[No, to obejrzałem w końcu]: “The Book of Boba Fett”

Oglądanie nowej produkcji Disney+ można podzielić na pięć etapów.

Etap pierwszy. Oglądam serial o noszącym zbroję i hełm łowcy nagród, tajemniczym antybohaterze, w którym – choć sam pewnie nie chce tego przyznać – drzemie dobro. I zastanawiam się, czym to się różni od serialu o noszącym zbroję i hełm łowcy nagród, który dopiero co oglądałem.

Oczywiście, że Boba Fett różni się od tytułowego bohatera serialu “The Mandalorian”. Ale jak na wielość historii i postaci w świecie Star Wars, decyzja o zrobieniu dwóch seriali pod rząd o dwóch postaciach, które tak łatwo ze sobą pomylić, wydawała się dziwna. Tak, wiem, żaden szanujący się starwarsowy nerd ich nie pomyli. Ale już masowa publiczność może być mocno skonfundowana. A to przecież do niej Disney adresuje swoje produkcje, nie?

Etap drugi. Zastanawiam się, czy ten Boba Fett to na pewno ta sama postać, którą znamy z kinowych Star Warsów. Tamten typ był strasznym dupkiem. Sprzedał Luke’a i Leię Vaderowi i zamroził Hana Solo. A teraz zachowuje się , jak ludzki pan, dużo lepszy od Jabby, dla którego przecież pracował i u którego bywał na imprezach, słuchając sobie muzyki i patrząc, jak Rancor pożera niewolnice-tancerki. Coś tu się nie klei, nawet jak dla mnie, a ja nie jestem wymagającym widzem.

Etap trzeci. Właśnie kiedy to wszystko powoli zaczyna mieć sens, właśnie kiedy zaczynam widzieć, czym właściwie “The Book of Boba Fett” się różni od “The Mandalorian”, serial w ostatniej chwili gwałtownie zjeżdża z tej prostej, szerokiej autostrady i zmienia się w… “The Mandalorian”.

Etap czwarty. “The Mandalorian” zmienia się w “Imperium Kontratakuje”. Wszystko fajnie, ale jak chcę oglądać “Imperium Kontratakuje, to oglądam “Imperium Kontratakuje”.

Etap piąty. Finał. Serial znowu jest o Boba Fecie. Wątki się rozwiązują i nawet kontrowersyjne decyzje z poprzednich etapów okazują się mieć sens. A ja przyłapuję się na tym, że ta podróż do Odległej Galaktyki była całkiem fajną przygodą.

Lubię kiedy “Gwiezdne Wojny” stają się trochę wycieczką krajoznawczo-etnograficzną. Kiedy możemy poznawać niesamowite miejsca i nowe światy. “The Book of Boba Fett” na pierwszy rzut oka zdaje się być tylko recyklingiem motywów znanych i lubianych. Ostatecznie Fett to postać, która zadebiutowała jako drugoplanowy henchmen, a potem zaczęto dorabiać mu całą dramatyczną historię tylko dlatego, że jego figurki się dobrze sprzedawały.

A jednak mamy tutaj momenty, kiedy możemy świat “Star Warsów” na spokojnie pozwiedzać i na przykład przyjrzeć się społeczności Ludzi Pustyni. Dziwna to rasa, która zawsze pozostawała na marginesie w filmowych odsłonach sagi. A tutaj możemy ją poznać bliżej. Ale też nie za blisko. I to jest zajebiste. A czy Tuskenowie przypadkiem nie za bardzo przypominają Fremenów? No, cóż zdaje się, że “Gwiezdne wojny” są oskarżane o zrzynkę z Diuny mniej więcej od 1977 roku. Teraz przynajmniej zrzucili zasłonę i przestali się z tym kryć.

Kiedy twórcy serialu grają na nostalgii, to też bynajmniej się z tym nie kryją. Wręcz przeciwnie, odkręcają ten potencjometr na maksa. Finałowy odcinek wygląda, jakby grupka dziesięciolatków po prostu się bawiła swoimi figurkami ze świata Star Wars. Grupka dziesięciolatków, którzy mają nie tylko bogatych rodziców, ale też sporo talentu i doświadczenia. A kto byłby lepszy do przewodzenia tej bandzie, jeśli nie Robert Rodriguez, który wyreżyserował rozwałkę w finałowym odcinku ? Mojego wewnętrznego dziesięciolatka to cieszy.

No i wreszcie, nie zapominajmy o muzyce. Ten numer absolutnie rządzi. Chociaż troszkę smuteczek, że nie wykorzystano żadnej kompozycji zespołu Bantha Rider.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s