Jak poznałem waszą matkę. Czyli o serialu, którego już nikt nie kocha [SPOILERY]

Niedawno minęło 25 lat od premiery pierwszego odcinka “Przyjaciół“. Mimo, że serial powstał w zupełnie innych czasach, media i internety Anno Domini 2019 hucznie świętowały rocznicę rozpoczęcia opowieści o grupie nowojorskich dwudziestokilkulatków. Nie pomyli się pewnie osoba, która stwierdzi, że gdzieś na świecie właśnie w tej chwili jakaś telewizja emituje “Przyjaciół”. Subskrybenci Netfliksa oglądają ten serial chętniej, niż jego oryginalne produkcje. Tymczasem inny sitcom opowiadający o grupie nowojorskich dwudziestokilkulatków, którego pilot został wyemitowany w 2005 roku, pozostaje niemal zapomniany. Mam na myśli oczywiście “Jak poznałem waszą matkę“. Gdy na początku bieżącego roku seria ta pojawiła się na platformie, poziom entuzjazmu widzów Netfliksa oscylował gdzieś w okolicach zera. Okazało się, że „Jak poznałem waszą matkę” nikt już nie kocha. A szkoda, bo to był bardzo dobry serial.

o-HOW-I-MET-YOUR-MOTHER-facebook.jpg

Nie chcę tutaj porównywać, co takiego mieli “Przyjaciele”, a czego zabrakło “Jak poznałem waszą matkę”, by uzyskać status dzieła kultowego. Przeczytałem kilka artykułów, których autorzy próbują wyjaśnić na czym polega fenomen “Przyjaciół” i niestety, ale każdy z nich ponosi przy tym porażkę. Sam też nie czuję się na siłach, by podjąć się tego zadania. Po prostu chciałbym oddać “Jak poznałem waszą matkę” trochę sprawiedliwości, bo uważam, że serial nie zasłużył na los kurzącego się w lamusie starocia i należy mu się choć odrobina z tego ciepła, jakim obdarzani są „Przyjaciele”. Chciałbym też zastanowić się, co sprawia, że rzeczy, które jeszcze niedawno zdawały się być kolejnym ponadczasowym hiciorem, śledzone przez miliony przed telewizorami (i ekranami laptopów), kilka lat później nie wzbudzają już w publiczności niemal żadnych emocji.

Bo przecież u swego zarania “Jak poznałem waszą matkę” miało być nowymi “Przyjaciółmi”, tyle że dla nieco młodszego pokolenia. Niektórzy powiedzą, że “Jak poznałem waszą matkę” nie powtórzyło sukcesu poprzednika właśnie dlatego, że było jego tanią podróbką. No, bo w końcu to historia grupki należących do klasy średniej białych dwudziesto-, trzydziestolatków mieszkających na Manhattanie. W obydwu serialach ważnymi wątkami są sprawy sercowe bohaterów, nieustannie dyskutowane przy kawiarnianym (bądź barowym) stoliku. W obu serialach występuje klamra w postaci wątku miłosnego między dwojgiem z nich. Co bardziej upierdliwi będą się doszukiwać kolejnych jeszcze elementów wspólnych, jak podobieństwa charakterologiczne pomiędzy Tedem a Rossem albo Joey’emBarney’em.

“Jak poznałem waszą matkę” był serialem, który dopasował się do ducha czasów, w których powstał. Albo inaczej: był serialem, który uchwycił ducha czasów. Mając w okresie emisji serialu dwadzieścia parę lat łatwo było w wielu sytuacjach przedstawionych w serialu dostrzec siebie. Być może to dlatego “Jak poznałem waszą matkę” tak szybko się zestarzało. Czasy, w których miała miejsce akcja przeminęły. Ludzie, którzy wtedy mieli dwadzieścia parę lat, z powodu nieubłaganych praw rządzących naszym wszechświatem, dziś są już starsi. Serial perfekcyjnie dopasował się do zeitgeistu, ale gdy duch czasów zniknął, także i serial popadł w zapomnienie.

Ale “Jak poznałem waszą matkę” jest jednak czymś znacznie więcej, niż zaktualizowaną wersją “Przyjaciół”. Nie będę się zbyt długo rozpisywał nad licznymi oryginalnymi motywami pojawiającymi się w serialu. Podkreślić można jedynie podstawową różnicę w sposobie prowadzenia fabuły. Narratorem “Jak poznałem waszą matkę” jest Ted z przyszłości, opowiadający dzieciom swoją historię w sposób subiektywny i znając jej zakończenie. Stąd nowe elementy: niekonsekwencja narratora; luki w jego pamięci; opowiadanie wydarzeń w nieuporządkowany i niechronologiczny sposób; pokazywanie jak ta sama sytuacja wygląda z perspektywy różnych uczestników wydarzeń. Zresztą sam koncept ojca, który ma tylko opowiedzieć dzieciom, jak poznał ich matkę, a tymczasem przez dziewięć sezonów pobłaża swojej skłonności do pełnego dygresji i anegdotek gawędziarstwa, jest pomysłem oryginalnym. 

HOW I MET YOUR MOTHER

Widać zatem jak na dłoni, że pod względem formalnym “Jak poznałem waszą matkę” wprowadziło wiele innowacji, mówi swoim własnym językiem i nie mam żadnych wątpliwości, że nie jest wtórnymi popłuczynami po “Przyjaciołach”. Ale to nie forma czy powierzchowność stanowią o sile “Jak poznałem waszą matkę”. Dla mnie o wyjątkowości tego serialu świadczy sama opowiadana historia i – coś, co dla wielu jest  jego największą wadą – jego zakończenie.

Tak, zwieńczenie tej historii rozczarowało wielu fanów i to może częściowo wyjaśniać brak nostalgii za “Jak poznałem waszą matkę”. Tyle gadania tylko po to, żeby okazało się, że Ted i tytułowa Matka wcale nie żyli długo i szczęśliwie? Oczywiście, jeśli ktoś zakończywszy oglądanie pierwszego odcinka liczył, że moment, w którym Ted poznał Matkę zostanie pokazany wcześniej, niż w finałowym sezonie, był naiwny. Nieustanne odwlekanie tej chwili momentu służyło przecież utrzymaniu widzów w napięciu, sprawiało, że oglądali dalej. Wyjawienie tożsamości Matki wcześniej, niż w ostatnim akcie tej historii, byłoby dla twórców serialu strzałem w stopę pod każdym względem. Być może rozciągając historię na zbyt wiele odcinków, trzymali fanów w owym napięciu odrobinę za długo, osiągając pewną masę krytyczną i tym samym wprowadzając ich w stan irytacji. Ale nawet to fani byliby w stanie wybaczyć, gdyby zakończenie odpowiadało ich oczekiwaniom.

Ale gdy w końcu Ted Mosby poznaje Matkę i stają się parą, twórcy serialu pozwolili ich związkowi trwać zaledwie dziesięć lat i kończąc go śmiercią Matki. Dla większości widzów takie zakończenie, ciągniętej przecież przez prawie dekadę historii, było zbyt przygnębiające. Twórcy zwodzili nas mirażem happy endu, w którym Ted i mityczna Matka żyją długo i szczęśliwie. Bez żadnych komplikacji. Tymczasem nasz bohater zostaje wdowcem, który odnajduje pocieszenie w ramionach Robin, w której raczej nieszczęśliwie kochał się niemal całe swoje dorosłe życie. Widzowie serialu byli skonfundowani. Zamiast perfekcyjnego happy endu dostali zakończenie co najmniej niejednoznaczne, i finał w najlepszym przypadku słodko-gorzki.

how-i-met-your-mother-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600-v3.jpg

Rozumiem przygnębienie wynikające z rozczarowania tym, że nasze oczekiwania nie zostały spełnione. Więcej, fabuła poszła w kierunku będącym antytezą tych oczekiwań. Ale czy to automatycznie oznacza, że musimy wpadać w depresję? Wszak możemy potraktować cierpienie głównego bohatera jako katharsis. 

Oprócz tego możemy spojrzeć na ból Teda – w końcu mało jest rzeczy tak bolesnych, jak utrata ukochanej osoby, zwłaszcza tak przedwczesna – z innej perspektywy. Dostrzec, że w tym w tym świecie, którego przecież nieodłączną częścią jest cierpienie, jest także wiele jasnych, radosnych momentów i że jest w nim także nadzieja. Ostatecznie te dziesięć lat, które Ted i Matka spędzili razem, jest okresem szczęśliwym. Do jasnych chwil należy także chyba zaliczyć wszystkie szaleństwa, które Ted, Marshall, Lily, Barney i Robin wyprawiali przez te wszystkie lata.

A jednym z motywów przewodnich „Jak poznałem waszą matkę” jest właśnie nadzieja. Ted Mosby – wbrew ponoszonym w sferze sercowej porażkom – cały czas niemal niezłomnie wierzy, że w końcu spotka tę jedyną. I w końcu ją spotyka. Gdy zaś krótka historia miłości Teda i Matki kończy się jej przedwczesną śmiercią, Ted odnajduje pocieszenie w ramionach Robin. Nie jest to zakończenie idealne. Ale jest to zakończenie pokazujące, że zawsze jest jeszcze nadzieja. Że nieważne, co się stanie, nie możemy tracić nadziei. Przynajmniej ja takie przesłanie z „Jak poznałem waszą matkę” wynoszę.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że niewiele osób sobie teraz zinternalizuje nagle moją interpretację “Jak poznałem waszą matkę” i stwierdzi: “Hej, w sumie to zakończenie tego serialu wcale nie jest dołujące, tylko podnoszące na duchu! Czas na jego rehabilitację i netfliksowy binge watching!” Bo w sumie to może powód, dla którego nikt już nie kocha “Jak poznałem waszą matkę” jest jeszcze inny, a ja nawet nie zbliżyłem się do jego wyjaśnienia. No, bo co tak naprawdę sprawia, że coś jest ponadczasowe? Czy ktoś jeszcze pamięta czasy, gdy ludzie masowo zasiadali przed telewizorami, by oglądać “Doktora House’a“? Ile osób powraca do tego serialu dziś, po siedmiu latach? Czy też chodziło o rozczarowujące zakończenie? I czy będziemy pamiętać o serialach oglądanych dzisiaj? Za ile lat zostanie zapomniane “Stranger Things“? A może stanie się klasykiem? A może “Jak poznałem waszą matkę” poczeka na ponowne odkrycie jeszcze kolejne dziesięć czy dwadzieścia lat? Może czeka na moment, w którym poczujemy nostalgię za latami dwutysięcznymi? Cóż, pozostaje nam tylko mieć nadzieję. Jak Ted Mosby.   

Marvel’s The Punisher S01. Czyli Rambo powraca do Ameryki [generalnie bez spoilerów]

To co mi się w postaci Punishera podoba, to prostota jego historii. Mafia zabiła mu rodzinę, więc teraz on zabija mafię. Po prostu opowieść o zemście, w której ci źli wreszcie obrywają tak, jak na to zasłużyli. Wszak Frank Castle jest byłym żołnierzem piechoty morskiej, więc tym razem gangsterzy zadarli z niewłaściwą osobą. Twórcy netfliksowego serialu zaproponowali jednak reinterpretację Punishera. Uwypuklili znaczenie faktu, że Frank Castle jest weteranem wojennym, eksploatując takie wątki, jak choćby zespół stresu pourazowego. To wciąż historia zemsty faceta, który stracił żonę i dzieci, ale także człowieka, który, jak wielu swoich towarzyszy broni, najpierw został wykorzystany przez swój rząd do odwalenia brudnej roboty, a następnie stał się zbędny, a nawet szkodliwy. Dlatego choć Punishera i Johna Rambo dzieli wiele różnic (i łączy jeden wspólny mianownik – ilość trupów ścielących się wokół obydwu panów) – w netfliksowej odsłonie postać grana przez Jona Bernthala znacznie bardziej przypomina bohatera granego przez Sylvestra Stallone’a.

The-Punisher-1-600x416

Oglądając “Punishera” dostałem coś nieco odmiennego od tego, czego się spodziewałem. Nie będzie chyba wielkim spoilerem, jeśli zdradzę, że klasyczna historia Franka Castle’a, czyli brutalne i bezwzględne mordowanie brutalnych i bezwzględnych mafiozów bezpośrednio odpowiedzialnych za śmierć jego rodziny, została przez Netfliksa streszczona w pięciominutowym montażu scen łamania gangusom kości kołami ciężarówki i duszenia zbójów ich własnymi krawatami. Następnie przechodzimy do mrocznego, wypełnionego pustką życia mściciela, który porzucił już swoją, uosobioną przez strój z białą czachą, personę i próbuje resztkę swej marnej egzystencji spędzić wtapiając się w tłum, znikając. Castle, niczym klasyczny campbellowski heros, opiera się wezwaniom ku przygodzie i wypełnieniu swojego przeznaczenia, jakim jest mordowanie kolejnych przestępców, aż do momentu, gdy okazuje się, że już ukarani zabójcy jego żony i dzieci byli zaledwie narzędziem w rękach kogoś znacznie potężniejszego. By za bardzo nie zaspoilerować, powiem tylko tyle, że służby wywiadowcze USA i prane przez nie brudy odgrywają tutaj pełną rolę.

Przyznam, że część mnie jednak żałowała, że Punisher nie będzie po prostu rozwalał w klasyczny komiksowy sposób (przynajmniej w moim rozumieniu klasycznego komiksowego sposobu) tych mafiozów, którzy nadal chodzą w kapeluszach, palą cygara i jedzą spaghetti. Zamiast tego dostałem nieco bourne’owską intrygę i historię o samotnym wojowniku, który oprócz pomsty za rodzinę podejmuje walkę z establishmentem o honor swoich poległych towarzyszy broni i odrzuconych przez społeczeństwo weteranów. Ale część mnie oglądała dalej. Aż w oka mgnieniu obejrzałem cały sezon i zacząłem niecierpliwie sprawdzać, kiedy też zostanie na streamingowej platformie pojawi się kolejny.

Dlaczego? Ponieważ – damn you, Marvel! damn you, Netflix! – ten serial jest tak dobrze zrobiony. I nie chodzi tutaj tylko o dobry scenariusz, grę aktorską, zdjęcia czy ścieżkę dźwiękową. Choć nie widziałem dotąd żadnego marvelowsko-netfliksowskiego serialu, domyślam się, że nie schodzą one poniżej pewnego poziomu, jeśli chodzi o filmowe rzemiosło. Chciałem wiedzieć, co wydarzy się w następnym odcinku nie dlatego, że scenarzyści fundowali mi co chwilę emocjonujące cliffhangery, które – umówmy się – są siłą napędową współczesnej serialozy. Do oglądania kolejnych odcinków popychał mnie fakt, że obchodzili mnie główni bohaterowie. Scenarzystom udało się stworzyć niejednowymiarowe postacie, które wzbudzają w widzu autentyczne emocje. Z jednej strony rozumiemy motywy postępowania Franka Castle’a, jego wspólnika w zemście Davida “Micro” Liebermana czy pochodzącej z Iranu agentki Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Dinah Madani. Z drugiej zaś strony są to postacie na tyle złożone, że nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć ich następny ruch. Czyli, w sumie twórcy “Punishera” zapewniają nam to, co powinna zapewniać nam każda historia, ale bardzo często… no cóż, nie zapewnia nam tego. Nawet czarne charaktery, choć wciąż są – w superbohaterskim, komiksowym stylu – nieco przesadzonymi geniuszami zła, nie są postaciami jednowymiarowymi.

Widz, który sięgnie po Punishera z chęcią oglądania porządnej rozwałki, z pewnością otrzyma jej dużą dawkę, czasami o stopniu brutalności, który zaniepokoiłby nawet Quentina Tarantino. Kto chce dobrego serialu sensacyjnego, na pewno nie będzie rozczarowany, a jednocześnie otrzyma – pomijając już przewijające się wątki wojennej traumy i wyobcowania – chwytającą za serce historię o stracie, rozłące, tęsknocie, rodzinie. Twórcom udało się bowiem przydać całej tej przemocy jakiejś głębi. O ile scenarzyści i reżyserzy nie poświęcili zbyt wiele ekranowego czasu rodzinie Franka (pojawia się ona niemal wyłącznie w impresyjnych obrazach prześladujących sny tytułowego bohatera), to w pewnym sensie dzięki partnerowi Punishera – Micro, zyskujemy wgląd w duszę człowieka, który stracił rodzinę. David Lieberman mógłby być wyłącznie nerdem, stukającym w klawiaturę kompa facetem w fotelu, a jest chyba postacią z całego serialu najbardziej przyciągającą. I pozwalająca zrozumieć także Castle’a. I choć nie uważam, że Punisher – szczególnie w erze masakr dokonywanych przy użyciu broni palnej – powinien być wzorem do naśladowania dla kogokolwiek, to niezależnie od tego, jak go oceniamy, możemy przynajmniej zrozumieć, co tak naprawdę nim kieruje.

Oczywiście podobnych wątków rodzinnych w serii filmów o Johnie Rambo raczej nie uświadczymy. Ale jeśli interpretować Rambo jako opowieść o człowieku przenicowanym na maszynę do zabijania, która obraca się przeciwko swoim twórcom i postanawia wykorzystać jedyny talent jaki posiada, talent do rozwałki, by chronić słabszych, to Punisher w wykonaniu Netfliksa staje się Rambo, który po wieloletniej tułaczce po krajach dalszego i bliższego Wschodu powraca do Ameryki.

Scenarzyści serialu poświęcili wątkowi zespołu stresu pourazowego sporo miejsca, podkreślając, że z powodu wojennej traumy cierpi także sam Frank Castle. To tylko wzmacnia w moim odczuciu jego podobieństwo do Rambo. Ale czy Punisher jest mniej czy bardziej wierny komiksowemu pierwowzorowi, czy jest mniej lub bardziej podobny do innego, jakże charakterystycznego bohatera popkultury, to poświęcony mu serial jest niewątpliwie wart obejrzenia. Choć – to także nie będzie chyba żaden spoiler – cały sezon jest praktycznie zamkniętą historią, niemal wszystkie wątki są w satysfakcjonujący sposób rozwiązane, jestem ciekaw kolejnej serii. Bo interesuje mnie, co stanie się dalej z bohaterami, których polubiłem, choć są dalecy od ideału.