Blade Runner 2049. Czyli film smutny i piękny [SPOILERY]

Uważam, że – dla odmiany – tytuł tego tekstu wcale nie jest pretensjonalny. Jeśli sądzicie inaczej, to – no cóż – tkwicie w błędzie. W każdym razie w tej notce chciałbym napisać o jednym z aspektów filmu, który bardzo mi się podobał, a o którym nie za bardzo potrafiłem napisać, nie zdradzając fabuły i dlatego nie wspomniałem o tym poprzednim tekście. A chciałem napisać o tym, jak pięknie smutny jest ten film.e_dtr_076_0030_bg02_PR_v004.1001.tiff

Chyba najlepszym przykładem jest główny bohater, grany przez Ryana Goslinga, K, pracuje w policji i jest – żeby posłużyć się efektem prac polskich dystrybutorów amerykańskich filmów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych – łowcą androidów (tudzież replikantów). Robi to, choć sam jest replikantem, co jest dosyć smutne. Zresztą nie ma zbyt wiele do powiedzenia na ten temat, bo jego mózg jest zaprogramowany tak, aby nie mógł się sprzeciwić swoim przełożonym. Jest niewolnikiem, który nie może nawet spróbować uciec. Nie jest jednak pozbawioną uczuć maszyną, w jego głowie umieszczono wspomnienia, tak aby reagował, jak zwykli, prawdziwi ludzie, czuł tak jak oni. Dlatego może odczuwać dyskomfort, kiedy gnoją go koledzy z pracy, a szefowa go molestuje go. Jedynym światłem, które rozjaśnia jego marną egzystencję jest jego dziewczyna-hologram. I wóda.

Więc ten smutny gość rozpoczyna pewne śledztwo, w wyniku którego, zaczyna podejrzewać, że może jego życie ma trochę więcej sensu, niż myślał. Być może jest pierwszym replikantem urodzonym przez replikantkę (replikantka… jest takie słowo? jeśli nie, to właśnie je wymyśliłem), a jego wspomnienia być może wcale nie są sztuczne. Być może zapoczątkuje tę rewolucję, o której jego szefowa bełkocze, gdy popije. I być może… pozna swojego ojca. No i to wszystko okazuje się być prawdą. K jest wyjątkowy, poznaje swojego ojca. Tylko, że nie. Bo znowu zaraz okazuje się, że to jednak nieprawda. Wszystko, co miało nadać egzystencji K nieco więcej znaczenia, okazuje się być kłamstwem. Wcale nie jest wyjątkowy. Grany przez Harrisona Forda Rick Deckard nie jest jego ojcem. W dodatku jeszcze zostaje zabita jego dziewczyna-hologram. A K chwilę później przechadza się po ulicy i natyka się na reklamę przedstawiającą identyczną hologramową dziewczynę, którą każdy może sobie kupić. Co przypomni mu, że najprawdziwsza oprócz wódy rzecz w życiu bohatera granego przez Ryana Goslinga także okazuje się być kłamstwem. No, po prostu świetnie. A wy myśleliście, że wasz dzień był do dupy?

W momencie, gdy K dowiaduje się, że jego życie wcale nie miało większego znaczenia, jak tylko bycie bezwolnym narzędziem do wykonywania brudnej roboty, że nie jest żadnym cudownym zaginionym dzieckiem, które ma dać początek nowej erze, replikancki ruch wyzwoleńczy proponuje mu nadać swojemu życiu nowe przeznaczenie. Nie chcąc, aby poddany torturom Deckard wydał Wallace’owi informacje na temat pierwszego cudownego replikanckiego dziecka, co zaszkodziłoby sprawie emancypacji replikantów, przywódczyni ruchu oporu, Freysa, mówi K, że “poświęcić życie w słusznej sprawie, to najbardziej ludzka rzecz, jaką można zrobić”. Nie jest jasne, czy to Deckard z małą pomocą K ma poświęcić życie, czy też ma to zrobić sam K. Ja wolę wierzyć, że Freysa ma na myśli Deckarda. Ale K. decyduje się zrobić coś innego, chyba jego zdaniem również bardzo ludzkiego, to znaczy samemu dokonać wyboru. Dlatego nie zabija Deckarda, lecz henchmenkę (henchwomenkę?) Wallace’a, Luv, ratując tym samym Harrisona Forda zarówno przed Wallacem, jak i przed ruchem wyzwoleńczym. I poświęca swoje własne życie, by to zrobić. Następnie doprowadza do spotkania Deckarda z prawdziwym cudownym dzieckiem, czyli specjalistką od wymyślania sztucznych wspomnień, Aną Stelline. Tym samym daje jej to, co sam prawie, prawie miał: możliwość poznania swojego ojca. Uczyniwszy to, K poddaje się swemu losowi i wykrwawia się, zapewne na śmierć.

Więc nasz główny bohater nie jest żadnym wybrańcem, żadnym mesjaszem. Nie przejmuje pałeczki w heroicznej sztafecie, wciąż dzierży ją Rick Deckard. Nie odchodzi ku zachodowi słońca trzymając za rękę dziewczynę, którą uratował z opresji. Na pewno nie będzie żył długo i szczęśliwie. Głównemu złoczyńcy tej opowieści, Nianderowi Wallace’owi, nie spada włos z brody. K kończy swój smutny pobyt na tym łez padole jedynie z małą odrobinką satysfakcji, że pomścił śmierć swojej hologramowej niby-dziewczyny, jakimś tam rodzajem poczucia spełnionego obowiązku wobec innych replikantów, czyli wobec swoich, wreszcie z poczuciem, że choć przez chwilę nie był niewolnikiem. Aż tyle i tylko tyle. Niewiele. Smutne to. Ale biorąc pod uwagę współczesną popkulturę i tę jej część, którą mi udaje się pożreć, to smutek naprawdę piękny. Bo ten film nie jest smutny w depresyjny, nihilistyczny sposób, jak dzisiejsze seriale o socjopatach w rodzaju Franka Underwooda, nie wiedzieć czemu tak uwielbiane. Są smutne w sposób dający promyk nadziei, na pewno w sposób oczyszczający widza (pamiętacie katharsis?).

Zwłaszcza, że ten smutek jest też piękny od strony wizualnej. Nie wiem, może ja mam po prosty słabość do tych fikcyjnych, nieludzkich megamiast przyszłości, w których jest wiecznie ciemno i pada deszcz. Faktycznie, najprawdopodobniej są to miejsca, w których nikt – łącznie ze mną – nie chciałby żyć. Ale przynajmniej są estetyczne. Kiedy K jedzie do Las Vegas, to zastaje wielkie ruiny żelbetowych pomników, a nie Wenecję czy Paryż ze styropianu. Kiedy jedzie do San Diego, które jest wysypiskiem śmieci, to na tym wysypisku nie widzi foliowych torebek i plastikowych butelek. Wszystko jest z metalu i wygląda o wiele bardziej szlachetnie. Powiedzieć, że wizja przyszłości przedstawiona w “Blade Runnerze” to wizja pesymistyczna, to nie powiedzieć nic. A mimo to przyjemnie mi się na nią patrzy. Aż chcę to zobaczyć jeszcze raz. Oczywiście tylko na ekranie.

Blade Runner 2049. Czyli slow food dla duszy [bez spoilerów]

Mam nadzieję, że wybaczycie mi ekstremalnie pretensjonalny tytuł tego tekstu, gdy w trakcie jego lektury uświadomicie sobie, że ma on spory sens. Bo “Blade Runner 2049” to w erze popkulturowego fast foodu prawdziwie wyrafinowany slow food. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam śmieciowe jedzenie – ale dobrze jest czasem pójść do fancy restauracji, by zjeść coś eleganckiego i wyszukanego. Czego nie należy mylić z czymś snobistycznym i pozerskim. “Blade Runner 2049” jest bowiem filmem wysmakowanym i subtelnym, ale równocześnie autentycznym.

blade runner

Obejrzałem film w momencie, w którym był on na ekranach kin już od kilku tygodni, więc – choć starałem się unikać czytania recenzji i tak dalej – dotarło już do mnie sporo opinii na jego temat. Wszystkie były zgodne co do jednego – akcja filmu toczy się wolno. Zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach. Tylko czy to źle, że fabuła nie zasuwa na łeb, na szyję? Wolne tempo tego filmu jest czymś niesamowicie odświeżającym. Szczerze mówiąc, nie jestem osobą jakoś szczególnie bystrą i nie nadążam za większością współczesnych filmów. Jeszcze ogólną fabułę jestem w stanie jakoś ogarnąć, ale żeby dostrzec jakiekolwiek detale czy smaczki? Nope. Za to na seansie “Blade Runnera” miałem czas, by w jednej scenie rozejrzeć się po całym kadrze i zanurzyć się w świat filmu. A jeżeli chodzi o estetykę, to ten film jest godnym następcą oryginału. Twórcy nie tylko – czego się obawiałem – nie pozbawili uniwersum “Łowcy androidów” charakterystycznego pazura, ale – oddając klimat oryginalnego filmu – wprowadzili wiele nowości. Propsy dla scenografów, kostiumografów, makijażystów i speców od efektów komputerowych, bo bycie wiernym duchowi franczyzy i jednoczesne wprowadzenie zupełnie nowych pomysłów, to jak chodzenie po linie między wieżami World Trade Center. Ekipie “Blade Runnera 2049” udało się nie skończyć jako mokra plama na chodniku. Ba, pod względem wizualnym reżyser filmu Denis Villeneuve totalnie dorównuje Ridley’owi Scottowi, o którym można powiedzieć bardzo wiele złego, ale w wizualność to Scott potrafi, jak chyba nikt inny we współczesnym kinie. “Blade Runner 2049” ma tyle samo klasy i elegancji, co jego poprzednik z 1982 roku.

Drugą moją obawą – obok tego, że film będzie nijaki i bezpłciowy pod względem estetycznym – było to, że usłyszę w filmie Harrisona Forda mówiącego coś w stylu “It’s true. Replicants. Tyrell… All of it.” i że to będzie kolejny opierający się tylko i wyłącznie na nostalgii soft reboot. Jasne, łyknąłem “Przebudzenie mocy”, “Jurrasic World”, a nawet “Terminator: Genisys” jak pelikan, ale po 2 czy 3 latach wskrzeszania starych, zakurzonych franczyz i pokazywania ich „nowemu pokoleniu fanów”, zaczyna być to nieco męczące. Tymczasem nie otrzymaliśmy sformatowanego do potrzeb statycznego współczesnego widza produktu (vide wolne tempo akcji), ale otrzymaliśmy wiele nowych konceptów i – przede wszystkim – nową historię. Fabuła wiąże się ściśle z opowieścią i postaciami z pierwszego “Łowcy androidów”, ale zamiast mielić w kółko te same schematy, jest rzeczywistą kontynuacją narracji z poprzedniej części. Wiele nowych idei, pomysłów i konceptów pokazuje, że Villeneuve umie w science fiction (po raz kolejny, po świetnym “Arrival”, jestem ciekaw “Diuny” w jego reżyserii) i że w science fiction umią też scenarzyści, Hampton Fancher (współautor pierwszego “Blade Runnera”) i Michael Green (scenarzysta dobrze przyjętego “Logana”). Fakt, że Green jest także autorem konceptu “Alien: Covenant” każe mi myśleć, że wiele pomysłów na fabułę jest może dobrych, dopóki producenci nie pozwolą zbytnio w nich gmerać Ridley’owi Scottowi. Jego wpływ – na liście płac „2049” figuruje jako producent – udało się chyba Villeneuve’owi ograniczyć do minimum.

Skoro znów wracamy do Scotta, to zwraca mocno uwagę fakt, że w porównaniu z ostatnimi produkcjami sci-fi tego zasłużonego reżysera, pełnymi naprawdę debilnych luk fabularnych, “Blade Runner 2049” jest zaskakująco logiczny. Filmy fantastyczno-naukowe są idealnym chłopcem do bicia internetowych mądrali i nie wątpię, że i ten konkretny obraz zostanie przez nich rozebrany na części pierwsze. Ja sam coraz częściej uświadamiam sobie, jak bardzo czepialski się stałem. Ale ilekroć podczas oglądania filmu Villeneuve’a mój mózg mówił coś w stylu “to nielogiczne”, “bez sensu”, “nie trzyma się kupy”, za kilka sekund, w kolejnym dialogu czy scenie moje wątpliwości były rozwiewane. Na przykład, gdy grający ekscentrycznego magnata przemysłowego, “produkującego” replikantów, Jared Leto ma dokonać “przeglądu” jednego ze swoich “produktów”, pomyślałem sobie tak: “Facet jest niewidomy, ale pewnie ma jakiś sposób, by sprawdzać ‘jakość’ replikantów. Swoją drogą, to głupie, że koleś wykorzystuje inżynierię genetyczną, by tworzyć zaprojektowanych od początku do końca według swoich życzeń niewolników, a nie potrafi tej technologii użyć, by przywrócić sobie wzrok. Ta jego ociemniałość posłużyła scenarzystom wyłącznie do podkręcenia wizerunku szalonego naukowca, bo przecież wiadomo, że w filmach fizycznej ułomności zawsze towarzyszy niezwykła inteligencja”. W momencie, gdy ta tyrada wybrzmiała w mojej głowie, asystentka Jareda Leto przyczepiła mu do szyi czip, który okazał się przekazywać do jego mózgu obraz z malutkich dronów. Pomyślałem sobie wtedy: “Ten film jest całkiem CinemaSins-odporny”. Praktycznie każda potencjalna luka fabularna została przez scenarzystów w elegancki sposób zaszyta.

Także “Blade Runner 2049” – przynajmniej jak dla mnie – jest obrazem inteligentnym. Może to dlatego jest totalną porażką finansową? Według mojej wiedzy w ciągu dwóch tygodni od premiery nawet nie zwrócił się budżet filmu. Może ludzie nie zrozumieli, o co chodzi i odradzili innym pójście na “Blade Runnera”? Co przypomina mi o innej kwestii. Czy żeby obejrzeć nowy film, trzeba najpierw obejrzeć pierwszą część? Moim zdaniem nie, bo fabuła – choć inteligentna – nie jest jakoś szczególnie zawiła czy niejednoznaczna. Więc “2049” można obejrzeć i dobrze się bawić, a nawet zrozumieć bez oglądania oryginału. Ale ja bym polecał jednak obejrzeć film z 1982 roku. Bo w sumie po co odmawiać sobie przyjemności oglądania klasyki? Tak czy siak, obejrzyjcie “Blade Runner 2049”. Polecam. Idąc na ten film do kina pozwalacie naszej współczesnej cywilizacji zachować twarz. Im mniejsza różnica między box officem dzieła Villeneuve’a a box officem kolejnej części przygód pierdolonych Minionków, tym większa nadzieja dla ludzkości.

Valerian i miasto tysiąca planet [bez spoilerów]

Szkoda tego filmu. Projekt życiowy, spełnienie dziecięcych marzeń Luca Bessona, jakim była ekranizacja ukochanej komiksowej serii, okazało się być absolutną finansową porażką. I jestem zwolennikiem tezy, że stało się tak niezależnie od jakości samego filmu. Winna jest logika współczesnego przemysłu filmowego, która – czy gotowi jesteśmy to przyznać czy nie – rządzi także nami – głosującymi nogami wiodącymi nas do kin oraz hajsem wydanym na bilety i popcorn. Bo tak to już jest w rzeczywistości Anno Domini 2017, że jeśli kosztujący grube miliony monet blockbuster nie spełni dwóch kryteriów – tzn. 1) nie jest kolejną ekranizacją, rebootem, sequelem czy prequelem czegoś dobrze znanego publiczności 2) w główne role nie wcielają się absolutnie topowi aktorzy i aktorki, to nie odniesie sukcesu. Najprawdopodobniej. Zdarzają się wyjątki. Ale rzadko.

valerian-and-the-city-of-a-thousand-planets-international-poster-cropped

Film, który kosztował 200 milionów dolców, a zarobił trochę ponad 210, w erze sequeli, spinoffów i uniwersów nie ma szans na kontynuację, a sequel czy spinoff miałby spore uzasadnienie w przypadku adaptacji serii komiksowej o Valerianie i Laureline. Żadnego z tych komiksów nie miałem jak dotąd okazji przeczytać, ale już z samego filmu Bessona można wysnuć wyobrażenie o wielkości i złożoności świata, wielości wątków i konceptów jakie oferuje to komiksowe uniwersum. I właśnie dlatego żal mi francuskiego reżysera i jego dzieła, bo mam przekonanie graniczące z pewnością, że chciałby podróż w świat agentów Valeriana i Laureline kontynuować w kolejnych obrazach. I w ogóle wydaje mi się, że to właśnie fascynacja bogactwem i pięknem przedstawionego w komiksach świata były dla Bessona motorem napędzającym kreację jego najnowszego filmu.

Inne rzeczy, takie jak postacie, ich relacje i psychologia, dialogi, fabuła czy intryga są tylko koniecznym elementem albo pretekstem dla pokazania konceptów, które – jak rozumiem – zrodziły się w wyobraźni autorów komiksu Pierre’a Christina, Jean-Claude’a Mézièresa oraz Evelyn Tranlé i zostały przepuszczone przez wyobraźnie Bessona i ekipy tworzącej film.

Chwilami miałem wrażenie, że albo dialogi są drętwo napisane, albo wcielający się w główne role kosmicznych agentów Valeriana i Laureline Dane DeHaan i Cara Delevingne są naprawdę drewnianymi aktorami, albo Luc Besson po nakręceniu jednego podejścia do sceny dialogu mówił ekipie “Świetnie! A teraz nakręćmy następną scenę, w której pokażemy tę nową zajebistą planetę, albo tę nową zajebistą rasę kosmitów, albo ten nowy zajebisty wynalazek”. Stawiam jednak, że to trzecie. Nie dlatego, że nie chcę przyznać, że twórcy filmu są słabymi artystami czy nie znają rzemiosła, ale dlatego, że ten obraz ocieka wprost dziecięcą fascynacją niezmierzonymi galaktykami. Dlatego jestem w stanie wybaczyć Lucowi Bessonowi, że DeHaan i Delevigne nie grają jak Leonardo DiCaprio i Natalie Portman, że dialogi nie są tak perfekcyjne, jak w “Pulp Fiction“, a intryga nie jest uszyta równie misternie co w “Ocean’s Eleven“.

Bo co tu ukrywać, fabuła, przy dużym stopniu prostoty i przewidywalności (mogę chyba bez zbytniego spoilerowania powiedzieć, że żadnego “No, I am your father” spodziewać się nie należy), zawiera wiele luk (Cinema Sins będzie miało używanie). Nie znam za bardzo filmów z DeHaanem, ale Carę Delevigne – do której urody mam dziwną słabość – widziałem w niezbyt dobrze przyjętym (i słusznie!) “Suicide Squad”, gdzie jej gra została przez krytyków i publiczność obśmiana. A w “Valerianie” zarówno Delevigne, jak i DeHaan nie zagrali jakoś rewelacyjnie. Ale nie pastwmy się nad tymi młodymi aktorami, wszak występ Clive’a Owena też pozostawiał wiele do życzenia. Ethan Hawke czy John Goodman pojawili się na ekranie na tak krótki moment, że nawet trudno ocenić ich grę (ściślej rzecz biorąc z Johna Goodmana pojawił się tylko jego głos). Więc, tak jak już wspominałem, uważam, że fabuła, dialogi i postacie nie były priorytetem Bessona.

Za to efekty specjalne, sceny akcji, charakteryzacja i (wygenerowane chyba w większości komputerowo) plenery zwalają z nóg. I to wszystko nie dzieje się na zasadzie, że jeśli film z najlepszymi efektami specjalnymi i scenografią ma durną fabułę, to nadal jest durny, niezależnie od tego jakby się spece od grafiki komputerowej nie starali. Bo oglądając “Valeriana i miasto tysiąca planet” czuje się, że te wszystkie komputerowo wygenerowane efekty nie służą wyłącznie pustej rozrywce i bezmyślnej akcji, że nie są tylko owocem tego, że jakiś facet w garniturze powiedział na spotkaniu w sali konferencyjnej “Dajcie tu więcej wybuchów i statków kosmicznych, żeby było co pokazać w trailerze”. Nie, tutaj to wszystko służy eksplorowaniu fascynującego uniwersum i czuć w tym wszystkim pasję do jego zgłębiania. Widać, że film został nakręcony z miłością, nie ma tutaj zbyt wiele kalkulacji (co pewnie nie wyszło mu na dobre, skoro jest finansową klapą).

“Valerian” to film, którym strasznie bym się zajarał, gdybym oglądał go mając – nie wiem – 13 lat? Patrząc na ten film nie szkiełkiem i okiem, lecz czuciem i wiarą, byłbym bardziej otwarty na cuda w nim zawarte. Dość częste luki logiczne w fabule nie wytrącałyby mnie z całkowitego zanurzenia w fascynującym świecie, a rodzące się między głównymi bohaterami uczucie wzruszałoby mnie, mimo braku chemii między DeHaanem a Delevigne i kiepskich dialogów. Tak, jak jako dziecko obejrzałem “Mroczne widmo” (był to pierwszy mój film sagi “Gwiezdnych wojen”) i do dziś nie potrafię tego filmu hejtować, mimo jego wielu oczywistych wad. A to dlatego właśnie, że zadziwiła mnie oryginalność, inność, fantastyczność tamtego świata. I myślę, że gdybym nie był takim starym dziadem, jakim jestem, to “Valerian i miasto tysiąca planet” byłoby kandydatem na jeden z filmów mojego – jak to się czasem szumnie mówi – pokolenia. Na razie jednak nie zanosi się na to, by uniwersum “Valeriana” stało się światowym fenomenem na miarę “Star Wars” czy “Harry’ego Pottera”. Być może ma taki status we Francji – tego nie wiem. Na razie muszę się (choć trudniejsze to pewnie będzie dla Bessona) pogodzić z tym, że nie powstanie sequel (który mógłby być przecież takim “Imperium Kontratakuje” czy “Terminatorem II: Dniem sądu” – filmem, który wyniósł posiadającą wielki potencjał franczyzę na o wiele wyższy poziom). I na pewno muszę sięgnąć po komiksy opowiadające o przygodach Valeriana i Laureline.