Motörhead – Under Cöver. Czyli o tym, jak rynek muzyczny zmienił się mniej, niż byśmy sobie tego życzyli

Teoretycznie muzyki powinno się słuchać dla samej muzyki. Nie oszukujmy się jednak, towarzysząca jej otoczka najczęściej ma wpływ na jej odbiór. To jak artysta prezentuje się na scenie ma wpływ na to jak postrzegamy samą muzykę, nawet jeśli mówimy o konkursie chopinowskim. Znajomość okoliczności towarzyszących powstaniu jakiegoś utworu może diametralnie zmienić naszą jego interpretację. Niestety tak było w moim przypadku, kiedy sięgnąłem po “Under Cöver” Motörhead. I zamierzam pewne fakty związane z tym wydawnictwem wyjawić. Więc jeśli nie chcecie ryzykować utraty radości ze słuchania tego albumu, nie czytajcie dalej tego tekstu.

Motörhead_Under_Cover_album_cover

Jak sama nazwa wskazuje, na nowym albumie Motörhead znalazły się same covery. Utwory z repertuarów innych wykonawców sprawdzają się w ich interpretacji bardzo różnie. Z jednej strony kowerowanie thrashowego “WhiplashMetalliki przez zespół, który zapoczątkował thrash, to pewniak i samograj, a w śpiewanym przez Lemmy’ego “God Save The Queen” jest jeszcze więcej bezczelności i obrazoburczości, niż w wersji Sex Pistols. Z drugiej strony w “Breaking the LawJudas Priest czy “Cat Scratch FeverTeda Nugenta panowie grają równo i w ogóle, ale Motörhead nie wnosi do tych piosenek jakiejś szczególnej świeżości. Ale nawet jeśli zespół wykonuje utwór innego artysty w sposób nieszczególnie nowatorski, to fajnie jest tego posłuchać, jeśli czuć, że muzycy dobrze się bawią grając go. I tak mogłoby być i w przypadku tego albumu. Tylko, że słuchając “Under Cöver” nie czuć funu z grania i charakterystycznego dla Motörhead apetytu na życie. Czuć za to charakterystyczną dla przemysłu płytowego chciwość.

Bo nie oszukujmy się, nowy album Motorhead to klasyczny przykład robienia przez biznesmenów w garniturach hajsu na śmierci lidera jednego z najsłynniejszych rock and rollowych zespołów świata. I choć nie jest to zjawisko nowe, ten przypadek wyróżnia się wyjątkową perfidią. Dodatkowo album ten jest świadectwem, że w ostatnich dekadach rynek muzyczny nie zmienił się za bardzo na lepsze, wszak Internet miał zdemokratyzować stosunki między konsumentami muzyki, a jej twórcami. Tymczasem okazuje się, że wciąż silniejsi i bogatsi mogą oszukiwać fanów, sprzedając im starego, odgrzewanego kotleta, zawiniętego w nową, błyszczącą folię aluminiową. I to wszystko niestety trochę mi psuje odbiór czysto muzycznej strony płyty.

Trzeba przyznać, że wydanie po śmierci lidera Motörhead, Lemmy’ego Kilmistera, albumu z coverami jest posunięciem dość przebiegłym. Wytwórni płytowej udało się stworzyć wrażenie, że albo jest to album przygotowywany przez zespół w ostatnim czasie, tylko lider zespołu zmarł, zanim płyta została wydana, albo jest to zbiór wcześniej niepublikowanych piosenek. Nie jest to jakiś tam ordynarny “The Best of Motörhead. Smutno ci, że twój idol umarł? Upamiętnij go kupnem składanki najlepszych przebojów i wysoką premią świąteczną dla zarządu wytwórni płytowej”. Tylko, że “Under Cöver” nie był przygotowywany przez Motörhead, a przez korporacyjnych urzędników. I wcale nie zawiera wcześniej niepublikowanego materiału. Na jedenaście piosenek, zaledwie dwie (“HeroesDavida Bowiego i “Rockaway Beach” Ramonesów) nie ukazały się nigdy na żadnym oficjalnym wydawnictwie. W dodatku co najmniej jeden z numerów (mam na myśli “Hellraiser“) był całkiem dużym hitem i jest chyba znany nawet mniej zagorzałym fanom Motörhead, a inny (“Sympathy For The Devil“) jest z kolei utworem z… poprzedniego albumu grupy.

Dlaczego tak mnie to denerwuje? Z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że wydaje mi się to rozmienianiem na drobne dziedzictwa artysty, który wsławił się tym, że nigdy się nie sprzedał. Autentyczność w muzyce rockowej jednak odgrywa, cóż, sporą rolę. A Lemmy Kilmister był najlepszym przykładem rzeczywistej realizacji etosu rock and rollowca. I nie chodzi mi tylko o to, że tuż przed swoją śmiercią, mimo siedemdziesiątki na karku, nadal jakby nigdy nic popijał Jacka Danielsa i palił czerwone Marlboro. Chodzi także o to, że mimo, że w ostatnich dekadach Motörhead stało się marką umieszczaną nie tylko na t-shirtach i kubkach, ale i na butelkach wina i wibratorach (sic!), co z pewnością owocowało milionowymi przychodami, Lemmy nadal mieszkał w dwupokojowym mieszkaniu, a zespół, mimo, że pewnie mógłby żyć wyłącznie z tantiem, regularnie wydawał nowe płyty i ruszał w trasy. To był przykład artysty, który nigdy nie zniżył się do chamskiego odcinania kupnów od dawnej chwały, ponieważ kochał to, co robił i robił to, ponieważ to kochał, a nie ponieważ potrzebował kupić nowe Lamborghini. A to, że teraz Lemmy nie żyje i Motörhead nie wyda kolejnej płyty, to przecież jeszcze nie znaczy, że wytwórnia ma w tym roku zarobić mniej złotych monet.

Po drugie wkurza mnie to dlatego, że ten album jest zbiorem piosenek, który byłby całkiem miłą i przyjemną playlistą na Spotify. Ale fakt, że ktoś zrobił z tego płytę, sprzedaje ją w formie fizycznej (w polskich sklepach internetowych można płytę kupić już od 68,06 PLN, słownie sześćdziesięciu ośmiu złotych sześciu groszy!) i zbija na wiernych fanach grube pieniądze psuje sporą część funu ze słuchania muzyki. Jest 2017 rok! Teoretycznie w erze internetu i streamingu fani muzyki nie muszą już działać pod dyktando przemysłu płytowego. Mogą wybrać dwie niepublikowane wcześniej piosenki Motörhead na iTunes, zapłacić za nie w sumie dwa dolary, a resztę forsy przeznaczyć na – nie wiem – np. na płytę jakiegoś mało znanego startującego zespołu…? Niestety, rzeczywistość jest inna, internet wcale nie zdemokratyzował rynku muzycznego. Showbiznesem cały czas rządzą panowie w drogich garniturach palący śmierdzące cygara, którzy dopóki będą mogli wcisnąć ludziom odgrzewanego kotleta za grube pieniądze, będą to robić. Nie będą ryzykować inwestując w młodych nieznanych artystów, kiedy – żerując na autentycznym uwielbieniu fanów, które samo w sobie nie jest przecież złe – mogą wycisnąć starego dobrego Lemmy’ego, jak cytrynę. Bo jeśli myślicie, że kupując płytę Motörhead, wspieracie materialnie Motörhead, to się mylicie – głównym beneficjentem nadal są ludzie, którzy jedynie pośredniczą w wymianie dóbr między muzykiem a słuchaczem. Czyli jak za starych, niekoniecznie dobrych czasów.

Wiek to tylko liczba. Czyli o ludziach, którzy odnieśli sukces po trzydziestce

Rozmawiając ostatnio z moimi znajomymi, mam coraz częściej wrażenie, że dominuje pogląd o tym, że jeśli przed trzydziestym rokiem życia nie osiągnęło się sukcesu życiowego (rozumianego zarówno jako sukces zawodowy, jak i w życiu prywatnym), to jest się totalnym przegrywem. Człowiek po trzydziestce to już właściwie człowiek z wiekiem do trumny, powinien spisywać już testament, tylko właściwie po co, skoro nie ma żadnego (materialnego lub niematerialnego) dorobku? Osobiście uważam, że jeśli w ciągu pierwszych 12 lat swojego dorosłego życia nie zostałeś gwiazdą rocka, nie zbudowałeś domu, nie zrobiłeś doktoratu, nie zarobiłeś pierwszego miliona i nie założyłeś rodziny, to jeszcze nie znaczy, że powinieneś żyć ze świadomością życiowej porażki.

Uważam, że przekonanie, iż sukces życiowy może przyjść wyłącznie przed trzydziestką, to wynik z jednej strony późnokapitalistycznej presji na to, by być chomikiem obracającym swoim kołowrotkiem szybciej, niż inne chomiki, a z drugiej strony nowoczesnego kultu młodości według którego należy zaszokować ludzkość swoim talentem, a potem umrzeć mając góra 27 lat. I jest ono całkowicie błędne. Na poparcie mojej tezy przedstawiam subiektywny ranking osób, których kariera ruszyła na dobre dopiero po trzydziestce.

Sylvester Stallone

rocky_pub01_-_h_2015

W wieku 30 lat Sylvester Stallone nie osiągnął wiele. Marzenia o błyskotliwej karierze raczej się nie spełniały. Mógł pochwalić się niewielkim dorobkiem obejmującym występ w filmie pornograficznym, do którego angaż przyjął, by nie wylądować na ulicy. W końcu jednak postanowił sam napisać scenariusz filmu, samemu go nakręcić i wystąpić w nim w roli głównego bohatera. Film opowiadał o uderzająco podobnym do samego Stallone’a życiowym przegrywie imieniem Rocky, który dostaje szansę na sukces i wykorzystuje ją. Resztę tej opowieści wszyscy znamy: “Rocky” stał się oscarowym hitem i doczekał się kilku sequeli, z których każdy zarobił miliony monet. Potem Stallone nakręcił jeszcze kilka części Rambo i parę innych filmów akcji, które może nie uzyskały poklasku krytyków, za to sprawiły, że Włoski Ogier mógł kupić rezydencję ze stajnią, w której utrzymywał 80 koni. Osiemdziesiąt.

J.K. Rowling

jk-rowling-image

Gdy pierwsza część przygód Harry’ego Pottera trafiła na półki księgarń, J.K. Rowling miała 32 lata. Ale był to chyba akurat najmniejszy jej problem, biorąc pod uwagę, że była wówczas samotną matką żyjącą z zasiłku.

Lemmy Kilmister

rs-222649-GettyImages-85513871

Lemmy zaczął parać się graniem rock and rolla, gdy jeszcze był nastolatkiem. Później grał w zespole Hawkwind, który dzisiaj jest dość znany i uważany za kultowy. Ale nie oszukujmy się – prawdziwy sukces przyszedł dopiero, gdy założył Motörhead. Kiedy listy przebojów zostały zaatakowane przez pędzący niczym tornado “Overkill“, Lemmy miał 34 lata.

Harrison Ford

han-solo-return-of-the-jedi_612x380

O karierze Harrisona Forda wie każdy, każdy chyba słyszał o tym, jak był stolarzem w Hollywood, bezskutecznie próbując przebić się jako aktor. Wprawdzie grywał tu i tam, ale w momencie, gdy zagrał swoją pierwszą naprawdę dużą rolę w filmie niejakiego George Lucasa (fun fact – Lucas jest od Forda 2 lata młodszy, nie potrafię sobie wyobrazić, że George Lucas jest od kogokolwiek młodszy), zatytułowanym “Gwiezdne Wojny“, miał 35 lat. Potem już chyba nie mógł narzekać na brak propozycji, raczej zaczął narzekać na ich nadmiar. Bycie Hanem Solo, Indianą Jonesem, Rickiem Deckardem i Ściganym musi być dość czasochłonne.

Dave Kushner

23182_artist

Gitarzysta Velvet Revolver, podobnie jak Lemmy, grał w zespołach odkąd był nastolatkiem. Żaden z tych zespołów nie odniósł jednak zbyt wielkiego sukcesu. Ale nigdy nie wiadomo, kiedy los się odmieni. W wieku 36 lat Kushner został zaproszony przez Slasha, kumpla z liceum, który w między czasie osiągnął spory komercyjny sukces w zespole Guns N’ Roses, do udziału w nowym projekcie, jeszcze przez kilka miesięcy dojeżdżał na próby z roboty na budowie.

Stan Lee

7086434

Dzisiaj każdy wie, kim jest Stan Lee. Miliony ludzi w kinach na całym świecie oklaskuje kolejne cameo 94-letniego autora komiksów w kolejnych filmach Marvela. Ale nie zawsze było tak różowo – pierwszym komiksem, według scenariusza Lee, który odniósł sukces, była “Fantastyczna Czwórka“. Gdy ukazał się pierwszy zeszyt serii, Stan Lee miał 39 lat. Także następnym razem, kiedy pomyślicie, że ktoś, kto zbliża się do czterdziestki z pewnością jest nudziarzem, przypomnijcie sobie, że ktoś kiedyś wymyślił Spidermana i X-Menów wchodząc w piątą dekadę swojego życia.

Dave Wyndorf

7092256ff32a627ed0434a54d4cea3ed

Dave Wyndorf to wokalista i lider stoner rockowego Monster Magnet – jednego z moich najulubieńszych zespołów ever. Wyndorf przez lata grał koncerty dla trzydziestu osób, nagrywał demówki, płyty, a przy tym zatrudniał się w różnych prestiżowych miejscach, takich jak stacje benzynowe. Tytuły pierwszych EP-ek Monster Magnet, takie jak “Forget About Life, I’m High on Dope” czy “We’re Stoned, What Are You Gonna Do About It?” są chyba najlepszym świadectwem, że podchodzili do wolnego tempa rozwoju swojej kariery z dużą dozą dystansu i stoickiego spokoju. Może to dlatego mainstreamowy, komercyjny sukces przyniosła im dopiero ich czwarta studyjna płyta zatytułowana “Powertrip“. Wydana w momencie, gdy Dave Wyndorf miał 42 lata.

Samuel L. Jackson

1xRW0_f-thumbnail-100-0

Jak myślicie: ile lat ma Samuel L. Jackson? No, jest już pewnie jakoś po pięćdziesiątce…? You’re motherfuckin’ right, jest po pięćdziesiątce. Bo ma 69 lat. A to oznacza, że kiedy zagrał w “Pulp Fiction” 23 lata temu, chyba swoim pierwszym naprawdę znanym filmie, miał 46 lat. Czterdzieści sześć!

Sixto Rodriguez

top-49-influential-men-sixto-rodriguez-36-1088600-TwoByOne

Faktem jest, że amerykański piosenkarz odniósł pewne sukcesy będąc jeszcze dwudziestokilkulatkiem. Wydał dwie płyty, koncertował nawet w Australii. Ale jego kariera szybko przygasła, a Rodriguez wiódł zwykłe życie człowieka klasy pracującej. Musiał być mocno zaskoczony, gdy w wieku 55 lat odkrył, że z jakiegoś powodu jego popularność w Republice Południowej Afryki porównać można z popularnością Elvisa Presley’a w Stanach. Rodriguez zaczął na nowo koncertować i cieszyć się sławą. Nie wiedział jeszcze wtedy, że czeka go co najmniej jeszcze jedno miłe zaskoczenie. W 2012 roku, gdy piosenkarz miał już lat 70, na ekrany kin wszedł film zatytułowany “Sugar Man” opowiadający jego niesamowitą historię. W ciągu kilku miesięcy po jego premierze, Rodriguez z gwiazdy RPA awansował na gwiazdę formatu światowego.

Także… Następnym razem, gdy stwierdzicie, że jeśli nie osiągnęliście nic spektakularnego przed trzydziestym, albo czterdziestym, albo pięćdziesiątym rokiem życia, przeczytajcie jeszcze raz powyższą listę. Bo – zabrzmi to może jak farmazony trenerów rozwoju osobistego, ale trudno – sukces często przychodzi później, niż się go spodziewamy. I to czy masz 27, 30, 35 czy 50 lat nie ma tu żadnego znaczenia. No, chyba, że chcesz zrobić karierę w sporcie. Tutaj niestety wiek chyba akurat ma znaczenie.

Foo Fighters – Concrete & Gold. Czyli o człowieku, który wygrał życie

A więc… Foo Fighters wydali nową płytę. Pewnie już o tym słyszeliście, bo trąbią o tym wszędzie. Pewnie wiecie już też, że ta płyta jest zajebista. W sensie zaj#$%sta, bo niestety nie możemy napisać na billboardzie promującym rock and rollowy album, że jest zajebisty, bo jeszcze ktoś się przyj%&ie i będzie trzeba zdjąć, a włożone w to pieniądze pójdą się j%&$ć. Ale nieważne. Ważne, że ukazała się nowa płyta Foo Fighters i zewsząd, z internetów, z radia, z ulicznych reklam napływają pozytywne opinie o niej. Płyta jest świetna, jak wszystko, co robi Dave Grohl.

Concrete_and_Gold_Foo_Fighters_album

W sensie, Dave Grohl naprawdę wygrał życie. Jak dotąd grał w co najmniej trzech kultowych zespołach. Jednego dnia jammował z Lemmy’m i Slashem, następnego grał z Jimmy’m Pagem i Johnem Paulem Jonesem. Kolejnego dnia zagrał koncert na wyprzedanym do ostatniego miejsca stadionie i nie był to, pozwolę sobie dodać, pierwszy taki koncert w jego życiu. Za pewne także nie ostatni. Jeszcze następnego dnia wystąpił w teledysku zaprzyjaźnionego zespołu, co dało mu okazję do założenia głupkowatego stroju. Kolejnego dnia wziął udział w sesji nagraniowej innego zaprzyjaźnionego zespołu, którego efekt powędruje zaraz szybko na same szczyty list sprzedaży. Tak trzeba żyć. Życie Grohla to pasmo sukcesów, czego się nie dotknie, to zamienia złoto i – w przeciwieństwie do antycznego mitu o Midasie – nie wiąże się to z żadnym haczykiem, kruczkiem prawnym, nie ma żadnej ceny, którą człowiek musi zapłacić za sukces i szczęście. No bo Dave Grohl po zagraniu kolejnego koncertu, na którym jest oklaskiwany przez dziesiątki tysięcy ludzi, nie wraca do ciemnego pokoju hotelowego, by rozpocząć kolejny kilkudziesięciogodzinny heroinowo-kokainowy ciąg. Nie, facet ma rodzinę, mieszka w domu na przedmieściach, a w przylegającym do tego domu ogródku grilluje z przyjaciółmi. W sensie, nie z grupą interesownych, sztucznych, pretensjonalnych, fałszywych dupków, ale z tymi samymi ludźmi, z którymi kumplował się w liceum. Więc Grohl korzysta z zalet sławy i sukcesu zawodowego, a jednocześnie z uroków życia rodzinnego i osobistego szczęścia. Można powiedzieć, że zjada ciastko i nadal ma ciastko.

Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że facet ma po prostu farta. Z pewnością zasłużył na sukces godzinami spędzonymi nie tylko na ćwiczeniu gry na perkusji czy gitarze, ale i godzinami spędzonymi na pisaniu piosenek, dopieszczaniu ich w sali prób i w studio, czy wreszcie nie obijaniem się na ponad dwugodzinnych koncertach. Słuchając Foo Fighters nawet mało wyrobiony meloman uświadomi sobie z łatwością, że w te piosenki ktoś włożył ciężką pracę, rzemieślniczy kunszt i – last not least – serce. Słychać kreatywność i innowacyjność, chęć rozwoju, odkrywania nowych obszarów w sytuacji, w której można by już dawno odcinać kupony od minionej chwały.

A więc… Myślicie sobie pewnie: “Strasznie długi ten wstęp do recenzji nowego albumu Foo Fighters”. Po pierwsze – to nie jest recenzja. Ja w ogóle nie piszę recenzji. Po drugie – pewnie pocieszy Was fakt, że na razie jeszcze nie przejdę do wątku związanego z “Concrete & Gold”. Bo zanim napiszę cokolwiek o tym albumie chciałbym powiedzieć kilka słów o dwóch problemach, które mam z Foo Fighters i ich liderem.

Problem pierwszy wiąże się z uzyskaną z pomocą ciężkiej pracy, zaangażowania i pasji wysoką jakością wszystkiego, czego dotknie nasz rock and rollowy Midas. Jaram się różnymi numerami Foo Fighters od czasu, kiedy byłem gówniarzem. Wiadomo, wszyscy znają “Everlong” czy “Learn to Fly“. Moim faworytem swego czasu był “All My Life“. Kurczę, ten riff grany ciągle na jednym dźwięku. Właściwie cały utwór grany ciągle na jednym dźwięku. Facet po prostu wie – i udowadnia to światu raz za razem – jak się pisze numery, od których się nie możesz uwolnić. A przy tym wie – z małą pomocą Taylora Hawkinsa, który wali w te bębny, jak należy – jak zrobić numer, który bezlitośnie kopie w dupę nawet najbardziej wybrednych fanów ostrej muzyki. Więc generalnie mamy do czynienia ze świetną muzyką, którą doceniam. I przy której się dobrze bawię. Przynajmniej na początku. Bo – wiecie – po jakimś czasie doświadczam pewnego zmęczenia, znudzenia kawałkami Grohla i spółki. Oczywiście, wszystko się może przejeść, ale w przypadku Foo Fighters, znużenie następuje stosunkowo szybko.

Przejdźmy do problemu numer dwa. Jeśli Dave Grohl rzeczywiście wygrał życie, to dlaczego pisane przez niego piosenki są tak często przepełnione żalem i melancholią? Serio, czy jestem jedyną osobą, której muzyka Foo Fighters wydaje się smutna? “All my life I’ve been searching for something, something never comes, never leads to nothing, nothing satisfies, but I’m getting close, closer to the prize at the end of the rope, all night long I dream of the day, when it comes around, then it’s taken away” albo “I’ve got another confession my friend, I’m no fool, I’m getting tired of starting again, somewhere new”. Nawet jeśli nie w samych tekstach, to we wrzasku Grohla słychać jakiś ból, jakąś tęsknotę, jakąś stratę. Więc może nawet życie samego króla życia nie jest takie idealne?

“I don’t wanna be king, I just wanna sing a love song” – śpiewa Grohl na samym wstępie nowej płyty Foo Fighters, zatytułowanej “Concrete & Gold”, akompaniując sobie jeno na gitarze akustycznej. Po chwili jednak, całkiem znienacka, numer zmienia się w iście floydowską ścianę dźwięku. I miałem takie skojarzenie z Pink Floyd właśnie. Roger Waters również pisał o tym, jak codziennie imprezuje, jeździ luksusowym autem, zarywa panny i jak mu jest z tym wszystkim strasznie źle. Ale może to trop prowadzący totalnie donikąd. Choć oczywiście inspiracje Floydami słychać także w innych piosenkach na tej płycie, choćby w kawałku tytułowym. W singlowym “Run” Grohl śpiewa “In another perfect life…” i brzmi to, jak dla mnie gorzko i ironicznie. Tak, jakby muzyk zwracał się do tych słuchaczy, którzy sądzą, że jego życie jest perfekcyjne. Oczywiście, jak to często bywa z Foo Fighters, numer ten jest opatrzony prześmiewczym teledyskiem, jakby panowie chcieli swoje prawdziwe oblicze ukryć za tymi kostiumami, maskami, perukami i sztucznymi nosami. Ale – tu też – całkiem możliwe, że się mylę i należy ten numer interpretować zupełnie inaczej. No, ale jeszcze jest piosenka z dużo bardziej jednoznacznym linijkami: “Where is your Shangri-La now?” albo “There ain’t no superheroes now”.

W ogóle na tej płycie są goście. I to nie byle jacy. Jest Paul McCartney, jest Justin Timberlake. Niezbyt jednak słychać ich obecność. Gdybym nie wiedział, że brali udział w nagraniach, to bym się tego nie domyślił nigdy, przenigdy. Kiedy na poprzednim krążku “What Did I Do?/God as My Witness” solówkę zagrał Gary Clark Jr., to słuchacz od razu wiedział, że to Gary Clark Jr. Tutaj jakoś nie słychać, że to właśnie Paul McCartney gra na bębnach w jednym z numerów (sic). Nie zrozumcie mnie źle. Jakby w czasie nagrań do mojej płyty do studia wpadła Alison Mosshart, to na pewno też chciałbym, żeby dograła chórki do którejś z piosenek. Na pewno chłopaki dobrze bawili się nagrywając z tymi postaciami. I jeśli obecność gości coś dała tej płycie, to właśnie pewien luz, pewien organiczny chaos, jakąś ludzką niekonsekwencję. Bo tego brakowało chyba na innych płytach Foo Fighters. Były zbyt perfekcyjne, zbyt surowe. Zarówno pod względem konceptu, jak i wykonania. Jest jeszcze jeden mały plus związany z tym, że Paul McCartney gra na perkusji w jednym z kawałków. Dzięki temu słyszymy tam na wokalu Taylora Hawkinsa, co zawsze jest dobre, bo Hawkins to jest super gość.

Ale słuchanie Hawkinsa, jak gra na bębnach jest, ma się rozumieć, równie fajne, co słuchanie jego śpiewu. Jak na przykład w bardzo bluesowym “Make It Right”, gdzie zapodaje piękny bonhamowski groove. Jestem prostym człowiekiem i kiedy słyszę bonhamowski groove, klikam lajka. A propos bluesa, to obok typowo foofighterowskich numerów, takich, jak “Run”, “Arrows” czy “The Line”, rzucają się w oczy takie utwory, jak “Make it Right” czy “La Dee Da”, obydwa mocno bluesowe, w stylu old schoolowego, garażowego rock and rolla, spod znaku The Black Keys czy The White Stripes. Więc mamy już wpływy rocka progresywnego, , do tego dorzućmy jeszcze kobiece chórki w “The Sky is a Neighborhood” czy “Dirty Water” czy inspiracje brytyjskim indie rockiem w „Sunday Rain” i mamy jeden z najbardziej niezdyscyplinowanych albumów w karierze Foo Fighters.

I to może sprawić, że ten album tak szybko mi się nie znudzi. To i fakt pójścia w kilku kawałkach w bardziej artystowskim kierunku. Te chórki, smyczki, ściany gitar. Tego się nie spodziewałem po Foo Fighters, które wciąż postrzegam jako czterech gości rypiących na gitarach w garażu, zakłócających spokój amerykańskiej suburbii. A nawet jeśli mi się ten album znudzi tak szybko, jak poprzednie, to czy tak naprawdę jest w tym coś złego? Jabłkowa guma do żucia też bardzo szybko traci smak, ale czy to znaczy, że jest niedobra? Czasem człowiek potrzebuje takiej krótkotrwałej satysfakcji, jaką daje kwaśna i słodka guma do żucia. Ludzkość potrzebuje takiego zespołu, którego kawałki podgłaśniasz, kiedy słyszysz je w radio, choć nie koniecznie musisz ich słuchać z własnej inicjatywy.

Co do melancholii i smutku, to w muzyce Foo Fighters wciąż jest jej sporo. Ale i w tym nie ma dla mnie nic złego, bo przypomina mi to o dwóch rzeczach. Pierwsza to mądrość płynąca z antycznych mitów, takich jak ten, o wspomnianym już Midasie. Człowiek może przybijać piątkę z Lemmy’m i Slashem, grać dla wyprzedanych aren, wieść życie dorosłego nastolatka, dla którego przetrwanie do pierwszego nie jest problemem. Ale to nie znaczy automatycznie, że nie ma gorszych chwil, życiowych dołów, osobistych porażek, rzeczy, które go trapią. I o tym pisze, o tym śpiewa. Bo – i to jest ta druga rzecz – muzyka ma tę oczyszczającą moc, która pozwala zaakceptować te życiowe porażki i straty, których zaakceptować nie chcemy, a musimy. Jak na zespół, który powstał w czasach, gdy – tak się przynajmniej domyślam – Grohl był dość często pytany “Hej, więc… lider twojego zespołu strzelił sobie w łeb. Jakie są twoje plany na przyszłość?”, to ta muzyka mogłaby być dużo bardziej depresyjna.

PS. Serio, jak wam nie pozwalają pisać, że płyta jest “zajebista”, to napiszcie, że jest “fajna”, “świetna”, “doskonała”, “rewelacyjna”, “ekstraordynaryjna”, “fantasmagoryczna”. Tylko nie piszcie, że jest “zaj#$%sta”, bo jaki jest sens cenzurowania samego siebie?

Queens of the Stone Age – Villains

Uczciwie z mojej strony będzie na samym wstępie oświadczyć, że uważam, że Queens of the Stone Age to najbardziej innowacyjny zespół hard rockowy od czasów Black Sabbath. Ilekroć ktoś mi mówi “stary, kiedyś to był rock and roll, teraz to nawet jeśli coś jest dobre, to jest wtórne”, odpowiadam: “słyszałeś QOTSA”? Można ich nie lubić, ale trudno dyskutować z tym, że jest to zespół, który a) wprowadził nową jakość b) tworzy muzykę rozpoznawalną na pierwszy rzut ucha c) posiada wiarygodność potrzebną, by zostać zaakceptowanym jako wystarczająco badassowy.

Villains_cover_artwork

Co ciekawe, to ostatnie udaje im się, mimo że QOTSA niezbyt epatują charakterystycznym dla hard rockowych napinaczy maczyzmem. Mam na myśli to, że lider i główny architekt brzmienia zespołu Josh Homme nigdy nie wydarł japy w żaden sposób, jak to czynią często Dave Grohl czy Steven Tyler, nie wspominając nawet śpiewaków z kręgów bardziej heavy metalowych, niż Foo Fighters czy Aerosmith. Ba, Homme dość często śpiewa falsetem. I jakoś nikt mu nie powie, że jest pizdą. Może to mieć coś wspólnego z faktem, że wokalista QOTSA ma jakieś trzy metry wzrostu i jest w stanie przydzwonić ci w zęby tak, że polecisz stąd do Palm Desert. Nawet jeśli powiedziałeś to w internecie. Odarcie muzyki Queens of the Stone Age z otoczki napinania muskułów i udowadniania, kto ma dłuższego penisa i w związku z tym jest bardzie trve jest zabiegiem celowym. Zadeklarowanym już na samym wstępie poprzez nazwę zespołu. Jak powiedział sam Homme: “The Kings of the Stone Age wear armor and have axes and wrestle. The Queens of the Stone Age hang out with the Kings of the Stone Age’s girlfriends when they wrestle… Rock should be heavy enough for the boys and sweet enough for the girls. That way everyone’s happy and it’s more of a party”.

Nie sposób nie zauważyć, że muzyka QOTSA zaczyna być coraz bardziej “sweet” i coraz mniej “heavy”. Moim zdaniem trend ten zauważalny jest nie – jak sądzi wielu – od albumu “…Like Clockwork” z 2013 r., ale mniej więcej od czasów “Era Vulgaris” z roku 2007. Wtedy to właśnie pełne brudnego pustynnego piachu, grane na obniżonych strojach riffy z ery “Songs for the Deaf” ustąpiły szklistemu brzmieniu z dużą ilością pogłosu ery “Ery Vulgaris” (sic!), z jakim mieliśmy do czynienia nie tylko na albumach Queensów, ale także w innych projektach Josha, czy to w Them Crooked Vultures czy na ostatniej płycie Iggy’ego Popa (w obydwu projektach po kilku nutach można zauważyć, że Homme miał znacznie większy wpływ na efekt ostateczny, niż pozostali muzycy). Lider Queens of the Stone Age coraz mniej pragnie być Tonym Iommi, a coraz bardziej chce być Davidem Bowie.

O ile jednak wcześniej – nawet na “…Like Clockwork” – był to Bowie ze sporą domieszką wysokooktanowego doom metalowego paliwa, o tyle na “Villains” nie ma nic, co można by podciągnąć pod prężenie muskułów. Co pokazuje, że Homme nie musi już niczego udowadniać, bo w sumie to nigdy nie musiał. Poziom głośności i ciężar riffów skacze tutaj najwyżej do poziomu garażowego rock and rolla spod znaku Eagles of Death Metal. Nawet w najszybszych i najostrzejszych, utrzymanych mocno w stylu znanym z “Ery Vulgaris” piosenkach, jakimi są “Head Like a Haunted House” czy “The Evil Has Landed” (w którym Homme ukradł groove z mojego kawałka, ale lepiej nie będę mu tego wypominał, bo przyjedzie i mnie zbije). Dlatego też fani, którzy liczą na mocne ciosy w twarz w stylu “A Song for the Dead” czy “Feel Good Hit of the Summer” będą zapewne rozczarowani tą płytą. Ale fakt, że QOTSA nagrali płytę zdecydowanie mniej hałaśliwą, mniej przesterowaną i mniej heavymetalową, to jeszcze nie znaczy, że jest to album, który możecie puścić swojej babci. Wciąż Homme i spółka epatują tą samą, co zawsze psychodelią, tą samą mantrową monotonią, które zdefiniowały ich styl na debiutanckim albumie.

“Villains” zawiera o wiele mniej chwytliwych, łatwo zapamiętywalnych numerów, niż “…Like Clockwork”. Nie wspominając już o takich samograjach jak “The Lost Art of Keeping a Secret“, “Monsters in the Parasol“, “Make It wit Chu” czy o przebojowym el dorado, jakim była cała płyta “Songs for the Deaf”. Ale za to chyba nigdy wcześniej na żadnym albumie QOTSA nie było tyle melodii: zamykający album numer “Villains of Circumstance”; “Fortress”, które mogłoby być równie dobrze napisane przez Grega Dulli’ego; czy mój faworyt “Un-Reborn Again” (posłuchajcie tych dęciaków i tego “tu tu ru tu tu”, no kurde!) to tylko najbardziej skrajne przypadki.

Gdzieś w jakimś wywiadzie Homme powiedział, że na “Villains” kontynuuje kierunek z poprzedniej płyty, jednak będzie ona o wiele mniej smutna i depresyjna, niż “…Like Clockwork”. Stąd pewnie obecność bardziej tanecznych kawałków, takich jak singlowe “The Way You Used to Do”, czy obecność motywów funkowych, czy synthpopowych. Jak w otwierającym płytę “Feet Don’t Fail Me”, które choć zaczyna się trochę, jak “The Thing That Should Not Be” Metalliki, by po chwili, zamiast ciężkim jak pociąg pancerny riffom, ustąpić syntezatorom i skocznemu basowi. Muszę powiedzieć, że o ile nie dodawałem żadnych sensacyjnych wykrzykników przy słowach “funkowy” i “synthpopowy” (przecież staram się od początku tego tekstu udowodnić, że Homme nie ma absolutnie żadnego problemu z robieniem kolejnych stylistycznych wolt), to słowo “skoczny” brzmi w tekście o Queens of the Stone Age trochę… nietypowo. Ale co robić, kiedy nie potrafię znaleźć lepszego słowa. Zresztą skoczność ta jest też chyba trochę ironiczna, jak cała twórczość QOTSA, w której nigdy nie wiadomo, czy oni tak na poważnie, czy to tylko konwencja.

Przez to, że nie potrafię odróżnić, kiedy w muzyce ekipy Josha kończy się żart, a zaczyna się poważka, trudno mi jest powiedzieć cokolwiek o tekstach z “Villains”. Bo i tu, tak jak w przypadku innych artystów zmieniających ciągle maski i skaczących z konwencji na konwencję, trudno stwierdzić, czy to ironia, czy szczerość. Niemniej można przecież, olewając intencje autora, zawsze interpretować je po swojemu. Tak robię z Nickiem Cavem, tak mogę też robić z Homme. I tak jak pozwalałem sobie rozumieć dosłownie słowa “if life is but a dream, then wake me up” z otwierającego poprzednią płytę “Keep Your Eyes Peeled”, bo wokalista miał wtedy problemy ze zdrowiem i dragami, tak teraz pozwolę sobie uznać, że “The Way You Used to Do” jest po prostu love songiem. No, bo skoro już wyszedł z depresji?

Najnowszy krążek Queens of the Stone Age nie jest dziełem wybitnym. Niektóre numery wymagają czasu, by je docenić, inne pewnie zostaną zapomniane. Być może ta płyta jest jedną z tych, których z początku fajnie się słucha, a potem się nudzą. Zresztą muzyka Queens of the Stone Age ryje mój mózg na tyle, że jestem w stanie słuchać ich tylko przez pewien czas, potem jednak muszę zrobić przerwę. Czy do niej po tej przerwie wrócę? Na razie nie jestem w stanie powiedzieć.

Co mi się podoba w tej płycie to właśnie ten bezkompromisowy kierunek obrany przez Homme. Ta obojętność na ewentualne oczekiwania fanów, krytyków czy kogokolwiek, dająca realną wolność twórczą. Bo mam wrażenie, że wielu artystów jest w swej kreatywnej swobodzie ograniczana nie przez krwiopijcze wytwórnie płytowe czy skomercjalizowaną scenę, ale właśnie przez siebie samych i swoją własną potrzebę bycia akceptowanym. A jak się ma trzy metry wzrostu, to nie trzeba zabiegać o akceptację u rówieśników. Choć pewnie wielu trzymetrowców i tak to robi, prężąc muskuły i udowadniając, kto ma dłuższego penisa. Ale nie Josh Homme. On ma to w dupie. W sensie, ma w dupie oczekiwania wobec siebie i swojej muzyki. I bardzo dobrze.