Najfajniejsze filmy 2019 roku [bez spoilerów]

Czas podsumować miniony rok w dziedzinie kinematografii. Przedstawiam zatem subiektywną listę najfajniejszych filmów 2019 roku. Przypominam, że produkcje są wymienione w kolejności chronologicznej. Warto też wspomnieć, że zestawienie obejmuje tylko filmy, które miały swoją premierę w 2019 roku w Polsce. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli nie pojawiła się tutaj na przykład jakaś pozycja nominowana ostatnio do Oscara. Bo być może stało się tak dlatego, że choć w USA miała premierę w 2019 roku, w Polsce pojawiła się dopiero w 2020. I znajdzie się w zestawieniu najfajniejszych filmów roku 2020. A może nie. W każdym razie dosyć już tych disclaimerów – przejdźmy do listy!

Avengers: Koniec Gry (reż. Anthony i Joe Russo)avengers koniec gryDla wielu filmy Marvela są uosobieniem wszystkiego, co złe we współczesnej popkulturze. Wiele z argumentów wysuwanych przeciwko Marvelowi – i będącemu jego właścicielem Disney’owi – nie jest pozbawiona podstaw. W świecie, gdzie najbogatsi i najsilniejsi mają coraz więcej, a mniejsi i słabsi mają coraz mniej, rosnąca dominacja Disney’a powinna wzbudzać niepokój. Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że filmy Marvela to park rozrywki, którego działalność jest ukierunkowana na satysfakcję klientów oraz jak najszybszy i jak największy zysk.

Natomiast nie mogę zgodzić się z argumentem, że ten park rozrywki nie pozwala doświadczyć emocji. Bo – owszem – potrafi wzruszyć. I nie są to wyłącznie wzruszenia tanie. Fakt, że aby naprawdę odczuwać wielkie emocje związane z takimi filmami, jak “Avengers: Koniec Gry“, trzeba wsiąść do marvelowskiej kolejki górskiej na pierwszej stacji i przejechać całą trasę. Prześledzić historie tych wszystkich bohaterów od samego początku. Wtedy dopiero możemy w pełni współodczuwać z naszymi herosami podczas seansu “Avengersów”. Ale też ten giga serial, jakim jest Kinowe Uniwersum Marvela sprawia, że możemy te historie przeżywać często dużo mocniej, niż w przypadku filmów, w których mamy tylko jakieś półtorej, dwie godziny, by poznać bohaterów i się z nimi zaprzyjaźnić.

I dlatego też “Avengers: Koniec gry” znalazło się w tym zestawieniu. Bo to niemal doskonałe zwieńczenie tej dziesięcioletniej przygody, jaką są filmy Marvela. Wiem, że to samo pisałem przy okazji zeszłorocznego “Avengers: Wojna bez granic“. Ale o ile tamten film był zwieńczeniem w sensie połączenia wszystkich wątków w jedną całość, ten jest zwieńczeniem w sensie zakończenia wędrówki głównych bohaterów. Dla mnie szczególnie satysfakcjonujący był finał wątku Steve’a Rogersa. Nie chcę za bardzo spojlerować, więc powiem tylko, że jeśli – tak jak ja – byliście fanami Kapitana Ameryki w wykonaniu Chrisa Evansa, to zakończenie najnowszych “Avengersów” roztopi wasze serca.

“Koniec gry” to właśnie taki dowód na to, że te blockbustery od początku dostarczały wzruszeń, bohaterów, których losami widz mógł się przejmować. I ja się wzruszałem. I przejmowałem. I co z tego, że te filmy to tylko maszyna do produkowania dolarów? Prawda jest taka, że Hollywood nigdy nie było instytucją charytatywną. “Przeminęło z wiatrem“, “Casablanca” czy “Ojciec chrzestny” zostały nakręcone dla pieniędzy. Czy to oznacza, że nie mają artystycznej wartości? Czy to oznacza, że nie wzruszają? No, właśnie.

Spider-Man: Daleko od domu (reż. Jon Watts)spiderman far from homeTak, kolejny film Marvela. Zawiera wszystko za co filmy MCU lubimy. Zachowuje odpowiednie proporcje pomiędzy wartką akcją a potoczystymi dialogami, pomiędzy humorem a powagą. Tom Holland i Jake Gyllenhaal są w tym filmie naprawdę dobrzy. No i jest to po prostu kolejny fantastycznonaukowy, superbohaterski, komiksowy film, więc właściwie czego tu nie lubić?

Ale najbardziej mi się w tym filmie podoba – podobnie jak to było w przypadku jego  poprzednika, „Spider-Man: Homecoming” z 2017 roku – że jest on w gruncie rzeczy po prostu komedią o nastolatkach. Pokazującą nastolatków w sposób, który taki, znajdujący się w czwartej dekadzie swojego życia, stary pierdziel, jak ja, może uznać za realistyczny.

A więc obok wątku opowiadającego o tym, że pojawia się kolejny superłotr i Spider-Man musi przed nim uratować świat, pojawia się wątek miłosny pomiędzy Peterem Parkerem a MJ. Jak na nastolatków przystało, są w tym swoim romantycznym wątku nieco niezdarni, zupełnie jakby dopiero poznawali zasady gry, jakby dopiero się tego uczyli.

Zwykle filmy i telewizja pokazują związki i relacje damsko-męskie, w taki sposób, że trudno zapomnieć o tym, że za wszystkim stoją scenarzyści, czytający w myślach bohaterów i dobrze wiedzący, co się zaraz wydarzy. Dialogi brzmią jak wyreżyserowane; pierwsza randka i pierwszy pocałunek odbywają się według starannie zaplanowanej choreografii. A w “Spider-Man: Daleko od domu” wszystko to wygląda tak niezręcznie, nieporadnie. Tak naturalnie. Poza tym wątek romantyczny nie jest tylko jakimś dodatkiem, umieszczonym w filmie po to, by wynagrodzić dziewczynom to, że poszły na film superbohaterski, by dotrzymać towarzystwa swoim chłopakom. Jest on integralnym elementem fabuły, wręcz osią konfliktu.

A poza tym wcielająca się w rolę MJ Zendaya jest w tej roli absolutnie perfekcyjna. Czy można prosić o coś więcej? Można. Tylko po co?

Yesterday (reż. Danny Boyle)yesterdayTen film stał mi się bliski już przy pierwszym obejrzeniu. Jack Malik (Himesh Patel) jest młodym, ale nie tak znowu bardzo młodym, próbującym się przebić, muzykiem. Mimo prób i wsparcia ze strony przyjaciół, ze swoją menadżerką Ellie (w tej roli Lily James, której obecność jest zawsze mile widziana) na czele, to przebijanie się słabo mu idzie. Brzmi znajomo? Dla mnie tak. “Yesterday” to obraz poruszający kwestie eksplorowane już od czasów Herodota. Czy ważniejsze jest osobiste, doczesne szczęście, czy nieśmiertelność osiągnięta poprzez zdobycie sławy? Czy można mieć szczęście i w kartach, i w miłości? Są to pytania ponadczasowe i czyż można byłoby wybrać do nich lepszy soundtrack, niż piosenki najsłynniejszego zespołu wszech czasów?

Patrząc w ten sposób, “Yesterday” można zaliczyć do tej samej kategorii, co “AmadeuszaMiloša Formana, który jest jednym z moich ulubionych filmów muzycznych. Obydwa filmy poruszają te same tematy, zresztą w produkcji Danny’ego Boyle’a znajdziecie scenę, która w absolutnie perfekcyjny sposób nawiązuje do obrazu Formana. Ale w odróżnieniu od dość mrocznego “Amadeusza”, “Yesterday” to lekka komedia romantyczna. W końcu scenariusz napisał Richard Curtis – jeśli słyszeliście o takich filmach, jak “Cztery wesela i pogrzeb“, “Notting Hill” i “Dziennik Bridget Jones” – to znaczy, że słyszeliście też o Richardzie Curtisie, który jest cichym sprawcą sukcesu tych filmów. Komedia, która rozśmieszy nie tylko walczących o sławę muzyków. I wzruszy nie tylko fanów Beatlesów, których piosenki są osią fabularną filmu.

Może dla niektórych ta produkcja będzie tylko pustą wydmuszką. Ja jednak myślę, że to jeden z tych filmów z sercem. Ciepła historia, która sprawi, że poczujecie się – jak to się teraz mówi – wholesome. Istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że może sprawi, że spróbujecie stać się lepszymi ludźmi.

Pewnego razu… w Hollywood (reż. Quentin Tarantino)once upon a time in hollywoodW dziewiątym już filmie, który wyscenariuszował i wyreżyserował, Quentin Tarantino robi to, co zawsze. Bawi się konwencjami, mitami popkultury i fabularnymi tropami. Kicz i tandetę przeobraża w sztukę wysoką, której przyklaskują nawet najbardziej snobistyczni krytycy. Przywraca blask zapomnianym aktorom obsadzając ich w rolach spoza szufladki, w jakiej zostali umieszczeni. Topowym aktorom, którzy – jak mogło by się wydawać – osiągnęli już wszystko, daje materiał, który jest dla nich wyzwaniem. Wreszcie, umieszcza w swoich filmach te wszystkie easter eggi i meta-nawiązania, no i – last not least – estetyzuje brutalną przemoc.

Tarantino tworzy ten swój kinematograficzny misz-masz z charakterystyczną dla siebie precyzją i kunsztem. To właśnie one pozwalają mu uniknąć katastrofalnego burdelu, jakim stałyby się jego szalone pomysły w rękach kogokolwiek innego. W “Pewnego razu… w Hollywood” Amerykanin po raz kolejny spaceruje po wąskim gzymsie dzielącym dach geniuszu od trzystumetrowej przepaści szmirowatości. I udaje mu się z niego nie ześlizgnąć.

Ale tak naprawdę nie dlatego najnowszy film Tarantino znalazł się na mojej liście. A przynajmniej nie tylko dlatego. “Pewnego razu… w Hollywood” to przede wszystkim po prostu świetna rozrywka. Bo kino ma przede wszystkim bawić i Tarantino to rozumie, jak mało kto. Zupełnie, jak w tym wywiadzie w telewizji śniadaniowej, w którym oskarżany, że przemoc w jego filmach inspiruje ludzi do używania przemocy w prawdziwym życiu i indagowany dlaczego w ogóle jest jej tyle w jego filmach, reżyser w końcu wybucha, krzycząc: because it’s so much fun, Jan, get it!

Ślicznotki (reż. Lorene Scafaria)hustlersBądźmy szczerzy, scena przedstawiająca tańczącą na rurze Jennifer Lopez jest sztuką samą w sobie. Zresztą i pozostałe sceny przedstawiające występy striptizerek są zrobione naprawdę wspaniale – choreografia, światło, montaż, udźwiękowienie – wszystko jest tutaj dopracowane w najmniejszym szczególe. Dodatkową przyjemnością jest oczywiście także oglądanie, jak te piękne tancerki odurzają, a następnie okradają banksterów i macherów giełdowych z Wall Street, odpowiedzialnych za finansowy krach z 2008 roku. I to już wystarczyło by za satysfakcjonujące przeżycie, warte pieniędzy wydanych na bilet do kina.

Ślicznotki” mogłoby być po prostu wykwintną ucztą dla oka. Ale oprócz tego jest to po prostu dobra historia. Z jednej strony prosta, klasyczna opowieść o hybris, drodze na sam szczyt i bolesnym upadku. Z drugiej strony fabuła pełna niejednowymiarowych postaci, często operujących w moralnej szarej strefie. Obraz skłania do zadawania istotnych pytań i bynajmniej nie podsuwa prostych odpowiedzi. Ale czy tytułowym “Ślicznotkom” bliżej do okradającego wyzyskiwaczy i rozdającego uciśnionym Robina Hooda czy do pozbawionych kręgosłupa moralnego antybohaterów filmów Martina Scorsese? Musicie chyba zdecydować sami, po obejrzeniu filmu.

Joker (reż. Todd Phillips)jokerByłem sceptycznie nastawiony do tego filmu. Historie, w których protagonistą jest czarny charakter, niespecjalnie do mnie przemawiają. Pewnie – literatura, kino i popkultura są pełne łotrów niepozbawionych uroku, a czasem nawet wzbudzających sympatię – ale dla mnie czarny charakter musi jednak funkcjonować w relacji do bohatera pozytywnego, choćby mniej charyzmatycznego.

A jednak “JokerTodda Phillipsa jest tak dobry, że byłem w stanie na dwie godziny zaangażować swoją uwagę i emocje w losy jednego z najsłynniejszych komiksowo-ekranowych villainów. A może inaczej: Joker Joaquina Phoenixa jest tak dobry, że byłem w stanie zaangażować uwagę i emocje w jego losy. Bądźmy szczerzy, brawurowa gra Phoenixa wywindowała ten film na wyższy poziom. Choć oczywiście nawet najgenialniejszy aktor musi mieć z czym pracować. Wiele rzeczy w tym filmie zasługuje na pochwałę: obsada, scenariusz, zdjęcia, montaż, muzyka. Ale nie da się ukryć, że pierwsze skrzypce w tej orkiestrze gra Phoenix.

Film wzbudził wiele kontrowersji, mniej i bardziej absurdalnych. Zarzutem, który można “Jokerowi” postawić, jest przedstawianie postaci maniakalnego mordercy w sposób budzący współczucie, co może przez niektórych być interpretowane jako usprawiedliwianie jego działań. Ale wyjaśnianie to jednak nie to samo, co ich usprawiedliwianie. To tak jakby pokazać trudne dzieciństwo głównego bohatera w filmie biograficznym o Hitlerze i uznać to za usprawiedliwienie czy gloryfikowanie Holokaustu.

Innym problem jej motyw często powracający w przypadku łotrów z uniwersum Batmana. Zwłaszcza w filmowych adaptacjach jego oponenci to osoby dotknięte zaburzeniami bądź chorobami psychicznymi. Problem chorób psychicznych często był w nich przedstawiany w sposób przerysowany i zdeformowany. Ostatnio przeciwko komiksom i filmom z uniwersum DC – chyba słusznie – wysunięto oskarżenia o mental illness shaming. Zarzut shamingu można by też na upartego postawić najnowszemu filmowi o Jokerze. Ale chyba jednak bardziej należy tę produkcję czytać jako zwrócenie uwagi na problem pomocy osobom zmagającymi się z problemami psychicznymi i to, że można im pomagać inaczej, niż tylko izolując od społeczeństwa w przeuroczych instytucjach w rodzaju Arkham Asylum. I to zwrócenie uwagi na ważny i aktualny problem należy chyba docenić.

To oczywiście nie oznacza od razu, że uważam “Jokera” za obraz niosący jakiś niesamowicie ważny moralny przekaz. Owszem, uważam, że ten film trochę udaje, że jest bardziej głęboki, niż jest naprawdę. Umówmy się, nieważne, jak porywająca będzie gra Joaquina Phoenixa, to “Joker” raczej “Skazanymi na Shawshank” czy “Wszystko za życie” nie jest. Produkcja ta nie musi być też przecież jakoś szczególnie głęboka. Ale nie jest też pozbawioną treści papką. To po prostu bardzo dobry film. Ciężki, brutalny, mroczny, ale dobry.

Na noże (reż. Rian Johnson)na nożeDo tego obrazu podszedłem ze pewną dozą sceptycyzmu. W końcu to film nakręcony przez Riana Johnsona, który napisał i wyreżyserował ósmą część “Gwiezdnych wojen”. I który – według mojej najlepszej wiedzy – jest osobiście odpowiedzialny za większość wprowadzonych do “The Last Jedi” złych pomysłów. Z drugiej strony Johnson zebrał do “Na noże” naprawdę doborową obsadę, złożoną z lubianych przeze mnie aktorów. A potem zebrał same dobre recenzje. Także nie nastawiałem się na to, że to będzie arcydzieło, ale też nie spodziewałem się totalnej chały.

Po wizycie w kinie muszę jednak przyznać, że jestem daleki, by nazwać ten film gniotem. Nie chcąc zdradzać zbyt dużo szczegółów fabuły – wszak “Na noże” to zagadka kryminalna – mogę powiedzieć, że znajdziemy w tym filmie wiele scenariuszowych zabiegów, które Johnson zastosował w “Gwiezdnych wojnach”. Reżyser gra z oczekiwaniami widzów i fabularnymi toposami. Ale w przeciwieństwie do “The Last Jedi”, tym razem owocem tych zabiegów jest inteligentny, angażujący, rozrywkowy i zabawny film. A nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to film mądry.

Chyba najlepszą rekomendacją dla tej produkcji będzie to, że zrehabilitowała ona w moich oczach Riana Johnsona. Bo nie ukrywajmy, gwiazdorska obsada – która w tym filmie odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty – to nie wszystko. A scenariusz i reżyseria – za obie odpowiada Johnson – odgrywają w tym obrazie kluczową rolę.

Dwóch papieży (reż. Fernando Meirelles)dwóch papieżyDwóch papieży” to kolejny film podejmujący grę z oczekiwaniami widzów. I to w dobrym sensie tego sformułowania. Bo spodziewałem się, że będzie to coś pomiędzy laurką dla papieża Franciszka (którego wyznający raczej liberalne poglądy producenci Netfliksa darzą zapewne większą sympatią, niż Benedykta XVI) a lekką komedią o starciu dwóch starszych księży, z których jeden jest konserwatystą, a drugi postępowcem i wynikających ze światopoglądowych różnic między nimi komicznych sytuacjach. A – choć w filmie znalazło się sporo elementów humorystycznych (i to całkiem zabawnych) – „Dwóch papieży” okazało się być obrazem znacznie poważniejszym, niż sądziłem.

Nie stroniąc od trudnych tematów, jest to wciąż podnoszący na duchu film o wybaczaniu (także sobie), wierze (także w siebie) i o tym, że nigdy nie jest za późno na to, by zacząć zmieniać świat (i siebie). Pal sześć, że historia ta ma zapewne niewiele wspólnego z rzeczywistością, a stosunki między Bergoglio a Ratzingerem są o wiele chłodniejsze, niż maluje to netfliksowa produkcja. Wciąż warto zobaczyć ten film i poznać tę historię.

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (reż. J.J. Abrams)star wars rise of skywalkerO “Gwiezdnych wojnach” mógłbym oczywiście pisać długaśne eseje, udowadniające światu moją mądrość i inteligencję, wiarygodność jako fana franczyzy i generalnie wyższość mojej racji nad racjami innych. Mógłbym po raz kolejny rozbierać je na części pierwsze i szukać dziury w całym. Ale zamiast tego wolę się nimi po prostu cieszyć. Więc napiszę krótko.

Nie obchodzą mnie złe recenzje i internetowe dyskusje. Nieważne, co sądzę o poprzednich odsłonach sagi. Nieważne czy ten film wprowadził coś nowego i oryginalnego, czy bazował tylko na nostalgii i recyklingu starych pomysłów. Dla mnie “Skywalker. Odrodzenie” miał idealną zawartość “Gwiezdnych wojen” w “Gwiezdnych wojnach”. Film J.J. Abramsa dostarczył mi tych doznań, jakich nie są w stanie dostarczyć inne – lepsze lub gorsze – franczyzy. Dostarczył mi tego, czego oczekiwałem. A od tej sagi oczekuję tylko jednego – magii. A “Skywalker. Odrodzenie” sprawił, że tę magię poczułem.