, że utwory Blues Pills są trochę na jedną nutę. Kiedy myślałem “Blues Pills”, myślałem “pulsująca sekcja rytmiczna i grane ponad tym improwizowane solówki gitarowe”.

Mówię to mimo mojej całej sympatii do zespołu z Örebro. Blues Pills to taki zespół, który chciałem polubić. Bo głos Larsson miał w sobie tę wrażliwość i autentyzm, których brakuje większości tych wszystkich obdarzonych mocnym głosem lasek śpiewających w hard rockowych i heavy metalowych zespołach. Wokalistek, których cały pomysł na siebie polega na tym, że mają zachrypnięty, rockowy głos. Owocuje to zwykle mocno jednowymiarową muzyką, która traci smak po kilku przesłuchaniach.

Blues Pills było też taką trochę historią “od pucybuta do milionera”. Owszem, od początku mogli liczyć na wsparcie ze strony krytyków – było o nich głośno w prasie i mediach. Ale też większość sukcesu wydeptali sobie graniem niezliczonych koncertów, na których za każdym razem Erin Larsson pozostawiała na scenie kałużę potu. Świadczą o tym koncerty w Polsce. Jeszcze w 2013 roku zespół występował w warszawskiej Harendzie; w 2015 roku klub Hydrozagadka okazał się być za mały, jak na ogromne zainteresowanie zespołem, dobukowano więc drugą datę. W 2018 roku wystąpili już na głównej scenie Przystanku Woodstock.

Szansa, bym pokochał Blues Pills, nadeszła – jak się zapewne domyślacie – w przeklętym roku 2020. Bo trzecia płyta zespołu, zatytułowana “Holy Moly!“, to jest to. Być może stało się tak za sprawą przetasowań w składzie. Z zespołu odszedł gitarzysta Dorian Sorriaux, którego w tej funkcji zastąpił dotychczasowy basista Zack Anderson. To chyba odświeżyło formułę zespołu na tyle, by ten album nie tylko mi się spodobał, ale bym go pokochał.

Bo “Holy Moly!” to prawdziwa rock and rollowa petarda. Ten album to po prostu dobra zabawa. Może są na nim numery słabsze. Ale to nie szkodzi. Bo kiedy jedziesz samochodem i słyszysz w radiu “Kiss My Past Goodbye”, to nie masz wyboru, tylko rozkręcasz głośniki na maksa i urządzasz prawdziwe “ryki z bryki”. Słuchając tego albumu, chcesz śpiewać razem z wokalistką, bujać się z riffami i headbangować.

Trzeci długograj w dorobku Blues Pills zdecydowanie mniej polega na nostalgii za złotą erą w historii, niż poprzednie krążki. Jednocześnie jest w nim coś niemal unikatowego dla lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Mam tu na myśli ten brak skrępowania, charakterystyczny dla czasów kiedy nagrywano na żywo bez metronomu; w wielomilionowych nakładach sprzedawały się płyty, na których było słychać trzaski i szumy; nikt nie mówił muzykom, by w studio grali na 80 procent swoich możliwości, by nie ryzykować zbyt wielu podejść, zanim nagra się poprawnie brzmiącą ścieżkę. I dlatego perkusista gra przejścia, których nie powstydziłby się John Bonham, a wokalistka traktuje dobrostan swoich strun głosowych z równą nonszalancją, co Steven Tyler czy Ian Gillan. Być może ten cały rock and rollowy hałas jest efektem starannej kalkulacji i wyrachowania, ale brzmi spontanicznie. Właśnie tak, jak powinien brzmieć rock and roll.

Krzysztof Zalewski – Zabawa

Przyznam, że zawsze miałem problem z Krzysztofem Zalewskim. Owszem, wszystkie dotychczasowe płyty wydane pod tym nazwiskiem noszą certyfikat gwarantujący wysoką jakość. Rozumem Zalewskiego, cenię i szanuję, ale już sercem trudno mi jest go polubić. Może to dlatego, że odbieram go jako prymusa, który ma piątki ze wszystkich przedmiotów i z zachowania.

Żeby wyjaśnić, o co mi właściwie chodzi, pozwolę sobie przedstawić mały rys historyczny. Najpierw Zalewski wziął udział w Idolu i zajął pierwsze miejsce. Wydał wtedy – pod pseudonimem Zalef – płytę stylistycznie oscylującą pomiędzy hard rockiem a metalem. Była to co prawda artystyczna wtopa, bo raz, że był to metal grany pod dyktando meainstreamowych wytwórni, a dwa, że Zalewski szybko z glanów i długich włosów wyrósł, ale nieważne. Nasz bohater solennie odpokutował za ten grzech przez blisko dekadę ciężko harując jako muzyk sesyjny w różnych projektach z szeroko rozumianej alternatywy. A kiedy już dla wszystkich było jasne, że Zalewski od swoich początków się odciął, przyszedł czas na wydanie płyt w nowej stylistyce. Już nie pod pseudonimem, ale pod własnym nazwiskiem. Każda z tych płyt była oczywiście bardzo dobra. Znowu wszystko na piątkę, wszystko poprawnie. Piosenki przebojowe, ale niebanalne. Instrumentalna i wokalna wirtuozeria na poziomie wystarczającym, by zaimponować, ale nie na tyle dużym, by irytować. Publiczność zachwycona, krytycy kiwali głowami z uznaniem. Mnie jednak wciąż coś nie pasowało.

Bo dla mnie Zalewski to klasyczny przykład zagubionego cudownego dziecka. Biegle grający na wszystkich instrumentach. Nie pozostawia wątpliwości, że odnajdzie się w każdym stylu. Świadczy o tym płyta z utworami Czesława Niemena. Bo komuż innemu powierzyć zadanie odświeżenia utworów najwybitniejszego muzycznego polihistora XX-wiecznej Polski, jeśli nie najlepszemu uczniowi w klasie? Jednocześnie przez całą swoją karierę Zalewski jakby miota się w poszukiwaniu własnej tożsamości. Zdaje się gorączkowo próbować sprostać wymaganiom zbyt wielu osób. Paradoksalnie, mniej utalentowanym muzykom łatwiej jest stworzyć własny styl. A czasem to właśnie ograniczenia i niedoskonałości są tym, za co kochamy artystów. U Zalewskiego wszystko jest doskonałe i jakoś to zawsze trochę nie pozwalało mi się jego muzyką cieszyć w pełni.

No i wreszcie – tak, w końcu przechodzę do sedna – wychodzi czwarta studyjna płyta Zalewskiego, zatytułowana “Zabawa“. Na pierwszy rzut oka można ją odbierać, jak wszystkie poprzednie. Ejtisowe syntezatory można odczytać jako próbę bycia artystą aktualnym i zorientowanym w nowych trendach. Rapowanie w kawałku “Oddech“, jako demonstrację wszechstronnych umiejętności. I tak dalej. W tej muzycznej olimpiadzie Krzysztof Zalewski nie zostaje w tyle za Dawidem Podsiadło, Darią Zawiałow, Brodką czy innymi rówieśnikami brylującymi na alternatywnej scenie. Po raz kolejny zasiądzie na podium i sięgnie po medal z jakiegoś szlachetnego metalu.

Z drugiej strony jest w tej płycie taki niewymuszony luz. Brzmi ona jak nagrana dla siebie, a nie dla ludzi, którzy są dla artysty punktem odniesienia. Może chwilami zdawać się trochę chaotyczna albo niedopracowana, ale tym razem Zalewski zdaje się tym nie przejmować. Zresztą rezygnację z wyścigu po dyplom z czerwonym paskiem odzwierciedla warstwa tekstowa. Sporo piosenek na tej płycie jest poświęconych tęsknocie za porzuceniem rywalizacji, porównywania się z innymi, spełniania czyichś oczekiwań, wywaleniem do kosza paradygmatu zdobywania kolejnych szczytów na rzecz życia chwilą, na rzecz… no, cóż… zabawy.

Przy tym album ten – chyba najmniej gitarowy ze wszystkich płyt Zalewskiego – jest najbardziej rockowym krążkiem w dorobku artysty. Mam tu na myśli pazur i brzmieniową bezkompromisowość. Utwory bywają toporne, a głos wokalisty często wchodzi w przesterowane rejestry. Okazuje się, że nasz wzorowy uczeń potrafi być też niegrzeczny. A ja – kto wie – może jeszcze zostanę fanem Krzysztofa Zalewskiego?

Najfajniejsze płyty 2019 roku

Tradycyjnie już przedstawiam listę moich ulubionych albumów mijającego roku. I jak zwykle przypominam, że jest to zestawienie całkowicie subiektywne i niemiarodajne. Oraz że albumy prezentuję w kolejności chronologicznej. Gotowi? Zatem nie przedłużajmy – do rzeczy!

Rival Sons – Feral Roots

Rival_Sons_-_Feral_Roots

Album “Feral Roots” udowadnia, że jeśli już koniecznie musimy szukać wśród współczesnych zespołów jakichś “godnych następców” Led Zeppelin, to są nimi Rival Sons. I to nie dlatego, że grają tak, jak się grało “kiedyś”, bo z szufladki retro/vintage/klasycznego rocka udało się kalifornijczykom wydostać już jakiś czas temu. Nie chodzi tu też o wirtuozerską zręczność, bo nią Rival Sons wcale nie próbują jakoś nachalnie wymachiwać odbiorcom przed oczami.

To co moim zdaniem łączy Rival Sons z Led Zeppelin, to coś co nazwałbym muzyczną wyobraźnią. Amerykanie mają wystarczająco dużo polotu i fantazji, by do klasycznego rocka – gatunku, który wielu kojarzy się z zabetonowanymi schematami – wprowadzić sporo świeżości. Rival Sons nie zaprząta sobie głowy faktem, że rock and roll już jakiś czas temu zakończył swoje władanie nad masową wyobraźnią. A jednocześnie nie klęka w czołobitnym hołdzie przed kanonami powstałymi pół wieku temu. Nie zadowala się tylko kopiowaniem ustalonych schematów, ale poszukuje wciąż czegoś nowego, nagrywając płyty charakteryzujące się niesamowitym rozmachem i klimatem. A przy tym cały czas kopie dupę. Czyli robi dokładnie to, co robili Zeppelini.

 

Sorry Boys – Miłość

milosc-b-iext54317572

Sorry Boys to zespół, w którym niezależnie od wielkiego wkładu w kompozycje, jaką mają współtwórcy piosenek i naprawdę świetni multiinstrumentaliści Tomasz Dąbrowski i Piotr Blak, zawsze będą oni pozostawać w cieniu głosu i charyzmy wokalistki Beli Komoszyńskiej. Z czym zresztą panowie wydają się być pogodzeni.

Bo chyba każdy przyzna, że to osobowość wokalistki jest siłą napędową zespołu. Nie inaczej jest na najnowszym krążku zespołu. Słuchając Beli mam wrażenie, że jest ona istotą unoszącą się kilka centymetrów nad ziemią. Jakby oderwaną od cynizmu i fałszu paskudnego świata, w którym przychodzi nam na co dzień funkcjonować. Próbującą wziąć nas za rękę i zabrać nas na chwilę do nieco bardziej metafizycznego świata, w którym takie rzeczy, jak dobro, piękno i – będąca także tytułem tego albumu – miłość, nie są tylko zszarganymi sloganami. Może i zabrzmię głupio, ale trudno: uważam, że gdybyśmy wszyscy choć raz na jakiś czas myśleli i czuli, tak jak Bela Komoszyńska, to ten świat byłby lepszym miejscem.

Każdy z dotychczasowych albumów Sorry Boys to właśnie taka podróż po jedynym w swoim rodzaju uniwersum Beli. A na albumie “Miłość” po prostu poznajemy ten świat jeszcze lepiej, docieramy w tej podróży jeszcze dalej.

 

Iggy Pop – Free

Iggy_Pop_-_Free

Fascynujące, jak rzeczy, które na papierze działają, w praktyce totalnie się nie sprawdzają. Ale jeszcze bardziej fascynuje mnie, kiedy coś, co na papierze nie działa, działa w praktyce. Tak jest z nową płytą Iggy’ego Popa. Gdy przeczytałem, że składać się na nią będą wykonane przez frontmana The Stooges melorecytacje i ambient jazzowe podkłady, pomyślałem sobie: ale to będzie pretensjonalny, snobistyczny i całkowicie nienadający się dosłuchania album.

Ale coś sprawiło, że jednak wcisnąłem przycisk “Odtwórz” na Spotify. I od razu pozwoliłem Iggy’emu udowodnić, że nie mam racji. I to pozwoliłem mu to zrobić kilka razy pod rząd! Mieszanka hypnotyzującego głosu wokalisty z elektronicznymi podkładami i partiami trąbki w wykonaniu Lerona Thomasa (mam chyba słabość do plumkania na wszelkiego rodzaju instrumentach dętych) tworzą naprawdę klimatyczny i wciągający miks.

Zakładając z góry, że z tego albumu wyjdzie jakiś snobistyczny gargamel zapomniałem chyba, że mamy przecież do czynienia z Iggym Popem. Bo jeśli miał bym wymienić tylko jeden talent tego artysty, to jest nim właśnie zdolność do bycia bezpretensjonalnym. Dlatego właśnie udaje mu się, to co nie udaje się tak wielu: sprawić, że to co nie działa na papierze, działa w praktyce.

 

Tides From Nebula – From Voodoo To Zen

70587822_10156906392956032_8522551644662005760_o

Tides From Nebula to trochę taki zespół, z którego się wyrasta. Bo to nie jest tak, że od swojej debiutanckiej płyty warszawska ekipa jakoś obniżyła poziom czy zaczęła zjadać swój własny ogon. Po prostu ten debiut miał miejsce dziesięć lat temu. Więc przez te dziesięć lat to ja stałem się innym człowiekiem. I po prostu już się tak Tidesami nie jaram, jak wtedy, gdy wprowadzali post-rockową estetykę na polski rynek. It’s not you, it’s me.

Ale z sentymentu nadal sprawdzam nowe wydawnictwa zespołu. I tak też zrobiłem, gdy pojawiło się “From Voodoo To Zen”. I już od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że to jest dobra płyta. Wzbudza mój podziw fakt, że do niezbyt pojemnej, a eksploatowanej już od dłuższego czasu formuły można jeszcze wprowadzić jakiś powiew świeżości. A Tides From Nebula nie tylko się to udało, ale jeszcze potrafili przy okazji nagrać album, który wpada w ucho i nie wypada od razu drugim. Co jest w gatunku takim, jak post-rock – pozwolę sobie tutaj na brutalną szczerość – godnym podziwu osiągnięciem.

 

Nick Cave & The Bad Seeds – Ghosteen

Ghosteen_-_Nick_Cave_and_the_Bad_Seeds

Nie do końca wiem dlaczego, ale trudno mi słuchać dwóch ostatnich płyt Nicka Cave’a nie patrząc na nie przez pryzmat śmierci jego piętnastoletniego syna. Jeśli o tym wydarzeniu nie wiedzieliście, to teraz już wiecie. Teraz już nigdy nie usuniecie tej informacji z głowy i będziecie słuchać wydanych po tej tragedii albumów “Skeleton Tree” i “Ghosteen” z tym samym bagażem, co ja. Sorry.

Piszę o tym wszystkim, bo wydanej rok po śmierci syna Cave’a “Skeleton Tree”, mimo dobrych chęci, nie byłem w stanie pokochać. Chyba znów wpadłem w pułapkę niemożliwych do spełnienia oczekiwań. Może zabrzmi to strasznie i okrutnie, ale taka trauma musi, po prostu musi zainspirować takiego artystę, jak Cave, do stworzenia czegoś tak pięknego i pełnego głębi, że aż przekraczającego ludzkie pojęcie. Tak przynajmniej – czy tego chciałem, czy nie – myślałem w 2016 roku, kiedy ukazywało się “Skeleton Tree”. Jak się domyślacie, tamten album nie stał się dla mnie doświadczeniem transcendentnym i metafizycznym. Wiem, że to głupie, ale podkreślam: te wygórowane oczekiwania zbudowałem mimowolnie, niejako podświadomie. Pewnie były one tak wysokie także dlatego, że poprzednik “Skeleton Tree” – wydany w 2013 roku “Push The Sky Away” – zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko.

Tymczasem Nick Cave okazał się być tylko człowiekiem. A “Skeleton Tree” zwykłym albumem – ani bardzo złym, ani bardzo dobrym. Który może w innych okolicznościach wylądowałby na mojej plejliście na dłużej. Ale niestety czasem niewiedza o kontekście jest błogosławieństwem.

Tegoroczny “Ghosteen” w warstwie lirycznej eksploruje podobną tematykę, co poprzednie wydawnictwo. Utwory nadal opowiadają o stracie i bólu oraz o sposobach radzenia sobie z nimi. Niemniej, minęło już kilka lat, co chyba pozwoliło nabrać Cave’owi nieco dystansu. To wciąż mroczny, melancholijny album, ale jednak przebrzmiewa w nim nutka nadziei. Na pewno czas sprawił, że dystansu nabrałem ja. I mogę się teraz spokojnie zachwycać tym albumem. Jego minimalistycznymi aranżami, doskonałą produkcją, medytacyjnym spokojem i mantrową powtarzalnością. No i tym smutkiem, który nie przygnębia, lecz oczyszcza. Kto wie, może ten album przynosi właśnie coś na kształt tego, czego oczekiwałem od “Skeleton Tree”? Może to jest właśnie to nieuchwytne, metafizyczne coś?

Fink – Bloom Innocent

bloom-innocent-b-iext55251132

Album został wydany 25 października i trzeba przyznać, że brytyjski songwriter wybierając datę premiery swojego najnowszego krążka, trafił w dziesiątkę. Bo ta płyta to perfekcyjny soundtrack do chłodnych i ciemnych jesienno-zimowych dni.

Bloom Innocent” to album, który jest czasem ambientowo cichy, czasem nieco bardziej dynamiczny, ale nigdy nie przekracza pewnego poziomu głośności. Choć instrumentarium jest dość bogate, nie ma ani jednego momentu, w którym aranże byłyby przeładowane. To osiem niespiesznych kompozycji, które sprawiają, że jadąc samochodem jakąś szosą poza miastem, zdejmujesz nogę z gazu i nagle zaczynasz doceniać szare niebo i zimne powietrze. Zaczynasz stapiać się z polami i lasami, które mijasz. Zaczynasz stapiać się z nocą.

 

Spaceslug – Reign of the Orion

a2980154693_10

Spaceslug to jeden z tych zespołów, który nie utrudnia ludziom życia. Widzisz nazwę, widzisz tytuł oraz okładkę płyty i od razu wiesz, czego się po nich spodziewać. Dlatego zawartość “Reign of the Orion” nie jest wielką niespodzianką. Dostajemy odpowiednią dawkę ciężkich doomowych riffów i dobrze wymierzoną działkę space rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dużo delay’ów, dużo wah-wahów, dużo flangerów – czyli wszystko, co tygrysy lubią najbardziej. Także tak, jak wspomniałem wyżej, tego właśnie się spodziewałem i to dostałem. I to by wystarczyło na dobry album.

Ale na tym wrocławskie trio nie poprzestaje – i tutaj mamy jednak trochę niespodziewaną niespodziewajkę – dorzuca w bonusie jeszcze parę fajnych rzeczy. Są zatem zapadające w pamięć melodie, naprawdę zawodowa produkcja, motywy grane na pianinie, a nawet trochę ejtisowych synthów (tak!). A na czubku tego tortu słodka i nasączona spirytusem wisienka w postaci sampla z monologiem Rutgera Hauera z “Blade Runnera“. Dosłownie jakby ten album został nagrany specjalnie dla mnie! Ale nawet bez cytatów z kultowych klasyków, “Reign of the Orion” ma ciężkawy, dystopijny klimat mrocznego filmu science fiction. I właśnie dla tej atmosfery warto ten album sprawdzić.

Moje ulubione piosenki 2018 roku

W poprzednim tekście, podsumowującym 2018 rok w kontekście filmów, przedwcześnie pochwaliłem się, że tym razem uda mi się szybko i sprawnie zakończyć etap podsumowań. Po czym na kolejne zestawienie kazałem Wam czekać ponad miesiąc. Brawo ja. Niemniej w końcu udało mi się je napisać. Przed Wami moja subiektywna lista najlepszych piosenek 2018 roku (jak zwykle przypominam, że nie jest ona rankingiem od najgorszego do najlepszego – kolejność piosenek jest chronologiczna, decyduje data wydania/opublikowania).

Myles Kennedy Love Can Only Heal

myles kennedy - love can only heal.png
Jeśli sądziliście, że solowy debiut znanego przede wszystkim z metalowego Alter Bridge Mylesa Kennedy’ego, to będzie takie nudnawe, akustyczne plumkanie, to się grubo myliliście. Owszem, raczej nie znajdziecie na tej płycie mocno przesterowanych gitar i łomoczącej jak pociąg pancerny sekcji rytmicznej. Zatytułowany “Year of the Tiger” album jest o wiele lżejszy, delikatniejszy i bardziej melodyjny, niż twórczość macierzystej formacji Kennedy’ego. Ale w większości piosenek Amerykanin bynajmniej nie rezygnuje z charakterystycznego dla Alter Bridge patosu i epickości.

Jedną z takich piosenek jest “Love Can Only Heal“. Jest kilka naprawdę dobrych songwritersko numerów na tej płycie, ale żadna z nich nie chwyta za serce tak, jak ten. Utwór rozpoczyna się bardzo spokojnie, jednak od pierwszych nut wiadomo, że szykuje się coś potężniejszego. Później jakby łagodnieje, wywołując w słuchaczu wrażenie, że jednak mamy do czynienia z easylisteningowym akustycznym plumkaniem, a song zdaje się wygasać. I wtedy BUM! Wchodzi perkusja i rozpoczyna się epicki, monumentalny finał piosenki! Ciary!

Może to kwestia mojego starczego zrzędzenia na dzisiejsze, skarlałe czasy, ale mam wrażenie, że mało dzisiaj powstaje – przynajmniej w stylistyce okołorockowej – takich utworów, które nie popadając w tandetę, nie boją się też odrobiny wzniosłości i pompy. W każdym razie polecam Wam “Love Can Only Heal”. Spodoba Wam się. Nawet jeśli nie jesteście fanami specyficznego głosu Mylesa Kennedy’ego. Chociaż dajcie mu szansę. To naprawdę miły gość. Zasłużył na to.

Paul McCartney Come On To Me

paul mccartney - come on to me.png
Gdyby moje zestawienia choć starały się być w jakiś sposób miarodajne, to z pewnością album Paula McCartney’a zatytułowany “Egypt Station” znalazłby się w moim rankingu najlepszych płyt. To piekielnie dobrze zrobiony krążek. Zresztą czego spodziewać się po jednym z największych songwriterów wszech czasów, współtwórcy jednego z najpopularniejszych zespołów we wszechświecie, który ma za sobą sześćdziesiąt lat doświadczenia i do dyspozycji – jak się domyślam – niemal nieograniczony budżet i czas, a także może przebierać wśród najlepszych muzyków sesyjnych i producentów.

Ale moje zestawienia być miarodajne w ogóle nie próbują. Są – co będę do znudzenia powtarzał – całkowicie subiektywne. I w związku z tym muszę, z pewną dozą smutku, przyznać, że jakoś nie byłem w stanie płyty “Egypt Station” pokochać. Wiem, że jest piękna i dobra, ale jakoś nie mogłem w sobie wykrzesać uczucia do niej.

Niemniej muszę wyrożnić numer “Come On To Me“. Bo ten kawałek świetnie oddaje osobowość McCartneya. Tak, jak sir Paul łączy stare z nowym, elementy modne z elementami ponadczasowymi. Ma w sobie jednocześnie ten rock and rollowy luz i pazur, a zarazem jakąś taką wielką mądrość i klasę.

Halestorm Do Not Disturb

halestorm - do not disturb.png
Halestorm oscyluje, jak dla mnie, gdzieś pomiędzy całkiem badassowym nowoczesnym hard rockiem a muzyką w stylu Avril Lavigne. W jednej chwili grają z niesamowicie zadziornie, a w drugiej brzmią jakby ktoś przepuścił ich przez auto-tune i wzmacniacze firmy Line 6.

Do Not Disturb” plasuje się jednak po jedynie słusznej i prawilnej stronie tego spektrum. Ten kawałek ocieka rock and rollową energią. I to pomimo niezbyt szybkiego tempa, co należy chyba policzyć jako dodatkową zasługę. Wokalistka zespołu, Lzzy Hale, doskonale rozporządza swoim głosem, pokazując pazur dokładnie tam, gdzie trzeba, nie przeginając przy tym przesterowanym wrzaskiem. Co zdarza się niestety wielu wokalistkom, które odkrywszy, że potrafią śpiewać tym potężnym, zachrypniętym głosem, robią to przez cały czas, sądząc zapewne, że tak jest bardziej rockowo i niegrzecznie. Zwykle wychodzi na to, że jest co najwyżej płasko i irytująco.

W każdym razie “Do Not Disturb” to kawałek, który skłania do tego, by dać dyskografii Halestorm jeszcze jedną szansę. Kto wie? Może okaże się, że jako całość ten band jest znacznie lepszy, niż mi się jak dotąd wydawało?

Lana Del ReyVenice Bitch

lana del rey - venice bitch.png
Gdy osiem lat temu Elizabeth Grant wydała pierwszego singla pod pseudonimem Lana Del Rey, wielu traktowało ją jak pariasa. Zarzucano jej pozerstwo i parcie na szkło, wytykano ewidentne braki w warsztacie wokalnym. I mimo, że jej niesamowita kariera najprawdopodobniej nie byłaby możliwa bez wsparcia mocno dzianego ojca wokalistki, to jednak jej osiągnięcia wciąż imponują.

Po ośmiu latach Amerykanka wciąż wydaje bardzo dobre albumy. I już nikt na muzycznym Parnasie nie traktuje jej jak nuworyszki. Przeciwnie – to współpraca z Laną Del Rey jest dla producentów i artystów nobilitacją. Wreszcie – last not least – jest przez swoich fanów obdarzana wręcz religijną czcią. Jasne, w odróżnieniu od gloryfikacji gwiazd rocka lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych, których fani chyba naprawdę uważali za istoty nadprzyrodzone, ubóstwianie Lany jest nieco wzięte w nawias, jak niemal wszystko w dzisiejszym świecie. Ale jednak nie można odmówić sukcesu komuś, kto wspiął się tak wysoko, że teraz może nagrać utwór, który trwa blisko dziesięć pieprzonych minut, wrzucić go na Spotify z jakimś randomowym zdjęciem z Instagrama jako okładką i od tak mieć piętnaście milionów w odsłuchań.

Bo tak właśnie było z “Venice Bitch“. Tak, jak i na poprzednich wydawnictwach Del Rey eksploruje tutaj amerykańskie mity i opiera się na nostalgii za wszystkim, co jest retro i wintydż. Ale robi to z klasą, pamiętając o różnicy między odwoływaniem się do nostalgii, a żerowaniem na niej. Łącząc – jak zwykle – staroświeckość z nowoczesnością, pokazuje też pewną zuchwałość i świadomość swego statusu z tymi dziesięcioma minutami utworu, choć przecież tak naprawdę nigdy się nie stosowała do zasad trzyminutowego radiowego popowego kawałka. Ale przede wszystkim te snujące się przez dziesięć minut muzyczne pejzaże ani przez sekundę nie nudzą. Przeciwnie – wciągają nas jak te pojawiające się co jakiś czas w necie galerie zdjęć zatytułowane “Niepublikowane dotąd zdjęcia takiego a takiego miejsca w latach pięćdziesiątych”.

KortezHej Wy

kortez - hej wy.png
Zakochałem się w utworze “Hej wy” od pierwszego usłyszenia. I jak to bywa w takich sytuacjach, pamiętam doskonale ten moment. Jechałem na próbę zespołu, kompletnie styrany po całym dniu w robocie. To był szaro-buro-deszczowy październikowy wieczór, czyli sceneria, która doskonale sprawdziła się w roli teledysku do tej melancholijnej piosenki.

Właściwie wszystko mi w tym numerze pasuje. Podmiot liryczny – trochę melancholik, trochę marzyciel, nie tylko pogodzony, ale i czerpiący dumę z faktu, że jest wyrzutkiem – to gość, z którym jakoś tak przyjemnie jest mi się identyfikować. Do tego prosty, pozbawiony zbędnych udziwnień aranż i charakterystyczny, ale niezmanierowany sposób śpiewania Korteza, który był dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo – z nieznanego mi powodu – postrzegałem go wcześniej jako artystę, którym jarają się pretensjonalni hipsterzy. Wszystko to składa się na perfekcyjny soundtrack do nurzania się w jesiennej chandrze.

Bo dobrze jest czasem ponurzać się w jesiennej chandrze. Ja przynajmniej lubię to robić od czasu do czasu.

Kurt VileSkinny Mini

kurt vile - skinny mini
Kurt Vile to postać paradoksalna. Sprawia wrażenie wyluzowanego gościa, zawsze rozkojarzonego, nigdzie się nie spieszącego lesera i bumelanta. Jednocześnie jest to facet, który od ponad dekady wydaje album niemal co rok, udzielając się także w innych projektach (zarówno w studio, jak i w trasie), a na swoim fenderze jazzmasterze wycina zagrywki, które nawet patrząc mało obeznanym okiem, wymagają niezłej techniki i godzin ćwiczeń. Jego kawałki wydają się na pierwszy rzut ucha rozmemłanym, nieco płaskim brzdąkaniem, ale jest to przynudzanie, którego odbiorca nie może przestać słuchać, a za każdym przesłuchaniem odkrywa jakiś nowy aspekt, jakąś nową warstwę muzyki Kurta Vile’a.

I tak jest w przypadku kawałka “Skinny Mini”. Nie dość, że ten numer trwa ponad dziesięć minut, to jeszcze opiera się na zapętlonej zagrywce, składającej się z dwóch (DWÓCH!) chwytów gitarowych. Nagrywając ten kawałek, Kurt i towarzyszący mu muzycy wyszli z siebie, żeby sprawić wrażenie, że zagranie tego przyszło im lekko. I odnieśli sukces. Bo tak naprawdę nie wiem, czy to, że filadelfijczyk przerywa pierwszą linijkę utworu w połowie i mówi “fuck“, jakby się pomylił, jest faktyczną pomyłką, którą producenci postanowili zostawić, czy też jednak od początku upozowanym i zamierzonym zagraniem. I tak naprawdę nie wiem, czy nagranie tego dziesięciominutowego kolosa zajęło kilka dni, czy też zostało załatwione jednym podejściem grającego na żywo zespołu.

Wiem tylko, że tego zapętlonego dwuchwytowego motywu mógłbym słuchać w nieskończoność. A przynajmniej bardzo, bardzo długo. Przecież nie muszę się nigdzie spieszyć. Zupełnie jak Kurt Vile.

(I tak. To jest jego prawdziwe nazwisko. Vile. To nie jest pseudonim artystyczny. On się tak nazywa naprawdę.)

Sam FenderThat Sound

sam fender - that sound.png
Słysząc ten kawałek pierwszych kilka razy – zanim sprawdziłem, kto właściwie jest jego autorem – żywiłem wielką obawę, że to utwór zespołu The 1975. Nie wiem, dlaczego – nie znam twórczości The 1975. Wiem o nich tylko tle, że to złodzieje nazw, którzy przebiegle nadali sobie nazwę łudząco przypominającą nazwę mojego bandu. No, cóż – historia ich rozliczy! W każdym razie, rozumiecie moje przerażenie, kiedy myślałem, że – o zgrozo – podoba mi się numer The 1975. Na szczęście okazało się, że to niejaki Sam Fender.

Kiedy już upewniłem się, że to nie The 1975, mogłem już bez skrępowania wkręcać się w ten niesamowicie chwytliwy kawałek. Serio, śpiewany przez Anglika refren snuje się po szklistych akordach gitary (wygląda na to, że nazwisko zobowiązuje) w sposób niemal hipnotyzujący. A Sam Fender, jakby tego świadom, powtarza te wszystkie przebojowe motywy dokładnie tyle razy, by nie się nie znudziły, ale zostały w głowie przez resztę dnia.

Deadland RitualDown in Flames

deadland ritual - go down in flames
Nie wiem dlaczego, ale gdy pierwszy raz usłyszałem Deadland Ritual, myślałem, że to jakiś młody, polski zespół. I pomyślałem sobie wtedy: ależ chłopaki dają czadu, kurde, dobre to jest!

Natomiast, gdy dowiedziałem się, że ten młody, polski zespół to tak naprawdę amerykańska supergrupa, w skład której wchodzą Geezer Butler z Black Sabbath i Matt Sorum z Guns N’Roses, The Cult czy Velvet Revolver, to myślałem sobie: eee, takich gigantów stać na więcej. Jeśli band jest złożony z takich tuzów, to jego muzyka powinna już naprawdę roztrzaskiwać dupę, jak granat przeciwpancerny i zrywać skórę z twarzy, niczym Ramsay Bolton.

I może to jest cały problem z supergrupami. Że jak słyszymy, że jacyś muzyczni superbohaterowie łączą siły, by sformować oddział rock and rollowych Avengersów, nasze oczekiwania są tak wysoko, że ciężko jest im sprostać, nawet jeśli wyzwanie podejmują prawdziwe legendy.

A gdybyśmy tak po prostu potraktowali tych gigantów tak samo, jak potraktowalibyśmy jakiś młody, próbujący się przebić zespół spod Skarżyska-Kamiennej? Zadałem sobie takie pytanie. I wiecie co? Znowu mi się to Deadland Ritual podoba.

White HighwayHere I Am

white highway - here i am.png
Na swoim debiutanckim długograju, zatytułowanym “Hittin’ the Road“, warszawscy eksperci od przebojowego, ejtisowego hard rocka i chwytliwych refrenów kontynuują robienie tego, co robią najlepiej. Czyli grają przebojowego ejtisowego hard rocka z chwytliwymi refrenami. Ale moją uwagę na tym albumie przykuł zamykający płytę numer zatytułowany “Here I Am“, który – no, cóż – nieco modyfikuje formułę stosowaną zazwyczaj przez White Highway.

Kiedy pierwszy raz słuchałem “Hittin’ the Road” i zobaczyłem na końcu plejlisty trwający dziesięć minut, pomyślałem sobie: ot, pewnie kolejny czterominutowy numer (nie żeby było coś złego w kolejnym czterominutowym numerze), potem pięć minut ciszy, a na koniec jakiś mały hidden track albo coś w tym stylu.

Tymczasem (spoiler alert!) White Highway serwują nam na koniec swojego albumu ambitny, monumentalny utwór z licznymi zmianami tempa i opartymi na pianinie czy syntezatorach interludami. Ogromnie mnie ten numer zaskoczył. I ucieszył, bo – będę się powtarzał, jak katarynka – uważam, że mało który zespół ma odwagę w dzisiejszych czasach zaryzykować stworzenie swojego własnego “November Rain“.

Bo jeśli jest w XXI wieku jakiś sens wydawania długogrającego albumu (bo przecież w epoce jutubów i spotifajów można by równie dobrze wypuszczać po jednym utworze), to właśnie taki, żeby był on jakąś opowieścią posiadającą początek, rozwinięcie i zakończenie. Najlepiej będące epickim zwieńczeniem, niczym zniszczenie Gwiazdy Śmierci czy bitwa o Helmowy Jar. Albo niczym “Here I Am” White Highway.

 

Moje ulubione filmy 2018 roku [bez spoilerów]

Jeżeli chodzi o filmy, to w przeciwieństwie do zeszłorocznego podsumowania roku jeszcze poprzedniejszego, tym razem udało mi się napisać tekst jeszcze w styczniu (a nie w kwietniu, jak w roku minionym). Stało się tak głównie dlatego, że najzwyczajniej w świecie porzuciłem nadzieję na to, że nadrobię zaległości i obejrzę filmy, które chciałem zobaczyć i miały potencjał, by znaleźć się na tej liście, a na które w 2018 roku nie udało mi się pójść do kina. Bo przecież ta lista tak czy siak jest tworzona bez ambicji, by być w jakikolwiek sposób miarodajną. Jest totalnie subiektywna i robiona bez spiny.

Także zasady są te same co zazwyczaj: kolejność filmów na liście jest chronologiczna i znalazły się na niej filmy, które swoją premierę miały w 2018 roku w Polsce. I tyle. Gotowi? Jedziemy!

Cudowny chłopak

cudowny chłopak.png
Cudowny chłopak” mnie zaskoczył. W tym sensie, że okazał się być czymś więcej, niż tylko ładną, rozgrzewającą serce, wyciskającą łzy i podnoszącą na duchu, słodką historią o chłopcu ze zdeformowaną twarzą pragnącym akceptacji rówieśników i familijnym filmem na długi zimowy wieczór (albo ciepłe letnie popołudnie). I żeby było jasne, “Cudowny chłopak” jest ładną, rozgrzewającą serce, wyciskającą łzy i podnoszącą na duchu, słodką historią o chłopcu ze zdeformowaną twarzą pragnącym akceptacji rówieśników.

Ale wbrew tytułowi (a właściwie polskiemu tytułowi, bo w oryginale film, podobnie jak książka na podstawie której powstał, nosi tytuł “Wonder”), twórcy wprowadzają do tego dramatu inne osoby. Dlatego też możemy tę w gruncie rzeczy dość prostą historię oglądać oczami matki tytułowego bohatera, jego siostry, jego najlepszego przyjaciela, a nawet poniekąd oczami szkolnego dręczyciela. I to właśnie czyni tę historię interesującą. I – nie zawaham się użyć tego określenia – skłaniającą do refleksji.

Czas mroku

czas mroku
Ten film mógłby oprzeć swą siłę wyłącznie na niewiarygodnej transformacji i wybornej grze Gary’ego Oldmana wcielającego się (czy raczej przemieniającego się) w Winstona Churchilla. Ale jest zdecydowanie czymś więcej. “Czas Mroku” to kolejny obraz po “DunkierceChristophera Nolana, który podejmuje pozornie nudny temat i opowiada go w sposób niesamowicie wciągający.

Produkcja opowiada o objęciu przez Churchilla urzędu premiera Wielkiej Brytanii w 1940 roku, kiedy Europa, państwo po państwie, pada łupem Hitlera. Filmowi – zgodnie ze swoim tytułem – udaje się oddać atmosferę czasów, kiedy zachodnie demokracje stanęły w obliczu całkiem realnej groźby znalezienia się pod podkutym butem Wehrmachtu. Ta atmosfera jest odczuwalna mimo tego, że przecież znamy szczęśliwe zakończenie tej historii. Główny bohater filmu to wciąż ten dobrotliwy Churchill, jakiego znamy z popkultury, czyli korpulentny facet z cygarem sypiący bon motami jak z rękawa. Ale widzimy też tę jego drugą twarz: człowieka zmagającego się z depresją i przerastającą zarówno jego, jak i wszystkich innych sytuacją. Akcja właściwie całego filmu toczy się w ciemnych pomieszczeniach i przytłaczających, klaustrofobicznych schronach, czym twórcy graja doskonale.

Ale nie jest to przecież obraz o poddawaniu się rozpaczy. W tym całym mroku pojawia się snop światła, w poczuciu nadciągającej zagłady jest także nutka nadziei, czasem może trochę naiwnej, jak ten wizerunek brytyjskiego premiera przedstawianego jako sympatycznego pijaczka w cylindrze. Bardzo jest potrzebna ta odrobina naiwności, gdy nadchodzi czas mroku, jakkolwiek rozumiany.

Anihilacja

anihilacja.png
Jeśli już oglądać horrory, to niech to będą horrory science fiction, a jeśli już już oglądać horrory science fiction, to niech to będą horrory science fiction w wykonaniu Alexa Garlanda. Przyznaję, że marketingowy haczyk “Anihilacji” połknąłem, kiedy tylko zobaczyłem pierwsze materiały promocyjne reklamujące film. Mam chyba po prostu słabość do opowieści o grupce naukowców wyruszających na wyprawę, której celem jest zbadanie jakiegoś tajemniczego i potencjalnie niebezpiecznego zjawiska. A gdy dowiedziałem się, że zarówno za maszyną do pisania, jak i za kamerą w tym projekcie zasiadł autor scenariusza do “Dredda” z 2012 roku, “Anihilacja” znalazła się na liście filmów, które absolutnie muszę obejrzeć.

Najnowsze dzieło Garlanda nie jest produkcją tak doskonałą, jak poprzedni obraz jego autorstwa, świetna “Ex Machina“. Nie udało się też “Anihilacji” uniknąć kilku typowych dla tego rodzaju produkcji wtop (by wspomnieć choćby fakt, że rządowa agencja, wysyłając grupę naukowczyń na nieznane terytorium, z którego nie powróciła jak dotąd żadna ekspedycja, wyposaża je w broń palną, ale nie daje im np. masek gazowych). Ale wciąż jest to cholernie dobry film.

“Anihilacja” jest dopracowana i oryginalna pod względem wizualnym, frapująca i fascynująca pod względem scenariuszowym. Jako horror jest na tyle przerażająca, że nie musi opierać swojej kampanii marketingowej na przekonywaniu, jaka to ona nie jest straszna, co czyniły w 2018 roku inne filmy. Zwłaszcza jedna scena zapada tutaj w pamięć – ilekroć powracam do niej myślami, mam ciary. I mam wrażenie, że ci z Was, którzy film widzieli, wiedzą doskonale, którą scenę mam na myśli.

Tym bardziej szkoda, że film przeszedł bez echa. W amerykańskich multipleksach film zarobił mniej, niż kosztował. W Europie film wylądował od razu na Netfliksie. Z tego co przeczytałem w internetach wynika, że grube ryby w wytwórni Paramount uznały, że film jest “zbyt intelektualny”, żeby go jakoś szczególnie entuzjastycznie promować. Najwyraźniej produkcja, w której wszyscy główni protagoniści to kobiety, spośród których jedna jest Afroamerykanką, a jedna Latynoską i przy okazji lesbijką, nie miał absolutnie żadnych szans, by wywołać wokół siebie jakikolwiek rozgłos w 2018 roku.

Podsumowując, zróbcie sobie i Aleksowi Garlandowi przysługę, wejdźcie na Netfliksa i obejrzyjcie “Anihilację”. Zwłaszcza, jeśli lubicie się bać. Albo jeśli lubicie inteligentne, a nawet intelektualne science fiction. Udowodnienie dupkom z wytwórni, że się mylili co do tego filmu, będzie oczywiście miłym bonusem.

Ja, Tonya

ja, tonya.png
Będę szczery. Margot Robbie ubrana w łyżwiarski trykot wystarczyłaby, by ten film wylądował na mojej liście. Ale na tym zalety tego obrazu się nie kończą. Opowiada on historię amerykańskiej łyżwiarki Tonyi Harding ze swadą i dowcipem, bawiąc się konwencją paradokumentu, co sprawia, że wciąga nawet widzów, których ten temat wcześniej w ogóle nie obchodził i nie interesował.

Na pochwały zasługują też kreacje aktorskie Sebastiana Stana, Allison Janney, Paula Waltera Hausera, no i oczywiście samej Robbie, która oprócz standardowej pracy, którą musi wykonać aktor, by wcielić się w znaną postać w filmie biograficznym, musiała też poddać się morderczej serii treningów łyżwiarstwa figurowego. A przy okazji sprawowała też funkcję producenta filmu. “Ja, Tonya” to film, który rozwiał ostatecznie wątpliwości co do tego, jak ambitną aktorką jest Robbie. Jasne, wyróżniała się na plus w “Legionie samobójców” i występowała już u Scorsese, ale to właśnie w tym obrazie pokazała w pełni, że nie zamierza zadowolić się byciem tylko i wyłącznie hollywódzką ślicznotką. Co potwierdza trailer do wchodzącego wkrótce do polskich kin filmu “Maria, królowa Szkotów“, w którym okazuje się, że – jeśli rola tego wymaga – australijska aktorka nie boi się nawet oszpecić.

Avengers: Infinity War

avengers infinity war
Na “Infinity War” poszedłem tylko po to, by być na bieżąco z Kinowym Uniwersum Marvela. Żebym potem wiedział o co chodzi, jak pójdę na solowy film Spider-Mana albo Ant-Mana. Spodziewałem się, że nowi “Avengersi” to będzie przeładowany scenami, postaciami i wątkami bezmyślny spektakl. Że każdy kadr będzie zbyt naładowany treściami, bym był w stanie sobie to przyswoić. Że akcja będzie się toczyła tak szybko, że nie będę nadążał.

No, bo też twórcy filmu stanęli przed zadaniem zmiksowania tych wszystkich franczyz i umieszczenia tych wszystkich superbohaterów w jednej drużynie tak, aby zabawki dobrze się sprzedawały. Zrobić to wszystko i w dodatku jeszcze nakręcić angażującą widza historię, to jest naprawdę ogromne wyzwanie. Nie oszukujmy się, hollywódzkie filmy superbohaterskie to przede wszystkim biznes. Nakręcić film, który zarobi miliard dolarów i jeszcze przy tym stworzyć dzieło sztuki, to jest – no, cóż – sztuka.

Sztuka, która się reżyserującym film braciom Russo i piszącym scenariusz Christopherowi Markusowi i Stephenowi McFeely’emu jak najbardziej udała. Nie tylko “Infinity War” nie okazał się być szmirowatym pawiem, ale na kilku poziomach udało mu się stać – a co tam, użyję tego słowa – obrazem wybitnym. Tempo wcale nie było za szybkie, a wręcz w tym nie tak znowu długim, jak na fantastyczno-naukowy blockbuster filmie jakimś cudem udało się upchnąć kilka bardziej refleksyjnych, spokojniejszych, pozwalających odetchnąć scen. Obecność każdej z postaci miała swoje fabularne uzasadnienie, a główny łotr miał ideologię nieco głębszą, niż hasło “jestem zły i pragnę zniszczyć świat, sasasa” (choć jeśli ktoś twierdzi – a spotkałem takie opinie w internetach – że ludobójcze pomysły Thanosa mają choć krztę sensu, to mam prośbę, żeby się mocno walnął w łeb).

Na koniec trzeba powiedzieć, że sprawującemu artystyczną pieczę nad Kinowym Uniwersum Marvela Kevinowi Feige udało się dokonać całkiem niezłego ukoronowania tego bezprecedensowego projektu. Trudno bowiem mówić o “Avengers: Inifnity War” jako o zjawisku występującym w próżni. Przez ostatnie dziesięć lat, dzięki wszystkim poprzednim produkcjom, udało się Marvelowi sprawić, że tak pokochaliśmy tych superbohaterów, że teraz naprawdę z nimi współodczuwamy i przejmujemy się ich losem, a wydarzenia filmu mają swój ciężar i dramaturgię. Porównania z “Imperium kontratakuje” są tutaj moim zdaniem jak najbardziej na miejscu. I pamiętajmy o jeszcze jednej rzeczy. Być może dzisiaj Kinowe Uniwersum Marvela jest hegemonem. Zbyt wielką, by upaść megafranczyzą. Ale nie zawsze tak było. Wytwórnia Marvela rozkręcała tę serię, nie posiadając praw do Spider-Mana, Wolverine’a czy Daredevila, opierając się w większości na niszowych postaciach, słabo znanych komukolwiek spoza komiksowego fandomu. Dziś już każdy wie, kto to jest Iron Man, Thor czy Doktor Strange i z tego punktu widzenia, Kevin Feige, wraz z towarzyszącymi mu reżyserami, scenarzystami i aktorami, dokonał rzeczy niemal niemożliwej.

I dlatego cieszy mnie sukces “Inifinity War”. Bo to naprawdę niezła nagroda za odstawienie takiego przekrętu!

Ocean’s 8

ocean's 8
Ocean’s 8” to najbardziej kobiecy film roku, a zarazem najbardziej męski film roku. Mężczyźni mogą popatrzeć, jak piękne i inteligentne kobiety dokonują przebiegłego i zuchwałego skoku. A kobiety mogą popatrzeć, jak piękne i inteligentne kobiety dokonują przebiegłego i zuchwałego skoku. Ten film był jakoś tam jednak – nie zawaham się użyć tego słowa – potrzebny. Niezależnie od narzekań na “poprawność polityczną”. I w przeciwieństwie do wspomnianej już “Anihilacji”, która również miała kobiecą i multietniczną obsadę, “Ocean’s 8” odniosło zasłużony sukces komercyjny.

Ale myślę, że za dwadzieścia, a może nawet za dziesięć lat dla nikogo nie będzie już ważne, jakiej płci czy pochodzenia są główne bohaterki. Widzowie będą pamiętać, że to jest po prostu dobra produkcja. Lekki, dowcipny film o grupie uroczych złodziejek. Mimo że zrobiony według sprawdzonej formuły poprzednich odsłon tej franczyzy, to wciąż pełen zaskakujących widza zwrotów akcji. A fakt, że szajka włamywaczek pod przewodem Sandry Bullock i Cate Blanchett udowadnia niektórym napinaczom, że zrobienie “kobiecej” wersji “męskiego” filmu nie oznacza wcale, że ten film nie będzie miał jaj, jest tylko wisienką na torcie.

Bohemian Rhapsody

bohemian rhapsody.png
Jasne – fabuła tego filmu jest cieniutka. Jasne – scenarzyści z dosyć dużą nonszalancją potraktowali fakty i chronologię wydarzeń. Jasne – nawet nie znając zbyt dobrze historii zespołu Queen, widz ma wrażenie, że pominięto niektóre kontrowersyjne kwestie. Jasne – postacie, choć są autentycznymi ludźmi z krwi i kości, sprawiają wrażenie nieco jednowymiarowych. Jasne – widać, że żyjący członkowie Queenu (w szczególności Brian May i Roger Taylor) dopilnowali, by przypadkiem nie zostać przedstawionymi w złym świetle.

Wszystkie powyższe zastrzeżenia są w jakiś tam sposób słuszne. “Bohemian Rhapsody” to troszkę przesłodzona bajka o tym, jak Freddie Mercury i Queen spotkali się i grali rock and rolla. Ale jednocześnie takiej właśnie bajki potrzebowaliśmy. Potrzebowaliśmy takiego trochę listu miłosnego do Farrokha Bulsary, jego ekipy i pięknej muzyki, którą stworzyli. Tym właśnie jest ten film – listem miłosnym do muzyki i gwiazd rocka. Jednym wielkim teledyskiem, przeplatanym scenami dramatycznymi, czyniącymi całe widowisko jeszcze bardziej wzruszającym i zabawnym. To jak w tej produkcji wspaniale jest pokazana jest muzyka, wynagradza wszystkie inne niedostatki tego filmu. Być może kiedyś powstanie nieocenzurowany, nakręcony bez nadmiernej czołobitności film o Freddiem Mercurym i Queenie. Na razie jednak ten piękny hołd jest więcej, niż wystarczający. Jest to hołd potrzebny i – przede wszystkim – zasłużony! Ja w każdym razie wyszedłem z kina naprawdę szczęśliwy, że zobaczyłem ten film.

Narodziny gwiazdy

narodziny gwiazdy.png
Bradley Cooper odwalił kawał dobrej roboty. Stając za kamerą i wcielając się w rolę gitarzysty i wokalisty Jacksona Maine’a, podjął ogromną ilość wyzwań i trzeba przyznać, że sprostał im wszystkim, pokazując niesamowity kunszt. Ale prawdziwym objawieniem tego filmu była dla mnie Lady Gaga.

Talent muzyczny piosenkarki wzbudzał mój szacunek od początku, czyli od czasów, w których dla wielu “Just Dance” i “Poker Face” były synonimem tandety i powszechnie powtarzano, że Lady Gaga ze swoim kontrowersyjnym wizerunkiem jest tylko sezonową sensacją i pomalowaną na jaskrawe kolory wydmuszką. Czas pokazał, że Amerykanka jest utalentowanym muzykiem, który – mimo wzlotów i upadków – potrafi inteligentnie sterować swoją karierą. Wkład Stefani Germanotty w to jak dobrym filmem są “Narodziny gwiazdy” nie zakończył się jednak tylko na udziale w skomponowaniu ścieżki dźwiękowej. Okazała się być także świetną aktorką. Cóż, być może to dlatego, że historia Ally Maine jest chwilami łudząco podobna do biografii piosenkarki, ale Lady Gaga zagrała tę rolę w sposób tak bezpretensjonalny, że byłem pod ogromnym wrażeniem.

“Narodziny gwiazdy” to nie jest obraz jakoś szczególnie podnoszący na duchu. Ale też nie do końca przygnębiający. Przez chmury melancholii przebija też światło. Jest muzyka i miłość, które mogą być lekiem kojącym ból istnienia mimo, że nie zawsze są lekiem wystarczająco silnym. Choć wychodząc z kina przeklinałem osobę, która wpadła na pomysł, by polska premiera “Narodzin gwiazdy” miała miejsce pod koniec listopada, to po jakimś czasie zacząłem na niego spoglądać znacznie bardziej przychylnym okiem. Jak być może zauważyliście, nie przepadam za przygnębiającymi filmami. Szczególnie ostatnimi czasy. Ale w przeciwieństwie do innych tegorocznych produkcji, w “Narodzinach gwiazdy” – nie chcąc zdradzać zbyt wiele, powiem tylko, że nie jest to feelgood movie – nie ma epatowania depresją i upajania się rozpaczą.

Także rekomenduję Wam ten film. A jeśli okaże się jednak zbyt smutny, sięgnijcie po coś, co na pewno podniesie Was na duchu, na przykład “Creed II“.

Creed II

creed ii
Bo niewiele jest opowieści tak podnoszących na duchu, rozświetlających mrok i rozgrzewających serce, jak saga zapoczątkowana Anno Domini 1976 przez film “Rocky“. Opowiadająca o tym, że nawet jeśli oficjalnie przegrywasz, to tak naprawdę wygrywasz. Bo najważniejsze jest, by udowodnić coś sobie, nie innym. Że niezależnie od tego, jak mocno obrywasz, zawsze jesteś w stanie się podnieść. Doprawdy, Rocky Balboa od ponad czterdziestu lat udowadnia, że choć nie jest wykształcony, ani nawet inteligentny, to ma do przekazania ogromną mądrość.

Creed II” to już ósmy film z uniwersum Rocky’ego i drugi skupiający się na historii syna Apollo Creeda, najpierw rywala, a potem przyjaciela Balboy. Adonisa Creeda przedstawił publiczności w 2015 roku Ryan Coogler wskrzeszając serię w naprawdę świetnym stylu i zapełniając świat stworzony przez Sylvestra Stallone’a kolejnymi postaciami, których nie sposób nie pokochać. A “Creed II’ jest filmem nawet lepszym, niż nagradzany poprzednik zatytułowany “Creed: Narodziny legendy“.

Być może przemawia za tym nostalgia, bo scenariusz drugiej części przygód granego przez Michaela B. Jordana boksera znowu napisał stary, dobry Stallone. Przyprowadzając przy okazji starych, dobrze nam już znanych bohaterów. Ale też po prostu dlatego, że ten film dostarcza nam to, co zdecydowało o sukcesie tej serii. Czyli opowieść o ludziach z krwi i kości, mierzących się w gruncie rzeczy z takimi samymi problemami, jak my. O bohaterach, których kochamy i nienawidzimy. Którym kibicujemy. Z którymi razem cierpimy i razem się cieszymy.

Bo boks jest tutaj zaledwie narzędziem dla bardziej uniwersalnego przesłania. “Creed II” podobnie jak pozostałe filmy tej sagi, to przede wszystkim historia miłosna, opowieść o rodzinie i – no, cóż – po prostu o życiu. Wyrzućcie boks i zastąpcie go jakąkolwiek dziedziną ludzkiej działalności, najlepiej jakąś sobie bliską, a zrozumiecie jak uniwersalna jest ta saga. Najtrafniej podsumowują to słowa wypowiedziane po seansie przez moją żonę: “To był naprawdę świetny film. Tylko to mordobicie…”

Spider-Man: Uniwersum

Spiderman 8.png
Im więcej filmów człowiek widział, im więcej płyt przesłuchał, im bardziej się człowiek – no, użyję tego słowa – starzeje, tym trudniej wywołać w nim ten dziecięcy zachwyt. To normalne, że pewne rzeczy powszednieją, że człowiek staje się trochę bardziej obojętny. Szczególnie dzisiaj, w epoce internetów, łatwo o przesyt, jeżeli chodzi o popkulturę. Nietrudno stać się zblazowanym malkontentem, nawet jeśli się tego nie chce. Widzę to po sobie, bo coraz częściej zdarza mi się mówić coś w stylu: “Fajne, dobrze się bawiłem, ale…”.

Spider-Man: Uniwersum” wywołał we mnie ten dziecięcy zachwyt, którego dawno nie czułem. Ten film jest absolutnie nowatorski i jednocześnie dopracowany w najmniejszym szczególe od strony wizualnej; animowanym postaciom głos nadaje świetna obsada, pośród której byli tacy aktorzy, jak Mahershala Ali, Lily Tomlin, Liev Schreiber czy Nicolas Cage; fabuła jest wciągająca, pełna interesujących, niejednowymiarowych postaci; narracja jest prowadzona ze swadą i w sposób dowcipny; animacja jest pięknym hołdem złożonym komiksowi; film niesie piękne przesłanie mówiące, że każdy może być superbohaterem, nieważne czy jesteś kobietą, Afroamerykaninem czy Azjatką i tak dalej, i tak dalej… Ten film ma niezliczone zalety, które przede mną już wiele osób z pewnością zachwalało. Ale dla mnie najważniejsze było to, że siedziałem w kinie z rozdziawioną japą, myśląc po prostu “O rety, ale to jest super!”. Byłem tym filmem całkowicie oczarowany, a zaklęcia nie był w stanie złamać ani siedzący za mną i na okrągło gadający dzieciak, ani siedząca przede mną racząca mnie wonią sosu do nachosów dziewczyna.

Przyłączam się zatem do zgodnego chóru zachwytów nad tym filmem. Nie bez powodu spotkał się z tak pozytywnym odbiorem ze strony krytyków i publiczności. Idźcie do kina na “Spider-Man: Uniwersum”, póki jeszcze go grają. Nawet jeśli o istnieniu takiej postaci, jak Człowiek Pająk dowiedzieliście się dopiero czytając ten tekst.