Najfajniejsze albumy z lat 2011-2020 (część 1)

Pewnie się zastanawiacie: dlaczego robię ranking najfajniejszych płyt 2011-2020, a nie ranking najfajniejszych płyt 2010-2019, jak wszyscy? Otóż chciałem zrobić ranking najfajniejszych płyt drugiej dekady XXI wieku. A ta skończyła się wraz z końcem 2020 roku, a nie tak, jak większość osób (błędnie) zakłada, z końcem 2019 roku. Zawsze, gdy widzę, że te podsumowania dekady 2010-2019, to włącza się mój wewnętrzny historyk (i periodyzacyjny faszysta) i mówię sobie, jeśli druga dekada XXI wieku zaczyna się w 2010 roku, to znaczy, że druga dekada I wieku naszej ery zaczynałaby się w 10 roku naszej ery. A to by oznaczało, że pierwsza dekada I wieku zaczynałaby się w roku 0. Tylko, że nie ma czegoś takiego, jak rok 0. Jest tylko 1 rok naszej ery i 1 rok przed naszą erą. Dlatego wszyscy zawsze mówią, że XX wiek nie zaczął się w 1900 roku, tylko w 1901 roku!

Drugie pytanie, jakie wam się nasuwa to: dlaczego ranking pojawia się dopiero w 2022 roku, a nie w 2021? Odpowiedź jest oczywiście bardzo prozaiczna. Nie wyrobiłem się. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że w 2021 roku robiłem swoją własną płytę i to było dość czasochłonne. Niemniej nie poddaję się i może nawet do końca 2022 roku opublikuję całość. Na razie łapcie pierwszą część. Jak zwykle, kolejność albumów jest chronologiczna. Enjoy!

Destroyer – Kaputt

Jeśli patrząc na nazwę zespołu i tytuł płyty, spodziewacie się niemieckiego thrash metalu, niestety muszę Was rozczarować. Ta płyta to indie pop w najczystszej postaci. Delikatna sekcja rytmiczna, kobiece chórki, syntezatory i saksofon, ładne melodie i raczej proste rytmy. To jest to, co usłyszycie na tej płycie. Ale oczywiście, jeśli indie popowy zespół nazywa się Destroyer, to jednak możecie się spodziewać, że to nie do końca jest muzyka, którą można usłyszeć w sklepie z dżinsami w Factory.

Bo “Kaputt” to melancholijna podróż w dziwaczny, pełen onirycznych miraży świat lidera grupy, kanadyjskiego songwritera Dana Bejara. Na co możecie się natknąć w czasie tej wycieczki najlepiej obrazuje chyba teledysk do tytułowego utworu oraz jego tekst:

Wasting your days

Chasing some girls, alright

Chasing cocaine through the back rooms

Of the world all night

A podróży tej towarzyszyć będą Wam przepiękne melodie i aranżacje, w których wszystko się zgadza. No i nie zapominajmy o absolutnie bezbłędnym saksofonie w wykonaniu Josepha Shabasona. Przy czym uroda tej płyty ani na chwilę nie ociera się o banał.

Elvis Deluxe – Favourite State of Mind

Elvis Deluxe poznałem jeszcze kiedy byłem piękny, dwudziestoletni. To był, jak to się wówczas mówiło, dobry stołner. Kiedy masz dwadzieścia lat, to wszystko, co ma obniżone stroje i dużo przesteru, jest dobrym stołnerem. Nie muszę chyba mówić, że nie wszystkimi zespołami, którymi wtedy się jarałem, jaram się do dzisiaj. Ale z Elvis Deluxe tak nie jest. Zwłaszcza z tą płytą. Ten album nie tylko dobrze znosi próbę czasu – wracając do niego, odkrywam, że można go lubić jeszcze bardziej, na nowe sposoby.

“Favourite State of Mind” to jedna z tych płyt nagranych oldschoolowymi technikami. Takie Led Zeppelin na sterydach. Mamy tutaj prawdziwe organy Hammonda, bębny nagrywane w windzie towarowej i tak dalej. I to wszystko pięknie tutaj gra. Z dobrodziejstwem inwentarza, bo tego pogłosu z windy już się potem nie da usunąć w post-produkcji, więc jeśli w miksie wchodzi w drogę gitarom, trzeba to po prostu zaakceptować. Urok nagrań z lat siedemdziesiątych polega między innymi na tym, że nie wszystko jest doskonałe. Ta płyta ma brzmienie, które nie każdemu musi się spodobać, ale to jest brzmienie autentyczne. Słychać, że Elvis to zespół, który ma wystarczająco dużo doświadczenia, by nagrywać w ten sposób, przy czym nie ma tutaj żadnego dziaderstwa.

A wracając do odkrywania tego albumu wciąż na nowo. Kiedyś najbardziej na tej płycie podobały mi się takie złodupcze bangery, jak “Let Yourself Free“, “Out All Night” czy “The Apocalypse Blues“. Dzisiaj zdecydowanie bardziej zachwycam się bardziej lirycznymi numerami, takimi jak “Fade Away” czy “A Place To Stay”. Dla tych, którzy nie mieli nigdy szansy usłyszeć tego albumu: “bardziej liryczne” to znaczy, że gitary nadal są ultra przesterowane, wokal nadal jest skandowany, a bas pulsuje tak, jak byście byli na Arrakis i właśnie gdzieś niedaleko pod piachem pełzał piaskal. Tylko po prostu jest bardziej melodyjnie i bardziej refleksyjnie. Zresztą, moim ukochanym numerem, zarówno dziś, jak i wtedy, gdy ta płyta została wydana, jest utwór “Fire (Loveboy)”. Z jednej strony brzmi on, jak piosenka miłosna, ale z drugiej strony jest to urywająca ryj petarda.

Black Country Communion – 2

W teorii Black Country Communion ma wszystkie elementy, żeby być totalną katastrofą. Nie dość, że jest supergrupą, co samo w sobie jest ryzykowne, to jeszcze jest supergrupą złożoną z wirtuozów. Mając w składzie byłego basistę Deep Purple Glenna Hughesa, syna perkusisty Led Zeppelin Jasona Bonhama, urodzone ćwierć wieku za późno cudowne dziecko bluesa Joe’ego Bonamassę i – najlepsze sobie zostawiłem na koniec – klawiszowca Dream Theater (ugh!) Dereka Sheriniana, trudno nie brzmieć, jak grupa pretensjonalnych, przebrzmiałych wąsaczy. Do tego dodajmy walkę o pozycję samca alfa w dziedzinie bezpłodnych popisów instrumentalnych i mamy to.

A jednak tej supergrupie udało się zrobić dobrą muzykę. I to drugi raz! Wszak “2” to już druga płyta w wykonaniu tego zespołu, po równie dobrym debiucie z 2010 roku. Black Country Communion gra z takimi jajami, że słuchając tego zapomina się, że rok 1972 był już 50 lat temu, a hard rock już rzadko bywa nowatorskim gatunkiem. Bo owszem, Black Country Communion nie wymyśla rocka na nowo, ale też nie trąci naftaliną. Owszem są popisy i solówki, ale są one zwinnie wplecione w dobre piosenki.

I paradoksalnie słuchając tego albumu, mam wrażenie, że ta energia, świeżość i przebojowość to przede wszystkim zasługa Glenna Hughesa i jego umiejętności zręcznego łączenia starego z nowym. Hughes, który pełni w Black Country Communion zarówno obowiązki basisty, jak i wokalisty, jako jedyny posiada legitymację emeryta i jako jedyny nie był już dzieckiem w epoce, do której odwołuje się twórczość supergrupy. A jednak to on – pokolenie starszy od pozostałych członków zespołu – zdaje się być elektrownią zasilającą tę machinę. No i – umówmy się – wygląda sto razy bardziej cool, niż pozostali.

Bon Iver – Bon Iver


Bon Iver podbił serca miłośników jesieniarskich soundtracków swoją debiutancką płytą “For Emma, Forever Ago” z 2008 roku, gdzie przy akompaniamencie indie folkowej gitary zespół zaprezentował niepodrabialny falset wokalisty. Ta płyta była ciepłym kocykiem, w który wielu fanów chciało by się owinąć w zimny, deszczowy dzień. Pokusa, żeby przykryć swoich słuchaczy jeszcze drugą warstwą takiego samego kocyka była na pewno silna. Niemniej amerykański grupa pod przewodnictwem Justina Vernona postanowiła zaryzykować i wyjść ze strefy komfortu.

Na drugiej płycie zespołu, zatytułowanej po prostu “Bon Iver”, sekcja rytmiczna – prawie nieobecna na debiucie – odgrywa ważną rolę, a jej partie często są rozbudowane. Aranżacje są dużo bardziej epickie, usłyszymy też takie instrumenty, jak saksofon czy syntezator. A na przykład w zamykającym album utworze “Beth/Rest” oprócz lap steelowej gitary, mamy jeszcze elektroniczne bębny, ejtisowe pianino i przesterowaną gitarę grającą na odkręconym na maksa delay’u. No, nie jest to instrumentarium, którego spodziewasz się po swoim lokalnym indie folkowym singerze-songwriterze.

A jednak biorąc to wszystko pod uwagę, nie można powiedzieć, że jest to płyta zupełnie inna, niż jej poprzednik. Wszystko, co stanowiło urok “For Emma, Forever Ago” wciąż tu jest. Muzyka ta wciąż brzmi ciepło, miękko i cicho, a falset Vernona wciąż czule głaszcze słuchacza po głowie. “Bon Iver” to tak zręczny przykład łączenia zupełnie nowych elementów z kontynuacją starych tradycji, że powinni o tym pisać w podręcznikach łączenia zupełnie nowych elementów z kontynuacją starych tradycji.

Mastodon – The Hunter

Należę do tych mięczaków, którzy wolą późnego Mastodona od wczesnego. Zainteresowałem się Mastodonem jeszcze w erze ich pierwszych trzech płyt, kiedy to łoili metal wystarczająco ambitny i innowacyjny, by zainteresowali się nim recenzenci z Pitchforka czy Porcys, a jednocześnie wystarczająco bezkompromisowy, by nie zostać oskarżonym o zdradę przez pryszczatych licealistów. Podobał mi się ten wczesny Mastodon, bo zaspokajał potrzebę przeżyć granicznych dla mojego ucha i do dzisiaj pozostaję zdania, że te pierwsze trzy albumy zespołu z Atlanty to są bardzo dobre albumy.

Przełomem dla Mastodona była płyta “Crack the Skye” z 2009 roku. To na niej po raz pierwszy na dużą skalę growlujące wokale ustąpiły melodyjnym harmoniom śpiewanym przez cały zespół. W ogóle zrobiło się dużo bardziej melodyjnie, a dodatkowo panowie postanowili jeszcze, że będzie to prog rockowy koncept album. W jakiś sposób amerykański kwartet zdołał wymyślić siebie na nowo jednocześnie w pełni pozostając sobą, odnieść przy tym sukces zarówno jeśli chodzi o słupki sprzedaży, recenzje, jak również – i to jest jednak pewien fenomen – jeśli chodzi o fanów.

Wierzcie mi, że zmierzam do sedna! Otóż o ile “Crack the Skye” było eksperymentem, który się powiódł i pozwolił na obranie nowego kierunku w historii zespołu, to dopiero jego następca – wydany w 2011 roku “The Hunter” – można uznać za prawdziwy początek nowego etapu w karierze grupy z Georgii.

Na “The Hunter” skrystalizował się nowy mastodonowy styl i do dzisiaj – mimo wydania kolejnych trzech albumów – pozostaje szczytowym osiągnięciem zespołu. “The Hunter” to jedna z tych płyt, na których idealnie wyważone są proporcje. Pomiędzy riffami a melodiami, pomiędzy wrzaskiem a śpiewem, pomiędzy wpierdolem a łagodnością, pomiędzy nowoczesnością a nawiązaniami do klasyki.

Orange Goblin – A Eulogy for the Damned

Orange Goblin to zespół, który przybył na ziemię z innego wymiaru, znajdującego się gdzieś pomiędzy rockiem a metalem. Ja wiem, że wiele zespołów operuje w szarej strefie między tymi dwoma gatunkami i że właściwie trudno rozdzielić te dwa nurty. A jednak nikt tak bezszwowo nie łączy ze sobą najlepszych aspektów tych gatunków, jak Pomarańczowy Chochlik.

“A Eulogy for the Damned” jest po prostu kolejnym świetnym efektem zastosowania tej magicznej formuły. Riffy są ciężkie jak beton, ale muzyka ma mnóstwo groove’u. Głos Bena Warda jest warczący, ale zarazem piekielnie melodyjny. Co wyróżnia ten album to bezbłędne piosenko-pisarstwo i doskonała produkcja.

Właściwie w żadnym z dziesięciu numerów znajdujących się na “A Eulogy For The Damned” nie ma jakiegoś niepotrzebnego fragmentu, żadnej dłużyzny. Wpadające w ucho riffy i refreny sprawiają, że można w kontekście tego albumu użyć słowa “przebojowy”, które chyba nie jest ulubionym słowem fanów metalu, ale mi ono totalnie nie przeszkadza. Podobnie jak to, że wiele riffów i solówek na tej płycie brzmi mocno bluesowo i pentatonicznie. Brytyjczycy mówią językiem klasycznego rocka z ogromną swobodą i naturalnością, nie popadając przy tym w pub rockowy banał – być może za sprawą tego, że brzmienie “A Eulogy For The Damned” to ściana przesterowanych gitar i ryku Bena Warda, przez którą przebijają się tylko strzały uderzeń w werbel.

Być może wielu fanów brudnego, garażowego brzmienia Orange Goblin było rozczarowanych nowym, nieco bardziej wyrafinowanym soundem, zaprezentowanym przez londyńczyków na tym krążku. I faktycznie, za bardzo wycyzelowana, wyczyszczona produkcja mogła totalnie wyprać brzmienie zespołu z jakiegokolwiek koloru. Tylko że w przypadku “A Eulogy For The Damned” jest to zrobione tak w punkt, że działa na korzyść. Szczególnie zamykający płytę utwór tytułowy to jest produkcyjny majstersztyk. Wszystko tam się pięknie zgadza. Zresztą tak, jak na całym albumie.

Tenacious D – Rize of the Fenix

Zawsze podziwiałem utalentowanych muzyków, którzy swoje wirtuozerskie umiejętności składają na ołtarzu robienia sobie jaj. Bo wiecie, jeśli latami szlifujecie w pocie czoła swój warsztat, a potem robicie piosenki o penisach i odbytach, to nikt nie będzie was traktował poważnie. A jednak większość ludzi, jeśli przez całe życie ćwiczy po kilka godzin dziennie grę na instrumencie (albo śpiew), to jednak potem chce zebrać za to prestiż i szacunek adekwatne do zainwestowanego w to wszystko wysiłku i wyrzeczeń.

Tenacious D to chyba najbardziej emblematyczny przykład zespołu, który świadomie rezygnuje z tego całego blichtru, by uprawiać wybitną błazenadę. A “Rize of the Fenix” to jeden z ich najlepszych albumów, jeśli nie najlepszy. Jack Black i Kyle Gass chyba nigdy z taką precyzją nie żonglowali muzycznymi i popkulturowymi toposami. Niemal wszystkie są trafione, a ich warstwa słowna jest splątana z muzyczną w sposób, który sprawia, że całość bawi jeszcze bardziej.

Ale co może najważniejsze “Rize of the Fenix” to pierwszy w karierze Tenacious D moment, kiedy na policzku klauna pojawia się też łza. To pierwszy album, który można nazwać osobistym. Całe to powstawanie feniksa z popiołów to podnoszenie się po box office’owej porażce nakręconego przez duet filmu “Pick of Destiny” z 2006 roku, po której zespół zawiesił działalność. W międzyczasie Jack Black stał się gwiazdą blockbusterów, a Kyle Gass… no, cóż… tym drugim gościem z Tenacious D, do czego nawiązuje piosenka “The Ballad Of Hollywood Jack And The Rage Kage”. Z kolei “Roadie” to hołd złożony wszystkim ekipom obsługującym koncerty, a zawsze pozostającym w cieniu muzyków występujących na scenie. W tej piosence jest pełno klisz i narracją o tym, że bez pomocy technicznych całe to ubóstwianie gwiazd rocka nie byłoby możliwe. I kiedy Jack Black śpiewa “And when the crowd roars, brings a tear drop to the roadie’s eyes”, to oczywiście śmieję się, ale też kręci mi się w oku łezka.

Slash – Apocalyptic Love

Slash jest uosobieniem rock and rolla. Kropka. Nieuczesane kręcone włosy, ciemne okulary, papieros w ustach. Możecie go lubić czy nie, ale Saul Hudson jest symbolem tego stylu życia i tego stanu umysłu. Jednak na przestrzeni swojej ponad trzydziestoletniej kariery osobowość Slasha najczęściej była jednym z elementów większej układanki. Czy to w Guns N’Roses, które jest w dużej mierze wynikiem syntezy luzackiej osobowości gitarzysty i bombastyczno-pompatycznego charakteru Axla Rose’a, czy to w featuringach z Lennym Kravitzem czy Michaelem Jacksonem, Slash dokonywał fuzji swojego pierwiastka z czymś często bardzo odległym. Nawet wydany w 2010 roku debiutancki solowy album gitarzysty, był w istocie albumem z gościnnym udziałem innych artystów, gdzie obok takich wokalistów, jak Ozzy Osbourne czy Lemmy z Motörhead, pojawiali się tacy artyści, jak Fergie czy Adam Levine. Ba, nawet w songwritingu późniejszych albumów solowych Slasha słychać coraz większą dominację wokalisty – Mylesa Kennedy’ego. I oczywiście to ścieranie się czy też ucieranie się różnych osobowości, przeważnie wychodziło wszystkim na dobre. Ale ja osobiście bardzo lubię sobie od czasu do czasu posłuchać Slasha w czystej postaci.

A “Apocalyptic Love” właśnie to zapewnia. Już okładka płyty zapowiada, że jest to album na którym znajdziecie wszystko to, czego oczekujecie od Slasha. Jest Gibson Les Paul, cylinder, półnagie laski, czachy i węże. I podobnie jest w warstwie muzycznej. “Apocalyptic Love” to złodupczy, oldschoolowy rock and roll. Grany przez tego wyluzowanego gościa, który zdaje się grać te wszystkie zajebiste rzeczy bez większego wysiłku, a nie przez maszynę do produkcji riffów i solówek. “Apocalyptic Love” to – obok płyt Slash’s Snakepit i Velvet Revolver – odsłona Slasha, którą lubię najbardziej. To prawdziwy, autentyczny, żywy rock and roll.

Nick Cave and the Bad Seeds – Push the Sky Away

Niesamowite w “Push the Sky Away” jest to, że to piętnasty album grupy, wydany po trzydziestu latach działalności. Ktoś może powiedzieć, że przez tyle lat i albumów Mikołaj Jaskinia i jego Złe Nasiona mieli mnóstwo czasu, by ćwiczyć swoje umiejętności liryczno-muzyczne. I jest to prawda. Zatem co w tym niesamowitego, zapytacie? Otóż Australijczykom nie tylko udało się doprowadzić swoją formułę do doskonałości. Jednocześnie udało im się przez trzy dekady kilkakrotnie wymyślić siebie na nowo. Tu wbrew pozorom nie ma żadnej sprzeczności. Oni się całkowicie redefiniowali, jednocześnie w coraz większym stopniu będąc sobą. I śmiem twierdzić, że każda z tych nowych odsłon Nicka Cave’a była lepsza, niż poprzednia. A “Push the Sky Away” w sposób perfekcyjny otworzyło kolejny rozdział w historii zespołu.

Pomysły songwritersko-brzmieniowo-aranżacyjne kwintetu złożonego ze zbliżających się do sześćdziesiątki panów swoją innowacyjnością biją na łeb wielu dużo młodszych muzyków. To na “Push the Sky Away” zespół pod przewodnictwem kreatywnego duetu, w którego skład wchodzi sam Cave i grający na skrzypcach szaleniec Warren Ellis, chyba pierwszy raz w historii grupy stworzył sound, który jest całkowicie niepodrabialny.

No i jest to płyta, na której naprawdę wszystko się zgadza. Nie ma słabszych numerów, żadnej waty, żadnych zapychaczy. Są doskonałe melodie i świetne teksty, które szarpią odpowiednie struny w duszy słuchacza. I to jest chyba najbardziej imponujące, bo tak to już jest ze starzejącymi gwiazdami rocka, że może rzemiosło jest coraz lepsze, ale za to gdzieś ginie ta iskra. Ostatecznie muzycy zwykle z wiekiem przestają ćpać, zakładają rodziny, na ich kontach pojawiają się kolejne zera, a w garażach kolejne egzemplarze samochodów ekskluzywnych włoskich marek. Ciężko być tym samym udręczonym artystą, którym się było w wieku lat dwudziestu siedmiu. A jednak smutek Cave’a wciąż jest autentyczny.

Sorry Boys – Vulcano

“Vulcano” to album przełomowy. Być może niewiele osób ma dzisiaj tego świadomość, ale to była płyta, na której warszawski zespół niemal całkowicie zdefiniował się na nowo. To była śmiała zmiana w stosunku do debiutanckiej płyty “Hard Working Classes”. Na “Vulcano”, drugim w swoim dorobku wydawnictwie, Sorry Boys zaczęli odchodzić nie tylko od muzyki gitarowej i od śpiewania po angielsku.

Przede wszystkim na “Vulcano” Sorry Boys zaczęli działać na zupełnie inną, dużo większą skalę. O ile “Hard Working Classes” (album zresztą okropnie niedoceniany) był płytą mocno low key, tak na “Vulcano” zespół nie bał się epickości i patosu. Ostatecznie mamy do czynienia z wulkanem, nie? “The Sun” czy “Phoenix” to już są numery, które spokojnie można zagrać na stadionie.

Płyta jest też dużo śmielsza, jeśli chodzi o teksty. To na “Vulcano” wokalistka i autorka tekstów Bela Komoszyńska po raz pierwszy tak naprawdę wprowadza nas do swojego unikalnego, uduchowionego świata. Jak w otwierającym płytę “Evolution (St Teresa)”, w którym śpiewa:

True love can stop that bloody evolution
If anyone feels like fighting
Do join the White Flag Crusade

Nie wiem, jak wy, ale ja uważam, że to niesamowicie mocny i odważny tekst. A co więcej, nie znam nikogo innego, kto by tak pisał.

Hanimal – Poetry About The Point

Zespół Hanimal poznałem w ten sposób, że przyjaciółka powtarzała: “Jest taki genialny zespół! Trzeba iść na ich koncert, zanim staną się sławni i bilety na nich nie będą już kosztować 10 złotych”. Poszedłszy na ich koncert, przekonałem się, że rzeczywiście, Hanimal wkrótce wespnie się na sam szczyt. Wszystkie zewnętrzne sygnały również na to wskazywały: koncert w Trójce, występy na Offie i Openerze. Hanimal był ulubieńcem dziennikarzy muzycznych i agencji bookingowych zajmujących się alternatywą. I słusznie.

Bo ich muzyka była wyjątkowa. I trudna do sklasyfikowania. Znajdziecie tam folk czy też poezję śpiewaną, elementu shoegaze’u i ambientu. Plus coś, co można usłyszeć na festiwalu piosenki aktorskiej. Ale siła Hanimala polega nie tylko na umiejętnym mieszaniu gatunków. To wrażliwość wszystkich członków tego kolektywu, począwszy od założycielki, wokalistki i autorki tekstów Hani Malarowskiej; przez ambientowo-space-rockowe smaczki gitarzysty Mateusza Szemraja; grającą na takich instrumentach, jak skrzypce czy dzwonki Asię Komorowską; niekonwencjonalny styl grającego na perkusjonaliach Wojtka Lubertowicza czy spajającego to wszystko w jedną całość basu Denisa Dubielli. Ta wrażliwość sprawia, że każda nuta na tej płycie jest zagrana w punkt, tworzy niesamowity, niepowtarzalny klimat i szarpie odpowiednie struny w duszy słuchacza. A wszystko to gdzieniegdzie doprawione pięknymi wstawkami na saksofonie w wykonaniu Jacka Mielcarka. A kto mnie zna, ten wie, że na noodlowanie na saksofonie jestem zawsze łasy.

Nie tak znowu długo po wydaniu “Poetry About The Point” zespół Hanimal zaczął jakby ginąć we mgle. Przestał koncertować i nagrywać nową muzykę. Szczerze mówiąc, to nie wiem, co się stało. Ale sądzę, że po prostu wszyscy rozeszli się w swoich kierunkach, ku różnym zajawkom, muzycznym i życiowym. Ale nie ma sensu się smucić. Zostawili tę genialną płytę. Wystarczy.

Najfajniejsze płyty 2019 roku

Tradycyjnie już przedstawiam listę moich ulubionych albumów mijającego roku. I jak zwykle przypominam, że jest to zestawienie całkowicie subiektywne i niemiarodajne. Oraz że albumy prezentuję w kolejności chronologicznej. Gotowi? Zatem nie przedłużajmy – do rzeczy!

Rival Sons – Feral Roots

Rival_Sons_-_Feral_Roots

Album “Feral Roots” udowadnia, że jeśli już koniecznie musimy szukać wśród współczesnych zespołów jakichś “godnych następców” Led Zeppelin, to są nimi Rival Sons. I to nie dlatego, że grają tak, jak się grało “kiedyś”, bo z szufladki retro/vintage/klasycznego rocka udało się kalifornijczykom wydostać już jakiś czas temu. Nie chodzi tu też o wirtuozerską zręczność, bo nią Rival Sons wcale nie próbują jakoś nachalnie wymachiwać odbiorcom przed oczami.

To co moim zdaniem łączy Rival Sons z Led Zeppelin, to coś co nazwałbym muzyczną wyobraźnią. Amerykanie mają wystarczająco dużo polotu i fantazji, by do klasycznego rocka – gatunku, który wielu kojarzy się z zabetonowanymi schematami – wprowadzić sporo świeżości. Rival Sons nie zaprząta sobie głowy faktem, że rock and roll już jakiś czas temu zakończył swoje władanie nad masową wyobraźnią. A jednocześnie nie klęka w czołobitnym hołdzie przed kanonami powstałymi pół wieku temu. Nie zadowala się tylko kopiowaniem ustalonych schematów, ale poszukuje wciąż czegoś nowego, nagrywając płyty charakteryzujące się niesamowitym rozmachem i klimatem. A przy tym cały czas kopie dupę. Czyli robi dokładnie to, co robili Zeppelini.

 

Sorry Boys – Miłość

milosc-b-iext54317572

Sorry Boys to zespół, w którym niezależnie od wielkiego wkładu w kompozycje, jaką mają współtwórcy piosenek i naprawdę świetni multiinstrumentaliści Tomasz Dąbrowski i Piotr Blak, zawsze będą oni pozostawać w cieniu głosu i charyzmy wokalistki Beli Komoszyńskiej. Z czym zresztą panowie wydają się być pogodzeni.

Bo chyba każdy przyzna, że to osobowość wokalistki jest siłą napędową zespołu. Nie inaczej jest na najnowszym krążku zespołu. Słuchając Beli mam wrażenie, że jest ona istotą unoszącą się kilka centymetrów nad ziemią. Jakby oderwaną od cynizmu i fałszu paskudnego świata, w którym przychodzi nam na co dzień funkcjonować. Próbującą wziąć nas za rękę i zabrać nas na chwilę do nieco bardziej metafizycznego świata, w którym takie rzeczy, jak dobro, piękno i – będąca także tytułem tego albumu – miłość, nie są tylko zszarganymi sloganami. Może i zabrzmię głupio, ale trudno: uważam, że gdybyśmy wszyscy choć raz na jakiś czas myśleli i czuli, tak jak Bela Komoszyńska, to ten świat byłby lepszym miejscem.

Każdy z dotychczasowych albumów Sorry Boys to właśnie taka podróż po jedynym w swoim rodzaju uniwersum Beli. A na albumie “Miłość” po prostu poznajemy ten świat jeszcze lepiej, docieramy w tej podróży jeszcze dalej.

 

Iggy Pop – Free

Iggy_Pop_-_Free

Fascynujące, jak rzeczy, które na papierze działają, w praktyce totalnie się nie sprawdzają. Ale jeszcze bardziej fascynuje mnie, kiedy coś, co na papierze nie działa, działa w praktyce. Tak jest z nową płytą Iggy’ego Popa. Gdy przeczytałem, że składać się na nią będą wykonane przez frontmana The Stooges melorecytacje i ambient jazzowe podkłady, pomyślałem sobie: ale to będzie pretensjonalny, snobistyczny i całkowicie nienadający się dosłuchania album.

Ale coś sprawiło, że jednak wcisnąłem przycisk “Odtwórz” na Spotify. I od razu pozwoliłem Iggy’emu udowodnić, że nie mam racji. I to pozwoliłem mu to zrobić kilka razy pod rząd! Mieszanka hypnotyzującego głosu wokalisty z elektronicznymi podkładami i partiami trąbki w wykonaniu Lerona Thomasa (mam chyba słabość do plumkania na wszelkiego rodzaju instrumentach dętych) tworzą naprawdę klimatyczny i wciągający miks.

Zakładając z góry, że z tego albumu wyjdzie jakiś snobistyczny gargamel zapomniałem chyba, że mamy przecież do czynienia z Iggym Popem. Bo jeśli miał bym wymienić tylko jeden talent tego artysty, to jest nim właśnie zdolność do bycia bezpretensjonalnym. Dlatego właśnie udaje mu się, to co nie udaje się tak wielu: sprawić, że to co nie działa na papierze, działa w praktyce.

 

Tides From Nebula – From Voodoo To Zen

70587822_10156906392956032_8522551644662005760_o

Tides From Nebula to trochę taki zespół, z którego się wyrasta. Bo to nie jest tak, że od swojej debiutanckiej płyty warszawska ekipa jakoś obniżyła poziom czy zaczęła zjadać swój własny ogon. Po prostu ten debiut miał miejsce dziesięć lat temu. Więc przez te dziesięć lat to ja stałem się innym człowiekiem. I po prostu już się tak Tidesami nie jaram, jak wtedy, gdy wprowadzali post-rockową estetykę na polski rynek. It’s not you, it’s me.

Ale z sentymentu nadal sprawdzam nowe wydawnictwa zespołu. I tak też zrobiłem, gdy pojawiło się “From Voodoo To Zen”. I już od pierwszego przesłuchania wiedziałem, że to jest dobra płyta. Wzbudza mój podziw fakt, że do niezbyt pojemnej, a eksploatowanej już od dłuższego czasu formuły można jeszcze wprowadzić jakiś powiew świeżości. A Tides From Nebula nie tylko się to udało, ale jeszcze potrafili przy okazji nagrać album, który wpada w ucho i nie wypada od razu drugim. Co jest w gatunku takim, jak post-rock – pozwolę sobie tutaj na brutalną szczerość – godnym podziwu osiągnięciem.

 

Nick Cave & The Bad Seeds – Ghosteen

Ghosteen_-_Nick_Cave_and_the_Bad_Seeds

Nie do końca wiem dlaczego, ale trudno mi słuchać dwóch ostatnich płyt Nicka Cave’a nie patrząc na nie przez pryzmat śmierci jego piętnastoletniego syna. Jeśli o tym wydarzeniu nie wiedzieliście, to teraz już wiecie. Teraz już nigdy nie usuniecie tej informacji z głowy i będziecie słuchać wydanych po tej tragedii albumów “Skeleton Tree” i “Ghosteen” z tym samym bagażem, co ja. Sorry.

Piszę o tym wszystkim, bo wydanej rok po śmierci syna Cave’a “Skeleton Tree”, mimo dobrych chęci, nie byłem w stanie pokochać. Chyba znów wpadłem w pułapkę niemożliwych do spełnienia oczekiwań. Może zabrzmi to strasznie i okrutnie, ale taka trauma musi, po prostu musi zainspirować takiego artystę, jak Cave, do stworzenia czegoś tak pięknego i pełnego głębi, że aż przekraczającego ludzkie pojęcie. Tak przynajmniej – czy tego chciałem, czy nie – myślałem w 2016 roku, kiedy ukazywało się “Skeleton Tree”. Jak się domyślacie, tamten album nie stał się dla mnie doświadczeniem transcendentnym i metafizycznym. Wiem, że to głupie, ale podkreślam: te wygórowane oczekiwania zbudowałem mimowolnie, niejako podświadomie. Pewnie były one tak wysokie także dlatego, że poprzednik “Skeleton Tree” – wydany w 2013 roku “Push The Sky Away” – zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko.

Tymczasem Nick Cave okazał się być tylko człowiekiem. A “Skeleton Tree” zwykłym albumem – ani bardzo złym, ani bardzo dobrym. Który może w innych okolicznościach wylądowałby na mojej plejliście na dłużej. Ale niestety czasem niewiedza o kontekście jest błogosławieństwem.

Tegoroczny “Ghosteen” w warstwie lirycznej eksploruje podobną tematykę, co poprzednie wydawnictwo. Utwory nadal opowiadają o stracie i bólu oraz o sposobach radzenia sobie z nimi. Niemniej, minęło już kilka lat, co chyba pozwoliło nabrać Cave’owi nieco dystansu. To wciąż mroczny, melancholijny album, ale jednak przebrzmiewa w nim nutka nadziei. Na pewno czas sprawił, że dystansu nabrałem ja. I mogę się teraz spokojnie zachwycać tym albumem. Jego minimalistycznymi aranżami, doskonałą produkcją, medytacyjnym spokojem i mantrową powtarzalnością. No i tym smutkiem, który nie przygnębia, lecz oczyszcza. Kto wie, może ten album przynosi właśnie coś na kształt tego, czego oczekiwałem od “Skeleton Tree”? Może to jest właśnie to nieuchwytne, metafizyczne coś?

Fink – Bloom Innocent

bloom-innocent-b-iext55251132

Album został wydany 25 października i trzeba przyznać, że brytyjski songwriter wybierając datę premiery swojego najnowszego krążka, trafił w dziesiątkę. Bo ta płyta to perfekcyjny soundtrack do chłodnych i ciemnych jesienno-zimowych dni.

Bloom Innocent” to album, który jest czasem ambientowo cichy, czasem nieco bardziej dynamiczny, ale nigdy nie przekracza pewnego poziomu głośności. Choć instrumentarium jest dość bogate, nie ma ani jednego momentu, w którym aranże byłyby przeładowane. To osiem niespiesznych kompozycji, które sprawiają, że jadąc samochodem jakąś szosą poza miastem, zdejmujesz nogę z gazu i nagle zaczynasz doceniać szare niebo i zimne powietrze. Zaczynasz stapiać się z polami i lasami, które mijasz. Zaczynasz stapiać się z nocą.

 

Spaceslug – Reign of the Orion

a2980154693_10

Spaceslug to jeden z tych zespołów, który nie utrudnia ludziom życia. Widzisz nazwę, widzisz tytuł oraz okładkę płyty i od razu wiesz, czego się po nich spodziewać. Dlatego zawartość “Reign of the Orion” nie jest wielką niespodzianką. Dostajemy odpowiednią dawkę ciężkich doomowych riffów i dobrze wymierzoną działkę space rockowych, psychodelicznych improwizacji. Dużo delay’ów, dużo wah-wahów, dużo flangerów – czyli wszystko, co tygrysy lubią najbardziej. Także tak, jak wspomniałem wyżej, tego właśnie się spodziewałem i to dostałem. I to by wystarczyło na dobry album.

Ale na tym wrocławskie trio nie poprzestaje – i tutaj mamy jednak trochę niespodziewaną niespodziewajkę – dorzuca w bonusie jeszcze parę fajnych rzeczy. Są zatem zapadające w pamięć melodie, naprawdę zawodowa produkcja, motywy grane na pianinie, a nawet trochę ejtisowych synthów (tak!). A na czubku tego tortu słodka i nasączona spirytusem wisienka w postaci sampla z monologiem Rutgera Hauera z “Blade Runnera“. Dosłownie jakby ten album został nagrany specjalnie dla mnie! Ale nawet bez cytatów z kultowych klasyków, “Reign of the Orion” ma ciężkawy, dystopijny klimat mrocznego filmu science fiction. I właśnie dla tej atmosfery warto ten album sprawdzić.