[No, to obejrzałem w końcu]: Downton Abbey: Nowa epoka

I przez cały czas miałem poczucie, że to co oglądam jest, jak na Downton Abbey, trochę za wesołkowate. Podobne odczucia zresztą miałem wobec poprzedniej kinowej odsłony serialu. Nie zrozumcie mnie źle. Ja wiem, że “Downton Abbey” jest ciepłym kocykiem* nostalgii za czasami, kiedy arystokracja wzamian za wierność dawała służbie poczucie bezpieczeństwa, a ludzie mieszkali w neo-gotyckich zamkach i pili herbatę z porcelanowych filiżanek. Ten serial nigdy nie miał być “Rodziną Soprano” czy innym “The Wire”, tylko ukojeniem dla zagubionych w XXI wieku dusz. Zdaję sobie z tego sprawę.

A jednak w serialu były wątki, w których stawka tego serialu była wyższa, niż tylko “kto zostanie pokojowcem jaśniepana”. I wcale nie traktuję tych intryg z lekceważniem, bo scenarzyści, reżyserzy i aktorzy zaangażowani w produkcję “Downton Abbey” stworzyli tak przekonujących bohaterów, że chyba każdy z zapartym tchem kibicował uczestnikom tej gry. Ale ten serial był czymś więcej, niż nie tylko sagą o arystokratycznym rodzie i plotkującej o jaśniepaństwie służbie. Były tam wątki społeczne, polityczne, obyczajowe. Momenty dramatyczne. Twórcy nie unikali mrocznych aspektów życia w Anglii początku XX wieku. I nie pokazywali tych mrocznych aspektów w sposób karykaturalny albo powierzchowny. Wyważenie pomiędzy wątkami, które były bardzo na serio a uroczą opowieścią o szlachcie, która (w większości) rzeczywiście jest szlachetna i służbie, która (w większości) jest dobroduszna. Właśnie ten balans stanowił o sukcesie tego serialu.

Jeśli ten serial porównać do nagrania ze złotej ery jazzu, z ryczącymi trąbkami, rozstrojonym pianinem i trzaskami ze starej płyty winylowej, tak kinoweym wersjom “Downton Abbey” bliżej do smooth jazzu z windy. Niby to samo, a jednak bez tego ciężaru, bez tego brudu. Ogląda się to trochę jak parodię. Owszem śmieszną i krzepiącą serce, ale jednak pozostawiającą wrażenie, że to mogło być trochę mniej naiwne i sielankowe. Żeby było mniej pocztówką, a bardziej fabułą…

…a może rodzina Crawley’ów i ich służba przeszła już zbyt wiele, może wystarczy im już tych cierpień? Może powinni już na zawsze trwać w tym idyllicznym końcu historii, w tym niekończącym się happy endzie, gdzie konflikt nigdy nie jest gorętszy, niż frak staromodnego angielskiego lokaja, pocącego się na francuskiej Riwierze? Może to dobrze, że mamy możliwość zawinięcia się w ten ciepły koc i spędzenia reszty wieczoru z earl grey’em i książką? Że możemy z dumą spojrzeć, jak nasi bohaterowie stawili czoła wyzwaniom i jak przy tym dojrzeli?

*Albo chłodzącym wiatraczkiem, jeśli czytacie to w czasie kolejnej w tym roku fali upałów.

[No, to obejrzałem w końcu]: Halftime

Na samym początku przyznam się bez bicia (tym z Was, którzy jeszcze tego nie wiedzą): Jennifer Lopez zajmuje wyjątkowe miejsce w moim serduszku mniej więcej od czasów, gdy głośniki na szkolnych dyskotekach regularnie pulsowały bitami do “Waiting For Tonight” i “Let’s Get Loud”. Także jeśli chodzi o ocenę J.Lo jestem najprawdopodobniej tak nieobiektywny, jak to tylko jest możliwe.

Netfliksowy dokument “Halftime” opowiada o występie Jennifer Lopez i Shakiry w czasie przerwy w Super Bowl – finałowym meczu ligi futbolu amerykańskiego. Występ podczas meczu, którego transmisję ogląda tak średnio 100 milionów widzów, jest jednym z najbardziej prestiżowych wydarzeń przemysłu muzycznego. Bywa też wydarzeniem politycznym. Przekazem występu J.Lo było upodmiotowienie wszystkich Amerykanów pochodzenia latynoskiego. A w szczególności sprzeciw wobec polityki “zera tolerancji” administracji Donalda Trumpa, w wyniku której rozdzielano rodziny imigrantów nielegalnie przekraczających granicę między Meksykiem a USA.

Kadry z wielomiesięcznych przygotowań do widowiskowego występu przeplatane są czymś w rodzaju biografii J.Lo, ogniskującej się wokół kolejnych szklanych sufitów, przez które musiała się przebijać pochodząca z nowojorskiego Bronxu córka puertorykańskich imigrantów.

Wielu pewnie wyśmieje ten dokument jako głos multimilionerki-celebrytki skarżącej się na dyskryminację rasową objawiającą się tym, że znowu nie wygrała Złotego Globu. Nie będę się wdawał w dyskusję na temat tego, czy faktycznie J.Lo faktycznie jest pomijana przez rozmaite gremia starszych białych mężczyzn, którzy wolą docenić swoje jasnowłose, anglosaskie koleżanki czy faktycznie nie jest aż tak utalentowana, by konkurować z Laurą Dern. Bo jak już mówiłem, nie jestem obiektywny.

Jedno, co mogę powiedzieć ze sporym przekonaniem to fakt, że Jennifer Lopez do swojej pozycji faktycznie doszła swym własnym przemysłem i tytaniczną pracą, właściwie od zera. I właśnie w tym kontekście ten dokument jest dla mnie ciekawy. Bo pokazuje gwiazdę z innej perspektywy, niż zwykle. Zwykle widzimy tą ciężko pracującą, profesjonalną J.Lo. Zawsze wyglądającą perfekcyjnie i dającą bezbłędne występy. Tymczasem w “Halftime” widzimy ją także, gdy jest zmęczona czy przeziębiona; gdy bez makijażu miesza w nadzienie do indyka na Święto Dziękczynienia. Oglądając “Halftime” uświadomiłem sobie, że nigdy poza aktorskimi kreacjami, nie widziałem Jennifer Lopez w głębokiej frustracji i rzucającej bluzgami. Wszystkie kryzysy zawsze zdawała się znosić z tą piękną, pomnikową godnością. A tu proszę, okazuje się, że i ona jest człowiekiem.

[No, to obejrzałem w końcu]: Pierwszą część czwartego sezonu Stranger Things

W telegraficznym skrócie można by ją podsumować tak: ciągnące się przez sześć odcinków dłużyzny zwieńczone odcinkiem siódmym, który – dla odmiany – był bardzo ekscytujący i mocno trzymał w napięciu. Pytanie czy ten wciągający (pół)finał wynagradza śledzenie tych wszystkich niepotrzebnych postaci i wątków. Może musimy jednak poczekać na dwa ostatnie odcinki sezonu, w których wydarzy się coś, co sprawi, że wszystko nabierze sensu.

Jak zwykle mój osąd jest okraszony dużą liczbą znaków zapytania. Może to, że oglądałem ten serial nie całymi odcinkami, tylko kawałkami (kto ma czas, by usiąść i oglądać serial złożony z półtoragodzinnych odcinków?) wpłynęło negatywnie na mój odbiór? Może od prawie samego początku negatywnie się nastawiłem, bo te przydługie epizody odczytałem jako arogancję twórców, którzy myślą, że cokolwiek by nie zrobili, ludzie to łykną?

A może nie bawiłem się dobrze oglądając ten serial, bo nie byłem w nastroju na taki akurat klimat, no, ale oglądałem z tego poczucia obowiązku, który pcha każdego nowoczesnego konsumenta popkultury do oglądania tych wszystkich sequeli, a przecież trzeba obejrzeć już, dzisiaj, bo inaczej mi zaspoilerują. A może to kwestia ogromnych oczekiwań, które zbudowały wcześniejsze sezony (zwłaszcza dwa pierwsze), których po prostu nikt nie będzie w stanie spełnić, nawet genialni bracia Duffer?

I taki to już jest problem z ocenianiem popkultury, muzyki, w ogóle sztuki: coś, co nie podoba mi się dzisiaj, może spodobać mi się jutro. Albo spodobałoby mi się wczoraj. Coś, co mnie pozostawiło obojętnym, może poruszyć do głębi kogoś, kto ma inny charakter i inne doświadczenia, niż ja. No i skąd w ogóle ta ciągła potrzeba, żeby mieć na ten temat własne zdanie?

[No, to obejrzałem w końcu]: “Stewardesa” sezon drugi


[No, to obejrzałem w końcu]: “Stewardesa” sezon drugi

Byłem sceptyczny wobec drugiego sezonu “Stewardesy”, ponieważ pierwszy sezon był nie tyle pierwszym sezonem, co mini serialem, z założenia pomyślanym jako zamknięta całość. Rozpoczęcie prac nad kontynuacją odczytałem jako krok motywowany bardziej merkantylnymi, niż artystycznymi pobudkami oraz jako powtórzenie schematu, który HBO zastosowało już w przypadku conajmniej jednego mini serialu.

“Wielkie kłamstewka”, podobnie jak “Stewardesa”, również były adaptacją powieści. I też były zamkniętą historią, do której postanowiono dosztukować drugi sezon. By zaznaczyć prestiżową pozycję jaką zdobył serial, do obsady zaproszono starszą i szanowaną gwiazdę. W przypadku “Wielkich kłamstewek” była to Meryl Streep, a w drugim sezonie “Stewardesy” wystąpiła Sharon Stone.

Choć dobrze napisany i świetnie zagrany, to drugi sezon “Wielkich kłamstewek” był jednak rozczarowaniem. Poprzeczka była zawieszona wysoko i widz cały czas czuł, że kontynuacja została zrobiona na siłę.
Jedno na pewno trzeba producentom “Stewardesy” oddać – nie żałują grosza na kręcenie on location w najdalszych zakątkach świata

Ale ku mojemu zaskoczeniu, drugi sezon “Stewardesy” rozczarowujący nie jest. To trzymająca w napięciu, pełna zwrotów akcji szpiegowsko-detektywistyczna przejażdżka kolejką górską, która w pewnym momencie… Zmienia się w śmiertelnie poważny dramat o walce z uzależnieniem i poharatanych relacjach rodzinnych… By potem wrócić do bycia ekscytującą przygodą… Ale najważniejsze, że twórcom udało się utrzymać świeżość tego serialu. Może odegrało tutaj pewną rolę przeniesienie głównej bohaterki w nowe środowisko (przenosi się z Nowego Jorku do Los Angeles i z pijackiego ciągu w trzeźwość).

Sharon Stone miała bardzo ograniczony czas ekranowy. I dobrze, bo nie zdominowała pozostałej części obsady, której zasługą było to, że pierwszy sezon oglądało się tak dobrze. Także… HBO! Tym razem wam się udało.

[No, to obejrzałem w końcu]: Doktor Strange w multiwersum obłędu

Ostatnimi czasy moje odczucia wobec filmów Marvela można przedstawić za pomocą sinusoidy, bowiem jeśli jeden film mi się podoba bardzo, to kolejny niekoniecznie. I choć na tej sinusoidzie nowe przygody komiksowego czarnoksiężnika znajdują się raczej wśród tych mniej udanych produkcji, to jednak trzeba temu obrazowi przyznać, że przynajmniej jest jakiś.


Oglądając “Doktora Strange’a w multiwersum obłędu”, patrząc na jego język wizualny, charakterystyczną pracę kamery, widz wie, że ten film stworzył człowiek. Mający osobowość, swój własny styl, wizję i pomysły. Oby producenci Marvela częściej dawali reżyserom tyle swobody twórczej, ile dali jej Samowi Raimiemu. Bo niestety kolejne odcinki kinowego serialu o superbohaterach coraz częściej wyglądają generycznie.

A teraz część SPOILEROWA:

Serdecznie apeluję do filmowców o zaprzestanie znęcania się nad sir Patrickiem Stewartem. Wstydzilibyście się tak maltretować osobę w podeszłym wieku. Ja rozumiem, że każdy chce zabić Profesora X, ale to już jest trzeci raz! Może dla odmiany zabijcie tym razem Jamesa McAvoy’a? 🤨

Vangelis

W dniu, gdy ogłoszono, że zmarł Vangelis, przesłuchałem jego soundtrack do “Blade Runnera”, a później ścieżkę do “Blade Runnera 2049” Hansa Zimmera stworzoną we współpracy z Benjaminem Wallfischem. I o ile Hans Zimmer nie bez powodu jest najbardziej rozchwytywanym kompozytorem filmowym XXI wieku (ścieżka do “Ostatniego Samuraja” ❤️), to jednak jego soundtrack do “Łowcy Androidów” jest tylko soundtrackiem. Świetnie uzupełniającym film i budującym jego atmosferę, ale to wszystko.

Natomiast ścieżka Vangelisa jest nie tylko tłem do filmu, ale też wartością samą w sobie. Można jej słuchać, by przenieść się na chwilę do tego klimatycznego uniwersum. Można też słuchać jej jako po prostu dobrej muzyki, niekoniecznie spełniającej funkcję muzyki filmowej czy muzyki z gatunku “klimat sci-fi”.

Zresztą “Blade Runner” to nie jedyny taki przypadek. Kompozycje z “1492. Wyprawa do raju” czy “Rydwanów ognia” znają ludzie, którzy nigdy nie widzieli tych produkcji. Te utwory stały się nawet bardziej ikoniczne od samych filmów, na których potrzeby powstały.

No i sprawdźcie to czarno-białe zdjęcie z syntezatorami. Fotografia została zrobiona chyba w latach 80. XX w., ale Vangelis wygląda tutaj, jak jakiś alternatywny muzyk z lat 2010. Jak widać, gość wyprzedzał swoje czasy także pod względem stylówy.

[No, to obejrzałem w końcu]: “Bo we mnie jest seks”

“Bo we mnie jest seks” to tacy “Poszukiwacze zaginionej Arki” muzycznych filmów biograficznych. W obu produkcjach główna postać w zasadzie nie ma wpływu na fabułę. Ale i tak ogląda się to z przyjemnością.

Wcielającą się w rolę Kaliny Jędrusik Marię Dębską zachwycają się wszyscy i słusznie. Nie dodam tutaj chyba nic oryginalnego. Mogę tylko powiedzieć, że oprócz brawurowej gry, Dębska zaimponowała mi – jak mawiają Anglosasi – fizyczną transformacją, jaką przeszła na potrzeby tej roli.

Na wyróżnienie zasługuje soundtrack – autorstwa Luki, znanego między innymi z muzyki do serialu “Pitbull” – który tworzy świetny pomost między brzmieniami przełomu lat 50. i 60. a współczesnością.

Ale najbardziej odświeżającą w tym filmie rzeczą jest złamanie formuły muzycznego bio picu. Oglądając filmowe życiorysy muzyków ma się wrażenie, że ciągle oglądamy tę samą historię, a kolejne zwroty akcji można przewidzieć z dokładnością co do minuty. A “Bo we mnie jest seks” traktuje ten ograny fabularny schemat z podobna dezynwolturą, z którą Kalina Jędrusik podchodziła do obowiązujących konwenansów.

[No, to obejrzałem w końcu]: “The Book of Boba Fett”

Oglądanie nowej produkcji Disney+ można podzielić na pięć etapów.

Etap pierwszy. Oglądam serial o noszącym zbroję i hełm łowcy nagród, tajemniczym antybohaterze, w którym – choć sam pewnie nie chce tego przyznać – drzemie dobro. I zastanawiam się, czym to się różni od serialu o noszącym zbroję i hełm łowcy nagród, który dopiero co oglądałem.

Oczywiście, że Boba Fett różni się od tytułowego bohatera serialu “The Mandalorian”. Ale jak na wielość historii i postaci w świecie Star Wars, decyzja o zrobieniu dwóch seriali pod rząd o dwóch postaciach, które tak łatwo ze sobą pomylić, wydawała się dziwna. Tak, wiem, żaden szanujący się starwarsowy nerd ich nie pomyli. Ale już masowa publiczność może być mocno skonfundowana. A to przecież do niej Disney adresuje swoje produkcje, nie?

Etap drugi. Zastanawiam się, czy ten Boba Fett to na pewno ta sama postać, którą znamy z kinowych Star Warsów. Tamten typ był strasznym dupkiem. Sprzedał Luke’a i Leię Vaderowi i zamroził Hana Solo. A teraz zachowuje się , jak ludzki pan, dużo lepszy od Jabby, dla którego przecież pracował i u którego bywał na imprezach, słuchając sobie muzyki i patrząc, jak Rancor pożera niewolnice-tancerki. Coś tu się nie klei, nawet jak dla mnie, a ja nie jestem wymagającym widzem.

Etap trzeci. Właśnie kiedy to wszystko powoli zaczyna mieć sens, właśnie kiedy zaczynam widzieć, czym właściwie “The Book of Boba Fett” się różni od “The Mandalorian”, serial w ostatniej chwili gwałtownie zjeżdża z tej prostej, szerokiej autostrady i zmienia się w… “The Mandalorian”.

Etap czwarty. “The Mandalorian” zmienia się w “Imperium Kontratakuje”. Wszystko fajnie, ale jak chcę oglądać “Imperium Kontratakuje, to oglądam “Imperium Kontratakuje”.

Etap piąty. Finał. Serial znowu jest o Boba Fecie. Wątki się rozwiązują i nawet kontrowersyjne decyzje z poprzednich etapów okazują się mieć sens. A ja przyłapuję się na tym, że ta podróż do Odległej Galaktyki była całkiem fajną przygodą.

Lubię kiedy “Gwiezdne Wojny” stają się trochę wycieczką krajoznawczo-etnograficzną. Kiedy możemy poznawać niesamowite miejsca i nowe światy. “The Book of Boba Fett” na pierwszy rzut oka zdaje się być tylko recyklingiem motywów znanych i lubianych. Ostatecznie Fett to postać, która zadebiutowała jako drugoplanowy henchmen, a potem zaczęto dorabiać mu całą dramatyczną historię tylko dlatego, że jego figurki się dobrze sprzedawały.

A jednak mamy tutaj momenty, kiedy możemy świat “Star Warsów” na spokojnie pozwiedzać i na przykład przyjrzeć się społeczności Ludzi Pustyni. Dziwna to rasa, która zawsze pozostawała na marginesie w filmowych odsłonach sagi. A tutaj możemy ją poznać bliżej. Ale też nie za blisko. I to jest zajebiste. A czy Tuskenowie przypadkiem nie za bardzo przypominają Fremenów? No, cóż zdaje się, że “Gwiezdne wojny” są oskarżane o zrzynkę z Diuny mniej więcej od 1977 roku. Teraz przynajmniej zrzucili zasłonę i przestali się z tym kryć.

Kiedy twórcy serialu grają na nostalgii, to też bynajmniej się z tym nie kryją. Wręcz przeciwnie, odkręcają ten potencjometr na maksa. Finałowy odcinek wygląda, jakby grupka dziesięciolatków po prostu się bawiła swoimi figurkami ze świata Star Wars. Grupka dziesięciolatków, którzy mają nie tylko bogatych rodziców, ale też sporo talentu i doświadczenia. A kto byłby lepszy do przewodzenia tej bandzie, jeśli nie Robert Rodriguez, który wyreżyserował rozwałkę w finałowym odcinku ? Mojego wewnętrznego dziesięciolatka to cieszy.

No i wreszcie, nie zapominajmy o muzyce. Ten numer absolutnie rządzi. Chociaż troszkę smuteczek, że nie wykorzystano żadnej kompozycji zespołu Bantha Rider.

The Batman

Każdy z nas ma swój własny ideał Batmana. Ja przez pierwsze pół godziny seansu “The Batman” byłem mocno rozdarty, czy wersja stworzona przez Matta Reevesa jest zgodna z moim ideałem.

Niektóre artystyczne wybory zdawały mi się nietrafione. Miałem na przykład wrażenie, że Batman był jakiś taki zbyt… horyzontalny. W jednej ze scen, zanim spierze złoczyńców na kwaśne jabłko, dostojnie zmierza ku nim po peronie metra, stawiając ciężkie i głośne kroki. Nie powinien raczej prać złoczyńców uprzednio skoczywszy z jakiegoś wieżowca? W końcu Gotham to miasto strzeliste i wertykalne, nie?

Ale moją największą obawą była sama fabuła i to co Matt Reeves (oraz współautor scenariusza Peter Craig) chcą za przez ten film powiedzieć. Przywołująca skojarzenia z “Siedem” Davida Finchera, ponura treść tego obrazu zdawała się zbyt pesymistyczna, nawet jak na postać noszącą przydomek Mroczny Rycerz. Jasne, świat Batmana nie jest specjalnie przyjemnym miejscem, ale to jeszcze nie oznacza, że historie osadzone w jego uniwersum powinny nam serwować nihilizm w stylu “Jokera” z Joaquinem Phoenixem.

Jednak wraz z rozwojem fabuły, byłem coraz bardziej na tak. Z każdą kolejną sekwencją twórcy filmu coraz bardziej ujawniali swoją wizję, a moja konsternacja przeradzała się w podziw dla tego, jak błyskotliwie została poprowadzona ta opowieść. Reeves uchyla rąbka tajemnicy stopniowo, w tempie niemal idealnie skrojonym pod to, by trzymać widza w napięciu. I to w podwójnym sensie: z jednej strony cały czas zastanawiałem się, co wydarzy się dalej; z drugiej zaś – choć coraz bardziej przekonywałem się do tego filmu – niemal do końca nie byłem pewny czy po wyjściu z kina będę zadowolony.

Do doskonałego rytmu tego obrazu, dodajcie świetne zdjęcia Greiga Frasera; muzykę (kto powiedział, że Kurt Cobain nie może skomponować motywu do Batmana trzy dekady po swojej śmierci?) czy doskonałe aktorstwo Jeffrey’a Wrighta, Paula Dano czy Johna Turturro. No, a Robert Pattinson… W roli Bruce’a Wayne’a brytyjski aktor jest tym samym emo chłopcem, którego wszyscy kojarzą ze “Zmierzchu”. Co bardzo dobrze działa w kontraście ze scenami, w których Pattinson wciela się w Batmana i jest tej roli absolutnym, niekwestionowanym badassem. Chylę czoła!

Ale “The Batman” to nie tylko piekielnie dobrze zrealizowana produkcja. To przede wszystkim film, który dobrze rozumie postać tytułową. Bo mimo całego tego mrocznego anturażu, z którym go kojarzymy, jest to bohater idealistyczny, reprezentujący dobro, sprawiedliwość i nadzieję. I taką właśnie postacią jest sportretowany przez Roberta Pattinsona Batman. Mogę śmiało powiedzieć, że jest to Batman zgodny z moim ideałem. Zatwierdzam.

No, dobra. Jeszcze jedna rzecz, którą zostawiłem sobie na koniec: Gotham. Gotham jest w tym filmie perfekcyjne. Jak dotąd moim ideałem była wizja Tima Burtona. Ale podczas, gdy Gotham Burtona było gotyckie w sposób trochę operetkowy, Reeves traktuje tę gotyckość śmiertelnie poważnie. I odkręca potencjometr klimatu na maksa. Jego Gotham ani na chwilę nie przestaje być posępne, zimne, deszczowe i nocne. I cały czas pozostaje przerażająco piękne.

[Przyznać się, kto oglądał?]: “SeaQuest”

Kolejna perełka z najlepszej dekady w historii, czyli z latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Akcja serialu rozpoczyna się około roku 2018, kiedy to ludzkość, wyczerpawszy niemal wszystkie zasoby naturalne Ziemi, musiała się przenieść na dna oceanów. Głównym bohaterem była załoga głębinowego statku podwodnego seaQuest DSV 4600, którego misją było prowadzenie badań naukowych i obrona podwodnych kolonii przed wrogo nastawionymi społecznościami, które nie przystąpiły do Organizacji Oceanów Zjednoczonej Ziemi. Większość scen rozgrywała się na pokładzie statku. Czyli krótko mówiąc taki Star Trek pod wodą. Twórcy chyba tego zresztą specjalnie nie ukrywali. Nawet tytuł już to zdradzał. Sea. Quest. Star. Trek. Sea Trek. Star Quest.

Żeby wzmocnić obecność motywów akwatycznych, w rolę kapitana statku wcielił się znany z filmu “Szczęki” Roy Scheider, a jednym z bohaterów był inteligentny delfin imieniem Darwin, który dzięki ultranowoczesnej technologii mógł się porozumiewać z ludźmi. Właściwie to chyba twórcy serialu po prostu opierali się na tym, że delfiny są niemal tak inteligentne jak ludzie, tylko nie potrafimy się z nimi porozumiewać. Czyli nie tyle był to delfin inteligentny, bo to się rozumie samo przez się, tylko był to delfin gadający.

Podobnie jak Enterprise w “Star Trek: The Next Generation”, SeaQuest miał też nastoletniego geniusza na pokładzie. I podobnie, jak w przypadku swojego kosmicznego odpowiednika, załoga głębinowego statku podwodnego dość często wcielała się w rolę mediatora pomiędzy zwaśnionymi stronami różnych konfliktów. Mam mgliste wspomnienie jednego z odcinków, w którym główni bohaterowie postanowili wziąć obronę jakiś statek, który był prześladowany przez inny okręt. Na koniec – chyba po bitwie, która zakończyła się zniszczeniem statku prześladowców – okazało się, że załoga SeaQuest została zmanipulowana. Domniemani prześladowani okazali się być prześladowcami, a prześladowcy prześladowanymi. Odcinek zakończył się gorzką przemową kapitana SeaQuest, która brzmiała mniej więcej tak: “Popełniliśmy błąd, daliśmy się oszukać, ci źli byli tak naprawdę dobrzy, a ci dobrzy byli tak naprawdę źli”.

Reakcja ośmioletniego Rogala wyglądała mniej więcej tak: “Coooooo?!?!?! Whoaaaa! Ale jak to!?!?!?! To oni pomogli tym złym przez pomyłkę?!?!?” Mindfuck.