[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Orange Goblin – A Eulogy For The Damned

R-3405908-1329145377.jpeg.jpg

Orange Goblin to zespół, który łączy wszystko, co najlepsze w hard rocku z tym co najlepsze w metalu. Z jednej strony muzyka brytyjczyków jest wystarczająco rock and rollowa, by nie wpadać w typową dla metalu operetkowość, z drugiej strony zaś jest wystarczająco ciężka, by uniknąć wszelkich zarzutów o to, że jest zbyt miękka czy delikatna, jak na heavy metal. A ponieważ myślenie o metalu jako o jedynie słusznej muzyce porzuciłem już gdzieś tak w gimazjum, Orange Goblin to dla mnie idealny zespół metalowy. Z fajnymi riffami i fajnymi melodiami, z chrypką wokalisty, która moje uszy bardziej zachęca do słuchania, niż zniechęca. A przy tym wystarczająco ciężki, by sobie poheadbangować i powkurzać sąsiadów.

A Eulogy For The Damned” to album, dzięki któremu na dobre wkręciłem się w Orange Goblin. Chyba ze wszystkich płyt grupy charakteryzuje się najlepszą produkcją, co pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale mi się akurat te selektywne, czyste brzmienie podoba. Zresztą jednym z moich ulubionych kawałków jest zamykający płytę utwór tytułowy, z dość spokojnym, akustycznym wstępem, który stopniowo rozwija się w charakterystyczny dla Goblinów rozpierdol, wciąż jednak zachowujący melodyjność i bogate brzmienie łączące sobie dźwięk przesterowanych gitar, ciężkich bębnów, delikatnych organów hammonda i sezonowanych tanim piwskiem strun głosowych Bena Warda. Drugim moim faworytem jest utwór “Stand for Something“, którego nie zawaham się nazwać przebojowym i – jakby to dziwnie nie zabrzmiało – naładowanym pozytywną energią. W sumie właśnie taka jest muzyka londyńczyków: naładowana energią i – chociaż płyta została zatytułowana “Mowa pogrzebowa dla potępionych” – pełna życia, niczym okrzyk wokalisty przedstawiającego zespół na scenie: “We are Orange fuckin’ Goblin”. Co będziemy mogli usłyszeć już we wrześniu w Aleksandrowie Łódzkim.

Moje ulubione piosenki z 2017 roku

Mastodon – Show Yourself

R-11027874-1508525396-1265.jpeg
W ten queensofthestoneage’owo prosty, toporny wręcz numer Mastodonci zdołali jakoś wpleść swoje znaki firmowe – połamane bębny Branna Dailora i pokręcone solówki gitarowe Brenta Hindsa. I to wszystko klei się w jedną zaskakująco spójną całość. Choć tegoroczny album Mastodona “Emperor of Sand” z początku nie przypadł mi do gustu, to pochodzący z niego utwór “Show Yourself” polubiłem od razu. I wygląda na to, że numer ten sprawi, że jeszcze nie raz spróbuję dać szansę całej płycie. Fakt, że dzięki tej piosence grają Mastodona w komercyjnych stacjach radiowych jest bardzo miłym dodatkiem do jego czysto muzycznej strony. A ból dupy metalczyków z powodu tego, że Mastodon się sprzedał i nie gra już prawdziwego metalu jest prawdziwą wisienką na torcie.

Deep Purple – Birds of Prey

R-10098237-1493065944-4487.jpeg
Przyznam, że postawiłem już krzyżyk na Deep Purple. Do niedawna myślałem, że bohaterowie mojego dzieciństwa, będący jednym z najważniejszych elementów mojego muzycznego DNA po prostu się skończyli. I to już dawno, gdzieś w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nawet pogodziłem się z faktem artystycznej śmierci (no, dobrze – emerytury) moich idoli. Bo przecież starych płyt Deep Purple nikt mi nie odbierze, a panowie są tak zasłużeni, że mają pełne prawo odcinać kupony od dawnej chwały.

Aż tu nagle w radiu usłyszałem “Birds of Prey” i pomyślałem sobie: ale fajny kawałek. Nie pamiętam, czy sam się zorientowałem, że to Deep Purple, czy oświecił mnie spiker radiowy. W każdym razie ten numer jest inny, niż stare Deep Purple, ale pozbawiony jest wszystkiego, co złe w nowym Deep Purple. Czyli wprawdzie brzmi to trochę jak współczesny rock progresywny (który delikatnie mówiąc niezbyt mi podchodzi), ale pozbawiony jest tych pustych, nie prowadzących do niczego popisów wirtuozerii (w których przoduje obecny gitarzysta grupy Steve Morse). “Birds of Prey” to kawałek napisany kunsztownie, ale zagrany na luzie.

Nothing but Thieves – Amsterdam

R-10357611-1500408406-5058.jpeg
Kolejny dowód na to, że dzięki radiu można poznać coś wartościowego. Muza Nothing but Thieves to rock zdecydowanie zbyt nowoczesny jak dla takiego starego dziada jak ja, wciąż jeszcze po szyję tkwiącego w XX-wiecznym hard rocku. Brzmienie zdecydowanie zbyt podrasowane i wyszlifowane na błysk, gitarowa muza powinna być bardziej organiczna. A jednak główny riff w “Amsterdam” porywa do headbangowania, a gdy wokal frontmana brytyjskiej ekipy wpada w ten swój overdrive, to aż mam ciary.

The Darkness – Buccaneers of Hispaniola

R-10950661-1507314196-4003.jpeg
Lubię The Darkness nie tylko dlatego, że 15 lat temu mieli jeden śmieszny kawałek i jeden śmieszny teledysk. Lubię The Darkness, bo to absolutnie wyjątkowa mieszanka Queen, AC/DC i The Cure. Ale jest coś jeszcze. Takich zespołów, jak The Darkness już nie robią. Nie ma już takich przesadzonych hard rockowych bandów, noszących absurdalne stroje i fryzury, których koncerty to prawdziwe widowisko. Jasne, Aerosmith czy Kiss nadal istnieją i koncertują, ale to zespoły, które trudno nazwać współczesnymi. W pokoleniu The Darkness nie ma takiego zespołu. Ja przynajmniej takiego nie znam. Ktoś może zapytać: a Steel Panther? Uważam jednak, że Steel Panther to zespół na wskroś komediowy, a ekipa z Lowestoft nie do końca. Jasne, The Darkness często są groteskowi, operetkowi, komiczni, ale też zza maski klauna wygląda pewna melancholia. Gdzieś tam w absurdalnym falsecie Justina Hawkinsa przebrzmiewają echa burzliwej biografii zespołu (który nie udźwignął nagłego sukcesu i rozpadł się po dwóch płytach, by zejść się dopiero po kilku latach) i jego lidera (walka z uzależnieniem od koki i anoreksją). I te łzy klauna też są chyba jednym z powodów, dla których lubię The Darkness.

Buccaneers of Hispaniola” nie jest może najbardziej nostalgicznym numerem The Darkness, ale niewątpliwie ma pewną domieszkę tego melancholijnego pierwiastka. Poza tym ma wszystko co najlepsze. Wirtuozerię i rzadką dzisiaj w hard rocku, a będącą przecież fundamentem twórczości takich zespołów, jak choćby Led Zeppelin odwagę eksperymentowania. Jest energetyczny i liryczny zarazem. Łączy tradycję i nowoczesność. Nie robi się już dzisiaj takich kawałków. Ale na szczęście jest The Darkness.

Natalia Nykiel – Total Błękit

R-11032354-1508601092-6101.jpeg
Nie siedzę w klimatach muzyki uprawianej przez Natalię Nykiel i nie śledzę za bardzo jej kariery. Wiem tylko, że kilka lat temu listami przebojów rządził kawałek, w którym dwudziestoletnia piosenkarka namawiała kogoś do tego, żeby stał się dorosły i o tym, że nie umie być suką. Był to całkiem niezły, łatwo przyswajalny popowy numer. Potem jednak Natalia Nykiel odpłynęła w kierunku dyskotekowego electro, który to gatunek niezbyt do mnie przemawia.

W nowym singlu zatytułowanym “Total Błękit” wciąż mamy do czynienia z electro, ale nieco bardziej radiowym. Numer wpada w ucho, a przede wszystkim posiada coś nieoczywistego: organiczność, prawdę, niedoskonałość. To rzeczy coraz rzadziej spotykane, nie tylko w muzyce elektronicznej, nie tylko w popie, ale także rocku, od którego jednak zazwyczaj oczekuje się autentyzmu. Tymczasem w “Total Błękit” śpiew Natalii przeradza się w krzyk albo zawodzenie, wokalistka traci oddech, jej głos staje się zachrypnięty. Wszystko to zaskakująco dobrze komponuje się z dźwiękiem syntezatorów i tworzy całość, której chce się słuchać w kółko.

[FAJNE ALBUMY, KTÓRYCH NIE MA NA SPOTIFY] Rollins Band – Weight

Nie macie tak, że jak już wykupiliście dostęp do jakiegoś serwisu streamingowego, to nagle zaczynacie korzystać tylko i wyłącznie z contentu, który się na nim znajduje? Nie chcę tutaj wchodzić w rozważania, jakie są powody, dla których my – konsumenci wszelakich dóbr kultury – tak się zachowujemy, ale jednego jestem (prawie) pewien, to jest postępujący trend. Na przykład niedawno koleżanka powiedziała mi, że już właściwie nie ogląda seriali, których nie ma na Netfliksie. Ja z kolei przyłapuję się na tym, że coraz częściej rezygnuję ze słuchania płyt, których nie ma na Spotify. Też tak macie? Nie? Nieważne! I tak od tej pory będę Wam regularnie serwował wpisy w moim nowym cyklu zatytułowanym “Fajne albumy, których nie ma na Spotify”. Tak, abyśmy nie pomijali wartościowej muzyki tylko dlatego, że (z różnych powodów) nie znalazła się (jeszcze) w serwisach streamingowych. Na pierwszy ogień idzie Rollins Band i ich najbardziej chyba znana płyta “Weight“.

R-517346-1129489246.jpeg

“Weight” to kwintesencja tego, za co lubię Rollins Band. Ciężkie, ale melodyjne bluesrockowe riffy kontrastują tutaj z hałaśliwym skandowaniem wokalisty. Ale kontrast ten nie razi. To nie jest jeden z tych (niestety częstych) przypadków, w których zespół gra świetnie, a jedynie wokalista nie umie śpiewać i wszysko psuje. Henry Rollins i instrumentaliści doskonale sie tutaj uzupełniają, łącząc punkowy bunt z muzycznym kunsztem rodem z Berklee Collage of Music w zaskakująco spójną całość. Jak numerze “Liar“, który uważam za jedno z największych arcydzieł muzyki popularnej. Ten numer godzi jazz z heavy metalem, melodeklamację z wrzaskiem, muzykę z teatrem i robi to w sposób absolutnie niewymuszony. Bo łączenie jazzu z metalem i muzyki z teatrem brzmi mega pretensjonalnie, ale nie w wykonaniu Henry’ego Rollinsa, bo Henry Rollins to czysty, nieskażony rock and roll.

Moje ulubione EP-ki z 2017 roku

Highfly – Or Die

highfly

Pochodzący z Warszawy mistrzowie amatorskich, niskobudżetowych teledysków na swojej debiutanckiej EP-ce brzmią jak goście znający się od dzieciństwa, siedzący w piwnicy i grający rock and rolla popijając przy tym browary i jarając zioło. Zresztą tak pewnie mniej więcej proces powstawania “Or Die” wyglądał. Oczywiście istnieją tysiące bandów, które siedzą w piwnicy i tworzą muzykę pijąc piwo i paląc trawę. Ale Highfly przy okazji robi tę muzykę bardzo dobrze, co już nie każdemu się udaje. Może “Or Die” brzmiałoby lepiej, gdyby zostało nagrane w profesjonalnym studio pod okiem doświadczonego realizatora. Ale straciłoby też sporo ze swojej rock and rollowej spontaniczności, charakterystycznego garażowego luzu, który jest głównym atutem tej EP-ki i chyba muzyki Highfly w ogóle.

White Highway – City Lights white highway

Większość osób zapytanych, co stanowi najmocniejszą stronę zespołu White Highway, wspomni zapewne charakterystyczny i mocny głos wokalistki. Pewnie jest w tym wiele prawdy. Uważam jednak, że utalentowana frontmenka (frontwomenka?) nie wystarczy, by odtrąbić sukces. Najwyraźniej White Highway też tak uważają, bo ich materiał jest dopracowany pod każdym względem, zarówno wykonawstwa, jak i songwritingu. Zwłaszcza, że hard rock lat osiemdziesiątych, którym się inspirują, pełen jest mielizn, na które łatwo wpłynąć. Można popaść w tandetną, plastikową łzawość albo w bezpłodne popisywanie się umiejętnościami przez gitarzystę prowadzącego. White Highway nie wdepnęło na żadną z tych min.

Mastodon – Cold Dark Place81HvFh6hNxL._SL1200_

Jeśli miałbym opisać tę EP-kę jednym słowem, to byłoby to “nastrój” i “klimat”. A nie – to dwa słowa! Ekhm… Więc gdybym miał opisać tę EP-kę dwoma słowami, byłyby to “nastrój”, “klimat” i “atmosfera”. Cholera – to trzy słowa! Nieważne… W każdym razie zaczynając od okładki, a na aranżach kończąc, “Cold Dark Place” pozwala zanurzyć się całkowicie w wykreowanym przez kwartet z Atlanty ciemnym i zimnym świecie. Materiał jest tak spójny (co nie znaczy, że jest nudny), że aż trudno uwierzyć, że utwory na tę EP-kę powstawały przy okazji sesji do płyt “Once More ‘Round the Sun” z 2014 roku i zeszłorocznego “Emperor of Sand“, czyli wydawnictw, które dzieli znacznie więcej, niż tylko dystans czasowy.

Moje ulubione albumy z 2017 roku

Wszyscy mają swoje podsumowania minionego roku, mam i ja. Na pierwszy ogień
idą wydane w 2017 roku albumy. Chciałbym, żeby poniższe podsumowanie nie było
odbierane jako ranking najlepszych płyt, bo niczego tak nie znoszę, jak
ustawiania dzieł sztuki od najlepszego do najgorszego czy nadawania im
punktów. Muzyka to nie mistrzostwa świata w lekkoatletyce, więc nie ma żadnego
podium, ani klasyfikacji generalnej.

Wymienię po prostu poniżej kilka albumów, które nie są pewnie albumami najlepszymi, najciekawszymi czy najbardziej nowatorskimi. Ale są – z różnych powodów – moimi ulubionymi. W związku z moją niechęcią do wartościowania i mierzenia jakości w muzyce, filmie czy innych formach sztuki, kolejność w jakiej wymieniam moje ulubione albumy jest chronologiczna. Na koniec zaznaczę fakt, że to jest lista moich ulubionych
płyt w momencie, w którym piszę te słowa. To oznacza, że istnieje możliwość,
że część z tych krążków może mi się znudzić albo po prostu przestać mi się
podobać. Oznacza to także, że jeśli jakiś album nie znalazł się w poniższym
zestawieniu, to jeszcze nie znaczy, że nigdy go wystarczająco nie docenię. Brak jakiegoś albumu może też oznaczać, że po prostu go nie słyszałem – to się
zdarza. No, dobra, to tyle tytułem wstępu. Gotowi na ulubione albumy Rogala
wydane w 2017 roku? No to jedziemy!

The Heavy Clouds – Mind Pollution thc-mindpollution
Sięgnąłem po debiutancką płytę warszawskiego zespołu The Heavy Clouds ze
względu na fakt, że na wokalu i basie występuje tam Wojtek Ziemba z Elvis
Deluxe. Nie wiem, czy Elvis Deluxe tylko zawiesili działalność, czy też
całkiem się rozpadli. Jeśli się rozpadli na amen, to mogę się pocieszyć, że
The Heavy Clouds wydaje się być jego naprawdę godnym następcą.

Nie obraziłbym się, gdyby było w Polsce więcej takich bandów, jak The Heavy
Clouds. Bandów grających porządnego rock and rolla, bez napinki i januszostwa.
Ciężko nawet zaszufladkować muzykę Chmurnych Ciężkawców. Nie potrafię
powiedzieć czy to jest hard rock, grandż czy też jednak trochę alternatywa.
Ale to nieważne. Ważne, że kopie dupę. Bo The Heavy Clouds mają po prostu
attitude. No i bardzo, bardzo, bardzo dobre piosenki.

The Afghan Whigs – In SpadesR-10225300-1493688947-6557.jpeg
Część z Was pewnie myśli, że czegokolwiek Greg Dulli, lider The Afghan Whigs,
by nie wydał, Rogal będzie to propsował. I pewnie macie rację. Ale o to właśnie
chodzi w prywatnych, subiektywnych podsumowaniach roku.

Teoretycznie “In Spades” nie powinno mi się podobać. Każda piosenka brzmi, jakby była z innej parafii. Do tego stopnia, że słychać duże różnice w głośności masteringu. Ale to, co mogłoby być wadą, jest chyba zaletą. “In Spades” to album zrobiony na luzie, przez ludzi, którzy się przy tym dobrze bawili. Nagrany na setkę, czasem nawet przy pierwszym podejściu. Jak otwierający płytę “Birdland“, w którym słychać nawet, jak Dulli w przerwie między wersami piosenki pociąga nosem. Wspaniale, że nikt tego nie wyciął, brakuje mi strasznie muzyki, która brzmiałaby tak prawdziwie.

Ogólnie “In Spades” to zbiór różnorodnych piosenek, które łączy tylko jedno. Są w stylu Dulliego. Aż do bólu. I są tak dobre, że gdyby ich nie było, należałoby je wymyślić. A skoro nikt inny nie byłby w stanie tego zrobić, Dulli podjął to wyzwanie. I znów odniósł sukces.

Mando Diao – Good Timesmando-diao-good-times-992x992
Właściwie nie powinienem lubić nowych albumów Mando Diao. Debiutowali na początku lat dwutysięcznych grając oldschoolowego garażowego rock and rolla, by na końcu lat dwutysięcznych dokonać artystycznej wolty i pójść w o wiele bardziej
nowofalowym i tanecznym kierunku. Przy okazji odnosząc gigantyczny sukces
komercyjny, co nie jest w takich wypadkach okolicznością łagodzącą. No, ale co
robić, kiedy – choć brudne, przesterowane brzmienie wczesnej twórczości Mando
Diao zawsze będzie bliższe mojemu sercu – ich muzyka w nowej odsłonie nadal mi
się podoba?

Bo mimo zmiany stylu, mimo tego, że przed nagraniem “Good Times” zespół
opuścił jeden z frontmanów i wokalistów, Gustaf Norén, Szwedzi wciąż nie
zatracili zdolności do pisania absolutnie świetnych piosenek. I na najnowszym
albumie prezentują w tej dziedzinie najwyższy poziom, czy to w tanecznych
numerach przywodzących na myśl twórczość innego zespołu złożonego z rodaków
Mando Diao, czy to w melancholijnych balladach będących ukłonem w stronę
bardziej rock and rollowej przeszłości zespołu.

Lana Del Rey – Lust for LifeR-10952755-1512462669-5488.jpeg
Głównym atutem Lany Del Rey jest to, że jej twórczość jest zupełnie inna, niż
cokolwiek, co aktualnie jest w muzyce pop modne. Przynajmniej ja nie znam
nikogo innego, kto by w taki sposób bawił się nostalgią słuchaczy, jednocześnie będąc tak daleko od wtórności charakterystycznej dla wszelkich retro projektów. I choć – zapewne ze względu na obecność raperów w kilku numerach na “Lust for Life” – brzmienie Lany Del Rey stało się bliższe generycznemu popowi, to jednak wciąż się wyróżnia i zachowuje charakterystyczny dla stworzonego przez piosenkarkę uniwersum klimat. No i jest wykonane i wyprodukowane na naprawdę wysokim poziomie. Co jest tym bardziej imponujące, że to już w ciągu pięciu lat od debiutu czwarty album Lany i nie widać po jej
twórczości żadnego zmęczenia materiału.

Foo Fighters – Concrete and Gold R-10903462-1506260840-2916.jpeg
Poświęciłem tej płycie już jeden tekst, w którym posłużyłem się metaforą
jabłkowej gumy do żucia. Stwierdziłem wówczas, że muzyka Foo Fighters jest bardzo smaczna, ale niestety dosyć szybko się nudzi i traci smak. Jednak niedawno znowu puściłem sobie “Concrete and Gold” i znów doskonale się bawiłem, to naprawdę fajna płyta.

Ktoś kiedyś mi powiedział, że kiedy żuję gumę i ona traci smak, nie powinienem jej
wyrzucać do śmieci, tylko zachować ją na później. Bo to tak naprawdę nie guma
traci smak, tylko moje kubki smakowe przyzwyczajają się do niego na tyle, że
już go nie czuję. Ma się rozumieć, nigdy nie próbowałem się przekonać czy to
prawda w przypadbku prawdziwej gumy do żucia. Natomiast w przypadku najnowszej
płyty Foo Fighters? Cóż, może się okazać, że faktycznie można żuć tę samą gumę
wiele razy.

William Patrick Corgan – Ogilala R-11024125-1508446026-4436.jpeg
Z tego co wiem dla wielu fanów alternatywnego rocka lat dziewięćdziesiątych
lider Smashing Pumpkins już dawno skończył się jako muzyk i jako człowiek.
Przyznam, że nie do końca rozumiem ten hejt na późną twórczość legend
najntisowego rocka. Może to dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych bardziej,
niż muzyka interesował mnie Kapitan Jastrząb i Generał Daimos? Zresztą
nieważne. Mi tam większość rzeczy zrobionych przez Billy’ego Corgana po roku
2000 się podoba. I tak jest z solowym debiutem lidera Rozjechanych Dyń.

Nasuwa się oczywiście pytanie, dlaczego Corgan nagle wydaje materiał pod swoim
nazwiskiem, skoro dla Smashing Pumpkins jest tym, czym Ludwik XIV dla Francji?
Chyba dlatego, że to jest rzeczywiście album nagrany bez żadnego zespołu.
Proste, surowe aranże na wokal, gitare akustyczną i pianino, czasem doprawione
jakimiś smykami czy synthami. I to właśnie kameralność tej płyty jest jej
największym atutem. To proste piosenki, w których Corgan nie sili się na
innowacyjność, wszak na tym polu nie musi już nikomu niczego udowadniać. Słuchając tego ma się wrażenie, że to po prostu jakiś gość grający na gitarze akustycznej w
swojej sypialni. Tyle, że ten gość ma bardzo charakterystyczny głos i
niewiarygodny talent do pisania dobrych melodii.

Destroyer – ken

R-11011048-1508186046-4723.jpeg
Kto nie zna Destroyera, ten powinien zostać na wstępie poinformowany, że nie
jest to zespół heavy metalowy. To indie rockowa (a może indie popowa?) grupa
pod przewodnictwem songwritera z Vancouver nazwiskiem Dan Bejar.

Nowy album to taki Destroyer, jakiego lubię. Czyli muzyka, którą określiłbym takimi
słowami jak: melancholijna, nostalgiczna, romantyczna. Słuchając “ken” znów –
tak jak w przypadku mojego ulubionego albumu Bejara, czyli “Kaputt” –
wyobrażam sobie dekandenckiego kanadyjczyka snującego się bezproduktywnie po
skąpanych słońcem europejskich miastach, pogrążającego się w myślach o
uzależniających kobietach i pięknych narkotykach. A wszystko to okraszone
absolutnie bezbłędnymi partiami saksofonu w wykonaniu Josepha Shabasona,
którego umiejętności i feeling, oprócz albumów Destroyera można podziwiać
chociażby na płycie “Lost in the Dream” The War On Drugs.

Black Sabbath – The End R-11159743-1510962739-3289.jpeg
Gdy dowiedziałem się, że Black Sabbath wydało w 2017 roku koncertowy album, z
jakiegoś powodu uznałem, że nie ma co go przesłuchiwać, bo po co słuchać, jak
Ozzy się męczy? Na szczęście szybko uświadomiłem sobie w jak głębokim błędzie
tkwiłem! Na “The End”, będącej zapisem najostatniejszego koncertu Black
Sabbath ever, Ozzy jest w doskonałej formie. Jego nieco niezdarny stage banter, te wszystkie “God bless you all” i “Let’s go fucking crazy” przydaje niesamowitego uroku całemu koncertowi, który jest nie tylko doskonale zagrany, ale i świetnie zrealizowany oraz wyprodukowany. Słuchając nagrania z koncertu w Birmingham żałujesz, że Cię tam nie było – to chyba najlepsza rekomendacja dla albumu koncertowego.

Neil Young & Promise of the Real – The Visitor R-11216957-1512063236-5795.jpeg
Jeśli Lana Del Rey jest pracowitą mrówką, Neil Young jest chodzącą fabryką
muzyki. Mimo, że jest już po siedemdziesiątce, od kilkunastu lat wydaje album
średnio raz do roku. Raz do roku! Nie jest więc niczym dziwnym, że i w tym
roku uraczył nas kolejnym krążkiem.

Muzyka na nim zawarta pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że przy takim
dorobku, jaki posiada wujek Neil, wciąż jeszcze można pisać chwytliwe numery.
Po drugie, że wujek Neil ma bardzo głęboko w dupie panujące aktualnie (i
szczerze mówiąc, kiedykolwiek panujące) mody i konwenanse. W erze pro toolsów
i auto-tune’aThe Visitor” brzmi równie organicznie, co płyty z lat
siedemdziesiątych. To album nagrany na absolutnym luzie, bez oglądania się na
to, co pomyśli otoczenie: gdy ma pojawić się sekcja dęta, pojawia się sekcja
dęta; gdy ma pojawić się damski chór, pojawia się damski chór; a jeśli mają
pojawić się cymbałki, to cóż… pojawiają się cymbałki. A przynajmniej coś, co
brzmi jak cymbałki. W każdym razie – mimo tekstów komentujących bieżącą
politykę, co pewnie irytowałoby mnie, gdyby nie były po angielsku – Neil Young
żyje we własnym świecie i jest to bardzo fajny świat.

Motörhead – Under Cöver. Czyli o tym, jak rynek muzyczny zmienił się mniej, niż byśmy sobie tego życzyli

Teoretycznie muzyki powinno się słuchać dla samej muzyki. Nie oszukujmy się jednak, towarzysząca jej otoczka najczęściej ma wpływ na jej odbiór. To jak artysta prezentuje się na scenie ma wpływ na to jak postrzegamy samą muzykę, nawet jeśli mówimy o konkursie chopinowskim. Znajomość okoliczności towarzyszących powstaniu jakiegoś utworu może diametralnie zmienić naszą jego interpretację. Niestety tak było w moim przypadku, kiedy sięgnąłem po “Under Cöver” Motörhead. I zamierzam pewne fakty związane z tym wydawnictwem wyjawić. Więc jeśli nie chcecie ryzykować utraty radości ze słuchania tego albumu, nie czytajcie dalej tego tekstu.

Motörhead_Under_Cover_album_cover

Jak sama nazwa wskazuje, na nowym albumie Motörhead znalazły się same covery. Utwory z repertuarów innych wykonawców sprawdzają się w ich interpretacji bardzo różnie. Z jednej strony kowerowanie thrashowego “WhiplashMetalliki przez zespół, który zapoczątkował thrash, to pewniak i samograj, a w śpiewanym przez Lemmy’ego “God Save The Queen” jest jeszcze więcej bezczelności i obrazoburczości, niż w wersji Sex Pistols. Z drugiej strony w “Breaking the LawJudas Priest czy “Cat Scratch FeverTeda Nugenta panowie grają równo i w ogóle, ale Motörhead nie wnosi do tych piosenek jakiejś szczególnej świeżości. Ale nawet jeśli zespół wykonuje utwór innego artysty w sposób nieszczególnie nowatorski, to fajnie jest tego posłuchać, jeśli czuć, że muzycy dobrze się bawią grając go. I tak mogłoby być i w przypadku tego albumu. Tylko, że słuchając “Under Cöver” nie czuć funu z grania i charakterystycznego dla Motörhead apetytu na życie. Czuć za to charakterystyczną dla przemysłu płytowego chciwość.

Bo nie oszukujmy się, nowy album Motorhead to klasyczny przykład robienia przez biznesmenów w garniturach hajsu na śmierci lidera jednego z najsłynniejszych rock and rollowych zespołów świata. I choć nie jest to zjawisko nowe, ten przypadek wyróżnia się wyjątkową perfidią. Dodatkowo album ten jest świadectwem, że w ostatnich dekadach rynek muzyczny nie zmienił się za bardzo na lepsze, wszak Internet miał zdemokratyzować stosunki między konsumentami muzyki, a jej twórcami. Tymczasem okazuje się, że wciąż silniejsi i bogatsi mogą oszukiwać fanów, sprzedając im starego, odgrzewanego kotleta, zawiniętego w nową, błyszczącą folię aluminiową. I to wszystko niestety trochę mi psuje odbiór czysto muzycznej strony płyty.

Trzeba przyznać, że wydanie po śmierci lidera Motörhead, Lemmy’ego Kilmistera, albumu z coverami jest posunięciem dość przebiegłym. Wytwórni płytowej udało się stworzyć wrażenie, że albo jest to album przygotowywany przez zespół w ostatnim czasie, tylko lider zespołu zmarł, zanim płyta została wydana, albo jest to zbiór wcześniej niepublikowanych piosenek. Nie jest to jakiś tam ordynarny “The Best of Motörhead. Smutno ci, że twój idol umarł? Upamiętnij go kupnem składanki najlepszych przebojów i wysoką premią świąteczną dla zarządu wytwórni płytowej”. Tylko, że “Under Cöver” nie był przygotowywany przez Motörhead, a przez korporacyjnych urzędników. I wcale nie zawiera wcześniej niepublikowanego materiału. Na jedenaście piosenek, zaledwie dwie (“HeroesDavida Bowiego i “Rockaway Beach” Ramonesów) nie ukazały się nigdy na żadnym oficjalnym wydawnictwie. W dodatku co najmniej jeden z numerów (mam na myśli “Hellraiser“) był całkiem dużym hitem i jest chyba znany nawet mniej zagorzałym fanom Motörhead, a inny (“Sympathy For The Devil“) jest z kolei utworem z… poprzedniego albumu grupy.

Dlaczego tak mnie to denerwuje? Z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że wydaje mi się to rozmienianiem na drobne dziedzictwa artysty, który wsławił się tym, że nigdy się nie sprzedał. Autentyczność w muzyce rockowej jednak odgrywa, cóż, sporą rolę. A Lemmy Kilmister był najlepszym przykładem rzeczywistej realizacji etosu rock and rollowca. I nie chodzi mi tylko o to, że tuż przed swoją śmiercią, mimo siedemdziesiątki na karku, nadal jakby nigdy nic popijał Jacka Danielsa i palił czerwone Marlboro. Chodzi także o to, że mimo, że w ostatnich dekadach Motörhead stało się marką umieszczaną nie tylko na t-shirtach i kubkach, ale i na butelkach wina i wibratorach (sic!), co z pewnością owocowało milionowymi przychodami, Lemmy nadal mieszkał w dwupokojowym mieszkaniu, a zespół, mimo, że pewnie mógłby żyć wyłącznie z tantiem, regularnie wydawał nowe płyty i ruszał w trasy. To był przykład artysty, który nigdy nie zniżył się do chamskiego odcinania kupnów od dawnej chwały, ponieważ kochał to, co robił i robił to, ponieważ to kochał, a nie ponieważ potrzebował kupić nowe Lamborghini. A to, że teraz Lemmy nie żyje i Motörhead nie wyda kolejnej płyty, to przecież jeszcze nie znaczy, że wytwórnia ma w tym roku zarobić mniej złotych monet.

Po drugie wkurza mnie to dlatego, że ten album jest zbiorem piosenek, który byłby całkiem miłą i przyjemną playlistą na Spotify. Ale fakt, że ktoś zrobił z tego płytę, sprzedaje ją w formie fizycznej (w polskich sklepach internetowych można płytę kupić już od 68,06 PLN, słownie sześćdziesięciu ośmiu złotych sześciu groszy!) i zbija na wiernych fanach grube pieniądze psuje sporą część funu ze słuchania muzyki. Jest 2017 rok! Teoretycznie w erze internetu i streamingu fani muzyki nie muszą już działać pod dyktando przemysłu płytowego. Mogą wybrać dwie niepublikowane wcześniej piosenki Motörhead na iTunes, zapłacić za nie w sumie dwa dolary, a resztę forsy przeznaczyć na – nie wiem – np. na płytę jakiegoś mało znanego startującego zespołu…? Niestety, rzeczywistość jest inna, internet wcale nie zdemokratyzował rynku muzycznego. Showbiznesem cały czas rządzą panowie w drogich garniturach palący śmierdzące cygara, którzy dopóki będą mogli wcisnąć ludziom odgrzewanego kotleta za grube pieniądze, będą to robić. Nie będą ryzykować inwestując w młodych nieznanych artystów, kiedy – żerując na autentycznym uwielbieniu fanów, które samo w sobie nie jest przecież złe – mogą wycisnąć starego dobrego Lemmy’ego, jak cytrynę. Bo jeśli myślicie, że kupując płytę Motörhead, wspieracie materialnie Motörhead, to się mylicie – głównym beneficjentem nadal są ludzie, którzy jedynie pośredniczą w wymianie dóbr między muzykiem a słuchaczem. Czyli jak za starych, niekoniecznie dobrych czasów.

Wiek to tylko liczba. Czyli o ludziach, którzy odnieśli sukces po trzydziestce

Rozmawiając ostatnio z moimi znajomymi, mam coraz częściej wrażenie, że dominuje pogląd o tym, że jeśli przed trzydziestym rokiem życia nie osiągnęło się sukcesu życiowego (rozumianego zarówno jako sukces zawodowy, jak i w życiu prywatnym), to jest się totalnym przegrywem. Człowiek po trzydziestce to już właściwie człowiek z wiekiem do trumny, powinien spisywać już testament, tylko właściwie po co, skoro nie ma żadnego (materialnego lub niematerialnego) dorobku? Osobiście uważam, że jeśli w ciągu pierwszych 12 lat swojego dorosłego życia nie zostałeś gwiazdą rocka, nie zbudowałeś domu, nie zrobiłeś doktoratu, nie zarobiłeś pierwszego miliona i nie założyłeś rodziny, to jeszcze nie znaczy, że powinieneś żyć ze świadomością życiowej porażki.

Uważam, że przekonanie, iż sukces życiowy może przyjść wyłącznie przed trzydziestką, to wynik z jednej strony późnokapitalistycznej presji na to, by być chomikiem obracającym swoim kołowrotkiem szybciej, niż inne chomiki, a z drugiej strony nowoczesnego kultu młodości według którego należy zaszokować ludzkość swoim talentem, a potem umrzeć mając góra 27 lat. I jest ono całkowicie błędne. Na poparcie mojej tezy przedstawiam subiektywny ranking osób, których kariera ruszyła na dobre dopiero po trzydziestce.

Sylvester Stallone

rocky_pub01_-_h_2015

W wieku 30 lat Sylvester Stallone nie osiągnął wiele. Marzenia o błyskotliwej karierze raczej się nie spełniały. Mógł pochwalić się niewielkim dorobkiem obejmującym występ w filmie pornograficznym, do którego angaż przyjął, by nie wylądować na ulicy. W końcu jednak postanowił sam napisać scenariusz filmu, samemu go nakręcić i wystąpić w nim w roli głównego bohatera. Film opowiadał o uderzająco podobnym do samego Stallone’a życiowym przegrywie imieniem Rocky, który dostaje szansę na sukces i wykorzystuje ją. Resztę tej opowieści wszyscy znamy: “Rocky” stał się oscarowym hitem i doczekał się kilku sequeli, z których każdy zarobił miliony monet. Potem Stallone nakręcił jeszcze kilka części Rambo i parę innych filmów akcji, które może nie uzyskały poklasku krytyków, za to sprawiły, że Włoski Ogier mógł kupić rezydencję ze stajnią, w której utrzymywał 80 koni. Osiemdziesiąt.

J.K. Rowling

jk-rowling-image

Gdy pierwsza część przygód Harry’ego Pottera trafiła na półki księgarń, J.K. Rowling miała 32 lata. Ale był to chyba akurat najmniejszy jej problem, biorąc pod uwagę, że była wówczas samotną matką żyjącą z zasiłku.

Lemmy Kilmister

rs-222649-GettyImages-85513871

Lemmy zaczął parać się graniem rock and rolla, gdy jeszcze był nastolatkiem. Później grał w zespole Hawkwind, który dzisiaj jest dość znany i uważany za kultowy. Ale nie oszukujmy się – prawdziwy sukces przyszedł dopiero, gdy założył Motörhead. Kiedy listy przebojów zostały zaatakowane przez pędzący niczym tornado “Overkill“, Lemmy miał 34 lata.

Harrison Ford

han-solo-return-of-the-jedi_612x380

O karierze Harrisona Forda wie każdy, każdy chyba słyszał o tym, jak był stolarzem w Hollywood, bezskutecznie próbując przebić się jako aktor. Wprawdzie grywał tu i tam, ale w momencie, gdy zagrał swoją pierwszą naprawdę dużą rolę w filmie niejakiego George Lucasa (fun fact – Lucas jest od Forda 2 lata młodszy, nie potrafię sobie wyobrazić, że George Lucas jest od kogokolwiek młodszy), zatytułowanym “Gwiezdne Wojny“, miał 35 lat. Potem już chyba nie mógł narzekać na brak propozycji, raczej zaczął narzekać na ich nadmiar. Bycie Hanem Solo, Indianą Jonesem, Rickiem Deckardem i Ściganym musi być dość czasochłonne.

Dave Kushner

23182_artist

Gitarzysta Velvet Revolver, podobnie jak Lemmy, grał w zespołach odkąd był nastolatkiem. Żaden z tych zespołów nie odniósł jednak zbyt wielkiego sukcesu. Ale nigdy nie wiadomo, kiedy los się odmieni. W wieku 36 lat Kushner został zaproszony przez Slasha, kumpla z liceum, który w między czasie osiągnął spory komercyjny sukces w zespole Guns N’ Roses, do udziału w nowym projekcie, jeszcze przez kilka miesięcy dojeżdżał na próby z roboty na budowie.

Stan Lee

7086434

Dzisiaj każdy wie, kim jest Stan Lee. Miliony ludzi w kinach na całym świecie oklaskuje kolejne cameo 94-letniego autora komiksów w kolejnych filmach Marvela. Ale nie zawsze było tak różowo – pierwszym komiksem, według scenariusza Lee, który odniósł sukces, była “Fantastyczna Czwórka“. Gdy ukazał się pierwszy zeszyt serii, Stan Lee miał 39 lat. Także następnym razem, kiedy pomyślicie, że ktoś, kto zbliża się do czterdziestki z pewnością jest nudziarzem, przypomnijcie sobie, że ktoś kiedyś wymyślił Spidermana i X-Menów wchodząc w piątą dekadę swojego życia.

Dave Wyndorf

7092256ff32a627ed0434a54d4cea3ed

Dave Wyndorf to wokalista i lider stoner rockowego Monster Magnet – jednego z moich najulubieńszych zespołów ever. Wyndorf przez lata grał koncerty dla trzydziestu osób, nagrywał demówki, płyty, a przy tym zatrudniał się w różnych prestiżowych miejscach, takich jak stacje benzynowe. Tytuły pierwszych EP-ek Monster Magnet, takie jak “Forget About Life, I’m High on Dope” czy “We’re Stoned, What Are You Gonna Do About It?” są chyba najlepszym świadectwem, że podchodzili do wolnego tempa rozwoju swojej kariery z dużą dozą dystansu i stoickiego spokoju. Może to dlatego mainstreamowy, komercyjny sukces przyniosła im dopiero ich czwarta studyjna płyta zatytułowana “Powertrip“. Wydana w momencie, gdy Dave Wyndorf miał 42 lata.

Samuel L. Jackson

1xRW0_f-thumbnail-100-0

Jak myślicie: ile lat ma Samuel L. Jackson? No, jest już pewnie jakoś po pięćdziesiątce…? You’re motherfuckin’ right, jest po pięćdziesiątce. Bo ma 69 lat. A to oznacza, że kiedy zagrał w “Pulp Fiction” 23 lata temu, chyba swoim pierwszym naprawdę znanym filmie, miał 46 lat. Czterdzieści sześć!

Sixto Rodriguez

top-49-influential-men-sixto-rodriguez-36-1088600-TwoByOne

Faktem jest, że amerykański piosenkarz odniósł pewne sukcesy będąc jeszcze dwudziestokilkulatkiem. Wydał dwie płyty, koncertował nawet w Australii. Ale jego kariera szybko przygasła, a Rodriguez wiódł zwykłe życie człowieka klasy pracującej. Musiał być mocno zaskoczony, gdy w wieku 55 lat odkrył, że z jakiegoś powodu jego popularność w Republice Południowej Afryki porównać można z popularnością Elvisa Presley’a w Stanach. Rodriguez zaczął na nowo koncertować i cieszyć się sławą. Nie wiedział jeszcze wtedy, że czeka go co najmniej jeszcze jedno miłe zaskoczenie. W 2012 roku, gdy piosenkarz miał już lat 70, na ekrany kin wszedł film zatytułowany “Sugar Man” opowiadający jego niesamowitą historię. W ciągu kilku miesięcy po jego premierze, Rodriguez z gwiazdy RPA awansował na gwiazdę formatu światowego.

Także… Następnym razem, gdy stwierdzicie, że jeśli nie osiągnęliście nic spektakularnego przed trzydziestym, albo czterdziestym, albo pięćdziesiątym rokiem życia, przeczytajcie jeszcze raz powyższą listę. Bo – zabrzmi to może jak farmazony trenerów rozwoju osobistego, ale trudno – sukces często przychodzi później, niż się go spodziewamy. I to czy masz 27, 30, 35 czy 50 lat nie ma tu żadnego znaczenia. No, chyba, że chcesz zrobić karierę w sporcie. Tutaj niestety wiek chyba akurat ma znaczenie.