Najfajniejsze filmy 2019 roku [bez spoilerów]

Czas podsumować miniony rok w dziedzinie kinematografii. Przedstawiam zatem subiektywną listę najfajniejszych filmów 2019 roku. Przypominam, że produkcje są wymienione w kolejności chronologicznej. Warto też wspomnieć, że zestawienie obejmuje tylko filmy, które miały swoją premierę w 2019 roku w Polsce. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli nie pojawiła się tutaj na przykład jakaś pozycja nominowana ostatnio do Oscara. Bo być może stało się tak dlatego, że choć w USA miała premierę w 2019 roku, w Polsce pojawiła się dopiero w 2020. I znajdzie się w zestawieniu najfajniejszych filmów roku 2020. A może nie. W każdym razie dosyć już tych disclaimerów – przejdźmy do listy!

Avengers: Koniec Gry (reż. Anthony i Joe Russo)avengers koniec gryDla wielu filmy Marvela są uosobieniem wszystkiego, co złe we współczesnej popkulturze. Wiele z argumentów wysuwanych przeciwko Marvelowi – i będącemu jego właścicielem Disney’owi – nie jest pozbawiona podstaw. W świecie, gdzie najbogatsi i najsilniejsi mają coraz więcej, a mniejsi i słabsi mają coraz mniej, rosnąca dominacja Disney’a powinna wzbudzać niepokój. Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że filmy Marvela to park rozrywki, którego działalność jest ukierunkowana na satysfakcję klientów oraz jak najszybszy i jak największy zysk.

Natomiast nie mogę zgodzić się z argumentem, że ten park rozrywki nie pozwala doświadczyć emocji. Bo – owszem – potrafi wzruszyć. I nie są to wyłącznie wzruszenia tanie. Fakt, że aby naprawdę odczuwać wielkie emocje związane z takimi filmami, jak “Avengers: Koniec Gry“, trzeba wsiąść do marvelowskiej kolejki górskiej na pierwszej stacji i przejechać całą trasę. Prześledzić historie tych wszystkich bohaterów od samego początku. Wtedy dopiero możemy w pełni współodczuwać z naszymi herosami podczas seansu “Avengersów”. Ale też ten giga serial, jakim jest Kinowe Uniwersum Marvela sprawia, że możemy te historie przeżywać często dużo mocniej, niż w przypadku filmów, w których mamy tylko jakieś półtorej, dwie godziny, by poznać bohaterów i się z nimi zaprzyjaźnić.

I dlatego też “Avengers: Koniec gry” znalazło się w tym zestawieniu. Bo to niemal doskonałe zwieńczenie tej dziesięcioletniej przygody, jaką są filmy Marvela. Wiem, że to samo pisałem przy okazji zeszłorocznego “Avengers: Wojna bez granic“. Ale o ile tamten film był zwieńczeniem w sensie połączenia wszystkich wątków w jedną całość, ten jest zwieńczeniem w sensie zakończenia wędrówki głównych bohaterów. Dla mnie szczególnie satysfakcjonujący był finał wątku Steve’a Rogersa. Nie chcę za bardzo spojlerować, więc powiem tylko, że jeśli – tak jak ja – byliście fanami Kapitana Ameryki w wykonaniu Chrisa Evansa, to zakończenie najnowszych “Avengersów” roztopi wasze serca.

“Koniec gry” to właśnie taki dowód na to, że te blockbustery od początku dostarczały wzruszeń, bohaterów, których losami widz mógł się przejmować. I ja się wzruszałem. I przejmowałem. I co z tego, że te filmy to tylko maszyna do produkowania dolarów? Prawda jest taka, że Hollywood nigdy nie było instytucją charytatywną. “Przeminęło z wiatrem“, “Casablanca” czy “Ojciec chrzestny” zostały nakręcone dla pieniędzy. Czy to oznacza, że nie mają artystycznej wartości? Czy to oznacza, że nie wzruszają? No, właśnie.

Spider-Man: Daleko od domu (reż. Jon Watts)spiderman far from homeTak, kolejny film Marvela. Zawiera wszystko za co filmy MCU lubimy. Zachowuje odpowiednie proporcje pomiędzy wartką akcją a potoczystymi dialogami, pomiędzy humorem a powagą. Tom Holland i Jake Gyllenhaal są w tym filmie naprawdę dobrzy. No i jest to po prostu kolejny fantastycznonaukowy, superbohaterski, komiksowy film, więc właściwie czego tu nie lubić?

Ale najbardziej mi się w tym filmie podoba – podobnie jak to było w przypadku jego  poprzednika, „Spider-Man: Homecoming” z 2017 roku – że jest on w gruncie rzeczy po prostu komedią o nastolatkach. Pokazującą nastolatków w sposób, który taki, znajdujący się w czwartej dekadzie swojego życia, stary pierdziel, jak ja, może uznać za realistyczny.

A więc obok wątku opowiadającego o tym, że pojawia się kolejny superłotr i Spider-Man musi przed nim uratować świat, pojawia się wątek miłosny pomiędzy Peterem Parkerem a MJ. Jak na nastolatków przystało, są w tym swoim romantycznym wątku nieco niezdarni, zupełnie jakby dopiero poznawali zasady gry, jakby dopiero się tego uczyli.

Zwykle filmy i telewizja pokazują związki i relacje damsko-męskie, w taki sposób, że trudno zapomnieć o tym, że za wszystkim stoją scenarzyści, czytający w myślach bohaterów i dobrze wiedzący, co się zaraz wydarzy. Dialogi brzmią jak wyreżyserowane; pierwsza randka i pierwszy pocałunek odbywają się według starannie zaplanowanej choreografii. A w “Spider-Man: Daleko od domu” wszystko to wygląda tak niezręcznie, nieporadnie. Tak naturalnie. Poza tym wątek romantyczny nie jest tylko jakimś dodatkiem, umieszczonym w filmie po to, by wynagrodzić dziewczynom to, że poszły na film superbohaterski, by dotrzymać towarzystwa swoim chłopakom. Jest on integralnym elementem fabuły, wręcz osią konfliktu.

A poza tym wcielająca się w rolę MJ Zendaya jest w tej roli absolutnie perfekcyjna. Czy można prosić o coś więcej? Można. Tylko po co?

Yesterday (reż. Danny Boyle)yesterdayTen film stał mi się bliski już przy pierwszym obejrzeniu. Jack Malik (Himesh Patel) jest młodym, ale nie tak znowu bardzo młodym, próbującym się przebić, muzykiem. Mimo prób i wsparcia ze strony przyjaciół, ze swoją menadżerką Ellie (w tej roli Lily James, której obecność jest zawsze mile widziana) na czele, to przebijanie się słabo mu idzie. Brzmi znajomo? Dla mnie tak. “Yesterday” to obraz poruszający kwestie eksplorowane już od czasów Herodota. Czy ważniejsze jest osobiste, doczesne szczęście, czy nieśmiertelność osiągnięta poprzez zdobycie sławy? Czy można mieć szczęście i w kartach, i w miłości? Są to pytania ponadczasowe i czyż można byłoby wybrać do nich lepszy soundtrack, niż piosenki najsłynniejszego zespołu wszech czasów?

Patrząc w ten sposób, “Yesterday” można zaliczyć do tej samej kategorii, co “AmadeuszaMiloša Formana, który jest jednym z moich ulubionych filmów muzycznych. Obydwa filmy poruszają te same tematy, zresztą w produkcji Danny’ego Boyle’a znajdziecie scenę, która w absolutnie perfekcyjny sposób nawiązuje do obrazu Formana. Ale w odróżnieniu od dość mrocznego “Amadeusza”, “Yesterday” to lekka komedia romantyczna. W końcu scenariusz napisał Richard Curtis – jeśli słyszeliście o takich filmach, jak “Cztery wesela i pogrzeb“, “Notting Hill” i “Dziennik Bridget Jones” – to znaczy, że słyszeliście też o Richardzie Curtisie, który jest cichym sprawcą sukcesu tych filmów. Komedia, która rozśmieszy nie tylko walczących o sławę muzyków. I wzruszy nie tylko fanów Beatlesów, których piosenki są osią fabularną filmu.

Może dla niektórych ta produkcja będzie tylko pustą wydmuszką. Ja jednak myślę, że to jeden z tych filmów z sercem. Ciepła historia, która sprawi, że poczujecie się – jak to się teraz mówi – wholesome. Istnieje też pewne prawdopodobieństwo, że może sprawi, że spróbujecie stać się lepszymi ludźmi.

Pewnego razu… w Hollywood (reż. Quentin Tarantino)once upon a time in hollywoodW dziewiątym już filmie, który wyscenariuszował i wyreżyserował, Quentin Tarantino robi to, co zawsze. Bawi się konwencjami, mitami popkultury i fabularnymi tropami. Kicz i tandetę przeobraża w sztukę wysoką, której przyklaskują nawet najbardziej snobistyczni krytycy. Przywraca blask zapomnianym aktorom obsadzając ich w rolach spoza szufladki, w jakiej zostali umieszczeni. Topowym aktorom, którzy – jak mogło by się wydawać – osiągnęli już wszystko, daje materiał, który jest dla nich wyzwaniem. Wreszcie, umieszcza w swoich filmach te wszystkie easter eggi i meta-nawiązania, no i – last not least – estetyzuje brutalną przemoc.

Tarantino tworzy ten swój kinematograficzny misz-masz z charakterystyczną dla siebie precyzją i kunsztem. To właśnie one pozwalają mu uniknąć katastrofalnego burdelu, jakim stałyby się jego szalone pomysły w rękach kogokolwiek innego. W “Pewnego razu… w Hollywood” Amerykanin po raz kolejny spaceruje po wąskim gzymsie dzielącym dach geniuszu od trzystumetrowej przepaści szmirowatości. I udaje mu się z niego nie ześlizgnąć.

Ale tak naprawdę nie dlatego najnowszy film Tarantino znalazł się na mojej liście. A przynajmniej nie tylko dlatego. “Pewnego razu… w Hollywood” to przede wszystkim po prostu świetna rozrywka. Bo kino ma przede wszystkim bawić i Tarantino to rozumie, jak mało kto. Zupełnie, jak w tym wywiadzie w telewizji śniadaniowej, w którym oskarżany, że przemoc w jego filmach inspiruje ludzi do używania przemocy w prawdziwym życiu i indagowany dlaczego w ogóle jest jej tyle w jego filmach, reżyser w końcu wybucha, krzycząc: because it’s so much fun, Jan, get it!

Ślicznotki (reż. Lorene Scafaria)hustlersBądźmy szczerzy, scena przedstawiająca tańczącą na rurze Jennifer Lopez jest sztuką samą w sobie. Zresztą i pozostałe sceny przedstawiające występy striptizerek są zrobione naprawdę wspaniale – choreografia, światło, montaż, udźwiękowienie – wszystko jest tutaj dopracowane w najmniejszym szczególe. Dodatkową przyjemnością jest oczywiście także oglądanie, jak te piękne tancerki odurzają, a następnie okradają banksterów i macherów giełdowych z Wall Street, odpowiedzialnych za finansowy krach z 2008 roku. I to już wystarczyło by za satysfakcjonujące przeżycie, warte pieniędzy wydanych na bilet do kina.

Ślicznotki” mogłoby być po prostu wykwintną ucztą dla oka. Ale oprócz tego jest to po prostu dobra historia. Z jednej strony prosta, klasyczna opowieść o hybris, drodze na sam szczyt i bolesnym upadku. Z drugiej strony fabuła pełna niejednowymiarowych postaci, często operujących w moralnej szarej strefie. Obraz skłania do zadawania istotnych pytań i bynajmniej nie podsuwa prostych odpowiedzi. Ale czy tytułowym “Ślicznotkom” bliżej do okradającego wyzyskiwaczy i rozdającego uciśnionym Robina Hooda czy do pozbawionych kręgosłupa moralnego antybohaterów filmów Martina Scorsese? Musicie chyba zdecydować sami, po obejrzeniu filmu.

Joker (reż. Todd Phillips)jokerByłem sceptycznie nastawiony do tego filmu. Historie, w których protagonistą jest czarny charakter, niespecjalnie do mnie przemawiają. Pewnie – literatura, kino i popkultura są pełne łotrów niepozbawionych uroku, a czasem nawet wzbudzających sympatię – ale dla mnie czarny charakter musi jednak funkcjonować w relacji do bohatera pozytywnego, choćby mniej charyzmatycznego.

A jednak “JokerTodda Phillipsa jest tak dobry, że byłem w stanie na dwie godziny zaangażować swoją uwagę i emocje w losy jednego z najsłynniejszych komiksowo-ekranowych villainów. A może inaczej: Joker Joaquina Phoenixa jest tak dobry, że byłem w stanie zaangażować uwagę i emocje w jego losy. Bądźmy szczerzy, brawurowa gra Phoenixa wywindowała ten film na wyższy poziom. Choć oczywiście nawet najgenialniejszy aktor musi mieć z czym pracować. Wiele rzeczy w tym filmie zasługuje na pochwałę: obsada, scenariusz, zdjęcia, montaż, muzyka. Ale nie da się ukryć, że pierwsze skrzypce w tej orkiestrze gra Phoenix.

Film wzbudził wiele kontrowersji, mniej i bardziej absurdalnych. Zarzutem, który można “Jokerowi” postawić, jest przedstawianie postaci maniakalnego mordercy w sposób budzący współczucie, co może przez niektórych być interpretowane jako usprawiedliwianie jego działań. Ale wyjaśnianie to jednak nie to samo, co ich usprawiedliwianie. To tak jakby pokazać trudne dzieciństwo głównego bohatera w filmie biograficznym o Hitlerze i uznać to za usprawiedliwienie czy gloryfikowanie Holokaustu.

Innym problem jej motyw często powracający w przypadku łotrów z uniwersum Batmana. Zwłaszcza w filmowych adaptacjach jego oponenci to osoby dotknięte zaburzeniami bądź chorobami psychicznymi. Problem chorób psychicznych często był w nich przedstawiany w sposób przerysowany i zdeformowany. Ostatnio przeciwko komiksom i filmom z uniwersum DC – chyba słusznie – wysunięto oskarżenia o mental illness shaming. Zarzut shamingu można by też na upartego postawić najnowszemu filmowi o Jokerze. Ale chyba jednak bardziej należy tę produkcję czytać jako zwrócenie uwagi na problem pomocy osobom zmagającymi się z problemami psychicznymi i to, że można im pomagać inaczej, niż tylko izolując od społeczeństwa w przeuroczych instytucjach w rodzaju Arkham Asylum. I to zwrócenie uwagi na ważny i aktualny problem należy chyba docenić.

To oczywiście nie oznacza od razu, że uważam “Jokera” za obraz niosący jakiś niesamowicie ważny moralny przekaz. Owszem, uważam, że ten film trochę udaje, że jest bardziej głęboki, niż jest naprawdę. Umówmy się, nieważne, jak porywająca będzie gra Joaquina Phoenixa, to “Joker” raczej “Skazanymi na Shawshank” czy “Wszystko za życie” nie jest. Produkcja ta nie musi być też przecież jakoś szczególnie głęboka. Ale nie jest też pozbawioną treści papką. To po prostu bardzo dobry film. Ciężki, brutalny, mroczny, ale dobry.

Na noże (reż. Rian Johnson)na nożeDo tego obrazu podszedłem ze pewną dozą sceptycyzmu. W końcu to film nakręcony przez Riana Johnsona, który napisał i wyreżyserował ósmą część “Gwiezdnych wojen”. I który – według mojej najlepszej wiedzy – jest osobiście odpowiedzialny za większość wprowadzonych do “The Last Jedi” złych pomysłów. Z drugiej strony Johnson zebrał do “Na noże” naprawdę doborową obsadę, złożoną z lubianych przeze mnie aktorów. A potem zebrał same dobre recenzje. Także nie nastawiałem się na to, że to będzie arcydzieło, ale też nie spodziewałem się totalnej chały.

Po wizycie w kinie muszę jednak przyznać, że jestem daleki, by nazwać ten film gniotem. Nie chcąc zdradzać zbyt dużo szczegółów fabuły – wszak “Na noże” to zagadka kryminalna – mogę powiedzieć, że znajdziemy w tym filmie wiele scenariuszowych zabiegów, które Johnson zastosował w “Gwiezdnych wojnach”. Reżyser gra z oczekiwaniami widzów i fabularnymi toposami. Ale w przeciwieństwie do “The Last Jedi”, tym razem owocem tych zabiegów jest inteligentny, angażujący, rozrywkowy i zabawny film. A nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest to film mądry.

Chyba najlepszą rekomendacją dla tej produkcji będzie to, że zrehabilitowała ona w moich oczach Riana Johnsona. Bo nie ukrywajmy, gwiazdorska obsada – która w tym filmie odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty – to nie wszystko. A scenariusz i reżyseria – za obie odpowiada Johnson – odgrywają w tym obrazie kluczową rolę.

Dwóch papieży (reż. Fernando Meirelles)dwóch papieżyDwóch papieży” to kolejny film podejmujący grę z oczekiwaniami widzów. I to w dobrym sensie tego sformułowania. Bo spodziewałem się, że będzie to coś pomiędzy laurką dla papieża Franciszka (którego wyznający raczej liberalne poglądy producenci Netfliksa darzą zapewne większą sympatią, niż Benedykta XVI) a lekką komedią o starciu dwóch starszych księży, z których jeden jest konserwatystą, a drugi postępowcem i wynikających ze światopoglądowych różnic między nimi komicznych sytuacjach. A – choć w filmie znalazło się sporo elementów humorystycznych (i to całkiem zabawnych) – „Dwóch papieży” okazało się być obrazem znacznie poważniejszym, niż sądziłem.

Nie stroniąc od trudnych tematów, jest to wciąż podnoszący na duchu film o wybaczaniu (także sobie), wierze (także w siebie) i o tym, że nigdy nie jest za późno na to, by zacząć zmieniać świat (i siebie). Pal sześć, że historia ta ma zapewne niewiele wspólnego z rzeczywistością, a stosunki między Bergoglio a Ratzingerem są o wiele chłodniejsze, niż maluje to netfliksowa produkcja. Wciąż warto zobaczyć ten film i poznać tę historię.

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie (reż. J.J. Abrams)star wars rise of skywalkerO “Gwiezdnych wojnach” mógłbym oczywiście pisać długaśne eseje, udowadniające światu moją mądrość i inteligencję, wiarygodność jako fana franczyzy i generalnie wyższość mojej racji nad racjami innych. Mógłbym po raz kolejny rozbierać je na części pierwsze i szukać dziury w całym. Ale zamiast tego wolę się nimi po prostu cieszyć. Więc napiszę krótko.

Nie obchodzą mnie złe recenzje i internetowe dyskusje. Nieważne, co sądzę o poprzednich odsłonach sagi. Nieważne czy ten film wprowadził coś nowego i oryginalnego, czy bazował tylko na nostalgii i recyklingu starych pomysłów. Dla mnie “Skywalker. Odrodzenie” miał idealną zawartość “Gwiezdnych wojen” w “Gwiezdnych wojnach”. Film J.J. Abramsa dostarczył mi tych doznań, jakich nie są w stanie dostarczyć inne – lepsze lub gorsze – franczyzy. Dostarczył mi tego, czego oczekiwałem. A od tej sagi oczekuję tylko jednego – magii. A “Skywalker. Odrodzenie” sprawił, że tę magię poczułem.

Star Wars: The Last Jedi. Czyli Gwiezdne Wojny w epoce internetów [SPOILER na SPOILERZE]

Obejrzałem “Ostatniego Jedi” po raz drugi. Nadszedł czas, by napisać kolejny tekst o tym filmie. Na wstępie muszę Wam zdradzić, że będzie on mniej entuzjastyczny, niż poprzedni. A także uprzedzić, że tym razem będzie on zawierał spoilery. Dużo spoilerów. Spoiler na spoilerze, spoilerem pogania. Dodam też – tak dla pewności – że mogą też pojawić się spoilery z “Przebudzenia Mocy” i w ogóle ze wszystkiego, co wcześniej nakręcono w świecie “Gwiezdnych wojen”. No! Zostaliście ostrzeżeni. A teraz do rzeczy.

sw4

Niesamowite, jakie znaczenie dla odbioru dzieła mają okoliczności, w których się z nim stykasz. Nie jest bez znaczenia, czy słuchasz piosenki na głośniczkach od laptopa czy też na wysokiej klasy głośnikach, na słuchawkach w zatłoczonym tramwaju czy też w tłumie ludzi na koncercie. Nie jest bez znaczenia czy film oglądasz w kinie pożerając popcorn, czy w domu jedząc pomidorową po powrocie z pracy.

Na pewno mój odbiór “The Last Jedi”, gdy oglądałem go za drugim razem był inny. Z czego to wynikało? Pewnie z samego faktu, że oglądałem ten sam film po raz drugi. Jest wiele filmów, które są emocjonujące za każdym razem, nawet gdy znasz zakończenie. Ale czasem, gdy wiesz, co wydarzy się dalej, film zaczyna nudzić. “Ostatni Jedi” jest raczej wśród tych drugich filmów. Niestety, ale te zwroty akcji chyba nieco tracą impet, kiedy już wiesz, że nastąpią. Nie oczekiwałem, że to będzie coś na miarę “No, I am your father“. Ale plot twisty w “The Last Jedi” nie osiągają nawet pułapu śmierci Hana Solo. Niestety. Ponadto, gdy pierwszy raz oglądałem film, byłem chyba trochę na haju wywołanym tymi przejmującymi miesiącami wyczekiwania, unikania spoilerowego trailera i tak dalej. Emocje te zdecydowanie opadły po pierwszym seansie, na drugi wybrałem się – niestety – już na trzeźwo. I niestety tym razem podobało mi się znacznie mniej. Pewnie ktoś z Was zadaje sobie pytanie czy nie miały na mnie wpływu negatywne recenzje, w których naczytałem się kąśliwych uwag, które następnie gorliwie zinternalizowałem? Otóż z tego co widziałem po nagłówkach czy też treściach statusów znajomych na fejsbuku, jest o tym filmie zarówno mnóstwo opinii negatywnych, jak i pozytywnych. Z takich recenzji pełną gębą, przeczytałem w całości – a raczej obejrzałem – tylko dwie: Red Letter Media i Kevina Smitha. Także większość formułowanych poniżej przemyśleń, spostrzeżeń czy sądów powstała w mojej głowie. Oczywiście nie jestem na tyle wybitnym umysłem, żeby ciągle wpadać na pomysł, na który nikt jeszcze nie wpadł, więc nie zdziwcie się, że przeczytaliście bądź usłyszeliście już podobne konstatacje gdzie indziej.

W moim poprzednim tekście zastanawiałem się, czy jeśli intuicyjnie czułem, że jakaś scena czy wątek w filmie jest mało “starłorsowa”, nie pasuje, sprawia, że nie jesteśmy w stanie całkowicie zanurzyć się w znanym nam z poprzednich filmów świecie, to może świadczy to na niekorzyść “The Last Jedi”? Po drugim obejrzeniu coraz bardziej czuję, że jednak tak. Zdając sobie sprawę, że muszą się pojawiać nowe rzeczy, że nie można po prostu wiecznie recyklingować raz opowiedzianej historii, to muszę powiedzieć, że niektóre elementy były w “Ostatnim Jedi” nie na miejscu w stopniu chwilami niemal irytującym.

Ale zanim wymienię te elementy, wypadałoby zdefiniować czym tak naprawdę jest (dla mnie) “Star Wars”. Co stanowi istotę “Gwiezdnych Wojen”. Dla mnie to przede wszystkim baśń. Może i osadzona we wszechświecie, w którym ludzie opanowali umiejętność podróżowania z prędkością światła, ale jednak baśń. Z rycerzami, księżniczkami, walką dobra ze złem i magią, która “nas otacza, przenika nas i spaja galaktykę w jedną całość”. Dlatego postrzegam “Star Wars” jako opowieść fantasy, w której science-fiction jest jedynie kostiumem czy scenografią. Baśniowość świata “Gwiezdnych wojen” wiąże się z konsekwencjami takimi jak język i estetyka, przy pomocy których opowiada się tę historię.

sw1

Dlatego ze wszystkich niestarłorsowych scen wcale najbardziej nie wkurzyła mnie Leia lecącą niczym Superman. Ostatecznie, cóż, moc uratowała ją przed śmiercią, to w świecie odległej galaktyki jest możliwe, choć scena faktycznie niebezpiecznie wskazywała na to, że Rian Johnson naoglądał się innej space opery, a mianowicie “Strażników Galaktyki“. Bardziej zirytowała mnie scena, w której wiceadmirał Holdo dokonuje okrętem Ruchu Oporu samobójczej szarży taranując okręt Najwyższego Porządku. W momencie zderzenia i totalnej rozwałki nagle zapada cisza. Oczywiście, bo “in space no one can hear you scream“. Każde dziecko to wie, nawet taki regularnie dostający dwóje z fizyki człowiek jak ja. Tylko, że to jest “Star Wars”. Tu nie ma być realistycznie. Tutaj ciągle w przestrzeni kosmicznej, w próżni, słychać wybuchy. Gdy X-Wingi, Tie-Fightery i inne Star Destroyery się strzelają laserami, to słychać piu! piu! piu! Pewnie, że ta scena była naprawdę piękna. Mucha nie siada. Tylko, że pasowała do estetyki “Gwiezdnych wojen” jak skarpetki do sandałów. Mam wrażenie, że producenci filmu postanowili umieścić w nim różne elementy, które sprawdziły się w innych filmach, bo przecież jeśli sprawdziły się gdzie indziej, sprawdzą się i tu. Otóż nie. Nie sprawdził się także hackujący Benicio Del Toro, czyli kolejna zgrana hollywódzka klisza, totalnie niepasująca do tego uniwersum. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce nikt nie musi udowadniać, że zna się na komputerach stukając szybko w klawiaturę, wszak od hackowania są droidy.

Ale to jeszcze nic, ostatecznie uznajmy to za wypadki przy pracy, które są niemal chlebem powszednim dla “Gwiezdnych wojen”, nawet “Imperium kontratakuje” nie jest pozbawione fuck up-ów. Bardziej wkurzyła mnie… samoświadomość “Ostatniego Jedi”. Jak już wspomniałem postrzegam “Star Wars” jako baśń. Bohaterowie baśni nie wiedzą, że są bohaterami baśni, to nie “Deadpool“, ani film Woody’ego Allena. W tej stylistyce narracyjnej nie mieszczą się takie zabiegi, jak puszczanie oka do widzów. Oglądając “The Last Jedi” ma się wrażenie, jakby scenarzyści przeczytali internetowe dyskusje i postanowili odpowiedzieć na palące internautów kwestie. Kim są rodzice Rey? Kim jest Snoke? Nie irytuje mnie sam fakt, że rodzice Rey nie są nikim ważnym (nie są? może jednak są – to wcale jeszcze nie jest takie pewne) czy fakt, że Snoke, który zafascynował publiczność i wywołał tysiące pytań co do swojej tożsamości, został przekrojony na pół w połowie filmu (tak samo jak w przypadku rodziców Rey, może się okazać, że o Snoke’u jeszcze się czegoś dowiemy). Bardziej wkurzająca jest forma w jakiej te informacje zostały widzowi przedstawione. “Zastanawialiście sie kim są rodzice Rey? Bam! Odpowiemy Wam totalnie wprost, dodając przy tym, że wcale nie Rey częścią tej opowieści, tak jak myślała ona sama i internauci”. Czyżby Kylo Ren czytał dyskusje na forach internetowych i znał teorie mówiące, że ojcem Rey jest Luke albo Obi-Wan? Czyżby Kylo Ren wiedział, że jest tylko postacią z filmu? Może właśnie na tym polega potęga ciemnej strony Mocy, że ten który nią włada uświadamia sobie, że jest tylko bohaterem bajeczki?

Najgorsze jest jednak podejmowanie dyskusji z zakompleksionymi pryszczatymi trollami. Jak pewnie wiecie, wiele osób oburzyło się, że w “The Force Awakens” Rey była w stanie pokonać Kylo w pojedynku na miecze świetlne, mimo faktu, że nigdy nie przeszła żadnego treningu, a w dodatku jest – o zgrozo – tylko dziewczyną. Dla mnie jednak finałowa scena z “Przebudzenia mocy” jest zrozumiała sama przez się. Po pierwsze nie do końca był to pojedynek, wszak (do pewnego momentu) brał w tym udział także Finn, po drugie Kylo Ren był ranny (od celnego strzału z laserowej kuszy – thank you, Chewbacca!), a po trzecie wreszcie kilka scen wcześniej Snoke (dowiedziawszy się, że moc jest silna w Rey, ale nie przeszła żadnego treningu), by stać się Jedi, a zatem jest podatna na pokusę przejścia na ciemną stronę Mocy) rozkazał Kylo przyprowadzić Rey do siebie. Rozumiem, że martwy padawan raczej nie pomoże nikomu podbić galaktyki, więc Kylo nie mógł zabić Rey, miał ją schwytać. Dlatego też trudniej było mu ją pokonać. Tymczasem Rian Johnson postanowił wszystko to wywalić do śmieci i uraczyć nas sceną, w której Snoke – ten sam Snoke, który kazał Kylo przyprowdzić Rey, wyśmiewa go, że pobiła go dziewczyna, która nigdy nie trzymała w ręku miecza świetlnego.

Kontynując litanię rzeczy, które mnie wkurzyły w czasie ponownego seansu “Ostatniego Jedi” przejdę do dziwnych wątków, które odciągały uwagę od głównej opowieści i sprawiały wrażenie dosztukowanych na siłę. Wpływało to negatywnie na główny wątek, czyli historię Rey vs Luke vs Kylo, który akurat sam w sobie był rozwiązany naprawdę fajnie.

sw5

Pierwszym słabym wątkiem była historia Finna, BB8 i Rose. Wybrali się na jakąś planetę przypominającą Monte Carlo, żeby ściągnąć stamtąd informatyka, co umie hackować. Ściągnęli nie tego informatyka, uwolnili kosmiczne konie, dostali się na okręt Pierwszego Porządku, Benicio del Toro trochę postukał w klawiaturę i nic z tego nie wynikło. Gdy oglądałem to pierwszy raz, to było to o tyle ekscytujące, że liczyłem, że to się w jakiś zajebisty sposób zwiąże z wątkiem Kylo Rena, Rey i Snoke’a, którzy przecież byli na tym statku w tym samym czasie, co Finn, Rose i BB8. Tymczasem działania tych ostatnich nie miały praktycznie żadnego wpływu na fabułę. Rozwiązanie tego wątku w postaci stajennego chłopca, który w jakiś sposób odkrył, że można użyć Mocy do chwytania miotły czy w postaci finałowej walki Finna z Phasmą (chociaż i to nie jest pewne, czy to już koniec ich toksycznego związku), nie jest jakoś szczególnie satysfakcjonujące. O romansie między Finnem i Rose wolę nawet nie mówić. Strasznie szkoda, bo Finn to była super postać, a John Boyega to – w przeciwieństwie do większości totalnie nijakich aktorów młodego pokolenia – gość, któremu trzeba przyznać, że ma osobowość. Tym bardziej boli, że Rian Johnson nie miał lepszego pomysłu na to, co Finn z BB8 mieliby robić.

Drugim niepotrzebnym wątkiem, była historia księżniczki Lei, wiceadmirał Holdo i Poe Damerona. Nie wiem, jaki był cel tego całego buntu na pokładzie? Pokazania skaz na charakterze Poe? Admirał Holdo poza tym, że wyglądała, jak surowa, ale sprawiedliwa dyrektorka szkoły podstawowej, nie wnosiła do fabuły niczego, czego nie mogłaby wnieść Leia. Ileż bardziej poruszający byłby ten moment samobójczego uderzenia statkiem rebeliantów w okręt Najwyższego Porządku, gdyby dokonała tego Leia. Wiem, że łatwo teraz doradzać uśmiercenie Lei, kiedy się już wie, że Carrie Fisher nie powróci w kolejnym filmie. Ale gdyby to Leia – niczym prawdziwie honorowy kapitan – pozostała na pokładzie do końca, pozwoliłoby to tej absolutnie wspaniałej postaci rozstać się z sagą w równie spektakularny sposób, w jaki pożegnał się z nią Han Solo. No i byłoby to bardziej w stylu tej postaci. Pamiętacie jak w “Nowej Nadziei” George Lucas i Carrie Fisher wywrócili na lewą stronę archetyp damy w opałach? Jak sprawczą postacią była Leia Organa? Nigdy nie czekała, aż z pomocą przybędzie jej braciszek czy chłopak-macho (na ojca w ogóle nie mogła liczyć). Niestety przez całe “The Last Jedi”, zamiast chwycić za blaster i zrobić porządną rozwałkę, czeka, aż ktoś ją uratuje.

Ale były w tym filmie rzeczy, które za drugim razem spodobały mi się bardziej niż za pierwszym. Paradoksalnie jedną z tych rzeczy było coś, co normalnie uznałbym za tani chwyt wymuszony przez wytwórnię filmową: callbacki z oryginalnej trylogii. Pojawienie się Yody, nawiązujące do treningu z Lukiem w “Empire Strikes Back, co do którego nie byłem przekonany za pierwszym razem czy przybycie Millenium Falcona z odsieczą w finalnej bitwie, niczym w “Nowej nadziei”. Na specjalne propsy zasługuje Chewbacca. Seryjnie, temu włochatemu stworowi należy się medal i przytulenie. Walczy w tych wojnach przeciwko złemu Imperium i ciemnej stronie Mocy, dłużej niż wszyscy ci bohaterowie razem wzięci. Na pewno dłużej, niż admirał Holdo. Jest jedna scena, w której Chewbacca siedzi za sterami Sokoła Millenium i wydaje swój ryk, po czym kadr przesuwa się na stojącego obok, wydzierającego się w niebogłosy porga. Chewie widząc to wydaje kolejny ryk (zapewne znaczący tyle, co “zamknij się i daj mi robić to, co robię najlepiej, czyli kompletną rozwałkę”), po czym strzepuje małego stwora swoim włochatym ramieniem. Badass.

No, ale żeby nie było, że podoba mi się tylko to, co już tam kiedyś gdzieś widziałem: niewątpliwie pewnym novum była ścieżka Kylo Rena. W pewnym momencie bałem się już, że rzeczywiście przejdzie na jasną stronę mocy, nawrócony przez Rey i będziemy mieli reboot “Powrotu Jedi”. Tymczasem Kylo stał się jeszcze bardziej złym dupkiem o jeszcze bardziej kamiennym sercu! Zarówno po „Force Awakens”, jak i dzisiaj, część pryszczatych internetowych trolli narzeka, że Kylo to emo dzieciak, ale moim zdaniem za kilka dekad będzie uważany za łajdaka równie ikonicznego, co Darth Vader. Techniczne rzecz biorąc jest znacznie gorszym skurwielem od swojego dziadka. Nie dość, że zabił swojego ojca, to jeszcze zabił swojego mistrza i szefa, który nawet nie wyczuł jego zamiarów wobec siebie. Kylo – jeśli chodzi o ciemną stronę Mocy – zaszedł najdalej ze wszystkich, których mieliśmy okazję oglądać na srebrnym ekranie. Teraz to on jest Snoke’iem, to on jest Palpatinem. Swoją drogą, doskonała była scena, w której generał Hux zastaje owinięte w szlafrok Hugh Hefnera zwłoki Snoke’a wraz z nieprzytomnym Kylo w sali tronowej i stwierdza “Najwyższy przywódca nie żyje”, a następnie duszony Mocą przez Kylo dodaje “Niech żyje najwyższy przywódca”. To przykład dobrych proporcji w świecie “Gwiezdnych wojen”, niby paralela z czymś w rodzaju przewrotu pałacowego w stylu starożytnego Rzymu i cytat ukradziony ze średniowiecznej Francji, a z drugiej strony, jakże utrzymany w klimacie baśniowego świata “Star Wars”! Piękne.

sw3

Swoją drogą scena walki Rey i Kylo przeciwko gwardii Snoke’a była jedną z lepszych scen akcji w świecie “Gwiezdnych wojen” od czasu masakry dokonanej przez Vadera w “Rogue One“. Pewnie także dlatego, że to jedna z nielicznych dramatycznych scen, w których nikt nie rzuca jakiegoś śmiesznego żarciku. Jak widać odrobina patosu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, nie trzeba się go bać i podkopywać go komizmem w każdej scenie. No, a poza tym jeszcze nie widzieliśmy w “Star Wars” sojuszu czerwonego i niebieskiego miecza świetlnego. A także rozwalenia miecza świetlnego na kawałki.

Scena zniszczenia miecza świetlnego wiąże się z najfajniejszym motywem tego filmu. Chodzi o myśl, że Moc nie polega tylko na sprawnym wymachiwaniu – jak to ujmuje sam Luke – laserowym mieczykiem. W “Nowej nadziei” Vader mówi do jednego z imperialnych generałów: “Don’t be too proud of this technological terror you’ve constructed. The ability to destroy a planet is insignificant next to the power of the Force“. Więc od samego początku sagi wiedzieliśmy, że Moc jest bardzo potężna i że tak naprawdę to ci, którzy potrafią się nią posługiwać, zdecydują o losach galaktyki. Ale tak naprawdę nigdy nie widzimy potwierdzenia tego, jak potężna jest Moc w działaniu. Jasne, w “Nowej nadziei” Luke używa Mocy, by wykonać celny strzał w szyb wentylacyjny Gwiazdy Śmierci, niemniej jakoś nigdy nie miałem poczucia, że cała akcja byłaby skazana na porażkę, gdyby to nie Luke leciał tym ostatnim X-Wingiem. W “Zemście Sithów” ten potężny Anakin Skywalker (czy raczej świeżo upieczony Darth Vader) ma odegrać jakąś kluczową rolę w przejęciu przez Palpatine‘a władzy nad galaktyką, ale tak naprawdę czystki Jedi dokonują klony-szturmowcy, a Anakin ogranicza się do zamordowania grupki dzieciaczków, by następnie pozwolić na to, by Obi-Wan spuścił mu sromotny łomot. W “Powrocie Jedi” znowuż z dialogów wynika, że fakt, czy Luke da się przeciągnąć na ciemną stronę, czy też nie, ma absolutnie krytyczne znaczenie dla całego świata, jednak także tym razem ktoś musi po prostu zakasać rękawy, wziąć się do roboty i zniszczyć Gwiazdę Śmierci przy pomocy broni konwencjonalnej. Możecie mnie dusić na odległość ile chcecie, ale jak dotąd wyglądało mi jednak na to, że ten “technological terror” jest całkiem niezłą konkurencją dla Mocy. Aż do “Ostatniego Jedi”.

Finałowa walka/niewalka Luke’a z Kylo Renem pokazuje jednak, że Vader miał rację. Po raz pierwszy mamy wyłożoną kawę na ławę. Cały ten Death-Star-tech strzelający ile fabryka dała okazuje się faktycznie bez znaczenia w porównaniu z tym, jak potężny stał się Luke. Odkąd zobaczyłem ostatnią scenę “Przebudzenia Mocy”, wiele razy zastanawiałem się, co też zaprezentuje nam Skywalker po 30 latach treningu. Myślałem sobie, to musi być coś odjechanego w kosmos, a nie kolejna walka na miecze świetlne (nie żebym nie lubił mieczy świetlnych, nie zrozumcie mnie źle, po prostu kilka razy wyraźnie jest powiedziane, że Moc to coś więcej). I nie zawiodłem się. Tą walką Luke pokazał, że choć spotykamy go w tym filmie jako zgorzkniałego starca, to jednak bycie zgorzkniałym starcem nie przeszkadza w byciu jednym z najpotężniejszych Jedi w historii. Trochę jak scena w “Empire Strikes Back”, w której Yoda pokazuje zaszokowanemu Luke’owi, że choć jest tylko małym, śmiesznym, zielonym stworkiem, to potrafi podnieść zatopionego w bagnie X-Winga. Teraz to Luke przejął pałeczkę po Yodzie, co jest o tyle wspaniałe, że mogliśmy oglądać go zarówno jako wielkiego mistrza panującego nad Mocą, jak i młodego, głupiego nastolatka. Scenarzyści pozwolili Markowi Hamillowi odejść z wielką klasą. Niestety Carrie Fisher nie miała tyle szczęścia.

Także ogólnie ta historia jest naprawdę super. Podoba mi się miejsce, w którym znalazła się większość głównych bohaterów. Luke odszedł w chwale, pokazując jakim jest badassem (zauważyliście ten moment, w którym Kylo i Skylwalker szurają butami po pokrytej solą powierzchni planety, ale jedynie but Kylo ściera sól odsłaniając czerwoną ziemię, gdy tymczasem but Luke’a nie zostawia śladu?). Ben Solo udowadnia, że nie jest tylko Emo-Darth-Vader-wanna-be i pokazuje swojemu szefowi, jak grubo się mylił. Rey udowadnia Luke’owi (i sobie samej), że nie stanie się drugim Kylo Renem i że jest godną następczynią Skywalkera. Ba, nawet smutny fakt, że liczebność Ruchu Oporu stała się tak niska, że jest on w stanie zmieścić się na pokładzie Sokoła Millenium, sprawia, że fabuła kolejnego filmu będzie o wiele bardziej interesująca. Oni będą musieli tę Rebelię zbudować od zera, tym razem niemal dosłownie od zera. Jestem ciekaw jak J. J. Abrams to rozwiąże. Swoją drogą to zakończenie jest chyba nawet bardziej mroczne, niż finał “Imperium Kontratakuje” czy “Zemsty Sithów”. Zresztą cały film jest dość mroczny: główni bohaterowie wciąż w defensywie, ciągle tylko obrywają, nie oszczędzili nawet najsłodszego droida w całej galaktyce – BB8 dostaje srogie baty (na szczęście nie pozostaje swoim oprawcom dłużny). A kiedy już zdobywają McGuffina, do którego główni bohaterowie próbuję dolecieć przez cały film, okazuje się on być rozczarowująco bezużyteczny. Baza, do której docierają rebelianci ma być ocaleniem, ale go nie przynosi. Rebelianci muszą uciekać dalej.

sw2

I takie mroczne, nieco depresyjne zakończenie byłoby super. Niestety producenci nie pozwolili mu wybrzmieć wystarczająco znacząco. Klimat zbliżającej się zagłady, porażki dobrych i tryumfu złych jest dosłownie co minutę przełamywany jakimś dżołkiem czy zabawną sytuacją. Uwiera niespójna atmosfera obrazu. Z jednej strony poczucie osaczenia i fatalizmu, z drugiej strony dowcipy i puszczanie oka do publiki. Nie można było pozwolić temu filmowi, by miał troszeczkę klimatu? Nawet prequele, o których można powiedzieć wiele złego, wiedziały kiedy mają być mroczne, a kiedy zabawne, kiedy miały być lekkie, a kiedy trudniejsze. Faktycznie chyba dzisiaj filmy kręci się nie po to, byśmy mogli zanurzyć się w opowieści i przeżywać ją na serio, ale byśmy mogli robić nawiązujące do nich memy.

Mimo wszystko jestem – niczym uciekające na pokładzie Millenium Falcona niedobitki Ruchu Oporu – pełen nadziei. Gdzieś tam w odległej galaktyce J. J. Abrams zamiata siano gotów znów przejąć rolę reżysera. Mam nadzieję, że otrzymawszy od Riana Johnsona spadek w postaci ciekawego zakończenia, zrobi z “Gwiezdnymi Wojnami” coś nowego, świeżego, ale jednocześnie zachowującego baśniowy klimat tego świata, tak jak to miało miejsce w “Przebudzeniu Mocy”. Help us, J. J. Abrams, you’re are only hope. I lepiej nas nie zawiedź.

Star Wars: The Last Jedi. Czyli o tym, jak wybuchał mi mózg [bez spoilerów]

Obejrzałem “Ostatniego Jedi” i muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie wrażenie ilość zgromadzonych tam idei, wątków, konceptów i zwrotów akcji. Jeszcze nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. I szczerze mówiąc, bardzo możliwe, że nigdy się nie dowiem. Bo “Gwiezdne Wojny” to jedna z tych serii, w której zawsze znajdę coś dobrego, nawet jeśli wiem, że dany film jest po prostu zły. Dlatego też, choć deklarowałem już na tym blogu, że nie piszę recenzji, to tutaj pozwolę sobie podkreślić to jeszcze raz. To nie jest recenzja. Raczej strumień świadomości, zbiór moich przemyśleń po obejrzeniu najnowszej odsłony “Star Wars”. Tekst będzie bezspoilerowy, więc można spokojnie czytać. No, chyba, że ktoś boi się, że moje przemyślenia zaburzą czystość odbioru filmu. Wybór należy do Was.

oZih7xA

W trakcie seansu kinowego “The Last Jedi” wciąż wybrzmiewały w mojej głowie dwa pytania: czy mi się podoba to, co widzę i czy to właściwie jeszcze są “Gwiezdne Wojny”? Wszak oczekujemy, że z jednej strony znowu doświadczymy tej samej magii, której doświadczaliśmy wcześniej, z drugiej strony jednak wymagamy, żeby ta historia nas wciąż zaskakiwała. Te dwa powracające pytania prowadziły do trzeciego: czy jeśli odczuwałem, że coś jest “niestarwarsowe”, to czy wciąż ma prawo mi się to podobać? Przecież to uniwersum musi się rozprzestrzeniać, musi się powiększać, więc muszą się pojawiać rzeczy, których jeszcze nie widzieliśmy. Więc trzeba odrzucić gwiezdnowojenny puryzm, stać się trochę bardziej naiwnym odbiorcą tego wszystkiego i uznać, że jeśli coś jest dobre, to jest dobre, a fakt że jest to nowe dla starwarsowego kanonu jest tylko świadectwem ewolucji. Z drugiej strony, jeśli intuicyjnie czujemy, że coś nie pasuje, sprawia, że nie jesteśmy w stanie całkowicie zanurzyć się w znanym nam świecie, to może jednak po prostu jest to złe? Nie wiem, wciąż jestem tutaj rozdarty.

W tej odsłonie odległa galaktyka jest zamieszkana przez bardzo dużą ilość uroczych i czasami bardzo dziwnych zwierzątek i innych stworzeń. Czasami służą jako postaci komiczne, czasami występują w roli lukru, którym pokrywa się ciasto, by było słodsze. Na fabułę mają wpływ rzadko. Nie chciałbym insynuować, że to Disney maczał w tym palce i miał w tym jakiś niecny cel, na przykład sprzedaż większej ilości maskotek i zabawek…? Nie, chyba by tego nie zrobili, muszą pamiętać, że rynek nie zareagował na figurki Jar Jar Binksa jakoś szczególnie entuzjastycznie (choć faktem jest, że stworzonka z “The Last Jedi” mają zdecydowanie więcej uroku, niż Jar Jar. Ale gdy się spojrzy na inny często powracający motyw, a mianowicie żarciki lub zabawne sytuacje co rusz przełamujące naprawdę dramatyczne momenty, to człowiek zaczyna jednak trochę wierzyć w teorie spiskowe. Czyżby producenci z Disney’a przyszli na plan i powiedzieli: “Słuchajcie, w filmach Marvela są ciągle żarciki i ludzie to kochają, robią potem o tym memy. Może tutaj też parę razy puścimy oko do widowni?” Dopuszczam dowcipkowanie w “Gwiezdnych wojnach”, ale przy zachowaniu proporcji i niekoniecznie w najbardziej dramatycznych scenach. Ostatecznie space opera potrzebuje jednak odpowiedniej dozy patosu. Zwłaszcza, że ta część opowieści była bardzo mroczna. A te śmieszkujące sceny tu i tam nie pozwalały się w tym mroku zanurzyć. Może twórcy nie chcieli byśmy dali się przeciągnąć na ciemną stronę mocy?

Widać w tym filmie sporą dozę własnej wizji reżysera Riana Johnsona. W odróżnieniu od J.J. Abramsa, który w “Przebudzeniu mocy” odwoływał się głównie do tego, co już znamy z “Nowej nadziei” i “Imperium kontratakuje”, Johnson podjął spore ryzyko. Czasami niestety owocujące scenami wywołującymi na mojej twarzy minę pod tytułem “WTF?”. Dodatkowo wszystko to – znowuż w odróżnieniu od wersji J.J. Abramsa – zrealizowane z dużym udziałem komputerowych efektów specjalnych. Boję się, że zestarzeją się one równie szybko, co efekty z prequeli. Dość chyba powiedzieć, że były one zauważalne, miałem ich świadomość, a fakt, że widz nie zapomina o nich, że nie pozwalają mu do końca zawiesić niewiary, chyba nie świadczy o nich zbyt dobrze.

Ale najmocniejsze wrażenie wywarło na mnie niesamowite wręcz nagromadzenie wątków i zwrotów akcji, tak spiętrzonych, że mój mózg już w jednej trzeciej filmu zaczął co chwilę wybuchać. Co by nie powiedzieć “Gwiezdne wojny” to – nawet w wypadku zawiłych intryg w galaktycznym senacie, z którymi mieliśmy do czynienia w prequelach – dość proste historie. Mam wrażenie, że gdyby “Ostatni Jedi” miał lepszego scenarzystę, wiedzącego nie tylko co napisać, ale też czego nie napisać, z czego zrezygnować, by opowieść była bardziej spójna, wyszłoby to filmowi na dobre. Rian Johnson wydaje mi się tutaj być podobny do George’a Lucasa. Film sprawia wrażenie, że za scenariuszem stoi wizjoner, posiadający naprawdę oryginalne pomysły, któremu jednak brakuje rzemieślniczego warsztatu scenarzysty. Bo to, co Rian Johnson chciał opowiedzieć, jest naprawdę fascynujące. Niestety trochę mam wrażenie, że w tym wypadku jakość wykonania sprawia, że publiczność nie doceni pomysłu.

Damn, strasznie negatywny wyszedł ten tekst! Chyba jednak aż tak negatywnie nie było, nie? Bo ostatecznie trzeba sobie zadać pytanie: czy dobrze się bawiłem? Czy doświadczyłem starwarsowej magii? Na tę chwilę, w której piszę te słowa, odpowiedź jednak bardziej brzmi “tak”, niż “nie”. Mimo wielu problemów jakie mam z tym filmem, niewątpliwie ratuje go zakończenie. Miejsce, w którym finalnie znaleźli się główni bohaterowie sagi. Kierunek, w którym ostatecznie poszła ta opowieść. Nie mogę nic więcej powiedzieć, nie spoilerując, więc powiem tylko, że zakończenie było dla mnie zaskoczeniem i jednocześnie dokładnie tym, czego oczekiwałem. To chyba brzmi – mimo wszystkich wad filmu, które wymieniłem powyżej – jak całkiem niezła rekomendacja, nie? Zresztą może po prostu podoba mi się, bo bardzo chciałem, żeby mi się podobał? Nie wiem. Wiem, że i tak na ten film pójdziecie. Ja na pewno pójdę jeszcze raz, by móc jeszcze więcej zastanawiać się, analizować i snuć teorie. I zapewne napisać jeszcze co najmniej jeden tekst.