Końca nie widać. Czyli o ludziach, którym wolno idzie robota

Macie czasem wrażenie, że praca idzie Wam jak po grudzie? Zdaje się Wam, że cel, który próbujecie osiągnąć, wciąż wymyka Wam się z rąk, w momencie, gdy już byliście tak blisko? Czujecie, że nigdy nie zrealizujecie swojego projektu? Ja mam takie wrażenie bardzo często. Ostatnio udało się mojemu zespołowi skończyć nagrywanie nowego utworu i teledysku do niego. Ścieżki perkusji nagraliśmy ponad rok temu, a miks i mastering zakończyliśmy kilka tygodni temu. Przy czym jeśli posłuchacie tej piosenki, to zrozumiecie, że nie jest to numer w stylu “Bohemian Rhapsody” czy coś równie ambitnego. Niestety, wiele rzeczy trwało dłużej, niż sądziliśmy, część z naszej winy, część nie. Ale to jeszcze nie oznacza (a przynajmniej tak to sobie tłumaczymy), że jesteśmy totalnymi nieudacznikami. Wszak wiele wielkich (i małych) projektów powstawało długimi latami, a ich ukończenie ciągle się opóźniało. Poniżej kilka pochodzących ze świata popkultury przykładów osób, którym stworzenie jakiegoś dzieła pochłonęło pewnie więcej czasu, niż zakładali.

Ryan Reynolds (12 lat by nakręcić Deadpoola)

deadpool-ryan-reynolds-petition
Znany (przynajmniej do niedawna) głównie z komedii romantycznych kanadyjski aktor od dziecka był fanem komiksów, a jednym z jego ulubionych były przygody wyszczekanego najemnika Deadpoola. Mogłoby się nawet wydawać, że Ryan Reynolds w roli Deadpoola to przedsięwzięcie skazane na sukces, wszak w jednym z komiksów sam superbohater określa swój wygląd jako skrzyżowanie Ryana Reynoldsa z psem rasy shar pei.

Ale choć poważne rozmowy na temat realizacji filmu o Deadpoolu z Reynoldsem w roli tytułowej rozpoczęły się już w 2005 roku, to miało upłynąć jeszcze wiele wody w Rzece Świętego Wawrzyńca zanim pojawił się solowy film. Bo wprawdzie postać Wade’a Wilsona pojawiła się na srebrnym ekranie w produkcji “X-Men Geneza: Wolverine“, ale w wersji, którą zarówno fani, jak i krytycy zmieszali z błotem. W międzyczasie Reynolds najadł się też wstydu występując w ekranizacji komiksu DCGreen Lantern“, gdzie również grał postać tytułową – produkcja okazała się być klapą finansową. Słowem: droga do nakręcenia filmu “Deadpool” w takiej postaci, w jakiej wymarzył ją sobie Reynolds, wiernej komiksowemu pierwowzorowi i zgodnej z oczekiwaniami fanów, była usiana licznymi przeszkodami.

Tym bardziej satysfakcję musiał aktorowi przynieść sukces blockbustera z 2016 roku. Film oprócz dobrych recenzji pobił kilka rekordów finansowych: zdobył tytuł najbardziej kasowego filmu z kategorią R (zabraniającą wstępu na salę kinowa osobom niepełnoletnim, co zawsze uszczupla liczebność widowni i dochody z biletów) oraz najbardziej kasowego filmu z uniwersum X-Menów (co też jest niezłym sukcesem biorąc pod uwagę, że Deadpool nie był bynajmniej postacią tak znaną, jak Profesor X, Magneto, Wolverine czy Mystique).

James Cameron (15 lat by nakręcić Avatar)

small_1051127404
Cameron to niewątpliwie wizjoner wyprzedzający swoją epokę. Gdy w 1984 kręcił pierwszego Terminatora chciał, aby pojawiał w nim się stworzony z płynnego metalu, zmieniający kształt cyborg. Nie istniała jednak wówczas technologia, która przeniosłaby tę wizję na ekran w zadowalający sposób. Był w stanie zrobić to dopiero w 1991 roku, kręcąc drugą część sagi z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli tytułowej. Po premierze drugiego Terminatora Cameron dysponował właściwie nieograniczonymi środkami, by realizować swoje pomysły. Wszak “Terminator 2: Judgment Day” pobił (pierwszy i nie ostatni w życiu kanadyjskiego reżysera) rekord najbardziej kasowego filmu wszech czasów. Nakręcenie najlepiej zarabiającego filmu ever umożliwiło Cameronowi otrzymanie również największego budżetu w historii, czego dowodem był “Titanic“.

Niemniej nawet będąc kinematograficznym Midasem, Cameron przez wiele lat nie dysponował technologią i środkami, by zrealizować “Avatar“. Mimo że pierwszy szkic scenariusza powstał już w 1994 roku, film powstał dopiero półtorej dekady później. Nakręcony przy wykorzystaniu najbardziej innowacyjnych technologii “Avatar” pobił już trzeci w życiu Camerona rekord finansowy i po dziś dzień cieszy się statusem najlepiej zarabiającej produkcji wszech czasów.

Axl Rose (15 lat by nagrać Chinese Democracy)

8712d26d187dff606156def897f29b6b
Nie jest tajemnicą, że pewne czynności wokaliście Guns N’ Roses zajmują sporo czasu. Na przykład czas potrzebny na dotarcie na scenę w jego wykonaniu stał się wręcz legendarny, swego czasu opóźnione o trzy godziny koncerty były codziennością fanów Gunsów. Zresztą odkładając żarty na bok, już produkcja albumów “Use Your Illusion I” i “Use Your Illusion II” opóźniła się znacząco ponieważ Axl przeciągał prace nad aranżacjami sekcji smyczkowej w takich numerach, jak “November Rain“. Chyba zresztą z korzyścią dla tych piosenek.

Niemniej, przy albumie “Chinese Democracy” muzyk przeszedł samego siebie. Ostatecznie nagrywanie ostatniej płyty zespołu trwało dłużej, niż całe istnienie zespołu przed rozpoczęciem prac nad krążkiem. Przy okazji całkowicie rozsypał się oryginalny skład Gunsów, którzy byli jednak – umówmy się – jednym z tych zespołów działających drużynowo, nie zaś ciągniętych przez jedną osobowość. Nagrywanie “Chinese Democracy” trwało tak długo, że stało się równie archetypiczne, co opóźnienia koncertów Guns N’ Roses. Właściwie wszyscy już stracili wiarę, że album zostanie kiedykolwiek ukończony. Producent Dr Peppera zaoferował nawet każdemu obywatelowi USA (oprócz byłych gitarzystów GN’R Slasha i Bucketheada) darmową puszkę napoju, jeśli Axl ukończy album przed końcem 2008 roku. Ostatecznie nikt nie dostał darmowego Dr Peppera, mimo że Rose akurat tego terminu dotrzymał. Szkoda.

Efekt piętnastu lat prac i Bóg wie ilu milionów dolarów wpakowanych w wynajmowanie studiów nagraniowych może się podobać albo nie, ale jedno trzeba Axlowi przyznać. Realizuje swoją artystyczną wizję, a recenzje i w ogóle odbiór swojej osoby przez opinię publiczną ma bardzo głęboko w dupie.

Luc Besson (22 lata by nakręcić Piąty Element)

Screen-Shot-2016-05-12-at-12.59.29-PM-1024x554
Francuski reżyser i producent Luc Besson, zaczął pisać scenariusz do filmu, który miał stać się “Piątym Elementem“, mając zaledwie 16 lat. Kiedy obraz wchodził do kin, Besson miał lat 38, a na koncie takie hity, jak “Nikita” czy “Leon zawodowiec“. Wśród artystów przygotowujących koncepcję wizualną “Piątego Elementu” znalazł się rysownik jednej z ulubionych serii komiksów Bessona opowiadającej o przygodach czasoprzestrzennego agenta Valeriana i jego partnerki LaurelineJean-Claude Mézieres. Natomiast projektowaniem strojów zajął się rozchwytywany kreator mody Jean-Paul Gaultier. Chyba więc warto było zaczekać, bo być może nie wszyscy krytycy zachwycili się efektem końcowym dwudziestodwuletniej podróży rozpoczętej przez zafascynowanego komiksami science fiction dzieciaka, ale zdobył on sobie status kultowego i miejsce w kanonie popkultury. A samemu Bessonowi dał szansę na to, by ożenić się z Millą Jovovich. Chociaż tylko na dwa lata. Ale to zawsze coś.

Brian Wilson (37 lat by nagrać Smile)

419242.jpg
Kalifornijski zespół The Beach Boys podbił w latach sześćdziesiątych listy przebojów wpadającymi w ucho piosenkami o surfowaniu i pięknych dziewczynach. Zespół został założony przez braci Briana, Dennisa i Carla Wilsonów, ich kuzyna Mike’a Love’a i przyjaciela Ala Jardine’a. Jednak z zespołu i spośród braci od początku najbardziej wyróżniał się Brian. Jego wkład w pisanie piosenek i aranżowanie będących znakiem firmowym Beach Boysów harmonii wokalnych przewyższał udział pozostałych.

W połowie lat sześćdziesiątych z inicjatywy Briana grupa dokonała korekty artystycznego kursu, porzucając niewinne kalifornijskie plaże na rzecz kontrkultury. W tym czasie Brian Wilson stał się prawdziwą instytucją: nie tylko komponował, ale także sam aranżował, nagrywał i produkował swe utwory, co dziś może nie wydawać się zbyt imponujące, ale w latach sześćdziesiątych nie było bynajmniej normą.

Podejmowanie się coraz ambitniejszych projektów studyjnych zbiegło się w przypadku Wilsona z coraz większą konsumpcją dragów i coraz częściej objawiającą się chorobą psychiczną. W pewnym momencie muzyk przestał wyruszać z zespołem w trasy, całkowicie poświęcając się pisaniu nowych piosenek i nagrywaniem ich w studio, w którym – co nie bez znaczenia – zaczęło pojawiać się coraz więcej dziwacznych osobowości w postaci astrologów czy mistyków, tudzież po prostu dilerów narkotyków. “Smile“, najbardziej pionierski, ambitny i innowacyjny album Beach Boysów/Wilsona, zaczął powstawać właśnie w takiej atmosferze. Nie jest więc niespodzianką, że prace nad krążkiem zostały zarzucone po roku. Do coraz większego oderwania się Wilsona od rzeczywistości doszły inne problemy: spadająca popularność Beach Boysów i konflikt z wytwórnią płytową. Przez kolejne kilka dekad spadał stopień zaangażowania Briana w działalność zespołu zarówno na scenie, jak i w studio (które dotychczas było jego domeną i miejscem, w którym czuł się najlepiej). Z czasem pogłębiały się też konflikty między braćmi, owocujące rozpadem zespołu i zjazdami rodzinnymi odbywającymi się w asyście adwokatów i sędziów.

Dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku stan psychiczny cierpiącego na zaburzenia schizo-afektywne i chorobę dwubiegunową Wilsona poprawił się, umożliwiając mu powrót do życia towarzyskiego i zawodowego. Brian postanowił odkurzyć nigdy nieukończony materiał, najpierw w formie koncertów, później zaś w studio. Album został nagrany właściwie od początku i – jak przyznaje sam muzyk – różni się nieco od pierwotnego zamysłu. W każdym razie, po trzydziestu siedmiu latach odkąd po raz pierwszy zasiadł za konsoletą, Wilson zrealizował swoje marzenie.

Bonus:
George R.R. Martin (7+ lat by napisać Wichry Zimy)

George-R-R-Martin-1180x787
Powieści z cyklu “Pieśni Lodu i OgniaGeorge R.R. Martin pisze już ponad ćwierć wieku (pierwsza ukazała się drukiem w 1996 roku). W kwietniu 2011 roku miała miejsce premiera pierwszego sezonu serialu nakręconego na jego podstawie, zatytułowanego “Gra o Tron“. W lipcu tego samego roku ukazała się ostatnia z ukończonych części sagi, zatytułowana “Taniec smoków“. Nie jest tajemnicą, że planowane są jeszcze dwie powieści, które zamkną zaplanowaną przez Martina narrację. Tymczasem wydarzenia przedstawione niedawno w siódmym już sezonie serialu wyprzedziły te opisane w dotychczas powstałych książkach. A po 7 latach od premiery “Tańca smoków” GRRM wciąż nie ukończył nawet pierwszej z nich.

Na 2019 rok planowana jest premiera ósmego i zamykającego historię sezonu “Gry o Tron”. Prawie na pewno więc poznamy zakończenie sagi za pośrednictwem serialu, nie zaś za pośrednictwem literatury, która była dla niego pierwowzorem. Niektórzy wątpią nawet czy Martin kiedykolwiek ukończy serię. Część internetów posunęła się nawet do wskazywania, że kombinacja wieku i tuszy pisarza zaowocuje jego rychłą śmiercią, więc nawet jakby chciał, “Wichrów Zimy” i “Snu o Wiośnie” napisać nie zdąży. Na niezbyt eleganckie komentarze dotyczące swojego stanu zdrowia, będący w stałym kontakcie z fandomem i na co dzień używający internetu autor reaguje zwykle w sposób, na którego streszczenie najlepiej pasuje chyba wyrażenie “odpierdolcie się”.

Niecierpliwie wyczekiwane przez fanów “Wichry zimy” na pewno powstają, bo co jakiś czas publikowane są nawet fragmenty powieści. Ale GRRM ewidentnie się nie śpieszy. Pisze nowele, opowiadania i inne książki czasem związane z uniwersum Westeros, czasem nie. Jeździ po świecie, biorąc udział w konwentach i spotkaniach z czytelnikami. A przede wszystkim chyba cieszy się życiem, bo – nie ukrywajmy – popularność “Pieśni Lodu i Ognia” i serialu “Gra o tron” materialnie zabezpieczyły Martina na resztę życia, nawet jeśli diagnozy prognozujących jego przedwczesną śmierć internautów są mylne. Jeśli więc GRRM pisze kolejne rozdziały “Wichrów zimy”, to robi to tylko i wyłącznie z potrzeby serca i dla własnej satysfakcji.

***

Jak więc widzicie jest całkiem sporo przykładów ludzi, którzy albo nie śpieszą się z realizowaniem swoich zamierzeń, albo spotykają się z przeszkodami, które spowalniają proces twórczy, a czasem wstrzymują go nawet na dziesięciolecia. Średniowieczne katedry i renesansowe bazyliki powstawały setki lat, Dante Aligheri pisał swoją “Boską komedię” lat dwanaście. Dzisiaj jednak żyjemy w czasach kultu wydajności. Jeśli nie jesteśmy wydajni, nie robimy czegoś szybko i sprawnie to znaczy, że jesteśmy nieprzydatni dla społeczeństwa. Ma być zrobione. Najlepiej tanio, szybko i dobrze. Inaczej jesteśmy porażką. Nie chcę promować lenistwa i prokrastynacji, ale żyjemy pod taką presją, by zrealizować projekt szybko, sprawnie i odnieść sukces za pierwszym podejściem, że czasami możemy sobie to powiedzieć. Nie będzie tanio, szybko i dobrze. Będzie drogo, nieterminowo i źle. Czasami tak po prostu jest. I co nam pan zrobi?

Moje ulubione filmy 2017 roku [bez spoilerów]

Nadejszła wiekopomna chwila, w której w końcu, W KOŃCU publikuję listę moich ulubionych filmów 2017 roku. Tak – wiem, że jest kwiecień. Późna data publikacji tego rankingu wynika z faktu, że próbowałem – z niewielką skutecznością – nadrobić braki spowodowane moją nieobecnością w kinie na kilku produkcjach, które chciałem obejrzeć. I ta właśnie nieobecność w kinie i nieumiejętność nadrobienia braków może być powodem, dla którego w rankingu nie znalazły się taki obrazy, jak “Logan“, “Baby Driver” czy “Twój Vincent“. Pragnę też dodać, że jako filmy z 2017 roku rozumiem te, które swoją premierę miały w 2017 roku w Polsce, stąd na pewno nie uświadczycie tutaj “Kształtu Wody” czy “Lady Bird“, które do kin weszły u nas już w roku 2018. No, ale dobra, nie przedłużajmy już, czekaliście wystarczająco długo (bo czekaliście, co nie?), here we go!

Wonder Womanwonder woman
Wahałem się czy umieścić ten film w tym zestawieniu. Bo ufając mędrca szkiełku i oku, trzeba przyznać, że wybitnym obrazem “Wonder Woman” bynajmniej nie jest. Więc umieszczanie go w rankingu najlepszych filmów 2017 roku może być co najwyżej swego rodzaju nagrodą motywacyjną, wysłaniem sygnału w stylu “w końcu w tym kinowym uniwersum DC, będącym nieudolną próbą powtórzenia sukcesu Marvela, udało wam się nakręcić coś, co nie jest totalnym gównem”. Wypada jednak zauważyć, że decydenci posiadającej prawa do ekranizacji komiksów DC wytwórni Warner Brothers kierują się raczej zestawieniami sprzedaży biletów kinowych, niż moją listą ulubionych filmów. Poza tym – no, właśnie – to jest lista moich ULUBIONYCH filmów, nie NAJLEPSZYCH filmów. A ja jednak “Wonder Woman” – mimo licznych wad – lubię.

I lubię tę produkcję, nie tylko ze względu na niewątpliwy urok wcielającej się w rolę Diany Prince izraelskiej aktorki Gal Gadot czy na doskonałą chemię pomiędzy nią a jej ekranowym partnerem Chrisem Pinem, wcielającym się w rolę Steve’a Trevora. Najważniejsza jest chyba prostota i pewna naiwność tej historii. Film nie próbuje być na siłę poważny, jak większość obrazów z uniwersum DC, nie próbuje być na siłę śmieszny, jak wiele filmów z uniwersum Marvela. Nie epatuje ilością pobocznych wątków, których jedyną rolą jest powiązanie opowieści z innymi filmami franczyzy, nie sili się na mruganie okiem do fanów popkultury. Jest obrazem zrobionym na poważnie, ale na tyle poważnie, na ile można zrobić film o antycznej bogini rozwalającej żołnierzy kaisera przy pomocy lassa.

Spider-Man: Homecomingspiderman
Wielu chwaliło ten film za to, że oprócz bycia filmem superbohaterskim i to filmem z marvelowskiego uniwersum, jest też po prostu komedią o nastolatkach, w duchu “Powrotu do przyszłości” i “Wolnego dnia Ferrisa Buellera“. Za ludzką skalę tego filmu, w którym główny bohater jest zwykłym dzieciakiem, który przypadkiem supermoce i przypadkiem spotkał parę miesięcy temu Avengersów i nie może przestać się tym jarać. Dzieciakiem, który nie walczy z zagrażającym całemu Nowemu Jorkowi superłotrem, ale z lokalnym gangsterem. No, dobra, supergangsterem. Który to gangster nota bene jest postacią wyjątkowo jak na filmy superbohaterskie niejednowymiarową. Wszystko w tej produkcji wydaje się jakieś takie mniejsze, przytulne i bardziej swojskie. “Homecoming” niewątpliwie pobudza we mnie nostalgię za czasami, gdy sam byłem nastolatkiem z supermocami, które musiałem ukrywać przed dziewczynami, do których zarywałem i dlatego udawałem przegrywa.

Oprócz świetnych kreacji Toma Hollanda i Michaela Keatona oraz zawsze niezawodnego Roberta Downey’a Jr., na uwagę zasługuje wcielająca się w rolę szkolnej koleżanki Petera Parkera Zendaya. Absolutnie doskonale zagrana, świetna postać. A jeśli już oglądaliście “Homecoming”, to oglądając kolejny raz przyjrzycie się jej uważnie, na pewno zauważycie bardzo dyskretne zapowiedzi wątku, który pojawi się w kontynuacji.

Te wszystkie elementy, które tak często (mniej lub bardziej słusznie) są krytykowane w uniwersum Marvela, w tym filmie działają właściwie bezbłędnie. Wielość komicznych kwestii i sytuacji; występy gościnne innych postaci z franczyzy; meta-znaczenie faktu obsadzenia Micheala Keatona, wcielającego się wcześniej w rolę Batmana i Birdmana, w rolę Sępa. Ale najbardziej podoba mi się urok świata przedstawionego. To liceum w Queens, do którego chodzi Peter Parker są uniwersum, w którym chciałbym zamieszkać. Przynajmniej na trochę.

Dunkierkadunkirk
Sorry, jeśli będzie przez chwilę trochę politycznie, ale to jest zbyt dobre, bym mógł się powstrzymać! W Polsce wiele osób wygłasza pogląd, że nasza historia pęka w szwach od tematów, z których można by zrobić film albo serial, który spokojnie można by było sprzedać światowej publiczności, wreszcie przydać naszemu narodowi należnej mu glorii, zerwać z “pedagogiką wstydu”, poprawić nasz wizerunek na świecie i przy okazji na tym zarobić. Podobno wystarczy otworzyć podręcznik dziejów Polski na losowo wybranej stronie i tam będzie historia, która właściwie sama zmieni się w scenariusz, sama się nakręci i pozwoli upiec te wszystkie sroki na jednym ogniu. Jedyne, co stoi Polsce na przeszkodzie w drodze do stania się największym eksporterem historycznych blockbusterów, to spisek różnych grup interesu, którym zależy, by nasz kraj wciąż ponosił klęskę na wszelkich możliwych polach. Niskie budżety, kiepskie scenariusze i drewniane aktorstwo w naszych historycznych superprodukcjach nie mają tutaj oczywiście nic do rzeczy.

Oglądając “Dunkierkę” można chwilami odnieść wrażenie, że kręcąc ją Christopher Nolan chciał pokazać przedstawionej powyżej mentalności wielkiego fucka. Zupełnie jakby pomyślał: wezmę na warsztat totalnie nieseksowny temat i zrobię z niego seksowny film.

Gdyby jeszcze ci nieszczęśni alianccy żołnierze oblężeni w francuskim forcie mieli chociaż tyle przyzwoitości co Spartanie pod Termopilami i wszyscy romantycznie zginęli. Ale nie, oni stamtąd uciekli. To jest film o ewakuacji. Ewakuacji. A jednak jest to bardzo dobry, trzymający w napięciu film, ze świetnymi zdjęciami i doskonałą muzyką. I sprawiający, że widz przejmuje się losem bohaterów mimo, że wie o nich naprawdę niewiele.

Zarzuty, że twórcy ulegli presji poprawności politycznej i unikali używania terminu “Niemcy”, są raczej nietrafione. Jasne, to że w filmie najczęściej występuje bliżej nieokreślony “wróg”, a nie np. “Niemcy” czy choćby “naziści” i to, że rzadko tego wroga widujemy, a jeśli nawet to nie widzimy jego chorągwi czy mundurów, to wszystko nie jest przypadkiem. Ale sądzę, że jednak chodzi tutaj o pewne przeniesienie akcentu. Wrogiem są tu oczywiście także narodowo-socjalistyczne Niemcy, ale przede wszystkim jest nim sama wojna. Ten film jak nic pokazuje, że wojna nie jest fajną przygodą, ale koszmarem, od którego desperacko próbuje uciec większość głównych bohaterów. Fakt, że wróg – w pewnym sensie – nie ma narodowości, twarzy, nazwisk, nie tyle służy rozmyciu odpowiedzialności za II wojnę światową, ale właśnie spotęgowaniu strachu wśród widzów, a więc i zwiększeniu współodczuwania wobec bohaterów filmu. Wszak stara reguła kina (i nie tylko kina) jest prosta, najbardziej boimy się tego, czego nie widzimy. A ja osobiście uważam, że gdyby więcej produktów popkultury zohydzało swoim odbiorcom wojnę, zamiast pokazywać ją jako romantyczną przygodę, to może mniej ludzi byłoby skłonnych ku takiej romantycznej przygodzie wyruszać, względnie wysyłać na nią bliźnich. I świat miałby szansę stać się lepszym miejscem.

Valerian i miasto tysiąca planetvalerianPrzewidywalna i pełna luk fabuła. Dość drewniana gra aktorska. Nawet ze strony takich tuzów, jak Clive Owen czy Ethan Hawke. Jasne, wiele aspektów tego filmu sprawia, że trudno nazwać go doskonałym. Ale też wiele aspektów tego obrazu sprawia, że wciąż miło wspominam seans “Valeriana i miasta tysiąca planet” i wcale nie chodzi tutaj o obecność Cary Delevigne na ekranie. Efekty specjalne w tym filmie były bezbłędne – dzieło Luca Bessona to prawdziwa uczta dla oczu każdego fana fantastyki (naukowej) i kina akcji. Świat przedstawiony zadziwia niezmierzonym bogactwem idei, konceptów, pomysłów, miejsc które z chęcią bym odwiedził, a cały czas ma się wrażenie, że zaledwie muskamy powierzchnię tego nieskończenie głębokiego uniwersum. Ale co najważniejsze, oglądając ten film czujemy pasję i miłość w jaką w niego włożyli twórcy, przede wszystkim Luc Besson, który komiksami o podróżującym w czasie i przestrzeni agencie Valerianie jara się od dzieciństwa, a nakręcenie adaptacji planował przynajmniej od czasów prac nad “Piątym elementem“, którego premiera miała miejsce blisko dwadzieścia lat temu. Francuski reżyser – wbrew obowiązującej obecnie modzie na outsourcing – uparł się, by kręcić film w swojej ojczyźnie (będącej także przecież ojczyzną twórców komiksu o Valerianie) i zatrudnić francuską ekipę, co jest bardzo sympatyczne, ale też spowodowało spore zwiększenie kosztów produkcji. Dlatego też “Valerian i miasto tysiąca planet” okazało się być finansową porażką, bo spory budżet filmu nie znalazł odzwierciedlenia w jego popularności w kasach biletowych. A szkoda, bo ten świat jest tak bogaty i ciekawy, że z chęcią obejrzałbym sequel. Odrobinę pozytywnego, naiwnego, utopijnego science fiction jeszcze nikomu nie zaszkodziło, zwłaszcza w świecie, w którym przeważa science fiction mroczne, pesymistyczne i dystopijne.

Blade Runner 2049 blade runner
A skoro już mówimy o mrocznym, pesymistycznym i dystopijnym science fiction… Tak jak wspomniałem wyżej, mam wrażenie (a wrażenie z natury swej jest subiektywne, więc proszę mnie tutaj nie zarzucać tytułami, które przeczą mojej tezie), że przeważa ono we współczesnym kinie (oraz w telewizji i na platformach streamingowych). Dlatego jeśli już robić kolejną mroczną, pesymistyczną i dystopijną produkcję SF, to robić ją tak, jak Denis Villeneuve zrobił kontynuację kultowego “Łowcy Androidów“. Bo choć wizja świata przedstawionego przez kanadyjskiego reżysera jest chyba jeszcze bardziej przykra, niż ta pokazana w filmie Ridley’a Scotta w 1982 roku, to ja z kina nie wyszedłem przytłoczony czy przygnębiony. Być może to z powodu piękna bladerunnerowego uniwersum, którego klimat udało się Villeneuve’owi uchwycić bezbłędnie, a do tego zdołał do niego wprowadzić nowe elementy, zachowując pełną spójność. A być może dlatego, że ta opowieść mimo, że jest niewesoła, to jednak niesie jakieś oczyszczenie, katharsis, nie zaś wyłącznie pustkę i nihilizm.

Coco coco
Po raz kolejny Disney/Pixar serwuje nam ten sam przepis na rozrywkę, emocje, śmiech i wzruszenia. I po raz kolejny to oczywiście działa, niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, której mechanizm zaprojektował niemiecko-japoński zespół ekspertów, za design odpowiedzialni byli Włosi, a za marketing Amerykanie. Nie oszukujmy się, to działa za każdym razem. Ale tym razem historia opowiedziana w “Coco” zadziałała na mnie nawet mocniej, niż zwykle. Może to dlatego, że to opowieść o małym chłopcu, który wbrew przeciwnościom chce być muzykiem, grać na gitarze i sięgnąć po nieśmiertelną sławę. Historia Miguela Rivery poruszyła – że tak powiem – odpowiednie struny w mojej duszy. Cóż, jest to przepięknie ilustrowana (te kolory i w ogóle to, jak przedstawione zostały zaświaty) opowieść o miłości, muzyce, marzeniach, rodzinie, sławie, zapomnieniu, śmierci i nieśmiertelności. A przede wszystkim chyba o szczęściu i o tym, gdzie tak naprawdę ludzie powinni go szukać. Pod względem przewijających się w filmie motywów, trochę mi się “Coco” skojarzyło z “AmadeuszemMiloša Formana, z tą różnicą, że tam gdzie “Amadeusz” jest filmem cynicznym i pesymistycznym, “Coco” jest filmem naiwnym i optymistycznym.

Valerian i miasto tysiąca planet [bez spoilerów]

Szkoda tego filmu. Projekt życiowy, spełnienie dziecięcych marzeń Luca Bessona, jakim była ekranizacja ukochanej komiksowej serii, okazało się być absolutną finansową porażką. I jestem zwolennikiem tezy, że stało się tak niezależnie od jakości samego filmu. Winna jest logika współczesnego przemysłu filmowego, która – czy gotowi jesteśmy to przyznać czy nie – rządzi także nami – głosującymi nogami wiodącymi nas do kin oraz hajsem wydanym na bilety i popcorn. Bo tak to już jest w rzeczywistości Anno Domini 2017, że jeśli kosztujący grube miliony monet blockbuster nie spełni dwóch kryteriów – tzn. 1) nie jest kolejną ekranizacją, rebootem, sequelem czy prequelem czegoś dobrze znanego publiczności 2) w główne role nie wcielają się absolutnie topowi aktorzy i aktorki, to nie odniesie sukcesu. Najprawdopodobniej. Zdarzają się wyjątki. Ale rzadko.

valerian-and-the-city-of-a-thousand-planets-international-poster-cropped

Film, który kosztował 200 milionów dolców, a zarobił trochę ponad 210, w erze sequeli, spinoffów i uniwersów nie ma szans na kontynuację, a sequel czy spinoff miałby spore uzasadnienie w przypadku adaptacji serii komiksowej o Valerianie i Laureline. Żadnego z tych komiksów nie miałem jak dotąd okazji przeczytać, ale już z samego filmu Bessona można wysnuć wyobrażenie o wielkości i złożoności świata, wielości wątków i konceptów jakie oferuje to komiksowe uniwersum. I właśnie dlatego żal mi francuskiego reżysera i jego dzieła, bo mam przekonanie graniczące z pewnością, że chciałby podróż w świat agentów Valeriana i Laureline kontynuować w kolejnych obrazach. I w ogóle wydaje mi się, że to właśnie fascynacja bogactwem i pięknem przedstawionego w komiksach świata były dla Bessona motorem napędzającym kreację jego najnowszego filmu.

Inne rzeczy, takie jak postacie, ich relacje i psychologia, dialogi, fabuła czy intryga są tylko koniecznym elementem albo pretekstem dla pokazania konceptów, które – jak rozumiem – zrodziły się w wyobraźni autorów komiksu Pierre’a Christina, Jean-Claude’a Mézièresa oraz Evelyn Tranlé i zostały przepuszczone przez wyobraźnie Bessona i ekipy tworzącej film.

Chwilami miałem wrażenie, że albo dialogi są drętwo napisane, albo wcielający się w główne role kosmicznych agentów Valeriana i Laureline Dane DeHaan i Cara Delevingne są naprawdę drewnianymi aktorami, albo Luc Besson po nakręceniu jednego podejścia do sceny dialogu mówił ekipie “Świetnie! A teraz nakręćmy następną scenę, w której pokażemy tę nową zajebistą planetę, albo tę nową zajebistą rasę kosmitów, albo ten nowy zajebisty wynalazek”. Stawiam jednak, że to trzecie. Nie dlatego, że nie chcę przyznać, że twórcy filmu są słabymi artystami czy nie znają rzemiosła, ale dlatego, że ten obraz ocieka wprost dziecięcą fascynacją niezmierzonymi galaktykami. Dlatego jestem w stanie wybaczyć Lucowi Bessonowi, że DeHaan i Delevigne nie grają jak Leonardo DiCaprio i Natalie Portman, że dialogi nie są tak perfekcyjne, jak w “Pulp Fiction“, a intryga nie jest uszyta równie misternie co w “Ocean’s Eleven“.

Bo co tu ukrywać, fabuła, przy dużym stopniu prostoty i przewidywalności (mogę chyba bez zbytniego spoilerowania powiedzieć, że żadnego “No, I am your father” spodziewać się nie należy), zawiera wiele luk (Cinema Sins będzie miało używanie). Nie znam za bardzo filmów z DeHaanem, ale Carę Delevigne – do której urody mam dziwną słabość – widziałem w niezbyt dobrze przyjętym (i słusznie!) “Suicide Squad”, gdzie jej gra została przez krytyków i publiczność obśmiana. A w “Valerianie” zarówno Delevigne, jak i DeHaan nie zagrali jakoś rewelacyjnie. Ale nie pastwmy się nad tymi młodymi aktorami, wszak występ Clive’a Owena też pozostawiał wiele do życzenia. Ethan Hawke czy John Goodman pojawili się na ekranie na tak krótki moment, że nawet trudno ocenić ich grę (ściślej rzecz biorąc z Johna Goodmana pojawił się tylko jego głos). Więc, tak jak już wspominałem, uważam, że fabuła, dialogi i postacie nie były priorytetem Bessona.

Za to efekty specjalne, sceny akcji, charakteryzacja i (wygenerowane chyba w większości komputerowo) plenery zwalają z nóg. I to wszystko nie dzieje się na zasadzie, że jeśli film z najlepszymi efektami specjalnymi i scenografią ma durną fabułę, to nadal jest durny, niezależnie od tego jakby się spece od grafiki komputerowej nie starali. Bo oglądając “Valeriana i miasto tysiąca planet” czuje się, że te wszystkie komputerowo wygenerowane efekty nie służą wyłącznie pustej rozrywce i bezmyślnej akcji, że nie są tylko owocem tego, że jakiś facet w garniturze powiedział na spotkaniu w sali konferencyjnej “Dajcie tu więcej wybuchów i statków kosmicznych, żeby było co pokazać w trailerze”. Nie, tutaj to wszystko służy eksplorowaniu fascynującego uniwersum i czuć w tym wszystkim pasję do jego zgłębiania. Widać, że film został nakręcony z miłością, nie ma tutaj zbyt wiele kalkulacji (co pewnie nie wyszło mu na dobre, skoro jest finansową klapą).

“Valerian” to film, którym strasznie bym się zajarał, gdybym oglądał go mając – nie wiem – 13 lat? Patrząc na ten film nie szkiełkiem i okiem, lecz czuciem i wiarą, byłbym bardziej otwarty na cuda w nim zawarte. Dość częste luki logiczne w fabule nie wytrącałyby mnie z całkowitego zanurzenia w fascynującym świecie, a rodzące się między głównymi bohaterami uczucie wzruszałoby mnie, mimo braku chemii między DeHaanem a Delevigne i kiepskich dialogów. Tak, jak jako dziecko obejrzałem “Mroczne widmo” (był to pierwszy mój film sagi “Gwiezdnych wojen”) i do dziś nie potrafię tego filmu hejtować, mimo jego wielu oczywistych wad. A to dlatego właśnie, że zadziwiła mnie oryginalność, inność, fantastyczność tamtego świata. I myślę, że gdybym nie był takim starym dziadem, jakim jestem, to “Valerian i miasto tysiąca planet” byłoby kandydatem na jeden z filmów mojego – jak to się czasem szumnie mówi – pokolenia. Na razie jednak nie zanosi się na to, by uniwersum “Valeriana” stało się światowym fenomenem na miarę “Star Wars” czy “Harry’ego Pottera”. Być może ma taki status we Francji – tego nie wiem. Na razie muszę się (choć trudniejsze to pewnie będzie dla Bessona) pogodzić z tym, że nie powstanie sequel (który mógłby być przecież takim “Imperium Kontratakuje” czy “Terminatorem II: Dniem sądu” – filmem, który wyniósł posiadającą wielki potencjał franczyzę na o wiele wyższy poziom). I na pewno muszę sięgnąć po komiksy opowiadające o przygodach Valeriana i Laureline.