Solo: A Star Wars Story. Czyli o błogosławieństwie niewiedzy [SPOILERY]

“Solo” to film, który reklamowano jako opowieść o tym “jak Han Solo stał się cwaniaczkiem, na którego Luke Skywalker i Obi-Wan Kenobi natknęli się w kantynie w pierwszych “Gwiezdnych Wojnach” z 1977 roku”. Oglądając ten film, zastanawiałem się, czy naprawdę, rzeczywiście muszę to wiedzieć? Czy muszę zobaczyć na własne oczy, jak Han poznał Chewbaccę? Czy muszę wiedzieć, jak przebył drogę na Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków? I czy naprawdę to zrobił, czy nie jest to tylko przechwałka?

solo 1

Niemal zawsze, kiedy udajemy się do kina, to widzianemu przez nas obrazowi towarzyszą nieobecne na ekranie postacie, światy i historie. Tworzą tło, w którym żyją nasi bohaterowie i w którym dzieje się opowiadana przez film fabuła. Fascynujące i wywołujące pytania, na które często nie otrzymujemy odpowiedzi. Te poboczne wątki, zaprzeszłe wydarzenia, nieodwiedzone miejsca, niewyjaśnione zagadki to tlen, którym oddycha oglądana przez nas historia. Kiedy się to wszystko rozłoży na części pierwsze, to taka jest przede wszystkim ich funkcja – są życiodajną substancją służącą stwarzaniu głębi głównych bohaterów i popychaniu fabuły naprzód. A jednak, mimo swej często wyłącznie służebnej natury, fascynują nas same w sobie. Chcemy dowiedzieć się o nich więcej. A kiedy już je poznajemy, jesteśmy rozczarowani. Bo przecież gdzieś z tyłu naszych głów wyobraźnia mniej lub bardziej wyraźnie wizualizowała te wydarzenia, te wątki. A to jak zostały przedstawione nie jest zgodne z naszą imaginacją czy równie dobre, co ona. Albo po prostu aura tajemniczości i niedopowiedzeń sprawiała, że były bardziej atrakcyjne, bo najbardziej podoba nam się to, czego nie widać. Więc czy gdy zobaczymy na własne oczy coś, co – często przez lata – fascynowało nas swoją tajemnicą, to zawsze skazani jesteśmy na rozczarowanie? Może po prostu wolimy gonić króliczka, niż go złowić?

Zanim przejdę do dalszej części moich dumań i rozważań – choć to chyba oczywiste – chciałbym zaznaczyć, że oprócz “Solo”, będę spoilerował także inne długometrażowe filmy z uniwersum “Star Wars”.

Wróćmy na chwilę do roku 1977, kiedy to wszedł na ekrany film zatytułowany “Gwiezdne Wojny” i rozbił bank. Szczerze mówiąc, to rozbił wszystkie możliwe banki w mieście. Był to film, który – wydaje mi się konieczne zaznaczenie tego – był sam w sobie skończoną całością. Jasne, zakończenie jest na tyle otwarte, że stwarzało możliwość kontynuowania historii, ale jednocześnie na tyle konkluzywne, że cała “saga” mogłaby zostać zamknięta tym jednym filmem. Niezależnie czy kręcąc “Star Wars”, George Lucas już miał w głowie te wszystkie pomysły, że Darth Vader jest ojcem Luke’a Skywalkera, czy też nie – w momencie zakończenia zdjęć do filmu, nakręcenie jakiegokolwiek sequelu stało pod wielkim, tłustym znakiem zapytania. Lucas był wówczas przekonany, że film okaże się totalną klapą, o czym świadczy fakt, że nie pojawił się nawet na oficjalnej premierze filmu. Dopiero wkrótce po niej, okazało się, że “Nowa nadzieja” (choć tej nazwy nikt jeszcze nie używał, została ona nadana filmowi później) to żyła złota, a zatem warto kontynuować tę historię na ekranie. Zmierzam do tego, że w latach siedemdziesiątych myślenie kategoriami budowania współdzielonego uniwersum było zdecydowanie mniej oczywiste, niż dzisiaj. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza komiksami superbohaterskimi, jedynym precedensem dla Star Wars expanded universe w tej sferze był chyba wysyp fan fiction zainspirowanego serialem Star Trek.

W każdym razie, kiedy Han chwali się, że jego Sokół Millenium przebył drogę do Kessel w mniej, niż dwadzieścia parseków, to był po prostu sposób scenarzysty, by przekazać widzom, że a) Millenium Falcon jest raczej szybkim środkiem transportu b) albo tak przynajmniej uważa jego właściciel, cwaniaczkowaty zarozumialec. Całe to wydarzenie miało służyć budowaniu postaci granej przez Harrisona Forda. Nikt nie stwarzał tutaj żadnej szczególnie głębokiej mitologii. Zbudowali ją fani przez dekady fascynacji “Gwiezdymi wojnami” i każdym ich detalem. Teraz przyszedł czas, by film “Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” (powinna powstać jakaś spec-jednostka policji do zwalczania zbrodni przeciwko językowi polskiemu, jakimi są dokonywane przez dystrybutorów przekłady tytułów filmów) pokazał każdy z mitów, którymi Han Solo obrósł przez wszystkie filmy sagi. Oglądając drogę na Kessel czy też moment, w którym Lando przestał być właścicielem Sokoła Millenium, a stał się nim Han, nie czułem rozczarowania czy oburzenia sposobem, w jaki zostało to przedstawione. Pewnie dlatego, że nie miałem wobec tych właśnie wydarzeń jakichś szczególnych oczekiwań. Scenę pokazująca, jak Han i Chewie zostali przyjaciółmi uważam za dowcipną i uroczą, niby nic zaskakującego, a jednak fajny moment. Scenę nadania głównemu bohaterowi nazwiska przez imperialnego urzędasa z litości zmilczę, wszak to zaledwie mały detalik. Jeśli coś zadziałało w odczuwalnym stopniu na moje emocje, to wątek który akurat nie był sygnalizowany w żadnej z dotychczas nakręconych części sagi (zaznaczam, że cały czas odwołuję się do długometrażowych filmów, nie do książek, komiksów czy seriali animowanych). Mam tu na myśli dziewczynę Hana – graną przez Emilię Clarke postać imieniem Qi’ra. Nie żebym się spodziewał, że Leia była pierwszą przedstawicielką płci pięknej, z którą Solo miał kiedykolwiek do czynienia. Jednak wyobrażałem sobie, że wcześniejsze kontakty Hana z kobietami były raczej powierzchowne i przelotne. Wiecie, to raczej gość, który po wspólnie spędzonej nocy nie oddzwania, by umówić się na kolejną randkę. Tymczasem okazuje się, że nie tylko miał dziewczynę, ale także, że bardzo ją kochał. Bez kitu, on spędził trzy lata nie myśląc o niczym innym, jak tylko o tym, żeby po nią wrócić i ją uwolnić.

I to naprawdę piękne z jego strony. Tylko, że w tym świetle nagle związek Hana z Leią traci na wyjątkowości. Chyba jednak wolałem myśleć, że to właśnie ona była tą jedyną, prawdziwą miłością Hana. Że tylko ona była w stanie rozmiękczyć serce tego cynicznego drania. Przez wydarzenia z “Solo”, teraz jakoś wydarzenia “Nowej nadziei”, “Imperium Kontratakuje“, “Powrotu Jedi” czy “Przebudzenia mocy” tracą jednak trochę na emocjonalnej wadze. No, ale to tylko moje wyobrażenia. Istniejąca zapewne tylko i wyłącznie w mojej głowie opowieść została zdemitologizowana. Ale przecież “Solo” to nie pierwszy gwiezdnowojenny film, w którym odarto różne wątki z płaszczyku tajemnicy. Wszak uczyniły to już blisko dwie dekady temu prequele.

W oryginalnej trylogii mieliśmy do czynienia z wieloma wzmiankami, które pobudzały ciekawość wielu widzów. Co to właściwie były wojny klonów? Kim byli rycerze Jedi i jak właściwie wyglądała Galaktyczna Republika, zanim władzę przejął Imperator? I kim właściwie jest ten Imperator? No i chyba najważniejszy wątek. Jak Anakin Skywalker stał się Lordem Vaderem i dlaczego musi nosić tą za-je-bi-stą zbroję i ten za-je-bis-ty hełm? Ja sam rozpocząłem swoją przygodę z “Gwiezdnymi Wojnami” właśnie od prequeli, dlatego nie wiem, co czuli ludzie, którzy widzieli oryginalną trylogię w przeddzień premiery “Mrocznego Widma“. Ale sądzę, że musieli sobie myśleć coś w stylu: “niedługo zobaczymy Galaktyczną Republikę, w której miecze świetlne są równie często spotykane, co rewolwery na Dzikim Zachodzie; zobaczymy słynny pojedynek Anakina i Obi-Wana – ale to będzie badassowe”! No, cóż… jak wyszło, każdy widział… Miliony widzów opuściły sale kinowe rozczarowane, rozgoryczone i zwyczajnie wściekłe – to na to czekali dwie dekady? I teraz pytanie: czy gdyby prequele nie były po prostu tak złe same w sobie; gdyby George Lucas pozwolił komuś przejrzeć swój scenariusz, zanim ruszyły zdjęcia; gdyby nie poszedł na całość z green screenami i stworzył lepsze efekty specjalne; gdyby gra aktorska była mniej drewniana; gdyby nie było Jar Jar Binksamidi-chlorianów – czy bylibyśmy zadowoleni? Czy dobrze pokazana ścieżka Anakina ku ciemnej stronie Mocy nadal byłaby rozczarowująca, bo już pozbawiona nimbu tajemniczości? Czy dobrze nakręcona scena, w której Anakin ulega poparzeniom, które zmuszają go do przywdziania zbroi, sprostałaby zbudowanym przez blisko trzydzieści lat oczekiwaniom? Czy gdyby trylogię prequeli nakręcił np. Chrisopher Nolan, to byłyby to dobre filmy, czy też nadal bylibyśmy niezadowoleni, tylko i wyłącznie dlatego, że odkryto przed nami coś, co nigdy nie powinno zostać odkryte i istnieć tylko w naszej wyobraźni? Nie dowiemy się chyba nigdy.

Bo prawda jest taka, że mamy tutaj chyba po prostu do czynienia z syndromem koca. Kiedy podciągniesz go pod szyję – marzną ci stopy. Gdy przykryjesz stopy – marznie ci szyja. W latach dwutysięcznych, gdy tryumfy popularności świecił serial “Zagubieni“, ten paradoks mogliśmy podziwiać w całej jego okazałości. “Lost” był pierwszym serialem masowo komentowanym i analizowanym przez internautów. Co więcej – jego twórcy byli z fanami w stałym kontakcie. Istniały fora i podcasty poświęcone serialowi, więc showrunnerzy doskonale znali reakcje na kolejne odsłony przygód rozbitków. W “Zagubionych” z odcinka na odcinek pojawiały się kolejne fascynujące tajemnice. Jednak z sezonu na sezon, odpowiedzi na mnożące się nurtujące widzów pytania zdawały się w ogóle nie pojawiać. Co spotykało się z coraz większym zniecierpliwieniem fanów serialu. Domagali się wyjaśnienia, o co w tym wszystkim chodzi. Jednak gdy scenarzyści “Zagubionych” zaczęli w ostatnich sezonach wyjaśniać zagadki i zdradzać coraz więcej sekretów tajemniczej wyspy, spotkało się to znowuż z rozczarowaniem. Duża część fanów zinterpretowała “Lost” jako pozbawioną sensu papkę, w której suspens służy jedynie utrzymywaniu uwagi widzów, a fabuła nie ma głębokiego, satysfakcjonującego rozwiązania.

Mi osobiście zakończenie “Zagubionych” całkiem się podobało. Uważam, że twórcy sprytnie wybrnęli z pułapki, którą sami na siebie nastawili. Bo jest raczej jasne, że mnożąc kolejne tajemnice i zagadki, wiedzieli o ich prawdziwej naturze niewiele więcej, niż bohaterowie i widzowie. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć do pilota podobno spisano wprawdzie “lostową” mitologię, ale sądzę, że była ona bardzo mętna i nie odpowiadała na wiele pytań, a sporo wątków, jak i samo zakończenie, zostały wymyślone później. Ale tak naprawdę nie ma w tym nic złego, bo w tym serialu najciekawsze było właśnie zadawanie sobie kolejnych pytań, a nie otrzymywanie na nie odpowiedzi. Odpowiedzi na pytania okazywały się być z czasem coraz mniej satysfakcjonujące. “Zagubieni” najlepiej działali, kiedy korzystali z faktu, że najbardziej fascynuje nas to, czego nie widać.

Powyższe opiera się trochę na tej samej logice, co zasada, że najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy, nie znamy. Tak przecież było w “Obcym” z 1979 roku. Tytułowy obcy był przerażający najbardziej wtedy, gdy nie było go widać. Owszem, jego sylwetka i wygląd same w sobie są przerażające, ale przyczyną, dla której ten film po blisko czterdziestu latach niemal w ogóle się nie zestarzał, była decyzja twórców, by pokazywać obcego jak najrzadziej i w jak najmniejszym fragmencie. Podobnie było w kontynuacji obrazu nakręconej przez Jamesa Camerona, zatytułowanej “Obcy: ostateczne starcie“, w której jedną z najbardziej przerażających momentów jest scena, w której główni bohaterowie nie widzą, lecz jedynie słyszą ksenomorfy przez radio, nie wiedząc dokładnie ile ich jest.

Tak, jak “Gwiezdne wojny” czy “Zagubieni”, również “Obcy” obrósł w swoje własne uniwersum i w swoją własną mitologię. Za dalszą jej eksplorację zabrał się po trzydziestu latach reżyser pierwszego filmu – Ridley Scott. Jego “Prometeusz” z 2012 roku był historią opowiedzianą niejako na marginesie uniwersum ksenomorfów. I dlatego właśnie mi się podobał mimo, że krytycy i kinomani nie zostawili na obrazie suchej nitki, głównie ze względu na luki fabularne. Ale “Prometeusz”, choć reklamowany jako prequel “Obcego” nie próbował odhaczyć wszystkich punktów z pytaniami, które pojawiły się od 1979 roku. Po prostu delikatnie uchylił rąbka tajemnicy, snując opowieść na obrzeżach świata wykreowanego w “Alienie”. Tymczasem najnowsza odsłona – “Alien: Covenant” – zdaje się zdradzać genezę ksenomorfów krok po kroku. I – cóż za niespodzianka – obcy odarty z tajemnicy staje się mniej fascynujący i mniej przerażający.

Czy to znaczy, że wkrótce znudzą nam się te wszystkie origin stories, prequele i spin-offy? Może na chwilę. Umiarkowany sukces finansowy “Solo” pokazuje chyba, że nastąpiło pewne zmęczenie odkrywaniem ukrytych dotąd rozdziałów znanych i lubianych bohaterów popkultury. Choć równie dobrze kiepski box office obrazu może być wynikiem wielu innych czynników, takich jak rozbuchany budżet filmu spowodowany koniecznością powtórnego nakręcenia niektórych scen, z uwagi na zmianę reżysera w połowie prac nad filmem, czy też nieprzychylną – delikatnie mówiąc – reakcją wielu fanów na “Ostatniego Jedi“. Sądzę jednak, że w długim trwaniu pokusa poznania tego, jak nasz bohater stał się tym, kim jest, będzie nas skłaniała do kupienia biletu do kina czy kolejnego miesiąca abonamentu na platformie streamingowej. Nieważne, ile razy już widzieliśmy rozsypujące się w ciemnym zaułku perły Marthy Wayne, wciąż będziemy oglądać kolejne wersje tej sceny w  serialu “Gotham” czy w filmie “Batman Begins“.

W sumie w “Solo” ciekawszy od Lando Calrissiana, drogi na Kessel i Sokoła Millenium był wątek relacji granej przez Khaleesi dziewczyny Hana z Darthem Maulem. Jaki jest cel Dartha Maula po tym, jak już przestał być uczniem Dartha Sidiousa, który akurat – tak się składa – właśnie trzęsie całą galaktyką? Czy Qi’ra będzie teraz pod kierunkiem Maula zgłębiać tajniki ciemnej strony Mocy czy będzie tylko szefem przestępczego syndykatu? O TYM chcę zobaczyć film… Ale czy na pewno? A może lepiej pozostawić to na zawsze w sferze spekulacji i teorii? Może jednak uznać niewiedzę za błogosławieństwo i nigdy nie dowiedzieć się, co jest w teczce Marsellusa Wallace’a z “Pulp Fiction“?

 

Blade Runner 2049. Czyli film smutny i piękny [SPOILERY]

Uważam, że – dla odmiany – tytuł tego tekstu wcale nie jest pretensjonalny. Jeśli sądzicie inaczej, to – no cóż – tkwicie w błędzie. W każdym razie w tej notce chciałbym napisać o jednym z aspektów filmu, który bardzo mi się podobał, a o którym nie za bardzo potrafiłem napisać, nie zdradzając fabuły i dlatego nie wspomniałem o tym poprzednim tekście. A chciałem napisać o tym, jak pięknie smutny jest ten film.e_dtr_076_0030_bg02_PR_v004.1001.tiff

Chyba najlepszym przykładem jest główny bohater, grany przez Ryana Goslinga, K, pracuje w policji i jest – żeby posłużyć się efektem prac polskich dystrybutorów amerykańskich filmów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – łowcą androidów (tudzież replikantów). Robi to, choć sam jest replikantem, co jest dosyć smutne. Zresztą nie ma zbyt wiele do powiedzenia na ten temat, bo jego mózg jest zaprogramowany tak, aby nie mógł się sprzeciwić swoim przełożonym. Jest niewolnikiem, który nie może nawet spróbować uciec. Nie jest jednak pozbawioną uczuć maszyną, w jego głowie umieszczono wspomnienia, tak aby reagował, jak zwykli, prawdziwi ludzie, czuł tak jak oni. Dlatego może odczuwać dyskomfort, kiedy gnoją go koledzy z pracy, a szefowa go molestuje go. Jedynym światłem, które rozjaśnia jego marną egzystencję jest jego dziewczyna-hologram. I wóda.

Więc ten smutny gość rozpoczyna pewne śledztwo, w wyniku którego, zaczyna podejrzewać, że może jego życie ma trochę więcej sensu, niż myślał. Być może jest pierwszym replikantem urodzonym przez replikantkę (replikantka… jest takie słowo? jeśli nie, to właśnie je wymyśliłem), a jego wspomnienia być może wcale nie są sztuczne. Być może zapoczątkuje tę rewolucję, o której jego szefowa bełkocze, gdy popije. I być może… pozna swojego ojca. No i to wszystko okazuje się być prawdą. K jest wyjątkowy, poznaje swojego ojca. Tylko, że nie. Bo znowu zaraz okazuje się, że to jednak nieprawda. Wszystko, co miało nadać egzystencji K nieco więcej znaczenia, okazuje się być kłamstwem. Wcale nie jest wyjątkowy. Grany przez Harrisona Forda Rick Deckard nie jest jego ojcem. W dodatku jeszcze zostaje zabita jego dziewczyna-hologram. A K chwilę później przechadza się po ulicy i natyka się na reklamę przedstawiającą identyczną hologramową dziewczynę, którą każdy może sobie kupić. Co przypomni mu, że najprawdziwsza oprócz wódy rzecz w życiu bohatera granego przez Ryana Goslinga także okazuje się być kłamstwem. No, po prostu świetnie. A wy myśleliście, że wasz dzień był do dupy?

W momencie, gdy K dowiaduje się, że jego życie wcale nie miało większego znaczenia, jak tylko bycie bezwolnym narzędziem do wykonywania brudnej roboty, że nie jest żadnym cudownym zaginionym dzieckiem, które ma dać początek nowej erze, replikancki ruch wyzwoleńczy proponuje mu nadać swojemu życiu nowe przeznaczenie. Nie chcąc, aby poddany torturom Deckard wydał Wallace’owi informacje na temat pierwszego cudownego replikanckiego dziecka, co zaszkodziłoby sprawie emancypacji replikantów, przywódczyni ruchu oporu, Freysa, mówi K, że “poświęcić życie w słusznej sprawie, to najbardziej ludzka rzecz, jaką można zrobić”. Nie jest jasne, czy to Deckard z małą pomocą K ma poświęcić życie, czy też ma to zrobić sam K. Ja wolę wierzyć, że Freysa ma na myśli Deckarda. Ale K. decyduje się zrobić coś innego, chyba jego zdaniem również bardzo ludzkiego, to znaczy samemu dokonać wyboru. Dlatego nie zabija Deckarda, lecz henchmenkę (henchwomenkę?) Wallace’a, Luv, ratując tym samym Harrisona Forda zarówno przed Wallacem, jak i przed ruchem wyzwoleńczym. I poświęca swoje własne życie, by to zrobić. Następnie doprowadza do spotkania Deckarda z prawdziwym cudownym dzieckiem, czyli specjalistką od wymyślania sztucznych wspomnień, Aną Stelline. Tym samym daje jej to, co sam prawie, prawie miał: możliwość poznania swojego ojca. Uczyniwszy to, K poddaje się swemu losowi i wykrwawia się, zapewne na śmierć.

Więc nasz główny bohater nie jest żadnym wybrańcem, żadnym mesjaszem. Nie przejmuje pałeczki w heroicznej sztafecie, wciąż dzierży ją Rick Deckard. Nie odchodzi ku zachodowi słońca trzymając za rękę dziewczynę, którą uratował z opresji. Na pewno nie będzie żył długo i szczęśliwie. Głównemu złoczyńcy tej opowieści, Nianderowi Wallace’owi, nie spada włos z brody. K kończy swój smutny pobyt na tym łez padole jedynie z małą odrobinką satysfakcji, że pomścił śmierć swojej hologramowej niby-dziewczyny, jakimś tam rodzajem poczucia spełnionego obowiązku wobec innych replikantów, czyli wobec swoich, wreszcie z poczuciem, że choć przez chwilę nie był niewolnikiem. Aż tyle i tylko tyle. Niewiele. Smutne to. Ale biorąc pod uwagę współczesną popkulturę i tę jej część, którą mi udaje się pożreć, to smutek naprawdę piękny. Bo ten film nie jest smutny w depresyjny, nihilistyczny sposób, jak dzisiejsze seriale o socjopatach w rodzaju Franka Underwooda, nie wiedzieć czemu tak uwielbiane. Są smutne w sposób dający promyk nadziei, na pewno w sposób oczyszczający widza (pamiętacie katharsis?).

Zwłaszcza, że ten smutek jest też piękny od strony wizualnej. Nie wiem, może ja mam po prosty słabość do tych fikcyjnych, nieludzkich megamiast przyszłości, w których jest wiecznie ciemno i pada deszcz. Faktycznie, najprawdopodobniej są to miejsca, w których nikt – łącznie ze mną – nie chciałby żyć. Ale przynajmniej są estetyczne. Kiedy K jedzie do Las Vegas, to zastaje wielkie ruiny żelbetowych pomników, a nie Wenecję czy Paryż ze styropianu. Kiedy jedzie do San Diego, które jest wysypiskiem śmieci, to na tym wysypisku nie widzi foliowych torebek i plastikowych butelek. Wszystko jest z metalu i wygląda o wiele bardziej szlachetnie. Powiedzieć, że wizja przyszłości przedstawiona w “Blade Runnerze” to wizja pesymistyczna, to nie powiedzieć nic. A mimo to przyjemnie mi się na nią patrzy. Aż chcę to zobaczyć jeszcze raz. Oczywiście tylko na ekranie.

Blade Runner 2049. Czyli slow food dla duszy [bez spoilerów]

Mam nadzieję, że wybaczycie mi ekstremalnie pretensjonalny tytuł tego tekstu, gdy w trakcie jego lektury uświadomicie sobie, że ma on spory sens. Bo “Blade Runner 2049” to w erze popkulturowego fast foodu prawdziwie wyrafinowany slow food. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam śmieciowe jedzenie – ale dobrze jest czasem pójść do fancy restauracji, by zjeść coś eleganckiego i wyszukanego. Czego nie należy mylić z czymś snobistycznym i pozerskim. “Blade Runner 2049” jest bowiem filmem wysmakowanym i subtelnym, ale równocześnie autentycznym.

blade runner

Obejrzałem film w momencie, w którym był on na ekranach kin już od kilku tygodni, więc – choć starałem się unikać czytania recenzji i tak dalej – dotarło już do mnie sporo opinii na jego temat. Wszystkie były zgodne co do jednego – akcja filmu toczy się wolno. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach. Tylko czy to źle, że fabuła nie zasuwa na łeb, na szyję? Wolne tempo tego filmu jest czymś niesamowicie odświeżającym. Szczerze mówiąc, nie jestem osobą jakoś szczególnie bystrą i nie nadążam za większością współczesnych filmów. Jeszcze ogólną fabułę jestem w stanie jakoś ogarnąć, ale żeby dostrzec jakiekolwiek detale czy smaczki? Nope. Za to na seansie “Blade Runnera” miałem czas, by w jednej scenie rozejrzeć się po całym kadrze i zanurzyć się w świat filmu. A jeżeli chodzi o estetykę, to ten film jest godnym następcą oryginału. Twórcy nie tylko – czego się obawiałem – nie pozbawili uniwersum “Łowcy androidów” charakterystycznego pazura, ale – oddając klimat oryginalnego filmu – wprowadzili wiele nowości. Propsy dla scenografów, kostiumografów, makijażystów i speców od efektów komputerowych, bo bycie wiernym duchowi franczyzy i jednoczesne wprowadzenie zupełnie nowych pomysłów, to jak chodzenie po linie między wieżami World Trade Center. Ekipie “Blade Runnera 2049” udało się nie skończyć jako mokra plama na chodniku. Ba, pod względem wizualnym reżyser filmu Denis Villeneuve totalnie dorównuje Ridley’owi Scottowi, o którym można powiedzieć bardzo wiele złego, ale w wizualność to Scott potrafi, jak chyba nikt inny we współczesnym kinie. “Blade Runner 2049” ma tyle samo klasy i elegancji, co jego poprzednik z 1982 roku.

Drugą moją obawą – obok tego, że film będzie nijaki i bezpłciowy pod względem estetycznym – było to, że usłyszę w filmie Harrisona Forda mówiącego coś w stylu “It’s true. Replicants. Tyrell… All of it.” i że to będzie kolejny opierający się tylko i wyłącznie na nostalgii soft reboot. Jasne, łyknąłem “Przebudzenie mocy”, “Jurrasic World”, a nawet “Terminator: Genisys” jak pelikan, ale po 2 czy 3 latach wskrzeszania starych, zakurzonych franczyz i pokazywania ich „nowemu pokoleniu fanów”, zaczyna być to nieco męczące. Tymczasem nie otrzymaliśmy sformatowanego do potrzeb statycznego współczesnego widza produktu (vide wolne tempo akcji), ale otrzymaliśmy wiele nowych konceptów i – przede wszystkim – nową historię. Fabuła wiąże się ściśle z opowieścią i postaciami z pierwszego “Łowcy androidów”, ale zamiast mielić w kółko te same schematy, jest rzeczywistą kontynuacją narracji z poprzedniej części. Wiele nowych idei, pomysłów i konceptów pokazuje, że Villeneuve umie w science fiction (po raz kolejny, po świetnym “Arrival”, jestem ciekaw “Diuny” w jego reżyserii) i że w science fiction umią też scenarzyści, Hampton Fancher (współautor pierwszego “Blade Runnera”) i Michael Green (scenarzysta dobrze przyjętego “Logana”). Fakt, że Green jest także autorem konceptu “Alien: Covenant” każe mi myśleć, że wiele pomysłów na fabułę jest może dobrych, dopóki producenci nie pozwolą zbytnio w nich gmerać Ridley’owi Scottowi. Jego wpływ – na liście płac „2049” figuruje jako producent – udało się chyba Villeneuve’owi ograniczyć do minimum.

Skoro znów wracamy do Scotta, to zwraca mocno uwagę fakt, że w porównaniu z ostatnimi produkcjami sci-fi tego zasłużonego reżysera, pełnymi naprawdę debilnych luk fabularnych, “Blade Runner 2049” jest zaskakująco logiczny. Filmy fantastyczno-naukowe są idealnym chłopcem do bicia internetowych mądrali i nie wątpię, że i ten konkretny obraz zostanie przez nich rozebrany na części pierwsze. Ja sam coraz częściej uświadamiam sobie, jak bardzo czepialski się stałem. Ale ilekroć podczas oglądania filmu Villeneuve’a mój mózg mówił coś w stylu “to nielogiczne”, “bez sensu”, “nie trzyma się kupy”, za kilka sekund, w kolejnym dialogu czy scenie moje wątpliwości były rozwiewane. Na przykład, gdy grający ekscentrycznego magnata przemysłowego, “produkującego” replikantów, Jared Leto ma dokonać “przeglądu” jednego ze swoich “produktów”, pomyślałem sobie tak: “Facet jest niewidomy, ale pewnie ma jakiś sposób, by sprawdzać ‘jakość’ replikantów. Swoją drogą, to głupie, że koleś wykorzystuje inżynierię genetyczną, by tworzyć zaprojektowanych od początku do końca według swoich życzeń niewolników, a nie potrafi tej technologii użyć, by przywrócić sobie wzrok. Ta jego ociemniałość posłużyła scenarzystom wyłącznie do podkręcenia wizerunku szalonego naukowca, bo przecież wiadomo, że w filmach fizycznej ułomności zawsze towarzyszy niezwykła inteligencja”. W momencie, gdy ta tyrada wybrzmiała w mojej głowie, asystentka Jareda Leto przyczepiła mu do szyi czip, który okazał się przekazywać do jego mózgu obraz z malutkich dronów. Pomyślałem sobie wtedy: “Ten film jest całkiem CinemaSins-odporny”. Praktycznie każda potencjalna luka fabularna została przez scenarzystów w elegancki sposób zaszyta.

Także “Blade Runner 2049” – przynajmniej jak dla mnie – jest obrazem inteligentnym. Może to dlatego jest totalną porażką finansową? Według mojej wiedzy w ciągu dwóch tygodni od premiery nawet nie zwrócił się budżet filmu. Może ludzie nie zrozumieli, o co chodzi i odradzili innym pójście na “Blade Runnera”? Co przypomina mi o innej kwestii. Czy żeby obejrzeć nowy film, trzeba najpierw obejrzeć pierwszą część? Moim zdaniem nie, bo fabuła – choć inteligentna – nie jest jakoś szczególnie zawiła czy niejednoznaczna. Więc “2049” można obejrzeć i dobrze się bawić, a nawet zrozumieć bez oglądania oryginału. Ale ja bym polecał jednak obejrzeć film z 1982 roku. Bo w sumie po co odmawiać sobie przyjemności oglądania klasyki? Tak czy siak, obejrzyjcie “Blade Runner 2049”. Polecam. Idąc na ten film do kina pozwalacie naszej współczesnej cywilizacji zachować twarz. Im mniejsza różnica między box officem dzieła Villeneuve’a a box officem kolejnej części przygód pierdolonych Minionków, tym większa nadzieja dla ludzkości.