Jak poznałem waszą matkę. Czyli o serialu, którego już nikt nie kocha [SPOILERY]

Niedawno minęło 25 lat od premiery pierwszego odcinka “Przyjaciół“. Mimo, że serial powstał w zupełnie innych czasach, media i internety Anno Domini 2019 hucznie świętowały rocznicę rozpoczęcia opowieści o grupie nowojorskich dwudziestokilkulatków. Nie pomyli się pewnie osoba, która stwierdzi, że gdzieś na świecie właśnie w tej chwili jakaś telewizja emituje “Przyjaciół”. Subskrybenci Netfliksa oglądają ten serial chętniej, niż jego oryginalne produkcje. Tymczasem inny sitcom opowiadający o grupie nowojorskich dwudziestokilkulatków, którego pilot został wyemitowany w 2005 roku, pozostaje niemal zapomniany. Mam na myśli oczywiście “Jak poznałem waszą matkę“. Gdy na początku bieżącego roku seria ta pojawiła się na platformie, poziom entuzjazmu widzów Netfliksa oscylował gdzieś w okolicach zera. Okazało się, że „Jak poznałem waszą matkę” nikt już nie kocha. A szkoda, bo to był bardzo dobry serial.

o-HOW-I-MET-YOUR-MOTHER-facebook.jpg

Nie chcę tutaj porównywać, co takiego mieli “Przyjaciele”, a czego zabrakło “Jak poznałem waszą matkę”, by uzyskać status dzieła kultowego. Przeczytałem kilka artykułów, których autorzy próbują wyjaśnić na czym polega fenomen “Przyjaciół” i niestety, ale każdy z nich ponosi przy tym porażkę. Sam też nie czuję się na siłach, by podjąć się tego zadania. Po prostu chciałbym oddać “Jak poznałem waszą matkę” trochę sprawiedliwości, bo uważam, że serial nie zasłużył na los kurzącego się w lamusie starocia i należy mu się choć odrobina z tego ciepła, jakim obdarzani są „Przyjaciele”. Chciałbym też zastanowić się, co sprawia, że rzeczy, które jeszcze niedawno zdawały się być kolejnym ponadczasowym hiciorem, śledzone przez miliony przed telewizorami (i ekranami laptopów), kilka lat później nie wzbudzają już w publiczności niemal żadnych emocji.

Bo przecież u swego zarania “Jak poznałem waszą matkę” miało być nowymi “Przyjaciółmi”, tyle że dla nieco młodszego pokolenia. Niektórzy powiedzą, że “Jak poznałem waszą matkę” nie powtórzyło sukcesu poprzednika właśnie dlatego, że było jego tanią podróbką. No, bo w końcu to historia grupki należących do klasy średniej białych dwudziesto-, trzydziestolatków mieszkających na Manhattanie. W obydwu serialach ważnymi wątkami są sprawy sercowe bohaterów, nieustannie dyskutowane przy kawiarnianym (bądź barowym) stoliku. W obu serialach występuje klamra w postaci wątku miłosnego między dwojgiem z nich. Co bardziej upierdliwi będą się doszukiwać kolejnych jeszcze elementów wspólnych, jak podobieństwa charakterologiczne pomiędzy Tedem a Rossem albo Joey’emBarney’em.

“Jak poznałem waszą matkę” był serialem, który dopasował się do ducha czasów, w których powstał. Albo inaczej: był serialem, który uchwycił ducha czasów. Mając w okresie emisji serialu dwadzieścia parę lat łatwo było w wielu sytuacjach przedstawionych w serialu dostrzec siebie. Być może to dlatego “Jak poznałem waszą matkę” tak szybko się zestarzało. Czasy, w których miała miejsce akcja przeminęły. Ludzie, którzy wtedy mieli dwadzieścia parę lat, z powodu nieubłaganych praw rządzących naszym wszechświatem, dziś są już starsi. Serial perfekcyjnie dopasował się do zeitgeistu, ale gdy duch czasów zniknął, także i serial popadł w zapomnienie.

Ale “Jak poznałem waszą matkę” jest jednak czymś znacznie więcej, niż zaktualizowaną wersją “Przyjaciół”. Nie będę się zbyt długo rozpisywał nad licznymi oryginalnymi motywami pojawiającymi się w serialu. Podkreślić można jedynie podstawową różnicę w sposobie prowadzenia fabuły. Narratorem “Jak poznałem waszą matkę” jest Ted z przyszłości, opowiadający dzieciom swoją historię w sposób subiektywny i znając jej zakończenie. Stąd nowe elementy: niekonsekwencja narratora; luki w jego pamięci; opowiadanie wydarzeń w nieuporządkowany i niechronologiczny sposób; pokazywanie jak ta sama sytuacja wygląda z perspektywy różnych uczestników wydarzeń. Zresztą sam koncept ojca, który ma tylko opowiedzieć dzieciom, jak poznał ich matkę, a tymczasem przez dziewięć sezonów pobłaża swojej skłonności do pełnego dygresji i anegdotek gawędziarstwa, jest pomysłem oryginalnym. 

HOW I MET YOUR MOTHER

Widać zatem jak na dłoni, że pod względem formalnym “Jak poznałem waszą matkę” wprowadziło wiele innowacji, mówi swoim własnym językiem i nie mam żadnych wątpliwości, że nie jest wtórnymi popłuczynami po “Przyjaciołach”. Ale to nie forma czy powierzchowność stanowią o sile “Jak poznałem waszą matkę”. Dla mnie o wyjątkowości tego serialu świadczy sama opowiadana historia i – coś, co dla wielu jest  jego największą wadą – jego zakończenie.

Tak, zwieńczenie tej historii rozczarowało wielu fanów i to może częściowo wyjaśniać brak nostalgii za “Jak poznałem waszą matkę”. Tyle gadania tylko po to, żeby okazało się, że Ted i tytułowa Matka wcale nie żyli długo i szczęśliwie? Oczywiście, jeśli ktoś zakończywszy oglądanie pierwszego odcinka liczył, że moment, w którym Ted poznał Matkę zostanie pokazany wcześniej, niż w finałowym sezonie, był naiwny. Nieustanne odwlekanie tej chwili momentu służyło przecież utrzymaniu widzów w napięciu, sprawiało, że oglądali dalej. Wyjawienie tożsamości Matki wcześniej, niż w ostatnim akcie tej historii, byłoby dla twórców serialu strzałem w stopę pod każdym względem. Być może rozciągając historię na zbyt wiele odcinków, trzymali fanów w owym napięciu odrobinę za długo, osiągając pewną masę krytyczną i tym samym wprowadzając ich w stan irytacji. Ale nawet to fani byliby w stanie wybaczyć, gdyby zakończenie odpowiadało ich oczekiwaniom.

Ale gdy w końcu Ted Mosby poznaje Matkę i stają się parą, twórcy serialu pozwolili ich związkowi trwać zaledwie dziesięć lat i kończąc go śmiercią Matki. Dla większości widzów takie zakończenie, ciągniętej przecież przez prawie dekadę historii, było zbyt przygnębiające. Twórcy zwodzili nas mirażem happy endu, w którym Ted i mityczna Matka żyją długo i szczęśliwie. Bez żadnych komplikacji. Tymczasem nasz bohater zostaje wdowcem, który odnajduje pocieszenie w ramionach Robin, w której raczej nieszczęśliwie kochał się niemal całe swoje dorosłe życie. Widzowie serialu byli skonfundowani. Zamiast perfekcyjnego happy endu dostali zakończenie co najmniej niejednoznaczne, i finał w najlepszym przypadku słodko-gorzki.

how-i-met-your-mother-watching-recommendation-videoSixteenByNineJumbo1600-v3.jpg

Rozumiem przygnębienie wynikające z rozczarowania tym, że nasze oczekiwania nie zostały spełnione. Więcej, fabuła poszła w kierunku będącym antytezą tych oczekiwań. Ale czy to automatycznie oznacza, że musimy wpadać w depresję? Wszak możemy potraktować cierpienie głównego bohatera jako katharsis. 

Oprócz tego możemy spojrzeć na ból Teda – w końcu mało jest rzeczy tak bolesnych, jak utrata ukochanej osoby, zwłaszcza tak przedwczesna – z innej perspektywy. Dostrzec, że w tym w tym świecie, którego przecież nieodłączną częścią jest cierpienie, jest także wiele jasnych, radosnych momentów i że jest w nim także nadzieja. Ostatecznie te dziesięć lat, które Ted i Matka spędzili razem, jest okresem szczęśliwym. Do jasnych chwil należy także chyba zaliczyć wszystkie szaleństwa, które Ted, Marshall, Lily, Barney i Robin wyprawiali przez te wszystkie lata.

A jednym z motywów przewodnich „Jak poznałem waszą matkę” jest właśnie nadzieja. Ted Mosby – wbrew ponoszonym w sferze sercowej porażkom – cały czas niemal niezłomnie wierzy, że w końcu spotka tę jedyną. I w końcu ją spotyka. Gdy zaś krótka historia miłości Teda i Matki kończy się jej przedwczesną śmiercią, Ted odnajduje pocieszenie w ramionach Robin. Nie jest to zakończenie idealne. Ale jest to zakończenie pokazujące, że zawsze jest jeszcze nadzieja. Że nieważne, co się stanie, nie możemy tracić nadziei. Przynajmniej ja takie przesłanie z „Jak poznałem waszą matkę” wynoszę.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że niewiele osób sobie teraz zinternalizuje nagle moją interpretację “Jak poznałem waszą matkę” i stwierdzi: “Hej, w sumie to zakończenie tego serialu wcale nie jest dołujące, tylko podnoszące na duchu! Czas na jego rehabilitację i netfliksowy binge watching!” Bo w sumie to może powód, dla którego nikt już nie kocha “Jak poznałem waszą matkę” jest jeszcze inny, a ja nawet nie zbliżyłem się do jego wyjaśnienia. No, bo co tak naprawdę sprawia, że coś jest ponadczasowe? Czy ktoś jeszcze pamięta czasy, gdy ludzie masowo zasiadali przed telewizorami, by oglądać “Doktora House’a“? Ile osób powraca do tego serialu dziś, po siedmiu latach? Czy też chodziło o rozczarowujące zakończenie? I czy będziemy pamiętać o serialach oglądanych dzisiaj? Za ile lat zostanie zapomniane “Stranger Things“? A może stanie się klasykiem? A może “Jak poznałem waszą matkę” poczeka na ponowne odkrycie jeszcze kolejne dziesięć czy dwadzieścia lat? Może czeka na moment, w którym poczujemy nostalgię za latami dwutysięcznymi? Cóż, pozostaje nam tylko mieć nadzieję. Jak Ted Mosby.   

Marvel’s The Punisher S01. Czyli Rambo powraca do Ameryki [generalnie bez spoilerów]

To co mi się w postaci Punishera podoba, to prostota jego historii. Mafia zabiła mu rodzinę, więc teraz on zabija mafię. Po prostu opowieść o zemście, w której ci źli wreszcie obrywają tak, jak na to zasłużyli. Wszak Frank Castle jest byłym żołnierzem piechoty morskiej, więc tym razem gangsterzy zadarli z niewłaściwą osobą. Twórcy netfliksowego serialu zaproponowali jednak reinterpretację Punishera. Uwypuklili znaczenie faktu, że Frank Castle jest weteranem wojennym, eksploatując takie wątki, jak choćby zespół stresu pourazowego. To wciąż historia zemsty faceta, który stracił żonę i dzieci, ale także człowieka, który, jak wielu swoich towarzyszy broni, najpierw został wykorzystany przez swój rząd do odwalenia brudnej roboty, a następnie stał się zbędny, a nawet szkodliwy. Dlatego choć Punishera i Johna Rambo dzieli wiele różnic (i łączy jeden wspólny mianownik – ilość trupów ścielących się wokół obydwu panów) – w netfliksowej odsłonie postać grana przez Jona Bernthala znacznie bardziej przypomina bohatera granego przez Sylvestra Stallone’a.

The-Punisher-1-600x416

Oglądając “Punishera” dostałem coś nieco odmiennego od tego, czego się spodziewałem. Nie będzie chyba wielkim spoilerem, jeśli zdradzę, że klasyczna historia Franka Castle’a, czyli brutalne i bezwzględne mordowanie brutalnych i bezwzględnych mafiozów bezpośrednio odpowiedzialnych za śmierć jego rodziny, została przez Netfliksa streszczona w pięciominutowym montażu scen łamania gangusom kości kołami ciężarówki i duszenia zbójów ich własnymi krawatami. Następnie przechodzimy do mrocznego, wypełnionego pustką życia mściciela, który porzucił już swoją, uosobioną przez strój z białą czachą, personę i próbuje resztkę swej marnej egzystencji spędzić wtapiając się w tłum, znikając. Castle, niczym klasyczny campbellowski heros, opiera się wezwaniom ku przygodzie i wypełnieniu swojego przeznaczenia, jakim jest mordowanie kolejnych przestępców, aż do momentu, gdy okazuje się, że już ukarani zabójcy jego żony i dzieci byli zaledwie narzędziem w rękach kogoś znacznie potężniejszego. By za bardzo nie zaspoilerować, powiem tylko tyle, że służby wywiadowcze USA i prane przez nie brudy odgrywają tutaj pełną rolę.

Przyznam, że część mnie jednak żałowała, że Punisher nie będzie po prostu rozwalał w klasyczny komiksowy sposób (przynajmniej w moim rozumieniu klasycznego komiksowego sposobu) tych mafiozów, którzy nadal chodzą w kapeluszach, palą cygara i jedzą spaghetti. Zamiast tego dostałem nieco bourne’owską intrygę i historię o samotnym wojowniku, który oprócz pomsty za rodzinę podejmuje walkę z establishmentem o honor swoich poległych towarzyszy broni i odrzuconych przez społeczeństwo weteranów. Ale część mnie oglądała dalej. Aż w oka mgnieniu obejrzałem cały sezon i zacząłem niecierpliwie sprawdzać, kiedy też zostanie na streamingowej platformie pojawi się kolejny.

Dlaczego? Ponieważ – damn you, Marvel! damn you, Netflix! – ten serial jest tak dobrze zrobiony. I nie chodzi tutaj tylko o dobry scenariusz, grę aktorską, zdjęcia czy ścieżkę dźwiękową. Choć nie widziałem dotąd żadnego marvelowsko-netfliksowskiego serialu, domyślam się, że nie schodzą one poniżej pewnego poziomu, jeśli chodzi o filmowe rzemiosło. Chciałem wiedzieć, co wydarzy się w następnym odcinku nie dlatego, że scenarzyści fundowali mi co chwilę emocjonujące cliffhangery, które – umówmy się – są siłą napędową współczesnej serialozy. Do oglądania kolejnych odcinków popychał mnie fakt, że obchodzili mnie główni bohaterowie. Scenarzystom udało się stworzyć niejednowymiarowe postacie, które wzbudzają w widzu autentyczne emocje. Z jednej strony rozumiemy motywy postępowania Franka Castle’a, jego wspólnika w zemście Davida “Micro” Liebermana czy pochodzącej z Iranu agentki Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Dinah Madani. Z drugiej zaś strony są to postacie na tyle złożone, że nie zawsze jesteśmy w stanie przewidzieć ich następny ruch. Czyli, w sumie twórcy “Punishera” zapewniają nam to, co powinna zapewniać nam każda historia, ale bardzo często… no cóż, nie zapewnia nam tego. Nawet czarne charaktery, choć wciąż są – w superbohaterskim, komiksowym stylu – nieco przesadzonymi geniuszami zła, nie są postaciami jednowymiarowymi.

Widz, który sięgnie po Punishera z chęcią oglądania porządnej rozwałki, z pewnością otrzyma jej dużą dawkę, czasami o stopniu brutalności, który zaniepokoiłby nawet Quentina Tarantino. Kto chce dobrego serialu sensacyjnego, na pewno nie będzie rozczarowany, a jednocześnie otrzyma – pomijając już przewijające się wątki wojennej traumy i wyobcowania – chwytającą za serce historię o stracie, rozłące, tęsknocie, rodzinie. Twórcom udało się bowiem przydać całej tej przemocy jakiejś głębi. O ile scenarzyści i reżyserzy nie poświęcili zbyt wiele ekranowego czasu rodzinie Franka (pojawia się ona niemal wyłącznie w impresyjnych obrazach prześladujących sny tytułowego bohatera), to w pewnym sensie dzięki partnerowi Punishera – Micro, zyskujemy wgląd w duszę człowieka, który stracił rodzinę. David Lieberman mógłby być wyłącznie nerdem, stukającym w klawiaturę kompa facetem w fotelu, a jest chyba postacią z całego serialu najbardziej przyciągającą. I pozwalająca zrozumieć także Castle’a. I choć nie uważam, że Punisher – szczególnie w erze masakr dokonywanych przy użyciu broni palnej – powinien być wzorem do naśladowania dla kogokolwiek, to niezależnie od tego, jak go oceniamy, możemy przynajmniej zrozumieć, co tak naprawdę nim kieruje.

Oczywiście podobnych wątków rodzinnych w serii filmów o Johnie Rambo raczej nie uświadczymy. Ale jeśli interpretować Rambo jako opowieść o człowieku przenicowanym na maszynę do zabijania, która obraca się przeciwko swoim twórcom i postanawia wykorzystać jedyny talent jaki posiada, talent do rozwałki, by chronić słabszych, to Punisher w wykonaniu Netfliksa staje się Rambo, który po wieloletniej tułaczce po krajach dalszego i bliższego Wschodu powraca do Ameryki.

Scenarzyści serialu poświęcili wątkowi zespołu stresu pourazowego sporo miejsca, podkreślając, że z powodu wojennej traumy cierpi także sam Frank Castle. To tylko wzmacnia w moim odczuciu jego podobieństwo do Rambo. Ale czy Punisher jest mniej czy bardziej wierny komiksowemu pierwowzorowi, czy jest mniej lub bardziej podobny do innego, jakże charakterystycznego bohatera popkultury, to poświęcony mu serial jest niewątpliwie wart obejrzenia. Choć – to także nie będzie chyba żaden spoiler – cały sezon jest praktycznie zamkniętą historią, niemal wszystkie wątki są w satysfakcjonujący sposób rozwiązane, jestem ciekaw kolejnej serii. Bo interesuje mnie, co stanie się dalej z bohaterami, których polubiłem, choć są dalecy od ideału.

Gra o tron S07E07 [SPOILERY]

Oglądając pierwszą połowę odcinka, myślałem sobie: to zmierza w jakimś mocno niemartinowskim, niegrootronowym kierunku. Zacząłem nawet podejrzewać, że twórcy idą w stronę jakiejś takiej hollywodzko-disnejowskiej naiwności. Ale kiedy w drugiej połowie zaczęli nam serwować plot twist za plot twistem i jednak poczułem, że powróciłem do surowego i okrutnego uniwersum Pieśni Lodu i Ognia, zacząłem się zastanawiać, czy kierunek, w którym to wszystko szło w pierwszej połowie, nie byłby nawet ciekawszy.

game-of-thrones-s07e07

No, bo wyobraźmy sobie, że Cersei jednak naprawdę wybaczyła Tyrionowi jego rzeczywiste i wydumane zbrodnie, postanowiła zjednoczyć się z Daenerys i Jonem, a następnie wszystkie połączone armie Westeros (oprócz Żelaznych Ludzi, ale oni są jacyś inni, to wiadomo nie od dziś) wyruszają na północ, by stawić czoła Nocnemu Królowi. Lordowie północy, dzicy, nieskalani, Dothrakowie i Złota Kompania oraz dwa smoki uderzają na armię martwych (która ma wprawdzie smoka, ale tylko jednego oraz tabuny niezbyt rozgarniętych zombiaków) i zwyciężają w dramatycznej bitwie o losy całego świata. Potem mogą wrócić do swoich małych wojenek o bardzo zimny i kłujący w dupę Żelazny Tron. W których to wojenkach Cersei nie ma szans, bo z resztkami swoich wojsk i grupką najemników nie przeciwstawi się reszcie Westeros, która jej wciąż, cała bez wyjątku, nienawidzi. Koniec. The end. Cały ostatni sezon spędzilibyśmy na epickich bitwach ze smokami i ogólnie rozwałką. “Gra o tron” rzeczywiście stałaby się sagą logu i ognia, zamiast być pełną polityki, spisków, narad, sojuszy i zdrad grą o tron. Ale potem sobie pomyślałem… to by było jednak ciekawe. Najwięksi wrogowie razem. Rodzące się między nimi, rozwijające się przez wiele sezonów i rozkwitające uczucie (w sensie, że nienawiść) nagle nie może znaleźć ujścia w poderżnięciu sobie nawzajem gardeł, dolaniu sobie do nawzajem trucizn do dornijskiego wina czy obdarciu się nawzajem ze skóry (właściwie to mieliśmy tego przedsmak w pierwszej połowie odcinka przedstawiającej negocjacje). Nienawiść musi poczekać, bo teraz trzeba będzie spędzić ze sobą wiele dni (no, dobra – wiele minut) maszerując ku murowi i walcząc ze wspólnym wrogiem. Wyobraźcie sobie, że na pierwszej linii frontu ramię w ramię zasuwałaby Daenerys z zabójcą swego ojca Jaimem, a na tyłach Cersei obmyślałaby jakiś przebiegły fortel wraz z zabójcą swego ojca Tyrionem. To by było ciekawe. Naprawdę!

Jeśli już jesteśmy przy fortelach, to muszę przyznać, że Cersei zaimponowała mi swoją przebiegłością. A najbardziej chyba zainscenizowanym odejściem Eurona Greyjoy’a, niby to przerażonego odkryciem istnienia nieumarlaków. Wreszcie ktoś pomyślał w tym sezonie dwa kroki do przodu, zamiast iść ciągle na żywioł.

Pozostając w temacie spisków. Cóż to była za śmierć. Mam na myśli oczywiście Littlefingera. Muszę przyznać, że z jednej strony jest mi trochę przykro, bo Baelish – przy całej mojej prostoduszności i trzymaniu kciuków za “tych dobrych” – był chyba moim ulubionym łotrem. Może to z powodu jego finezji (w końcu to on, niczym szara eminencja, sterował tak naprawdę cały ten czas tymi wszystkimi mającymi się za strasznie przebiegłych Lannisterami), czy to z powodu jego wielkiej miłości do Catelyn i jego zazdrości wobec Neda Starka, który był człowiekiem lepszym od niego w każdej dziedzinie, na czele z tym, że to właśnie on, a nie Baelish, pojął Catelyn za żonę. Niemniej śmierć Littlefingera to także moment, w którym Sansa ostatecznie udowadnia, że w grze o tron (i w żadnej innej grze) nie należy z nią zadzierać. Pamiętacie, jak wszyscy nienawidziliście tej głupiej Sansy? Z nastolatki przeistoczyła się w kobietę. I to godną tytułu lady of Winterfell.

Obok rozmowy w cztery oczy (bo przegniłych oczu Gregora Clegane’a nie liczę) między Cersei a Tyrionem i śmierci Littlefingera (mimo wszystko od początku sezonu byłem święcie przekonany, że zdoła on jednak – wygrywając ambicje Sansy – podzielić ród Starków), miało miejsce jeszcze jedno niespodziewane wydarzenie. Tak, dochodzimy do ziejącego wygenerowanym komputerowo niebieskim ogniem Nocnego Smoka. Niby, to że zaatakuje było więcej, niż oczywiste. No i na koniec rzeczywiście pojawia się armia martwych i atakuje mur. I przylatuje smok. I nagle! Rozwala mur! Pieprzony mur. Rozpieprzyli mur! Jak oni to teraz odbudują?! Co oni teraz zrobią?! Jak to będzie wszystko?! W sensie przegonią gdzieś martwych i Białych Wędrowców, gdzieś daleko na północ, ale ile trzeba będzie włożyć czasu i pieniędzy w odbudowanie muru?! Czy tak to zostawią rozwalone? Eh! Przyznam, że to mnie zaskoczyło. Choć tak jak Littlefingera (będzie mi brakowało tego dupka), trochę żal mi muru (strasznie lubię ten koncept zmutowanego wału Hadriana), jego rozwalenie było świetnym momentem. I to mimo, że CGI-smok był taki sobie.

Na koniec jeszcze o tym, co mi się podobało mniej. Przede wszystkim w tym sezonie coraz częściej bohaterowie serialu miewają przebłyski świadomości, że tak naprawdę są tylko bohaterami serialu. Czy to kiedy Davos mówi do Gendry’ego: “Dobrze, że cię znalazłem, bo myślałem, że nadal wiosłujesz” czy to kiedy Cersei patrzy zaniepokojona to na Jamie’ego, to na Brienne. To w ogóle nie pasuje do klimatu tego serialu i chyba w ogóle do tego rodzaju fantastyki. Zostawcie meta-żarty i samoświadomość Deadpoolowi. Bo niestety teraz wygląda to, jakby zadanie pisania scenariusza powierzono twórcom memów i fanfików. Brakuje tylko jeszcze, żeby pod koniec odcinka Nocny Król zaczął – niczym Frank Underwood – nawijać z ekranu o tym, że on tego smoka zamierzał dorwać już w drugim sezonie i od tamtego czasu wszystko było elementem jego zawiłego planu.

Nie wiem też co mam myśleć o scenie z Theonem i o tym jak przekuł swoją słabość w atut podczas walki na pięści i kopniaki z kolanka z jednym z Żelaznych Ludzi. Naprawdę, nie wiem, co o tym myśleć. Ciekaw jednak jestem, jak pociągną dalej wątek Theona.

I nie martwcie się o Tormunda. W pierwszym odcinku kolejnego sezonu na pewno będzie scena pokazująca, jak wykopuje się ze śniegu.

Gra o tron S07E06 [SPOLIERY]

Ostatni odcinek “Gry o tron” nie był dla mnie zbyt zaskakujący. I to wcale nie tylko dlatego, że jakiś dupek musiał, po prostu musiał wrzucić na Instagram zdjęcie przedstawiające jedną z kluczowych scen. Widać, że nadzorujące produkcje serialu duo Benioff&Weiss (czy tam Weiss&Benioff) pozbawione materiału źródłowego w postaci kolejnych rozdziałów powieści (tak, jestem jednym z tych buców, co przeczytali książkę i teraz się mądrzą), szyją fabułę w o wiele bardziej przewidywalny sposób, niż zrobiłby to George R.R. Martin. Nie znaczy jednak, że to był odcinek zły albo nudny. Przeciwnie, podniósł poprzeczkę i jeśli panowie tego nie spieprzą, czeka nas naprawdę trzymający w napięciu odcinek finałowy (to już za tydzień!).

20953494_10154624524646930_8154214758510123611_n

Jestem dość prostym człowiekiem i zwykle trzymam kciuki za “tych dobrych”. Jakoś tak po prostu mam, że nie kibicuję Imperatorowi Palpatine’owi, Frankowi Underwoodowi czy Cersei Lannister, nieważne jak fajni by nie byli. Dlatego obecny sezon “Gry o tron” był dla mnie dość przyjemnym doświadczeniem, bo co drugi odcinek to payoff. Zaczęło się jeszcze pod koniec poprzedniego sezonu, kiedy to Ramsay Bolton został zmasakrowany przez Jona Snowa kilkunastoma solidnymi ciosami prosto w ryj, a potem zjedzony przez własne psy napuszczone przez Sansę. Później Arya poderżnęła gardło Walderowi Frey’owi i otruła jego synów. Następnie Daenerys puściła z dymem armię Lannisterów i Eda Sheerana (damn, that was awesome!). A teraz ja sobie uświadamiam, że jeśli to czytacie, to znaczy, że doskonale to wszystko pamiętacie, a ja właśnie – piejąc z zachwytu nad podrzynaniem gardeł i paleniem ludzi żywcem – wychodzę na socjopatę. Ale do czego zmierzam? Otóż chodzi o to, że te payoffy, aczkolwiek dostarczające wiele radości, nie są w stanie utrzymać zainteresowania widza na zawsze. A przynajmniej nie na cały kolejny sezon. Musi się stać coś, co podniesie stawkę w konflikcie między głównymi bohaterami. I to się dzisiaj stało, za sprawą niebieskookiego smoka. Pewnie, że i w poprzednich odcinkach mieliśmy okazję drżeć o tych, którym kibicujemy. Ale teraz możemy naprawdę drżeć o wszystkich, bo wunderwaffe Targaryenów nie tylko okazała się nie być niepokonana, a jeszcze została przejęta przez wroga. Choć – tak jak już wspomniałem na początku – to, że smok Daenerys stanie po drugiej stronie barykady było do przewidzenia przynajmniej od momentu, gdy Nocny Król sięgnął po tę swoją magiczną włócznię. W każdym razie wygląda na to, że takie przejęcie nie jest wcale takie trudne (chociaż niech mi ktoś wytłumaczy, skąd Biali Wędrowcy wzięli takie wielgachne łańcuchy?), więc teoretycznie wróg może nie tylko zabić, ale też zdobyć kolejne smoki. I to sprawia, że nagle historia zrobiła się dużo bardziej interesująca, a kolejne odcinki serii będziemy oglądać w napięciu, drżąc o losy Westeros.  Bo to przecież wcale nie musi się skończyć happy endem. Nawet jeśli kibicujecie Białym Wędrowcom. Nikt nie może spać spokojnie. Nikt.

A propos Białych Wędrowców. Muszę przyznać, że jest coś mrożącego (sic!) krew w żyłach, kiedy nagle pojawiają się i po prostu sobie tam stoją. Gdzieś tam na wzgórzu, w pewnym oddaleniu, milczący, nieruchomi. Gdyby wskakiwali na statki kosmiczne i rozwalali łbami szyby kokpitu, to byliby znacznie mniej przerażający (dziękujemy Ci, Ridley, za zrobienie yorka miniaturki z doga niemieckiego). Zastanawiające jest natomiast dlaczego nieumarli najpierw topią się pod pękniętym lodem, natomiast chwilę później jednak wyłażą spod wody. Najwidoczniej za Murem jeziora są jeszcze głębsze, niż to, w którym tonął Jaime.

Ale nie czepiajmy się. W tym odcinku było więcej pozytywów, niż negatywów. Może bitwa między Nocnym Królem a Drużyną Pierścienia nie była tak zapierająca dech w piersiach, jak chociażby starcie Dothraków i Dany z Lannisterami. Częściowo dlatego, że od początku widziałem, kto przyjdzie z odsieczą – dzięki raz jeszcze, instagramowy dupku. Ale za to sama Drużyna Pierścienia, cóż to jest za team! Wiem, że wielu widzom nie spodobał się ten motyw. Ale moim zdaniem to wspaniałe doświadczenie zobaczyć, jak wątki, które jeszcze nie tak znowu dawno istniały w zupełnie oddzielnych światach, teraz się splatają. Pamiętacie początek tej opowieści, kiedy Jon dołączał do Nocnej Straży, której szefował Jeor Mormont, gdy tymczasem na drugim końcu świata jego syn Jorah Mormont miał szpiegować Daenerys na zlecenie Varysa? Czy ktoś to jeszcze pamięta?! Ciekawe, że w ostatnim odcinku Jon powiedział do Jorah, że jego ojciec myślał, że syn nigdy nie powróci do Westeros. Tymczasem w książce stary Mormont, umierając, mówi coś w stylu “Mój syn. Jorah. Powiedzcie mu, że mu wybaczam. Niech wstąpi do Nocnej Straży”. Przywdzianie czerni było wówczas jedynym legalnym i bezpiecznym sposobem na powrót do Westeros dla Jorah, na którym ciążył wyrok infamii. To ciekawe, dlatego, że w serialu Jorah de facto zrealizował testament ojca z powieści. Wyruszył za Mur, by tłuc się z Białymi Wędrowcami. Czy nie do tego powołana została Nocna Straż?

Muszę przyznać, że podobały mi się też interakcje między Ogarem a Tormundem. Zwłaszcza malutki spór dotyczący nazewnictwa organów płciowych. Serio. O ile oglądając ten sezon mam wrażenie, że język, którym posługują się bohaterowie jest odrobinę za bardzo współczesny, jak na świat fantasy, tak tutaj komuś przyszło do głowy, że w różnych regionach tego jakby-średniowiecznego świata mogą istnieć różne określenia na penisa, a ludzie którzy mieszkali dotąd setki mil od siebie nie muszą mówić tym samym językiem. Mądre posunięcie ze strony scenarzystów. Serio.

Szczerze mówiąc, myślałem, że śmierć Thorosa wywrze na mnie dużo większe wrażenie. Ostatecznie ukatrupienie powszechnie lubianej i sympatycznej postaci powinno zmotywować głównych bohaterów do tym zacieklejszej walki z “tymi złymi”, a widzów jeszcze bardziej zaangażować emocjonalnie. Twórcy jednak jakoś nie wykorzystali tego potencjału. A może po prostu za mało czasu spędziliśmy z Thorosem, by go wystarczająco pokochać?

Za to dużo większe wrażenie zrobiło na mnie pojawienie się Zimnorękiego a.k.a. Wujka Benjena. Niby trochę ex machina, ale z drugiej strony miało to sens. Jeśli cokolwiek wiemy o Zimnorękim to jest to, że jest istotą mieszkającą za Murem, która z jakiegoś powodu pomaga Nocnej Straży. Więc jest całkiem prawdopodobne, że gdy Jon i jego drużyna mieli zetrzeć się z armią martwych, akurat był w pobliżu. Kurczę, to jest jedna z moich ulubionych postaci (zwłaszcza w książce, gdzie jest dużo bardziej tajemniczy). Mam nadzieję, że nie umarł. W sumie to on nie może umrzeć, przecież już jest martwy, prawda? W każdym razie Jon już od chwili, gdy został wskrzeszony przez Melisandre zmartwychwstaje już chyba trzeci raz. Jeśli to nie jest dowód na to, że jest kimś wyjątkowym, to już nie wiem, czy czegokolwiek można być pewnym na tym świecie.

Ostatnia rzecz to być może – zdaniem niektórych na pewno – najważniejszy wątek tej opowieści. Jon i Daenerys. Jakoś dotąd nie kupowałem ich romansu. Ja wiem, że oni są sobie po prostu przeznaczeni. I że pojawienie się jakiejś namiętności między nimi jest logiczne z punktu widzenia fabuły, w końcu są młodzi, piękni, spokrewnieni… Ale między Kitem Haringtonem i Emilią Clarke moim zdaniem jak dotąd w ogóle nie było chemii. Długie spojrzenia Króla Północy w kierunku Zrodzonej z Burzy Etc Etc chyba jednak nie wystarczą. Do tej pory o tym, że między ciotką Danką a bratankiem Jankiem coś iskrzy dowiadywaliśmy się albo z wypowiedzi Tyriona czy Davosa, albo z wyrażającej cierpienie miny Jorah Mormonta. W tym odcinku rzeczywiście poczułem, że między Jonem a Dany rodzi się jakieś uczucie, w momencie, gdy Khaleesi zrzuciła maskę surowej królowej porozumiewającej się z resztą ludzkości robotycznym głosem i bez nawiązywania kontaktu wzrokowego, a zobaczyliśmy twarz zakochanej dziewczyny, do której pierwszy raz od wieków ktoś zwrócił się zdrobniale. Muszę przyznać, że o ile nie uważam Emilii Clarke za zbyt wytrawną aktorkę (ale na pewno jest super osobą!), to w tym odcinku odwaliła kawał dobrej roboty.