[FILMY, KTÓRYCH NIE WIDZIAŁEM W KINIE I TERAZ ŻAŁUJĘ] Sing Street

sing street

Sing Street to film, w którym szara rzeczywistość przeplata się z kolorową fantazją. Akcja toczy się w pogrążonej w kryzysie ekonomicznym lat osiemdziesiątych Irlandii. Główny bohater, nastoletni Conor, zmaga się z szorstkimi realiami: rozpadem małżeństwa rodziców i zmianą szkoły. Z prowincjonalnej dziury, jaką jest zdaniem Conora jego rodzinny Dublin, można zobaczyć lepszy świat jedynie przez okno pod postacią telewizyjnego programu prezentującego nowości muzyczne z USA i odległej o zaledwie 100 kilometrów, a jednak jakby baśniowej Ziemi Obiecanej – Wielkiej Brytanii. Kiedy jednak Conor spotyka i od pierwszego wejrzenia zakochuje się w ślicznej Raphinie, ten szary świat nagle nabiera kolorów.

W chwili spotkania z nieznajomą, chłopak trzeźwo uświadamia sobie, że taki przeciętniak, jak on nie ma szans u takiej piękności, jak Raphina. Na poczekaniu więc wymyśla ściemę o tym, że ma zespół i właśnie szuka modelki, która mogłaby wystąpić w teledysku. Dziewczyna prosi, by przyniósł jej taśmę demo, a wtedy rozważy udział w projekcie. Jeśli więc Conor naprawdę chce zdobyć względy Raphiny, musi w tempie ekspresowym sprawić, by zmyślona kapela stała się prawdziwa. Z pomocą kilku szkolnych wyrzutków kompletuje skład, którego zostaje frontmanem. Jakimś cudem udaje im się skomponować utwór, nagrać demo i sprawić, że Raphina pojawia się na planie ich niskobudżetowego teledysku.

Prawdopodobieństwo tego scenariusza jest oczywiście równie niskie, jak wysoki był dług publiczny Irlandii w 1985 roku. To jednak nie zaprząta uwagi twórcy filmu Johna Carney’a i zapewniam, że nie będzie zaprzątało Waszej, jeśli zdecydujecie się obejrzeć tę produkcję. Fabuła nie jest tutaj aż taka ważna, jak muzyka. Ta bowiem odgrywa w filmach Carney’a (jak choćby w nagrodzonym Oscarem “Once” z 2006 roku) rolę absolutnie pierwszoplanową. “Sing Street” to hołd złożony muzyce. Film, który pokazuje, jak nadaje ona koloru szarej rzeczywistości. Że może okazać się sposobem na zdobycie serca ukochanej. Ucieczką od codziennych problemów.

Carney w perfekcyjny sposób zaciera granicę między rzeczywistością a wyobrażeniami nastoletniego chłopaka. W zasadzie nie wiemy, w którym momencie brzdąkanie kilku amatorów w piwnicy zmienia się w doskonale zaaranżowany, wykonany i wyprodukowany utwór. Nie wiemy, w którym momencie fabuła filmu zmienia się fabułę teledysku. “Sing Street” nie jest bynajmniej historią przesłodzoną. W beczce miodu fantazji nastolatka, wyobrażającego sobie, że jest Joe Strummerem czy Robertem Smithem pływa co najmniej kilka łyżek dziegciu: w domu jest świadkiem gorzkich kłótni swoich rodziców i pogłębiającej się frustracji przegranego na samym starcie starszego brata, w szkole jest gnębiony zarówno przez silniejszych kolegów, jak i dyrektora. Nie wierzę jednak, że ktokolwiek po obejrzeniu “Sing Street” poczuje przygnębienie. Ten obraz raczej rozgrzeje Wasze serca pokazując, że nawet jeśli muzyka nie jest w stanie naprawić przytłaczającej rzeczywistości, to z pewnością pozwala od niej uciec, choćby na chwilę. I udowadnia, że nieważne, jak postrzegają Cię inni, ale jak sam siebie postrzegasz, że jesteś takim, jakim sam się stworzysz.

A jeśli wizja reżysera, fabuła, zdjęcia, aktorzy nie przekonają Was do tego obrazu, to zrobi to właśnie ścieżka dźwiękowa. Promujący film singiel “Drive It Like You Stole It” spokojnie mógłby pójść w ślady “Falling Slowly” nagranego na potrzeby “Once” i zdobyć Oscara. Tymczasem nie został nawet nominowany. Podobno stało się tak dlatego, że twórcy i dystrybutorzy “Sing Street” nie zadbali o jego promocję, także wśród członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo i w Polsce dało się zobaczyć film jedynie w kinach studyjnych. Szkoda, bo “Sing Street” ma wszystko to, co sprawiło, że “Once” stało się produkcją kultową i również mogłoby osiągnąć ten status, zwłaszcza, że jest obrazem chyba bardziej optymistycznym i radosnym, niż piękne, ale melancholijne “Once”. W każdym razie ja nie dołożyłem wystarczających starań, by film zobaczyć w kinie. I teraz żałuję.

 

Moje ulubione piosenki z 2017 roku

Mastodon – Show Yourself

R-11027874-1508525396-1265.jpeg
W ten queensofthestoneage’owo prosty, toporny wręcz numer Mastodonci zdołali jakoś wpleść swoje znaki firmowe – połamane bębny Branna Dailora i pokręcone solówki gitarowe Brenta Hindsa. I to wszystko klei się w jedną zaskakująco spójną całość. Choć tegoroczny album Mastodona “Emperor of Sand” z początku nie przypadł mi do gustu, to pochodzący z niego utwór “Show Yourself” polubiłem od razu. I wygląda na to, że numer ten sprawi, że jeszcze nie raz spróbuję dać szansę całej płycie. Fakt, że dzięki tej piosence grają Mastodona w komercyjnych stacjach radiowych jest bardzo miłym dodatkiem do jego czysto muzycznej strony. A ból dupy metalczyków z powodu tego, że Mastodon się sprzedał i nie gra już prawdziwego metalu jest prawdziwą wisienką na torcie.

Deep Purple – Birds of Prey

R-10098237-1493065944-4487.jpeg
Przyznam, że postawiłem już krzyżyk na Deep Purple. Do niedawna myślałem, że bohaterowie mojego dzieciństwa, będący jednym z najważniejszych elementów mojego muzycznego DNA po prostu się skończyli. I to już dawno, gdzieś w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Nawet pogodziłem się z faktem artystycznej śmierci (no, dobrze – emerytury) moich idoli. Bo przecież starych płyt Deep Purple nikt mi nie odbierze, a panowie są tak zasłużeni, że mają pełne prawo odcinać kupony od dawnej chwały.

Aż tu nagle w radiu usłyszałem “Birds of Prey” i pomyślałem sobie: ale fajny kawałek. Nie pamiętam, czy sam się zorientowałem, że to Deep Purple, czy oświecił mnie spiker radiowy. W każdym razie ten numer jest inny, niż stare Deep Purple, ale pozbawiony jest wszystkiego, co złe w nowym Deep Purple. Czyli wprawdzie brzmi to trochę jak współczesny rock progresywny (który delikatnie mówiąc niezbyt mi podchodzi), ale pozbawiony jest tych pustych, nie prowadzących do niczego popisów wirtuozerii (w których przoduje obecny gitarzysta grupy Steve Morse). “Birds of Prey” to kawałek napisany kunsztownie, ale zagrany na luzie.

Nothing but Thieves – Amsterdam

R-10357611-1500408406-5058.jpeg
Kolejny dowód na to, że dzięki radiu można poznać coś wartościowego. Muza Nothing but Thieves to rock zdecydowanie zbyt nowoczesny jak dla takiego starego dziada jak ja, wciąż jeszcze po szyję tkwiącego w XX-wiecznym hard rocku. Brzmienie zdecydowanie zbyt podrasowane i wyszlifowane na błysk, gitarowa muza powinna być bardziej organiczna. A jednak główny riff w “Amsterdam” porywa do headbangowania, a gdy wokal frontmana brytyjskiej ekipy wpada w ten swój overdrive, to aż mam ciary.

The Darkness – Buccaneers of Hispaniola

R-10950661-1507314196-4003.jpeg
Lubię The Darkness nie tylko dlatego, że 15 lat temu mieli jeden śmieszny kawałek i jeden śmieszny teledysk. Lubię The Darkness, bo to absolutnie wyjątkowa mieszanka Queen, AC/DC i The Cure. Ale jest coś jeszcze. Takich zespołów, jak The Darkness już nie robią. Nie ma już takich przesadzonych hard rockowych bandów, noszących absurdalne stroje i fryzury, których koncerty to prawdziwe widowisko. Jasne, Aerosmith czy Kiss nadal istnieją i koncertują, ale to zespoły, które trudno nazwać współczesnymi. W pokoleniu The Darkness nie ma takiego zespołu. Ja przynajmniej takiego nie znam. Ktoś może zapytać: a Steel Panther? Uważam jednak, że Steel Panther to zespół na wskroś komediowy, a ekipa z Lowestoft nie do końca. Jasne, The Darkness często są groteskowi, operetkowi, komiczni, ale też zza maski klauna wygląda pewna melancholia. Gdzieś tam w absurdalnym falsecie Justina Hawkinsa przebrzmiewają echa burzliwej biografii zespołu (który nie udźwignął nagłego sukcesu i rozpadł się po dwóch płytach, by zejść się dopiero po kilku latach) i jego lidera (walka z uzależnieniem od koki i anoreksją). I te łzy klauna też są chyba jednym z powodów, dla których lubię The Darkness.

Buccaneers of Hispaniola” nie jest może najbardziej nostalgicznym numerem The Darkness, ale niewątpliwie ma pewną domieszkę tego melancholijnego pierwiastka. Poza tym ma wszystko co najlepsze. Wirtuozerię i rzadką dzisiaj w hard rocku, a będącą przecież fundamentem twórczości takich zespołów, jak choćby Led Zeppelin odwagę eksperymentowania. Jest energetyczny i liryczny zarazem. Łączy tradycję i nowoczesność. Nie robi się już dzisiaj takich kawałków. Ale na szczęście jest The Darkness.

Natalia Nykiel – Total Błękit

R-11032354-1508601092-6101.jpeg
Nie siedzę w klimatach muzyki uprawianej przez Natalię Nykiel i nie śledzę za bardzo jej kariery. Wiem tylko, że kilka lat temu listami przebojów rządził kawałek, w którym dwudziestoletnia piosenkarka namawiała kogoś do tego, żeby stał się dorosły i o tym, że nie umie być suką. Był to całkiem niezły, łatwo przyswajalny popowy numer. Potem jednak Natalia Nykiel odpłynęła w kierunku dyskotekowego electro, który to gatunek niezbyt do mnie przemawia.

W nowym singlu zatytułowanym “Total Błękit” wciąż mamy do czynienia z electro, ale nieco bardziej radiowym. Numer wpada w ucho, a przede wszystkim posiada coś nieoczywistego: organiczność, prawdę, niedoskonałość. To rzeczy coraz rzadziej spotykane, nie tylko w muzyce elektronicznej, nie tylko w popie, ale także rocku, od którego jednak zazwyczaj oczekuje się autentyzmu. Tymczasem w “Total Błękit” śpiew Natalii przeradza się w krzyk albo zawodzenie, wokalistka traci oddech, jej głos staje się zachrypnięty. Wszystko to zaskakująco dobrze komponuje się z dźwiękiem syntezatorów i tworzy całość, której chce się słuchać w kółko.