Rock and roll will never die. Czyli o płycie Penny Dreadful zespołu Spitfish

spitfish

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem i usłyszałem zespół Spitfish, pomyślałem sobie: polski Ghost! Skojarzenie to wywołał zarówno fakt ukrywania przez członków bandu swoich twarzy przed publicznością (a przynajmniej przed internetami), jak i to, że zarówno cały wizerunek, jak i muzyka grupy są zbudowane wokół dość jasno zdefiniowanego konceptu. Ale czekajcie! Nie myślcie bynajmniej, że Spitfish to po prostu chamska zrzynka z innego będącego aktualnie na topie zespołu czy jakaś tam polska odpowiedź na “Szybkich i wściekłych”! Trójmiejskie trio udowadnia bowiem, że ma swój własny głos i pomysł na siebie.

Tam gdzie szwedzki Ghost inspiruje się gotykiem, barokiem i satanistycznym okultyzmem, ich brzmieniowo znacznie ostrzejszy (tak!) sąsiad z przeciwnego brzegu Bałtyku zdaje się bardziej czerpać z XIX-wiecznej powieści grozy i oldschoolowych czarno-białych horrorów. Wskazuje na to wizerunek grupy, konsekwentnie budowany przez okładkę płyty, grafiki publikowane w social mediach czy teksty piosenek. Jednak wbrew temu, czego można by się obawiać, pod względem muzycznym “Penny Dreadful” nie jest tylko owiniętą w ładne opakowanie nijaką papką. Gotując swoją debiutancką płytę, panowie ze Spitfish wrzucili do kotła ilość składników wystarczającą, by nie zanudzić słuchaczy powtarzaniem w kółko tych samych rozwiązań, a jednocześnie na tyle niewielką, by zachować wyrazisty styl, ochrzczony przez samych muzyków mianem rock noir. Znajdziemy więc na “Penny Dreadful” sporo punkowej prostoty spod znaku Ramones, hard rockowego kopa, ciężar i brud w stylu Monster Magnet, intro przywodzące na myśl mroczny synthwave czy wokal w stylu najntisowego grandżu. A po środku tego wszystkiego cover “Hey Hey, My My (Into The Black)Neila Younga ze słynnym wersem “rock and roll will never die”.

Umieszczenie bardzo swobodnej (może nawet zagranej nieco ironicznie, z przymrużeniem oka) interpretacji tego numeru to krok śmiały, ale i przy tym przebiegły. Słuchaczy, którzy sięgnęli po “Penny Dreadful”, nawet jeśli nie pokochali pozostałych sześciu kompozycji od pierwszego usłyszenia, cover Neila Younga zaintryguje i przekona do ponownego przesłuchania całego albumu. Kawałek ten jest też ukłonem wobec bardziej konserwatywnych słuchaczy, dla których rock skończył się w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych. Bo mimo wielu klasycznych inspiracji, Spitfish to muzyka nowoczesna, nie żerująca jedynie na nostalgii za minionym złotym wiekiem rock and rolla.

Moją sympatię wzbudzają także – na tyle, na ile byłem w stanie je zgłębić – kulisy powstania zespołu Spifish. Mamy tutaj do czynienia z projektem muzycznym, za którym stoi wizja i marzenie jednej osoby – wokalisty i basisty Dawida Zwolana. Skomponował on sporą część materiału, która znalazła się na “Penny Dreadful”. Następnie nagrał w swoim domowym studio kilka demówek, które mógł zaprezentować gitarzystom i perkusistom zainteresowanym dołączeniem do zespołu. Odnalazłszy odpowiednich ludzi, zaczął koncertować i przystąpił do rejestracji finalnego materiału. Lubię się z takimi marzycielami/wizjonerami identyfikować, bo przecież mój zespół i jego debiutancki album powstał w podobny sposób i w podobnych okolicznościach.

Przy tym wszystkim szkoda jedynie, że produkcja i brzmienie “Penny Dreadful” nie dorównuje jej poziomowi artystycznemu. Słuchając kawałków Spitfish, mam świadomość, że na żywo ci goście spuszczają publiczności prawdziwe lanie. Tylko mam wrażenie, że nagranie nie jest w stanie tej energii uchwycić i w całości przekazać słuchaczowi. W którymś miejscu na linii muzycy-nagranie-słuchacz część wpierdolu gdzieś bezpowrotnie ulatuje. Ja wiem, że ta energia tam jest, szczególnie perkusista gra naprawdę ciekawe rzeczy, ale płyta jest zrealizowana tak, że słuchając jej tego kopa po prostu czuję mniej, niż poczułbym go słuchając zespołu na żywo.

Niemniej, Spitfish warto sprawdzić. Warto dać “Penny Dreadful” więcej, niż jedną szansę. Ostatecznie przecież chłopaki mówią wprost, że rock and roll nie umrze. I ja – słuchając ich debiutu – wierzę im nie tylko na słowo.

[FILMY, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁEM W KINIE I TERAZ ŻAŁUJĘ] Sing Street

sing street

Sing Street to film, w którym szara rzeczywistość przeplata się z kolorową fantazją. Akcja toczy się w pogrążonej w kryzysie ekonomicznym lat osiemdziesiątych Irlandii. Główny bohater, nastoletni Conor, zmaga się z szorstkimi realiami: rozpadem małżeństwa rodziców i zmianą szkoły. Z prowincjonalnej dziury, jaką jest zdaniem Conora jego rodzinny Dublin, można zobaczyć lepszy świat jedynie przez okno pod postacią telewizyjnego programu prezentującego nowości muzyczne z USA i odległej o zaledwie 100 kilometrów, a jednak jakby baśniowej Ziemi Obiecanej – Wielkiej Brytanii. Kiedy jednak Conor spotyka i od pierwszego wejrzenia zakochuje się w ślicznej Raphinie, ten szary świat nagle nabiera kolorów.

W chwili spotkania z nieznajomą, chłopak trzeźwo uświadamia sobie, że taki przeciętniak, jak on nie ma szans u takiej piękności, jak Raphina. Na poczekaniu więc wymyśla ściemę o tym, że ma zespół i właśnie szuka modelki, która mogłaby wystąpić w teledysku. Dziewczyna prosi, by przyniósł jej taśmę demo, a wtedy rozważy udział w projekcie. Jeśli więc Conor naprawdę chce zdobyć względy Raphiny, musi w tempie ekspresowym sprawić, by zmyślona kapela stała się prawdziwa. Z pomocą kilku szkolnych wyrzutków kompletuje skład, którego zostaje frontmanem. Jakimś cudem udaje im się skomponować utwór, nagrać demo i sprawić, że Raphina pojawia się na planie ich niskobudżetowego teledysku.

Prawdopodobieństwo tego scenariusza jest oczywiście równie niskie, jak wysoki był dług publiczny Irlandii w 1985 roku. To jednak nie zaprząta uwagi twórcy filmu Johna Carney’a i zapewniam, że nie będzie zaprzątało Waszej, jeśli zdecydujecie się obejrzeć tę produkcję. Fabuła nie jest tutaj aż taka ważna, jak muzyka. Ta bowiem odgrywa w filmach Carney’a (jak choćby w nagrodzonym Oscarem “Once” z 2006 roku) rolę absolutnie pierwszoplanową. “Sing Street” to hołd złożony muzyce. Film, który pokazuje, jak nadaje ona koloru szarej rzeczywistości. Że może okazać się sposobem na zdobycie serca ukochanej. Ucieczką od codziennych problemów.

Carney w perfekcyjny sposób zaciera granicę między rzeczywistością a wyobrażeniami nastoletniego chłopaka. W zasadzie nie wiemy, w którym momencie brzdąkanie kilku amatorów w piwnicy zmienia się w doskonale zaaranżowany, wykonany i wyprodukowany utwór. Nie wiemy, w którym momencie fabuła filmu zmienia się fabułę teledysku. “Sing Street” nie jest bynajmniej historią przesłodzoną. W beczce miodu fantazji nastolatka, wyobrażającego sobie, że jest Joe Strummerem czy Robertem Smithem pływa co najmniej kilka łyżek dziegciu: w domu jest świadkiem gorzkich kłótni swoich rodziców i pogłębiającej się frustracji przegranego na samym starcie starszego brata, w szkole jest gnębiony zarówno przez silniejszych kolegów, jak i dyrektora. Nie wierzę jednak, że ktokolwiek po obejrzeniu “Sing Street” poczuje przygnębienie. Ten obraz raczej rozgrzeje Wasze serca pokazując, że nawet jeśli muzyka nie jest w stanie naprawić przytłaczającej rzeczywistości, to z pewnością pozwala od niej uciec, choćby na chwilę. I udowadnia, że nieważne, jak postrzegają Cię inni, ale jak sam siebie postrzegasz, że jesteś takim, jakim sam się stworzysz.

A jeśli wizja reżysera, fabuła, zdjęcia, aktorzy nie przekonają Was do tego obrazu, to zrobi to właśnie ścieżka dźwiękowa. Promujący film singiel “Drive It Like You Stole It” spokojnie mógłby pójść w ślady “Falling Slowly” nagranego na potrzeby “Once” i zdobyć Oscara. Tymczasem nie został nawet nominowany. Podobno stało się tak dlatego, że twórcy i dystrybutorzy “Sing Street” nie zadbali o jego promocję, także wśród członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo i w Polsce dało się zobaczyć film jedynie w kinach studyjnych. Szkoda, bo “Sing Street” ma wszystko to, co sprawiło, że “Once” stało się produkcją kultową i również mogłoby osiągnąć ten status, zwłaszcza, że jest obrazem chyba bardziej optymistycznym i radosnym, niż piękne, ale melancholijne “Once”. W każdym razie ja nie dołożyłem wystarczających starań, by film zobaczyć w kinie. I teraz żałuję.

 

Solo: A Star Wars Story. Czyli o błogosławieństwie niewiedzy [SPOILERY]

“Solo” to film, który reklamowano jako opowieść o tym “jak Han Solo stał się cwaniaczkiem, na którego Luke Skywalker i Obi-Wan Kenobi natknęli się w kantynie w pierwszych “Gwiezdnych Wojnach” z 1977 roku”. Oglądając ten film, zastanawiałem się, czy naprawdę, rzeczywiście muszę to wiedzieć? Czy muszę zobaczyć na własne oczy, jak Han poznał Chewbaccę? Czy muszę wiedzieć, jak przebył drogę na Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków? I czy naprawdę to zrobił, czy nie jest to tylko przechwałka?

solo 1

Niemal zawsze, kiedy udajemy się do kina, to widzianemu przez nas obrazowi towarzyszą nieobecne na ekranie postacie, światy i historie. Tworzą tło, w którym żyją nasi bohaterowie i w którym dzieje się opowiadana przez film fabuła. Fascynujące i wywołujące pytania, na które często nie otrzymujemy odpowiedzi. Te poboczne wątki, zaprzeszłe wydarzenia, nieodwiedzone miejsca, niewyjaśnione zagadki to tlen, którym oddycha oglądana przez nas historia. Kiedy się to wszystko rozłoży na części pierwsze, to taka jest przede wszystkim ich funkcja – są życiodajną substancją służącą stwarzaniu głębi głównych bohaterów i popychaniu fabuły naprzód. A jednak, mimo swej często wyłącznie służebnej natury, fascynują nas same w sobie. Chcemy dowiedzieć się o nich więcej. A kiedy już je poznajemy, jesteśmy rozczarowani. Bo przecież gdzieś z tyłu naszych głów wyobraźnia mniej lub bardziej wyraźnie wizualizowała te wydarzenia, te wątki. A to jak zostały przedstawione nie jest zgodne z naszą imaginacją czy równie dobre, co ona. Albo po prostu aura tajemniczości i niedopowiedzeń sprawiała, że były bardziej atrakcyjne, bo najbardziej podoba nam się to, czego nie widać. Więc czy gdy zobaczymy na własne oczy coś, co – często przez lata – fascynowało nas swoją tajemnicą, to zawsze skazani jesteśmy na rozczarowanie? Może po prostu wolimy gonić króliczka, niż go złowić?

Zanim przejdę do dalszej części moich dumań i rozważań – choć to chyba oczywiste – chciałbym zaznaczyć, że oprócz “Solo”, będę spoilerował także inne długometrażowe filmy z uniwersum “Star Wars”.

Wróćmy na chwilę do roku 1977, kiedy to wszedł na ekrany film zatytułowany “Gwiezdne Wojny” i rozbił bank. Szczerze mówiąc, to rozbił wszystkie możliwe banki w mieście. Był to film, który – wydaje mi się konieczne zaznaczenie tego – był sam w sobie skończoną całością. Jasne, zakończenie jest na tyle otwarte, że stwarzało możliwość kontynuowania historii, ale jednocześnie na tyle konkluzywne, że cała “saga” mogłaby zostać zamknięta tym jednym filmem. Niezależnie czy kręcąc “Star Wars”, George Lucas już miał w głowie te wszystkie pomysły, że Darth Vader jest ojcem Luke’a Skywalkera, czy też nie – w momencie zakończenia zdjęć do filmu, nakręcenie jakiegokolwiek sequelu stało pod wielkim, tłustym znakiem zapytania. Lucas był wówczas przekonany, że film okaże się totalną klapą, o czym świadczy fakt, że nie pojawił się nawet na oficjalnej premierze filmu. Dopiero wkrótce po niej, okazało się, że “Nowa nadzieja” (choć tej nazwy nikt jeszcze nie używał, została ona nadana filmowi później) to żyła złota, a zatem warto kontynuować tę historię na ekranie. Zmierzam do tego, że w latach siedemdziesiątych myślenie kategoriami budowania współdzielonego uniwersum było zdecydowanie mniej oczywiste, niż dzisiaj. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza komiksami superbohaterskimi, jedynym precedensem dla Star Wars expanded universe w tej sferze był chyba wysyp fan fiction zainspirowanego serialem Star Trek.

W każdym razie, kiedy Han chwali się, że jego Sokół Millenium przebył drogę do Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków, to był po prostu sposób scenarzysty, by przekazać widzom, że a) Millenium Falcon jest raczej szybkim środkiem transportu b) albo tak przynajmniej uważa jego właściciel, cwaniaczkowaty zarozumialec. Całe to wydarzenie miało służyć budowaniu postaci granej przez Harrisona Forda. Nikt nie stwarzał tutaj żadnej szczególnie głębokiej mitologii. Zbudowali ją fani przez dekady fascynacji “Gwiezdymi wojnami” i każdym ich detalem. Teraz przyszedł czas, by film “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” (powinna powstać jakaś spec-jednostka policji do zwalczania zbrodni przeciwko językowi polskiemu, jakimi są dokonywane przez dystrybutorów przekłady tytułów filmów) pokazał każdy z mitów, którymi Han Solo obrósł przez wszystkie filmy sagi. Oglądając drogę na Kessel czy też moment, w którym Lando przestał być właścicielem Sokoła Millenium, a stał się nim Han, nie czułem rozczarowania czy oburzenia sposobem, w jaki zostało to przedstawione. Pewnie dlatego, że nie miałem wobec tych właśnie wydarzeń jakichś szczególnych oczekiwań. Scenę pokazująca, jak Han i Chewie zostali przyjaciółmi uważam za dowcipną i uroczą, niby nic zaskakującego, a jednak fajny moment. Scenę nadania głównemu bohaterowi nazwiska przez imperialnego urzędasa z litości zmilczę, wszak to zaledwie mały detalik. Jeśli coś zadziałało w odczuwalnym stopniu na moje emocje, to wątek który akurat nie był sygnalizowany w żadnej z dotychczas nakręconych części sagi (zaznaczam, że cały czas odwołuję się do długometrażowych filmów, nie do książek, komiksów czy seriali animowanych). Mam tu na myśli dziewczynę Hana – graną przez Emilię Clarke postać imieniem Qi’ra. Nie żebym się spodziewał, że Leia była pierwszą przedstawicielką płci pięknej, z którą Solo miał kiedykolwiek do czynienia. Jednak wyobrażałem sobie, że wcześniejsze kontakty Hana z kobietami były raczej powierzchowne i przelotne. Wiecie, to raczej gość, który po wspólnie spędzonej nocy nie oddzwania, by umówić się na kolejną randkę. Tymczasem okazuje się, że nie tylko miał dziewczynę, ale także, że bardzo ją kochał. Bez kitu, on spędził trzy lata nie myśląc o niczym innym, jak tylko o tym, żeby po nią wrócić i ją uwolnić.

I to naprawdę piękne z jego strony. Tylko, że w tym świetle nagle związek Hana z Leią traci na wyjątkowości. Chyba jednak wolałem myśleć, że to właśnie ona była tą jedyną, prawdziwą miłością Hana. Że tylko ona była w stanie rozmiękczyć serce tego cynicznego drania. Przez wydarzenia z “Solo”, teraz jakoś wydarzenia “Nowej nadziei”, “Imperium Kontratakuje“, “Powrotu Jedi” czy “Przebudzenia mocy” tracą jednak trochę na emocjonalnej wadze. No, ale to tylko moje wyobrażenia. Istniejąca zapewne tylko i wyłącznie w mojej głowie opowieść została zdemitologizowana. Ale przecież “Solo” to nie pierwszy gwiezdnowojenny film, w którym odarto różne wątki z płaszczyku tajemnicy. Wszak uczyniły to już blisko dwie dekady temu prequele.

W oryginalnej trylogii mieliśmy do czynienia z wieloma wzmiankami, które pobudzały ciekawość wielu widzów. Co to właściwie były wojny klonów? Kim byli rycerze Jedi i jak właściwie wyglądała Galaktyczna Republika, zanim władzę przejął Imperator? I kim właściwie jest ten Imperator? No i chyba najważniejszy wątek. Jak Anakin Skywalker stał się Lordem Vaderem i dlaczego musi nosić tą za-je-bi-stą zbroję i ten za-je-bis-ty hełm? Ja sam rozpocząłem swoją przygodę z “Gwiezdnymi Wojnami” właśnie od prequeli, dlatego nie wiem, co czuli ludzie, którzy widzieli oryginalną trylogię w przeddzień premiery “Mrocznego Widma“. Ale sądzę, że musieli sobie myśleć coś w stylu: “niedługo zobaczymy Galaktyczną Republikę, w której miecze świetlne są równie często spotykane, co rewolwery na Dzikim Zachodzie; zobaczymy słynny pojedynek Anakina i Obi-Wana – ale to będzie badassowe”! No, cóż… jak wyszło, każdy widział… Miliony widzów opuściły sale kinowe rozczarowane, rozgoryczone i zwyczajnie wściekłe – to na to czekali dwie dekady? I teraz pytanie: czy gdyby prequele nie były po prostu tak złe same w sobie; gdyby George Lucas pozwolił komuś przejrzeć swój scenariusz, zanim ruszyły zdjęcia; gdyby nie poszedł na całość z green screenami i stworzył lepsze efekty specjalne; gdyby gra aktorska była mniej drewniana; gdyby nie było Jar Jar Binksamidi-chlorianów – czy bylibyśmy zadowoleni? Czy dobrze pokazana ścieżka Anakina ku ciemnej stronie Mocy nadal byłaby rozczarowująca, bo już pozbawiona nimbu tajemniczości? Czy dobrze nakręcona scena, w której Anakin ulega poparzeniom, które zmuszają go do przywdziania zbroi, sprostałaby zbudowanym przez blisko trzydzieści lat oczekiwaniom? Czy gdyby trylogię prequeli nakręcił np. Chrisopher Nolan, to byłyby to dobre filmy, czy też nadal bylibyśmy niezadowoleni, tylko i wyłącznie dlatego, że odkryto przed nami coś, co nigdy nie powinno zostać odkryte i istnieć tylko w naszej wyobraźni? Nie dowiemy się chyba nigdy.

Bo prawda jest taka, że mamy tutaj chyba po prostu do czynienia z syndromem koca. Kiedy podciągniesz go pod szyję – marzną ci stopy. Gdy przykryjesz stopy – marznie ci szyja. W latach dwutysięcznych, gdy tryumfy popularności świecił serial “Zagubieni“, ten paradoks mogliśmy podziwiać w całej jego okazałości. “Lost” był pierwszym serialem masowo komentowanym i analizowanym przez internautów. Co więcej – jego twórcy byli z fanami w stałym kontakcie. Istniały fora i podcasty poświęcone serialowi, więc showrunnerzy doskonale znali reakcje na kolejne odsłony przygód rozbitków. W “Zagubionych” z odcinka na odcinek pojawiały się kolejne fascynujące tajemnice. Jednak z sezonu na sezon, odpowiedzi na mnożące się nurtujące widzów pytania zdawały się w ogóle nie pojawiać. Co spotykało się z coraz większym zniecierpliwieniem fanów serialu. Domagali się wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi. Jednak gdy scenarzyści “Zagubionych” zaczęli w ostatnich sezonach wyjaśniać zagadki i zdradzać coraz więcej sekretów tajemniczej wyspy, spotkało się to znowuż z rozczarowaniem. Duża część fanów zinterpretowała “Lost” jako pozbawioną sensu papkę, w której suspens służy jedynie utrzymywaniu uwagi widzów, a fabuła nie ma głębokiego, satysfakcjonującego rozwiązania.

Mi osobiście zakończenie “Zagubionych” całkiem się podobało. Uważam, że twórcy sprytnie wybrnęli z pułapki, którą sami na siebie nastawili. Bo jest raczej jasne, że mnożąc kolejne tajemnice i zagadki, wiedzieli o ich prawdziwej naturze niewiele więcej, niż bohaterowie i widzowie. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do pilota podobno spisano wprawdzie “lostową” mitologię, ale sądzę, że była ona bardzo mętna i nie odpowiadała na wiele pytań, a sporo wątków, jak i samo zakończenie, zostały wymyślone później. Ale tak naprawdę nie ma w tym nic złego, bo w tym serialu najciekawsze było właśnie zadawanie sobie kolejnych pytań, a nie otrzymywanie na nie odpowiedzi. Odpowiedzi na pytania okazywały się być z czasem coraz mniej satysfakcjonujące. “Zagubieni” najlepiej działali, kiedy korzystali z faktu, że najbardziej fascynuje nas to, czego nie widać.

Powyższe opiera się trochę na tej samej logice, co zasada, że najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy, nie znamy. Tak przecież było w “Obcym” z 1979 roku. Tytułowy obcy był przerażający najbardziej wtedy, gdy nie było go widać. Owszem, jego sylwetka i wygląd same w sobie są przerażające, ale przyczyną, dla której ten film po blisko czterdziestu latach niemal w ogóle się nie zestarzał, była decyzja twórców, by pokazywać obcego jak najrzadziej i w jak najmniejszym fragmencie. Podobnie było w kontynuacji obrazu nakręconej przez Jamesa Camerona, zatytułowanej “Obcy: ostateczne starcie“, w której jedną z najbardziej przerażających momentów jest scena, w której główni bohaterowie nie widzą, lecz jedynie słyszą ksenomorfy przez radio, nie wiedząc dokładnie ile ich jest.

Tak, jak “Gwiezdne wojny” czy “Zagubieni”, również “Obcy” obrósł w swoje własne uniwersum i w swoją własną mitologię. Za dalszą jej eksplorację zabrał się po trzydziestu latach reżyser pierwszego filmu – Ridley Scott. Jego “Prometeusz” z 2012 roku był historią opowiedzianą niejako na marginesie uniwersum ksenomorfów. I dlatego właśnie mi się podobał mimo, że krytycy i kinomani nie zostawili na obrazie suchej nitki, głównie ze względu na luki fabularne. Ale “Prometeusz”, choć reklamowany jako prequel “Obcego” nie próbował odhaczyć wszystkich punktów z pytaniami, które pojawiły się od 1979 roku. Po prostu delikatnie uchylił rąbka tajemnicy, snując opowieść na obrzeżach świata wykreowanego w “Alienie”. Tymczasem najnowsza odsłona – “Alien: Covenant” – zdaje się zdradzać genezę ksenomorfów krok po kroku. I – cóż za niespodzianka – obcy odarty z tajemnicy staje się mniej fascynujący i mniej przerażający.

Czy to znaczy, że wkrótce znudzą nam się te wszystkie origin stories, prequele i spin-offy? Może na chwilę. Umiarkowany sukces finansowy “Solo” pokazuje chyba, że nastąpiło pewne zmęczenie odkrywaniem ukrytych dotąd rozdziałów znanych i lubianych bohaterów popkultury. Choć równie dobrze kiepski box office obrazu może być wynikiem wielu innych czynników, takich jak rozbuchany budżet filmu spowodowany koniecznością powtórnego nakręcenia niektórych scen, z uwagi na zmianę reżysera w połowie prac nad filmem, czy też nieprzychylną – delikatnie mówiąc – reakcją wielu fanów na “Ostatniego Jedi“. Sądzę jednak, że w długim trwaniu pokusa poznania tego, jak nasz bohater stał się tym, kim jest, będzie nas skłaniała do kupienia biletu do kina czy kolejnego miesiąca abonamentu na platformie streamingowej. Nieważne, ile razy już widzieliśmy rozsypujące się w ciemnym zaułku perły Marthy Wayne, wciąż będziemy oglądać kolejne wersje tej sceny w  serialu “Gotham” czy w filmie “Batman Begins“.

W sumie w “Solo” ciekawszy od Lando Calrissiana, drogi na Kessel i Sokoła Millenium był wątek relacji granej przez Khaleesi dziewczyny Hana z Darthem Maulem. Jaki jest cel Dartha Maula po tym, jak już przestał być uczniem Dartha Sidiousa, który akurat – tak się składa – właśnie trzęsie całą galaktyką? Czy Qi’ra będzie teraz pod kierunkiem Maula zgłębiać tajniki ciemnej strony Mocy czy będzie tylko szefem przestępczego syndykatu? O TYM chcę zobaczyć film… Ale czy na pewno? A może lepiej pozostawić to na zawsze w sferze spekulacji i teorii? Może jednak uznać niewiedzę za błogosławieństwo i nigdy nie dowiedzieć się, co jest w teczce Marsellusa Wallace’a z “Pulp Fiction“?

 

Pitbull: ostatni pies. Czyli w obronie Patryka Vegi [bez spoilerów]

Ten tekst nie będzie recenzją najnowszego filmu Władysława Pasikowskiego. Nie jest to zresztą film zły. Mieliśmy przecież do czynienia z sytuacją, w której stery franczyzy od filmowca specjalizującego się kinie sensacyjnym (Patryka Vegi) przejął inny filmowiec specjalizujący się w kinie sensacyjnym, tyle że o pokolenie starszy (Władysław Pasikowski). Więc najnowsza produkcja mogła stać się dla tego drugiego okazją do pokazania młodym, jak to się powinno robić i przerobieniem “Pitbulla” na “Psy”. Tak się nie stało, choć oczywiście Pasikowski odcisnął swoje piętno. Nie jest to też film jakoś szczególnie dobry. Pełno w nim motywów i wątków pobocznych z różnych bajek, kryminalna intryga jest dość przewidywalna, a gra aktorska nie zachwyca i wcale nie chodzi tutaj wyłącznie o Dodę. Ale to nie jest największy problem, bo nawet wspominany z utęsknieniem pierwszy “Pitbull” nie był dziełem filmowym na miarę Nolana, Tarantino czy Wajdy. Największym problemem jest niezrozumienie istoty franczyzy, jaką jest “Pitbull” i rozmycie wyrazistej tożsamości, jaką miała stworzona przez Patryka Vegę seria. I temu właśnie chciałbym poświęcić ten tekst.

pitbull desper

Bo czy chcemy to przyznać czy nie, to właśnie Patryk Vega ponad dziesięć lat temu stworzył “Pitbulla“. Dzisiaj opinia publiczna totalnie o tym zapomniała. Co najmniej od czasu premiery filmu “Botoks“, internety bez wytchnienia wylewają na Vegę pomyje, wiadro za wiadrem. Nie zrozumcie mnie źle – choć nie wiedziałem “Botoksu” czy “Kobiet mafii” – to po obejrzeniu zwiastunów wierzę na słowo, że są to filmy absolutnie przechujowe. Tyle, że jeśli wierzyć internetom, to Vega od zawsze kręcił gówniane, pozbawione treści i jakiegokolwiek kunsztu warsztatowego filmy, obliczone na schlebianie najgorszym instynktom tych Polaków, których pieniądze pchają kolejne szmiry twórcy “Pitbulla” na szczyt krajowego box office’u. Jakby tego pierwszego “Pitbulla” z Januszem Gajosem i Marcinem Dorocińskim, za którym wszyscy tęsknią, nakręcił ktoś inny, a dopiero potem przyszedł ten spec od prostackich polskich komedii, zrobił “Nowe porządki” i zamordował tę franczyzę. A tak przecież nie było. Jasne – Patryk Vega zawsze kręcił badziewia w stylu “Ciacha“. Jasne – od jakiegoś już czasu trwa proces jego upadku, wszak już “Pitbull: niebezpieczne kobiety” z 2016 był filmem dość słabym. Ale jeszcze parę lat temu, robiąc jakieś dziadowskie “Last minute“, potrafił równocześnie kręcić bardzo dobre “Służby specjalne“. Choć później znalazł się na równi pochyłej prowadzącej do stania się karykaturą samego siebie, to przecież nie przekreśla jego dawnych dokonań.

Historia Patryka Vegi przypomina mi trochę losy Sylvestra Stallone’a. Kiedy w 1976 roku Sly napisał scenariusz do “Rocky’ego“, występując w nim w roli głównej, odniósł sukces artystyczny i komercyjny. Obraz otrzymał trzy Oscary, w tym za najlepszy film. Jednak kolejne części przygód przesympatycznego boksera, podobnie jak inne filmy, które kręcił i w których występował Stallone, szły w kierunku coraz gorszego kiczu. W latach osiemdziesiątych – zupełnie jak dzisiaj Patryk Vega – odwtórca roli Rocky’ego Balboy stał się chłopcem do bicia filmowych krytyków i hollywódzkich elit. Jednocześnie – co również łączy obu panów – będąc synonimem tandety, Stallone nie mógł narzekać na biedę. Osiągające coraz wyższy poziom absurdu kolejne części przygód Rocky’ego i Johna Rambo, były dobrze naoliwioną maszynką do produkcji dolarów. W końcu jednak Sly poszedł po rozum do głowy i zaczął dbać o to, by jego projekty miały także wyższy poziom artystyczny. W 1997 roku wystąpił w docenionym przez krytyków “Cop Land” u boku Harvey’a Keitela, Ray’a Liotty i Roberta De Niro. Później dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe, przywrócił dawny blask franczyzom, z którymi był najbardziej utożsamiany – “John Rambo” z 2008 roku i “Rocky Balboa” z 2006 roku to swoisty reboot (chociaż wtedy jeszcze nikt nie używał tego słowa) całej kariery Stallone’a. Ukoronowaniem tych sukcesów jest występ w spin offie “Rocky’ego” zatytułowanym “Creed“, za który – po raz pierwszy od 1976 roku – został nominowany do Oscara.

Czy Vega będzie miał szansę by się zrehabilitować i – niczym Stallone – znów zacząć robić dobre kino? Być może. Czy przywróci dawny splendor “Pitbullowi”? Wątpliwe. Bo – rzecz jednak w polskim kinie rzadka (a charakterystyczna dla Hollywood, tego akurat nie powinniśmy małpować) – franczyza ta nie jest własnością swojego twórcy, lecz wytwórni filmowej. Która uznała jednak, że woli, aby w nowej pitbullowej produkcji zagrała Dorota Rabczewska, niż aby pozostała ona w rękach człowieka, który ją stworzył. Powtórzę to jeszcze raz, na wypadek, gdyby nie było to do końca jasne. Producenci uznali, że jeśli mają wybierać między Vegą (który jest bądź co bądź doświadczonym filmowcem i przede wszystkim ojcem serii) a Dodą (która z “Pitbullem” miała tyle wspólnego, że nagrała do piosenkę do “Niebezpiecznych kobiet”, a z aktorstwem jeszcze mniej), to wybierze Dodę. Tak właśnie. To nie był wybór w stylu albo Patryk Vega, albo Marcin Dorociński. To był wybór między Patrykiem Vegą a Dorotą Rabczewską. A kiedy człowiek zaczyna dociekać, jakie były tak naprawdę powody tej decyzji, to cała sprawa bynajmniej nie zaczyna się przedstawiać w lepszym świetle.

Ale pół biedy, że tak bezpardonowo odebrano tę serię jej prawowitemu twórcy, co jednak – niezależnie od kierunku, w którym ostatnio zaczął iść Vega – uważam za przykre, bo to było jednak mocno autorskie kino, do którego reżyser miał na pewno bardzo osobisty stosunek, nawet jeśli zaczął trochę rozmieniać się na drobne. Pół biedy też, że Doda – mimo niezbyt imponującego talentu aktorskiego – wystąpiła w tym filmie w jednej z głównych ról i nawet, że została jego wspóproducentką (sic!). Abstrahując od tego, czy kręcąc “Ostatniego psa”, Pasikowski zrobił dobry film, trzeba sobie zadać pytanie, czy nakręcił prawdziwego “Pitbulla”? Wiecie, tego na którego wszyscy się powoływali, psiocząc na to, że Vega zaczął robić filmy o super policjancie z Majami i tym samym zabił klimat serii. Innymi słowy, czy “Pitbull. Ostatni pies” posiada te elementy, które sprawiły, że powstały w 2005 roku pierwszy “Pitbull” był tym, czym był. Aby się tego dowiedzieć, musimy zapytać: czym jest “Pitbull”, co stanowi jego istotę?

Debiut kinowy Vegi i będący jego owocem emitowany przez TVP serial, mówiąc w największym skrócie, skupiały się na prawdziwym życiu policjantów z wydziału zabójstw komendy stołecznej. Może to mega oczywisty truizm, ale jednak trzeba to wyartykułować. W “Pitbullu” nie chodziło o żadne zagadki kryminalne, nie było tam żadnego Columbo czy Sherlocka Holmesa, odpowiedź na pytanie “kto zabił?” była sprawą drugorzędną. To był nawet swego rodzaju anty-kryminał, bo wiele odcinków serialu kończyło się zamknięciem śledztwa bez satysfakcjonującej konkluzji i odłożeniem akt do archiwum, często sprawca zbrodni pozostawał niezidentyfikowany lub unikał kary, a sprawiedliwość nie zawsze tryumfowała.

pitbull metyl nielat

Przede wszystkim “Pitbull” był portretem. Zbiorowym portretem policjantów z wydziału zabójstw. I to portretem realistycznym, bo Vega spędził sporo czasu robiąc wywiady i ogólnie przebywając z prawdziwymi psami. Dziś – w obliczu wygłaszanych przez niego hasełek w stylu “obnażam mroczne kulisy brutalnego świata <<tu wpisz środowisko lub grupę zawodową, o której Papryk Vege kręci aktualnie film>>” – sformułowanie “realistyczny portret” może śmieszyć, ale wtedy Vega naprawdę opowiadał o tym, jak ci policjanci naprawdę żyli, jak wyglądali, gdzie mieszkali, jak wyglądała ich praca, życie prywatne i rodzinne. Było to pokazane bez upiększania, w swojej surowej formie, nie zaś – jak późniejsze dzieła reżysera – w tonie sensacji, ujawniania czy obnażania szokujących faktów. Portretowani przez Vegę policjanci nie byli postaciami świetlanymi, ich sprawy zawodowe wpływały na ich życie prywatne i odwrotnie, nie stronili od alkoholu i dragów, łamali regulamin, pili wódę z gangsterami, stosowali tortury wobec podejrzanych. Pozornie niewiele różnili się od bandytów, których ścigali. Ale twórca serii sięgał do sedna i pokazywał, że ci pełni wad i słabości ludzie to jednak w ostatecznym rozrachunku uczciwi i skuteczni policjanci, którzy babrają się w tym gównie po to, byśmy my już nie musieli. I o to chyba chodziło w “Pitbullu”.

Tak rozumianej istoty “Pitbulla” Pasikowskiemu – moim zdaniem – nie udało się uchwycić. Owszem, przywrócił na ekran starych bohaterów, którzy zachowali część swych cech charakterystycznych. Owszem, czasem mamy do czynienia z typowymi scenami z nudnego życia gliniarzy i ich codziennych frustracji, czasem ktoś rzuci jakimś hasłem ze słownika policyjnego żargonu. Ale do tego Pasikowski dorzuca już coraz więcej elementów z innej bajki, czasem wręcz z pitbullowym klimatem się gryzących. Dostajemy trochę kina szpiegowskiego (prolog “Ostatniego psa” wygląda na scenę mocno inspirowaną “GoldenEye“), sporo kina gangsterskiego (taki trochę “Ojciec chrzestny“, w którym Michael Corleone ma powiększone piersi i nosi skórzane legginsy), choć przyznajmy, że w świat gangsterów zaczął już zapuszczać żurawia sam Vega, począwszy od “Nowych porządków”. Ale przede wszystkim otrzymujemy dużą dawkę kina superpolicjantowego (w którym rozwody, przemoc domowa, frustracja i samotność, chujowe wynagrodzenie, alkoholizm, narkomania, związki z prostytutkami i przyjaźnie z gangsterami szczęśliwie nigdy nie przeszkadzają stróżom prawa w policyjnej robocie). A takiego superpolicjantowego kina “Pitbull” był zawsze antytezą.

Nie zrozumcie mnie źle (czy ja nadużywam zwrotu “nie zrozumcie mnie źle”?), istnieje równoległa rzeczywistość, w której powstał fajny film sensacyjny o policjancie infiltrującym mafię, próbującym odnaleźć zleceniodawcę zabójstwa innego gliniarza i o równie uwodzicielskiej, co bezwzględnej kobiecie stającej u steru jednej z najniebezpieczniejszych grup przestępczych w kraju. Dodajmy do tego posypkę ze strzelanin, pościgów, seksu i kokainy, doborową obsadę w osobach Dorocińskiego, Stroińskiego i Mohra (chociaż Pazury i Rabczewskiej już niekoniecznie) i dobrego reżysera pod postacią Pasikowskiego (ale tego Pasikowskiego od “Psów“, a nie tego od “Pokłosia“), a wyjdzie z tego co najmniej przyzwoity wypiek z pieca Scorsese, De Palmy czy Tarantino. Ale nie będzie to “Pitbull”.

Pytanie czy w ogóle taki film da się jeszcze w dzisiejszych czasach nakręcić? Bo nawet zakładając, że seria wróci kiedyś do prawowitego właściciela, czyli Patryka Vegi i że on sam zacznie na powrót robić dobre produkcje zamiast obliczonej wyłącznie na sukces finansowy kinowej pornografii, to czy możliwe jest jeszcze nakręcenie tzw. prawdziwego “Pitbulla”? Czy możliwy jest powrót do ideałów z 2005 roku? Nie jestem ekspertem, ale wydaje mi się, że ten film – podobnie zresztą, jak (fun fact) “Psy” Pasikowskiego – pokazywał naszą, Polską wersję rzeczywistości. W jakiś sposób estetyzował biedę i bylejakość post-transformacyjnego państwa, sprawiając, że oglądało się ją z równie mocnymi wypiekami na twarzy, co tych wszystkich amerykańskich detektywów przemierzających te swoje Hawaje czy inną Florydę w tych swoich Ferrari. Ale dzisiaj już polska policja nie jeździ zdezelowanymi polonezami, nie chodzi w starych szarych marynarkach, na ulicach nie rządzą już bandyci z krajów byłego ZSRR, wódkę w szufladach naszych stróży prawa zastąpił łyskacz, a wyroby nikotynowe większość funkcjonariuszy porzuciła na rzecz regularnych wizyt na siłce. Pod tym względem nasz kraj się zglobalizował i w związku z tym nasze filmy czy seriale nie różnią się już tak bardzo od tych zachodnioeuropejskich. Udało nam się przyswoić ten światowy blichtr, którego tak w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych pragnęliśmy. Można narzekać na różne wypaczenia i skandaliczne sytuacje, a jednak statystycznie przestępczość i korupcja zanotowała od lat dziewięćdziesiątych znaczny spadek. Właśnie w pierwszym “Pitbullu” jest scena, w której bodaj minister spraw wewnętrznych mówi policjantom z sekcji, że ze względu na znaczny spadek liczby zabójstw, wydział im poświęcony zostaje zlikwidowany. I to jest być może dobra metafora losu całej serii. Właśnie dzięki temu, że policjanci pokazani w jej pierwszej odsłonie, skutecznie ścigali bandytów niezrażeni faktem, że wyjeździli już benzynę do końca roku, dzisiaj film pokazujący w całej swojej brutalności ich prawdziwe życie jest już niepotrzebny.

Barry Seal: król przemytu [bez spoilerów]

Po “Barrym Sealu” spodziewałem po prostu dobrego, hollywoodzkiego kina akcji. Po prostu kolejnego zwykłego, lekkiego filmu z Tomem Cruisem. I w sumie właśnie to dostałem. Ale zaskoczyła mnie jedna rzecz, jeden z artystycznych wyborów twórców filmu, a mianowicie atmosfera filmu. Może powinienem się tego spodziewać po trailerze, ale problem jest taki, że go nie widziałem. Właściwie poszedłem do kina wiedząc o tym filmie tylko tyle, że Tom Cruise gra w nim przemytnika. Ciekawie jest czasem obejrzeć jakiś obraz, nie mając o nim pojęcia wybiegającego poza własne domysły.

barry-seal-krol-przemytu-1000x600

Wiedzcie, że ten tekst jest pisany przez człowieka, który nie widział ani jednego odcinka “Narcos“. Więc nie powiem Wam, jak portret kartelu Medellín przedstawiony w “Barrym Sealu” wygląda w perspektywie tego serialu. Jedyne czego się domyślam (ależ jestem mądry!), to że jednym z powodów powstania filmu o słynnym przemytniku jest fakt dużej popularności netfliksowej serii o kolumbijskiej mafii. No, ale po tym przydługim disclaimerze, wypada przejść do rzeczy.

“Barry Seal: król przemytu” to film bardzo luźno inspirowany biografią pilota, który przemycał do USA kokainę dla kolumbijskiego kartelu Pablo Escobara. Filmowy Seal, grany przez Cruise’a, to znudzony pilot samolotów pasażerskich, zwykły facetem z Luizjany, mąż i ojciec. Wyróżnia się jedynie tym, że jest utalentowanym pilotem, najwyraźniej spalającym się w rejsowych lotach. Kiedy z propozycją współpracy przychodzi do niego, grany przez Domhnalla Gleesona, agent CIA, godzi się na nią natychmiast. Motywacją Barry’ego jest bardziej chęć przełamania rutyny dnia codziennego i przeżycia przygody, niż oferowane przez amerykański wywiad pieniądze. Twórcy filmu dość jednoznacznie pokazują, że Sealowi i jego rodzinie na niczym nie zbywa. Początkowo zadaniem pilota ma być fotografowanie baz komunistycznej partyzantki w Ameryce Południowej. Ale w miarę rozwoju fabuły, Barry Seal zostaje wciągnięty – fakt, że bez zbytnich protestów – najpierw w dostarczanie przesyłek przywódcy wojskowej junty Manuelowi Noriedze, potem w szmuglowanie do USA kolumbijskiej kokainy na zlecenie Escobara. Działalnosć Seala rozwija się szybciuteńko i wkrótce zakłada on przedsiębiorstwo wielobranżowe operujące w takich dziedzinach, jak szmuglowanie informacji wywiadowczych, dragów, broni i ludzi oraz pranie brudnych pieniędzy zarobionych na tych wszystkich operacjach.

Może wynika to z faktu, że nie widziałem zbyt wielu filmów tego rodzaju, ale co wydało mi się interesujące, to opowiadanie o tym wszystkim w niezmiennie lekkim, humorystycznym tonie. Mówimy jednak tutaj o brudnych operacjach amerykańskiego wywiadu i rządu, czy o mających na koncie sporo zbrodni potężnych, bezwzględnych kartelach narkotykowych, czy wreszcie skorumpowanych reżimach i krwawych juntach. Jak już zaznaczyłem na początku, nie spodziewałem się przecież filmu ciężkiego. Mieści mi się w głowie opowiadanie o porachunkach gangów czy wojnie w sposób przesycony żartem czy ironią. Ale film nie traci tego pogodnego tonu właściwie ani na chwilę. Jasne, bohaterowi granemu przez Toma Cruise’a, kilkakrotnie nie jest do śmiechu, kiedy spogląda w oczy śmierci. Ale zawsze pozostaje to w konwencji wesołej, zabawnej przygody.

Jak wspominałem w innych moich tekstach, nie jestem gościem, który by lubił kibicować bohaterom negatywnym. Barry Seal nie jest zdecydowanie moim idolem, podobnie jak nie jest nim Jordan Belfort. A jednak humorystyczny, lekki ton, który utrzymuje się przez większość “Wilka z Wall Street” nie spowodował u mnie zbytniego dysonansu. Ostatecznie facet tylko oszukał kilka milionów ludzi na kasę. Nie wykonywał zleceń dla mafii, nie zbroił zbrodniczych partyzantek. Nie twierdzę, że atmosfera żartu utrzymująca się aż do ostatniej sceny filmu (kiedy to teoretycznie nikomu nie powinno być do śmiechu), to od razu coś złego. Przecież kręcono już nawet komedie o holocauście, czego nie uważam za nieodpowiednie. Po prostu zaskoczył mnie taki zabieg artystyczny w typowym oglądanym na środzie z orendż, popcornowym filmie, którego targetem są pewnie przede wszystkim zwykli przedstawiciele klasy średniej, wieczory spędzający oglądając “Narcos” na kompie i miłośniczki gasnącej powoli urody Toma Cruise’a.

Nie wiem, jaka była intencja twórców filmu. Czy pokazanie wydarzeń z najnowszej historii obu Ameryk w krzywym zwierciadle, to puszczanie oka do widza doskonale tę historię znającego, choćby z serialu “Narcos”? A może w erze “House of Cards” po prostu uznali, że nikogo nie zaszokuje fakt, że nikaraguańscy partyzanci, zamiast walczyć z komunizmem, wolą handlować narkotykami i nikt się tym specjalnie nie przejmuje?

Muszę jednak przyznać, że twórcy filmu z równą lekkością, co narkotykową mafię i wojskowe dyktatury, traktują również samego bohatera. Nie jest on dla nich wyjątkowy, nie ma dla niego taryfy ulgowej. W bezlitosnej logice satyry, w której generał osobiście rąbiący na kawałki nieposłusznych podwładnych maczetą jest pokazany jako śmieszny prowincjonalny urzędniczyna przyjmujący w łapówce ptasie mleczko, Barry Seal, bądź co bądź główny bohater, z którym publiczność chce się identyfikować, jest tak samo wzięty w nawias, jak generał Noriega, Pablo Escobar czy Ronald Reagan. Gdy już mamy potraktować go śmiertelnie poważnie, jak człowieka z krwi i kości, okazuje się, że to tylko komiksowa karykatura. Konsekwentnie. Aż do ostatniej sceny.